Rozdział XVII. Śmierć Rudego Lisa
Nazajutrz pan Henderland wynalazł mi człowieka, który posiadał własną łódkę i w celach rybołówstwa miał tego dnia popołudniu przeprawić się przez Linnhe Loch do Appinu. Tego namówił, by zabrał mnie z sobą, gdyż był to jeden z jego duchowej trzódki; w ten sposób oszczędziłem sobie długiej, całodziennej pielgrzymki tudzież opłaty za dwa publiczne przewozy, które inaczej musiałbym przebywać.
Było koło południa, gdyśmy odbili od brzegu; niebo było zacienione chmurami, a słońce przeświecało przez niewielkie przeziory. Morze było tu bardzo głębokie i spokojne i prawie nie znać było fal na jego powierzchni, tak iż musiałem dopiero zwilżyć wargi wodą, by przekonać się że była naprawdę słona. Góry po obu brzegach były wysokie, strome i niedostępne — nader czarne i posępne pod cieniem chmur, natomiast całe haftowane srebrem małych stoków wodnych, ilekroć oświetliło je słońce. Cała ta okolica — mówię o włości Appinu — wyglądała na pustkowie i nieużytki, niewarte, by nimi tyle się zajmować, jak to czynił Alan.
Jedna tylko rzecz zasługiwała na uwagę. Wkrótce potem, jakeśmy wyruszyli203 w drogę, promień słoneczny oświetlił małą szkarłatną plamkę, posuwającą się wzdłuż krawędzi wodnej ku północy. Czerwień tejże bardzo przypominała kabaty żołnierskie; ponadto od czasu do czasu ukazywały się tam małe skierki i błyśnięcia, jak gdyby słońce odbiło się w migotliwej stali.
Zapytałem mego przewoźnika, co to mogło być takiego, on zaś mi odpowiedział, że wedle jego przypuszczenia jest to oddział czerwonych żołnierzy, ciągnących z Fortecy Williama na Appin, przeciwko biednym czynszownikom miejscowym. Był to, zaiste, widok dla mnie przykry — i czy to zajęty byłem myślami o Alanie, czy też w sercu taiły mi się jakieś przeczucia, dość że jakkolwiek dopiero po raz drugi zdarzyło mi się widzieć wojaków króla Jerzego, nie żywiłem dla nich przyjaznego uczucia.
Na koniec podjechaliśmy tak blisko ku wysterkowi lądu u wnijścia do Loch Leven, iż zacząłem prosić, by mnie wysadzono na brzeg. Mój przewoźnik, który był człekiem uczciwym i pomnym obietnicy danej katechecie, rad byłby chętnie zawieść mnie do Ballachulish; jednakowoż że byłoby to mnie jeno oddalało od tajemnego celu mej wyprawy, więc uparłem się przy swoim i na koniec wysiadłem na ląd pod lasem Lettermore (albo Lettervore, bo i tak słyszałem) w Appinie, rodzinnych stronach Alana.
Był to las brzozowy, rosnący na stromej, urwistej zboczy górskiej, zwieszającej się nad odnogą. Często gęsto trafiały się w nim polany i parowy zarosłe paprocią; przez jego środek biegła droga lub raczej perć przełęczna, wiodąca od południa ku północy; przy jej krawędzi, gdzie znajdowało się źródełko, usiadłem, by spożyć parę owsianych podpłomyków, danych mi przez pana Henderlanda, i zastanowić się nad mym położeniem.
Tutaj jęły mnie trapić nie tylko chmary kąśliwych muszek, ale o wiele więcej jeszcze przeróżne wątpliwości nachodzące mą duszę. Co mam począć z sobą? Czemu udawałem się na spotkanie banity, a może mordercy, jakim był Alan? Czy nie byłoby z mej strony rozsądniejszym postępkiem zawrócić z drogi wprost ku krainie południowej, kierując się własnym domysłem i środkami pieniężnymi? I cóż pomyślałby o mnie pan Campbell lub choćby pan Henderland, gdyby dowiedzieli się kiedy o mojej nierozwadze i zuchwałości? Te wszystkie wątpliwości w większej mierze niż dotychczas zaczęły nachodzić mą duszę.
