Rozdział XXVII. Moje przybycie do pana Rankeillora
Nazajutrz umówiliśmy się, że Alan będzie się krył na własną rękę aż do zachodu słońca, a skoro zacznie się zmierzchać, winien przyczaić się na polach koło drogi idącej w stronę Newhalls i nie ruszać się z miejsca, dopóki nie posłyszy mego gwizdania. Zrazu chciałem obrać sobie za hasło melodię. „Zacny dom Airlic”, która była mi ulubioną; on jednak sprzeciwił się, mówiąc iż jest to piosenka powszechnie znana i każdy chłopek mógł ją przypadkiem zagwizdać; zamiast niej tedy nauczył mnie urywku pieśni góralskiej, który od tego czasu tak wbił mi się w głowę, iż dziś go pamiętam doskonale i pewno pamiętać jeszcze będę na łożu śmierci. Za każdym razem, gdy sobie ją przypomnę, powracam myślą w ów ostatni dzień mej udręki i widzę z całą wyrazistością, jak Alan siedzi na dnie jamy, pogwizdując i palcem wybijając takty, a szary brzask pada mu na oblicze.
Zanim słońce wstało, jużem był w długiej ulicy miasta Queensferry. Był to gród pięknie zabudowany, kamienice miał murowane, czysto kryte łupkiem; ratusz, jak mi się zdawało, nie był tak piękny, jak w Peebles, ani ulica nie była tak wytworna. Atoli, biorąc wszystko pod uwagę, wstyd mi tu było mych przegniłych łachmanów.
Gdy już rozwidnił się poranek, gdy zaczęto rozniecać ogniska i otwierać okna, a ludzie tu i ówdzie pojawiali się przed domami, moja sromota i rozpacz stawały się coraz czarniejsze. Widziałem teraz, iż nie mam podstaw, na których mógłbym się opierać, ani też żadnego oczywistego dowodu mych praw — ba, nawet mojej tożsamości. Jeżeli to wszystko było tylko bańką mydlaną, tedy zaiste srodze mię oszukano i pozostawiono w ciężkiej doli. Nawet gdyby sprawy tak się przedstawiały, jakem je sobie wyobrażał, to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa mogło wiele wody upłynąć, zanim uda się ustalić moje sporne dziedzictwo; a jakże mogłem rozporządzać czasem, mając przy duszy niecałe trzy szylingi, a ponadto przyjąwszy na się wywiezienie nieszczęsnego ściganego skazańca poza granice kraju? Zaprawdę, gdyby mnie zawiodła nadzieja, jeszcze nas obu mogła czekać szubienica. Gdy zaś chodziłem tędy i owędy i widziałem, jak ludzie pytająco spoglądali na mnie z okien lub z ulicy i trącali się łokciami, i coś tam pomiędzy sobą gwarzyli z uśmiechem, zaczęło się we mnie budzić nowe przypuszczenie, iż niełatwą będzie mi rzeczą, chociażby dostać posłuchanie u prawnika, a cóż dopiero przekonać go o prawdziwości mego opowiadania.
Nawet za cenę życia nie mogłem zdobyć się na odwagę, by zaczepić którego z tych sławetnych mieszczan; wstyd mi było nawet z nimi rozmawiać w takiej mierzwie łachmanów i brudu, a gdybym zapytał ich o dom takiego człowieka, jak pan Rankeillor, pewno roześmiano by mi się w oblicze. Chodziłem więc tam i sam, to po ulicy, to ku zjazdowi przystani, niby pies, co zgubił swego pana, czując w głębi duszy dziwną zgryzotę, a niekiedy nawet odruchy istnej rozpaczy. Na koniec był już jasny dzień, może dziewiąta rano, gdy mnie na dobre zmęczyła ta wędrówka, w sam raz zatrzymałem się przed okazałym domem, położonym opodal od morza; miał on piękne okna o przeźroczystych szybach, na parapetach doniczki z kwiatami, ściany były świeżo tynkowane, a na progu siedział wyżeł, poziewując, jakby się czuł u siebie w domu. Dalibóg, zazdrościłem nawet temu niememu zwierzęciu jego spokoju i wygód; naraz otwarły się drzwi i wysunął się z nich zwinny, rumiany, grzeczny i stateczny jegomość w okularach i białej, pudrowanej peruce. Bieda moja była tak wielka, iż nikt ani razu dłużej się mną nie zajmował; atoli ten jegomość przyjrzał mi się raz i drugi... Okazało się, iż wzruszył się moim opłakanym wyglądem, gdyż podszedł wprost ku mnie i zapytał mnie, co tu porabiam.
Odpowiedziałem mu, że przybyłem do Queensferry w osobistej sprawie, po czym zebrawszy się na odwagę, prosiłem go, by mi wskazał drogę do domu pana Rankeillora.
— Czemużby nie? — rzecze mi on na to. — Jest to dom, z którego przed chwilą wyszedłem, a wskutek nieco szczególnego zbiegu okoliczności właśnie ja jestem owym człowiekiem, którego asan309 szukasz.
— Wobec tego — powiadam — chciałbym prosić wielmożnego pana o łaskawe udzielenie mi paru słów rozmowy.