Gdym tak siedział rozmyślając, doszły mnie z głębi lasu głosy ludzkie i tępotanie kopyt końskich; wraz też potem ujrzałem na zakręcie wyłaniające się postaci czterech podróżnych. Droga w tym miejscu była tak wąska i wyboista, że szli po jednemu, prowadząc konie za uzdy. Pierwszym z nich był sążnisty, rudowłosy szlachcic o władczym i mocno sczerwienionym obliczu, który w ręce dzierżył kapelusz i wachlował się nim, bo zgrzany był setnie. Drugiego, sądząc po dostojnych czarnych szatach i białej peruce, wziąłem trafnie za prawnika. Trzeci był pacholik, odziany częściowo w kraciasty strój szkocki, co wskazywało, że jego pan pochodził z rodziny góralskiej i był bądź banitą, bądź też pozostawał na szczególnie dobrej stopie z rządem jako że noszenie tartanu204 było zabronione dekretem. Gdybym był lepiej świadom tych rzeczy, poznałbym, że tartan miał barwy Argyle (albo Campbellów). Ten pacholik miał przytroczony do konia spory tłumok z odzieżą oraz siatkę z cytrynami (do gotowania ponczu), zwieszającą się u łęku siodła, jak to było pospolitym obyczajem u bogatych podróżników w tej okolicy kraju.
Co się tyczy czwartego z nadchodzących, który zamykał orszak, to jemu podobnych widywałem już poprzednio i poznałem od razu, że jest to urzędnik podległy szeryfowi.
Ledwom ujrzał tych przybyszów, strzeliło mi do głowy (nie wiedzieć z jakiego powodu), by w dalszym ciągu puszczać się na przygody; gdy więc pierwszy z nich podszedł ku mnie, podniosłem się z kępy paproci i zagadnąłem go o drogę do Ancharnu.
On zatrzymał się i spojrzał na mnie, jak mi się zdawało, nieco zdziwionym wzrokiem, a potem, zwracając się do prawnika, ozwał się.
— Mungo, niejeden człek wziąłby to za niechybny głos ostrzeżenia. Oto wybieram się w drogę do Duror w celu wam wiadomym... a wtem jakiś młodzian powstaje z kępy paproci i pyta mnie, czy jadę do Ancharnu.
— Glenure — rzecze drugi — niedobrze to drwić z takich rzeczy.
Ci dwaj właśnie w tej chwili przybliżyli się na dobre i wpatrywali się we mnie, podczas gdy dwaj następni zatrzymali się na rzut kamienia poza nimi.
— A czego asan szukasz w Ancharn? — zapytał Colin Roy Campbell z Glenure, ten którego zwano Rudym Lisem... albowiem on to był tym człowiekiem, którego zatrzymałem.
— Człowieka, który tam mieszka — odrzekłem.
— Jakuba z Wąwozów...? — dopowiedział Glenure w zamyśleniu, po czym zwrócił się do prawnika. — Czy myślisz, że on gromadzi swych ludzi?
— W każdym razie — rzecze prawnik — lepiej zostańmy tu gdzie jesteśmy, czekając, aż żołnierze nadejdą nam z pomocą.
— Jeżeli waćpanu chodzi o moją osobę — ozwałem się — to nie należę ani do ludzi owego Jakuba, ani waszmościnych, jenom jest uczciwy i wierny poddany króla Jerzego, nikomu niepodległy i nikogo się nieobawiający.
— No, pięknieś to powiedział — rzecze namiestnik. — Lecz ośmielę się zapytać, cóż tu porabia ów uczciwy człowiek tak daleko od swej krainy? I czemuż to wybiera się szukać brata Ardshielowego? Muszę aści powiedzieć, że ja tu mam władzę. Jestem namiestnikiem królewskim ponad kilkoma tutejszymi kraikami i mam w odwodzie dwanaście zastępów żołnierzy.
— Słyszałem wieści krążące po tej krainie — ozwałem się nieco podrażniony — że waszmość srogie tu sprawujesz rządy.
On wciąż wpatrywał się we mnie, jak gdyby z niedowierzaniem.
— No, no — przemówił na koniec — język masz prędki i ostry; alem ci ja nie jest wrogiem szczerości. Gdybyś mnie zapytał o drogę do dworu Jakuba Stuarta w inny dzień, a nie dzisiaj, uczyniłbym zadość twej prośbie i życzyłbym ci szczęśliwej podróży. Ale dzisiaj... hę, Mungo? — i obrócił znów spojrzenie na prawnika.
...Właśnie w chwili, gdy się odwracał, z wyżni wzgórza rozległ się strzał, a jednocześnie z jego hukiem Glenure upadł na gościniec.
— Och, ugodzono mnie!... Umieram... już umieram! — zakrzyknął kilkakrotnie.
Prawnik podjął go z ziemi i uniósł w ramionach, pacholik zaś stanął ponad panem i załamał ręce. Raniony wodził przerażonymi oczyma od jednego do drugiego, a głos mu się tak zmienił, aż jego brzmienie przeszywało serce.
— Myślcie o sobie samych — mówił. — Ja już umieram.
Usiłował rozpiąć sobie odzież, jak gdyby chciał obejrzeć ranę, ale palce ześliznęły się mu po guzikach. Wówczas wydał głośne westchnienie, głowa stoczyła mu się na ramiona — i skonał.
Prawnik nie rzekł ani słowa, tylko twarz mu pobladła, jak trupia, i rysy mu się zaostrzyły; pacholik rozbeczał się na cały głos jak dziecko; ja zaś ze swej strony stałem nieruchomo, wlepiając w nich ze zgrozą swe oczy. Pomocnik szeryfa czmychnął na pierwszy odgłos strzału, ażeby co rychlej sprowadzić żołnierzy.
Na koniec prawnik złożył na drodze krwią ociekające zwłoki i powstał, słaniając się nieco na nogach. Jego ruch snadź205 przywrócił mię do zmysłów, gdyż zaledwie on to uczynił, zacząłem wdrapywać się na wzgórze, krzycząc.
— Zabójca! Zabójca!
Ubiegło czasu tak niewiele, że gdym się wydostał na szczyt pierwszej spadzizny i mogłem widzieć pewną część łysej góry, zabójca jeszcze wciąż się oddalał w niewielkiej odległości. Był to człek rosły, w czarnym surducie z metalowymi guzikami i niósł długą strzelbę myśliwską.
— Tutaj! — zawołałem. — Ja go widzę!
Na to morderca rzucił pospiesznie i przelotnie okiem poza siebie i począł uciekać. Za chwilę zniknął już w kępie brzóz; potem znów się pojawił powyżej, gdziem mógł go widzieć wspinającego się jak małpa, jako że była to turniczka nader stroma, potem zaś dał nurka poza załom skalny — i jużem go więcej nie widział.
Przez cały ten czas ja ze swej strony też biegłem i jużem spory kawał wdarł się na górę, gdy jakiś głos krzyknął na mnie, bym się zatrzymał.
Byłem już na krawędzi górnego lasu, więc też, gdym się teraz zatrzymał i obejrzał za siebie, ujrzałem pod sobą całą odsłoniętą część wzgórza.
Prawnik i pomocnik szeryfa stali tuż ponad drogą, nawołując i dając mi znaki ręką, bym się wrócił; po ich lewicy żołnierze w czerwonych kabatach i z muszkietami w dłoniach zaczynali wychodzić po jednemu z dolnego lasu.
— Czemu ja mam się wracać? — zawołałem. — Chodźcie no wy tutaj!
— Dziesięć funtów za złapanie tego chłopaka! — krzyknął prawnik. — To spiskowiec!... Jego tu postawiono, by wciągnął nas w rozmowę.
Na te słowa (które słyszałem całkiem wyraźnie, lubo206 wołanie to skierowane było nie do mnie, lecz do żołnierzy), serce mi w piersiach załomotało od nowej zgrozy. Zaprawdę inna to rzecz mierzyć się z niebezpieczeństwem życia, a co innego narażać na szwank życie wespół z dobrą sławą. Ponadto rzecz cała spadła tak znienacka, jak grom z jasnego nieba, iżem był całkowicie oszołomiony i bezradny.
Żołnierze zaczęli się rozpraszać — jedni zamierzali puścić się biegiem, drudzy podnosili rusznice, chcąc zmierzyć się do mnie; ja jednak stałem wciąż nieporuszenie.
— Dawaj nura tu w gęstwinę! — ozwał się jakiś głos tuż koło mnie.
Nie wiedziałem doprawdy, co czynię, alem posłuchał; ledwom tak postąpił, już posłyszałem huk samopałów i świst kul pomiędzy brzozami.
W schronie drzew ujrzałem stojącego Alana Brecka, trzymającego w ręku wędkę rybacką. Nie przywitał się ze mną (nie było zaiste czasu na grzeczności) tylko rzekł krótko:
— Chodź!
I jął zbiegać pędem po zboczu góry w stronę Balachulish, ja zaś, jak owca, biegłem na oślep za nim. To przebiegaliśmy pomiędzy brzozami, to garbiliśmy się pod niskimi występami na zboczu górskim, to znów czołgaliśmy się na czworakach pośród wrzosowisk. Każdy krok groził śmiercią — serce zdawało mi się pierś rozsadzać swoim stukiem, nie miałem czasu myśleć ani oddychać, ani wdawać się w rozmowę. Pamiętam tylko, iż ze zdziwieniem poglądałem, jak Alan raz po raz prostował się na całą długość ciała i oglądał się wstecz; za każdym razem, gdy to czynił, dochodziła do nas donośna, acz odległa, wrzawa uradowanych żołnierzy.
W jaki kwadrans później Alan zatrzymał się, przycupnął plackiem we wrzosach i zwrócił się do mnie.
— Teraz — rzecze — sprawa poważna. Uczyń tak, jak ja, jeżeli ci życie miłe.
I z nie mniejszym pospiechem, ale z o wiele większą już ostrożnością niż wprzódy, jęliśmy się spuszczać z powrotem po zboczu, tą samą drogą, którąśmy przybyli207, może tylko nieco powyżej, aż na koniec Alan rzucił się na ziemię w górnym lesie Lettermore, gdziem najpierw go zdybał... i leżał zziajany jak pies, schowawszy twarz w paprotniku.
Co do mnie, miałem boki tak obolałe, głowę tak ociężałą, a język aż wywalony z gęby od gorąca i pragnienia, żem jak martwy zwalił się na ziemię koło niego.
Rozdział XVIII. Gawęda z Alanem w lesie lettermorskim
Alan pierwszy przyszedł do siebie. Powstał, wyszedł na skraj lasu, rozejrzał się nieco po świecie, po czym wrócił i usiadł przy mnie.
— No, Dawidzie — ozwał się — byłaż208 to gorąca kasza!
Nie odzywałem się, a nawet nie podnosiłem oblicza. Dopiero co byłem świadkiem zabójstwa — w oczach moich nagłą śmiercią zginął wielki, rudowłosy, szlachcic-rubacha; okropność tego widoku wciąż jeszcze jątrzyła mą duszę, a przecie była to jeno cząstka mych utrapień. Oto dokonano zabójstwa na człowieku znienawidzonym przez Alana; oto Alan czaił się wśród drzew i uciekał przed wojskiem; i mniejsza z tym, czy to on był tą ręką, która posłała strzał, czy też jedynie tą głową, która dawała rozkazy. Według mego sądu, mój jedyny przyjaciel w tej dzikiej krainie był przede wszystkim winien tego rozlewu krwi — przeto czułem wobec niego jakąś grozę, nie ważyłem się spoglądać w jego oblicze i wolałbym w tę chwilę209 spoczywać samotnie na deszczu na mej mroźnej wysepce, niźli210 w onym ciepłym lesie samowtór211 z zabójcą.
— Czy jeszcze czujesz się zmęczony? — zapytał mnie Alan.
— Nie — odparłem, kryjąc wciąż twarz w paprociach — nie, nie jestem już zmęczony i mogę mówić. Musimy rozstać się z sobą — dodałem po chwili. — Bardzom212 cię kochał, Alanie, ale twoje drogi nie są moimi, a nie są też zgodne z drogami bożymi: krótko mówiąc, musimy z sobą się rozłączyć.
— Nie chcę rozstawać się z tobą, Dawidzie, nie mając po temu przyczyny — rzekł Alan z wielką powagą. — Jeżeli masz mi cokolwiek do zarzucenia, tedy przynajmniej ze względu na dawną znajomość powinieneś mi o tym powiedzieć; jeżeli zaś nabrałeś jedynie wstrętu do mego towarzystwa, to właściwą dla mnie rzeczą będzie uważać się za obrażonego.
— Alanie — rzekłem na to — na cóż te słowa? Wiesz doskonale, że tam na drodze leży we krwi człek z rodziny Campbellów.
Alan milczał przez chwilę, po czym rzekł znowu:
— Czy słyszałeś kiedy opowieść o Człowieku i Dobrych Ludkach?
Mówiąc to, miał na myśli zjawy zaziemskie.
— Nie — odpowiedziałem — ani też nie mam ochoty jej słuchać.
— Za pozwoleniem waszmości, panie Balfour, ja mimo to waćpanu ją opowiem — rzecze Alan. Ów człowiek, trzeba aści wiedzieć, został wyrzucony na skałę śródmorską, gdzie podobno Dobrzy Ludkowie zwykli przybywać i odpoczywać, przeprawiając się do Irlandii. Skała ta nazywa się Skerryvore i znajduje się nieopodal od miejsca, gdzie rozbił się nasz okręt. Otóż ten człek, jak mówią, wołał w rozpaczy, żeby mu tylko dano ujrzeć przed śmiercią swoje nieletnie pacholę! A wołał tak żałośnie, że na koniec król Dobrych Ludków zlitował się nad nim i posłał jednego ze swych chochlików, który przyniósł w worku dzieciątko i złożył je koło rozbitka, gdy ów spał. Skoro więc człek ten się obudził, znalazł koło siebie sakwę, a w niej coś, co się poruszało. Otóż, jak się zdaje, był to jeden z tych przezornych ludzi, którzy zawsze w każdej rzeczy zwykli upatrywać co tylko być może najgorszego; toteż, gwoli większego bezpieczeństwa, przebił sztyletem ową sakwę, zanim ją otworzył... no i znalazł wewnątrz dziecko swe już nieżywe. Myślę sobie, panie Balfour, że aść jesteś wielce podobny onemu człowiekowi.
— Czy chcesz powiedzieć, żeś do tego wcale nie przykładał ręki? — zawołałem, siadając.
— Zwierzę ci się przede wszystkim, panie Balfour z Shaws, jak przyjaciel przyjacielowi — rzekł Alan — że gdybym zamierzał zabić szlachcica, zdarzyłoby się to nie w moich stronach rodzinnych, boć nie rad bym ściągać kłopotów na mój klan, a po wtóre nie chadzałbym bez szabli i broni palnej i z tą oto długą wędką rybacką na plecach.
— Juści — rzekłem — to prawda!
— A teraz — ciągnął dalej Alan, wydobywając puginał i kładąc na nim rękę w pewien określony sposób — przysięgam ci na to święte żelazo, że ani nie zdziałałem tego, ani nie brałem w tym udziału, ani nie przyłożyłem ręki, ani nie myślałem o tym.
— Dzięki Bogu! — zawołałem, podając mu rękę. On wszakoż zdawał się tego nie spostrzegać, mówiąc dalej:
— I tyle zachodów dla jakiegoś tam Campbella! O ile mi wiadomo, nie jest ich znów tak mało!
— W każdym razie — rzekłem — nie możesz mi brać tego za złe, gdyż wiesz doskonale, co opowiadałeś mi na brygu. Ale pokusa i czyn to dwie rzeczy różne, za co znów Bogu niech będą dzięki! Wszyscy możemy być narażeni na pokusę, ale z zimną krwią odbierać życie człowiekowi, Alanie!... — i przez chwilę nie mogłem z siebie wydobyć ni słowa, nareszcie gdym odzyskał głos, dodałem. — A czy wiesz, kto to uczynił? Czy znasz tego człowieka w czarnym surducie?
— Nie przypominam sobie dokładnie jego surduta — rzekł Alan przebiegle — ale w głowie mi się troi, że miał on barwę błękitną.
— Mniejsza z tym, czarny czy błękitny, ale czy go znasz? — zapytałem.
— Nie mogę z czystym sumieniem przysiąc na niego — rzecze Alan. — Szedł ci on213 tuż koło mnie, to prawda, ale rzecz osobliwa, żem w sam raz podówczas sznurował sobie chodaki.
— Czy możesz przysiąc, że go nie znasz, Alanie? — zawołałem na pół zgniewany, na pół mając ochotę do śmiechu.
— Niekoniecznie — odrzekł Alan — ale pamięć moja jest skłonna do zapominania.
— A przecie jedną rzecz wyraźnie zmiarkowałem — rzekę214 na to — a mianowicie, żeś wystawiał siebie i mnie na niebezpieczeństwo, ażeby zwabić żołnierzy.
— Bardzo to być może — odpowiedział Alan — tak samo postąpiłby każdy człek szlachetny. Ty i ja byliśmy niewinni w tym zajściu.
— Ponieważ byliśmy niesłusznie podejrzewani, mieliśmy przeto tym więcej powodów, by ujść cało — zawołałem. — Niewinnemu chyba powinno się dawać pierwszeństwo przed winowajcą.
— Co znowu Dawidzie — odrzekł Alan — człek niewinny ma przecież zawsze możność oczyszczenia się wobec sądu; ale co się tyczy chłopaka, który posłał kulkę, sądzę, że najlepsze dlań miejsce będzie pośród wrzosów. Ci, którzy nie umaczali rąk w żadnej sprawce, powinni mieć wzgląd na los tych, którym się to przydarzyło. Albowiem jeżeliby drugim razem było na opak, to jest, gdyby ten chłopak, któremu nawet nie zdołałem dobrze się przypatrzeć, był na naszym miejscu (a my w jego położeniu, co łatwo mogło się trafić), przypuszczam, że bylibyśmy mu bardzo zobowiązani, gdyby on ściągnął na siebie żołnierzy.
— Alanie — odrzekłem — nie powiem, iż jest to, według mego rozumienia, postępek zalecony przez naukę chrześcijańską, bądź co bądź, jest to postępek chwalebny. Przeto po raz drugi proszę cię o przyjęcie mej ręki.
Na to on wyciągnął do mnie obie dłonie, powiadając, że chyba rzuciłem urok na niego, gdyż gotów był mi wszystko wybaczyć. Potem bardzo spoważniał i oznajmił, że nie mamy wiele czasu do stracenia, gdyż musimy obaj uciekać z tej krainy: on dlatego, że był zbiegiem, oraz dlatego, że cały Appin będzie teraz przetrząśnięty jak komora i każdy będzie musiał zdać dobrą sprawę o sobie; ja zaś dlatego, że byłem oczywiście wmieszany w to zabójstwo.
— Ech! — ozwałem się, chcąc mu dać małą nauczkę. — Nie obawiam się sprawiedliwości w mym kraju.
— Jak gdyby to był twój kraj! — obruszył się Alan. — Albo jak gdyby prowadzono śledztwo tutaj, w kraju Stuartów!
— Wszystko to Szkocja — odrzekłem.
— Człowiecze, niekiedy ci się dziwuję — rzekł Alan. — Przecież to zabito Campbella. Toteż śledztwo odbędzie się w Inverarze, stolicy Campbellów; piętnastu Campbellów będzie uczestniczyło w sądzie, a najtłustszy z Campbellów (czyli książę) siedzieć będzie napuszony na ławie. To sprawiedliwość, Dawidzie? Takać215 sama to sprawiedliwość, zaprawdę, jak ta, którą niedawno wymierzono koło drogi Glenure’owi.
Wyznam, że mię to nieco zatrwożyło, a trwoga byłaby jeszcze większa, gdybym wiedział, jak prawie kubek w kubek ścisłe były przepowiednie Alana; istotnie w jednej tylko rzeczy przesadził, a mianowicie w sądzie zasiadało tylko jedenastu Campbellów; zresztą ponieważ czterej inni byli również zależni od księcia, więc znaczyło to mniej, niżby zdawać się mogło. Czy tak, czy owak, wykrzyknąłem, iż Alan jest niesprawiedliwy względem księcia Argyle, który (jakkolwiek wig) był, bądź co bądź, rozsądnym i cnym szlachcicem.
— Phi! — ozwał się Alan. — Jest on wigiem, to pewna; atoli nie przeczę, że jest dobrym naczelnikiem swego klanu. I cóż myśleć będzie klan, jeżeli zabito Campbella, a nikogo w zamian nie powieszono, mimo że ich własny naczelnik był przewodniczącym sądu? Alem często uważał, że wy doliniacy nie macie należytego pojęcia o tym, co słuszne i niesłuszne.
Na to roześmiałem się na koniec z całego gardła, a ku memu zdziwieniu Alan przyłączył się do mej wesołości i śmiał się tak szczerze, jak i ja.
— Nie, nie — ozwał się — jesteśmy na Pogórzu, Dawidzie; więc kiedy mówię ci, żeby uciekać, to słuchaj mych słów i bierz nogi za pas. Pewnie, że ciężka to rzecz czaić się i głodować we wrzosowiskach, ale jeszcze cięższa gnić w kajdanach w więzieniu angielskim.
Zapytałem go, dokąd mamy uciekać; gdy zaś on odpowiedział mi: „Na niziny!” — nabrałem nieco większej ochoty, by mu towarzyszyć; boć zaiste parła mnie już niecierpliwość, by tam powrócić i upokorzyć stryja. Ponadto Alan zapewniał mnie z całą stanowczością, że w danej sprawie nie ma co marzyć o sprawiedliwości, tak iż zacząłem się niepokoić, czy on nie ma racji. Ze wszystkich rodzajów śmierci najmniej mi się uśmiechała śmierć na szubienicy, a obraz tego złowrogiego przyrządu jawił mi się w myśli z nadzwyczajną wyrazistością (tak jakem kiedyś go widział na drzeworycie w nagłówku ballady wędrownego kramarza) i odbierał mi chętkę na stawanie przed sądem.
— Przystaję na to, Alanie — rzekłem. — Pójdę z tobą.
— Ale pamiętaj — rzekł Alan — że to nie błahostka. Będziesz znosił znoje i goliznę, a nieraz zdarzy ci się przymierać głodem. Legowisko będziesz miał takie samo jak głuszce i cietrzewie, życie twoje będzie przypominało życie ściganej zwierzyny, a sypiać będziesz z bronią w ręku. Tak, człowiecze, natrudzisz się niemało i nadwyrężysz sobie nogi, zanim uda się nam wyjść cało! Zapowiadam ci to zaraz na wstępie, boć życie to znam doskonale. Ale gdybyś zapytał, co innego mamy jeszcze do wyboru, odpowiedziałbym: nic. Wybieraj albo tułaczkę ze mną po wrzosach, albo też stryczek.
— O wybór tu nietrudno! — odrzekłem i uścisnęliśmy sobie prawice na znak zgody.
— A teraz przyjrzyjmyż się jeszcze raz czerwonym kabatom! — rzekł Alan i zaprowadził mnie ku północno-wschodniej krawędzi lasu.
Spozierając skroś gęstwy drzew, widzieliśmy wielkie zbocze górskie opadające nadzwyczaj stromo ku wodom morskiej cieśni. Był to trudny do przebycia szmat drogi, gdzie co krok napotykało się głaźne wiszary, kępy wrzosu i wielkie gąszcze brzeziny; kędyś tam daleko, na drugim końcu tej pustaci, w kierunku Balachulish szli nurkiem mali — maciupeńcy — czerwoni żołnierze, brnąc to w górę, to w dół po wyżniach i wądołach i zmniejszając się z każdą chwilką. Nie byłoć tam teraz słychać radosnych pokrzykiwań, bo ponoć na co innego był im teraz potrzebny dech, jaki im jeszcze pozostał; jednakże szli wciąż wytrwale tropem perci i pewno mniemali, że mają nas tuż przed sobą.
Alan przyglądał się im, uśmiechając się pod nosem.
— Juści — ozwał się — porządnie się zmachają, zanim osiągną cel swych zabiegów! Wobec tego my obaj, Dawidzie, możemy sobie usiąść, coś niecoś przekąsić i odsapnąć, a choćby i łyknąć po trosze z mej manierki. Potem wyprawimy się do Aucharu, do domu mego krewniaka, Jakuba z Wąwozów, gdzie muszę dostać odzież, broń i pieniądze na drogę, a potem, Dawidzie zawołamy: „Na los szczęścia!” i szust we wrzosy!
Usiedliśmy więc w miejscu, skąd mogliśmy przyglądać się słońcu zstępującemu w obszar wielkich, dzikich, bezludnych gór, przez jakie miałem teraz wędrować wraz z moim towarzyszem. Wzięliśmy się natychmiast do jedzenia i picia, a bądź podczas tej biesiady, bądź też później, w czasie drogi do Aucharu, opowiedzieliśmy sobie wzajemnie swoje przygody; z przygód Alanowych przytoczę tutaj te wszystkie, które mogą się wydać ciekawsze lub konieczne.
Okazało się, iż on podbiegł do nadburcia, skoro tylko przelewa nas minęła; zobaczył mnie, potem stracił z oczu, potem znów zobaczył, jakem tłukł się z falami przypływu; w końcu przelotem dojrzał mnie trzymającego się rei. To wlało weń nieco nadziei, że może uda mi się, koniec końców, wydostać na ląd, i podsunęło mu myśl pozostawienia tych wszystkich znaczków i zleceń, które doprowadziły mnie (za me ciężkie grzechy!) do tego nieszczęsnego Appinu.
Tymczasem tym, którzy jeszcze pozostali na brygu, udało się opuścić łódź na morze, a kilku z nich już się w niej znajdowało, gdy nadszedł drugi bałwan większy od poprzedniego i zmiótł statek z miejsca, na którym on się znajdował; zapewne byłby go pogrążył na dno, gdyby bryg nie uderzył w rafę i nie zawisł na niej w pewnej pochyłości. Poprzednie uderzenie dokonane było nosem okrętu, tak iż dotąd rufa zajmowała położenie najniższe. Teraz natomiast rufa została wyrzucona w górę, a przód okrętowy zanurzył się pod wodę; wówczas woda poczęła się wlewać przez lukę przednią, jak gdyby przez zastawę na młynie.
Krew zbiegała z lic Alana nawet i teraz, gdy opowiadał to, co nastąpiło. W komorze marynarskiej znajdowało się jeszcze dwóch ludzi, leżących bezsilnie na tapczanach; ci, widząc wlewającą się wodę i sądząc, że okręt już idzie na dno, poczęli drzeć się na całe gardło — i to głosem tak przeraźliwym, że wszyscy, którzy byli na pokładzie, rzucali się pędem jeden za drugim do łodzi i przypadli do wioseł. Nie odpłynęli jeszcze i dwustu sążni, aliści nadciągnął trzeci przewał, który oderwał bryg od rafy; żagle wzdęły się na chwilę i okręt zdawał się gonić rozbitków, ale coraz to bardziej zwalniał biegu; nagle zaczął opadać coraz to niżej i niżej, jak gdyby jakaś ręka ciągnęła go w dół — i toń morska zamknęła się nad Zgodą z Dysart...
Wiosłując do brzegu, nie mówili ani słowa, jako że byli oszołomieni grozą tego zatonięcia; zaledwie jednak postawili nogę na wybrzeżu, Hoseason ocknął się jak gdyby z jakiejś zadumy i zaczął namawiać swych kamratów, żeby capnęli Alana za kołnierz. Oni, ma się rozumieć, cofnęli się, nie mając wielkiej chęci do spełnienia rozkazu; ale Hoseason rozpieklił się jak sam diabeł — i jął krzyczeć, że Alan jest osamotniony — że on to jest przyczyną zguby okrętu i zatopienia wszystkich kamratów — że posiada przy sobie znaczną sumę pieniędzy, tak iż jednocześnie można osiągnąć zemstę i bogactwo. Było ich siedmiu na jednego; w tej części wybrzeża nie było skały, którą Alan mógłby osłonić swe plecy, przeto marynarze zaczęli się rozsypywać i zachodzić mu tył...
— A potem — mówił Alan — ten chuchrak z ryżą głową... nie pamiętam jak mu było na nazwisko...
— Riach — podpowiedziałem.
— Tak, tak! — rzekł Alan — Riach! Otóż on jął za mną orędować, zapytując ludzi, czy nie boją się sądu, a na koniec ozwał się: „Dalibóg, sam nadstawię karku za tego górala!”... Ten chuchrak z ryżą głową nie jest ci złym do gruntu człowiekiem. Ma on pewne pojęcie o tym, co się godzi, a co się nie godzi.
— A jakże! — potwierdziłem — był on dla mnie po swojemu życzliwy.
— I taki też był dla Alana — rzekł mój druh — dalibóg, przekonałem się, że to człek dobrych zasad! Ale zresztą widzisz, Dawidzie, rozbicie okrętu i krzyki tych nieboraków bardzo nim wstrząsnęły... i to może było powodem jego dobroci...
— Ba, i ja niedaleki jestem od tej myśli — dodałem — bo z początku był on tak zuchwały jak i inni. Ale cóż na to Hoseason?
— O ile pamiętam, wprawiło go to w złe usposobienie — odrzekł Alan. — Jednakże ów człeczyna krzyknął na mnie, bym uciekał, więc ja, uważając radę tę za dobrą, istotnie puściłem się w dyrdy. Ostatnią rzeczą, jaką widziałem, było to, że wszyscy zbili się w kłąb nad brzegiem, jak ludzie nie bardzo ze sobą zgodni.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytałem.
— No, pięści tam były w robocie! — rzekł Alan. — Widziałem ci też, że jeden człek padł na ziemię, jak para zmiętych gatek. Ale uważałem, że lepiej będzie nie marudzić. W owej połaci wyspy Mull, trzeba ci wiedzieć, jest spłacheć należący do Campbellów, co dla takiego jegomościa, jak ja, byłoby niepożądanym sąsiedztwem. Gdyby nie ta okoliczność, byłbym zatrzymał się i sam osobiście zajął się tobą, a może też pomógłbym temu małemu człeczynie.
Była to rzecz pocieszna słyszeć, jak Alan ustawicznie podkreślał mały wzrost pana Riacha, gdyż, prawdę mówiąc, jeden z nich nie większy był od drugiego.