— Nie znam aścinego nazwiska — odrzekł ów — a nawet jego oblicze po raz pierwszy w życiu oglądam.
— Nazywam się Dawid Balfour — powiedziałem.
— Dawid Balfour? — powtórzył on głosem nieco piskliwym, jak gdyby czymś nagle zaskoczony. — A skądże aść przybywasz, mości Dawidzie Balfour? — zapytał, spoglądając mi surowo w oblicze.
— Przybywam z wielu strasznych miejsc, panie łaskawy — odparłem — ale sądzę, iż lepiej byłoby opowiedzieć to wszystko waszmości bardziej poufnie.
On jakby się zadumał na chwilę, obejmując dolną wargę dłonią i spoglądając to na mnie, to na bruk ulicy.
— Tak — odrzekł — bez wątpienia tak będzie najlepiej.
To rzekłszy, powiódł mnie z sobą do swego domu, krzyknął na kogoś, kogom nie mógł dostrzec, że będzie zajęty do południa, po czym wprowadził mnie do małej, zakurzonej komnaty, pełnej książek i akt. Tutaj sam się usadowił i prosił mnie, bym usiadł, choć wydawało mi się, że spojrzał z pewną żałością na swój czysty fotel i moje brudne łachmany.
— A teraz — odezwał się — jeżeli asan masz do mnie jakiś interes, bądź łaskaw przedstawić go zwięźle i dojść od razu do sedna. Nec gemino bellum Troianum orditur ab ovo310... zrozumiałeś aść? — dodał, rzuciwszy przenikliwe spojrzenie.
— Właśnie tak uczynię, jak zaleca Horacy, miłościwy panie — odrzekłem, uśmiechając się — i wprowadzę waćpana in medias res311.
Skinął głową, jak gdyby był rad temu, boć w istocie chciał zażyć mnie z mańki owym łacińskim urywkiem. Pomimo to, aczkolwiek nabrałem już nieco odwagi, jednakże krew napłynęła mi do policzków, gdym dodał.
— Mam powód do przypuszczenia, iż mogę rościć pewne prawa do majątku Shaws.
On wydobył z szuflady plik papierów i rozłożył je przed sobą.
— A więc? — odezwał się.
Atoli312 ja zasznurowałem usta i siedziałem, nic nie mówiąc.
— Dalej, dalej, panie Balfour — rzekł prawnik — powinieneś wszystko kolejno wyznać. Gdzie się urodziłeś?
— W Essendean, mości panie — odrzekłem — dwunastego marca roku Pańskiego 1733.
On zdawał się szukać tej daty w swojej teczce, ale co to znaczyło, nie mogłem odgadnąć.
— Ojciec i matka waćpana?
— Ojcem moim był Aleksander Balfour, nauczyciel w owej miejscowości, a matką mi była Gracja z domu Pitarrow — odpowiedziałem — zdaje mi się, że jej rodzina pochodziła z Angus.
— Czy waćpan masz jakie papiery stwierdzające prawdziwość twej osoby? — zapytał pan Rankeillor.
— Nie, łaskawy panie — zeznałem — znajdują się one w rękach jaśnie wielmożnego pana Campbella, plebana miejscowego, od którego łatwo je wydostać; ponadto sam pan Campbell może poręczyć za mnie, a co się tyczy tej sprawy, nie sądzę, by stryj mój chciał zadać kłam mym słowom.
— Masz na myśli pana Ebenezera Balfoura? — rzecze rejent.
— Jego we własnej osobie — odrzekłem.
— Czyś go widział? — zapytał pan Rankeillor.
— Byłem przezeń podejmowany w jego własnym domu — odpowiedziałem.
— Czy spotkałeś się kiedy z człowiekiem zwanym Hoseason? — zapytał pan Rankeillor.
— Spotkałem się z nim, panie łaskawy, za ciężkie grzechy moje — odrzekłem — albowiem jego to pośrednictwu tudzież zarządzeniu mojego stryja przypisać należy, iż zostałem porwany nieopodal tego miasta, tłukłem się po morzu, przeżyłem rozbicie okrętu i setki innych udręczeń, a obecnie w tej lichej odzieży staję przed obliczem waszmości.
— Powiadasz aść313, iż okręt wasz się rozbił — rzecze pan Rankeillor — gdzież to było?
— Koło południowego naroża wyspy Mull — wyjaśniłem. — Wysepka, na którą mnie wyrzuciły fale, nosi miano Earraid.
— Ach! — rzecze rejent, uśmiechając się. — Asan masz lepsze wiadomości w geografii aniżeli ja. Ale jak dotąd, powiem aspanu szczerze, opowieść twoja zgadza się jota w jotę z wiadomościami, które zasięgnąłem z innego źródła. Lecz aść powiadasz, że cię porwano; jak to należy rozumieć?
— Zupełnie dosłownie, łaskawy panie — odpowiadam. — Właśniem się wybierał do domu waszmości, gdy mnie zwabiono na pokład brygu, tam okrutnym uderzeniem obalono mnie na ziemię, wrzucono do ciemnicy... a potem już nie wiem, co się ze mną działo, aż dopiero, gdyśmy znaleźli się na pełnym morzu. Byłem przeznaczony do plantacji; traf tylko zrządził, że przy pomocy Bożej udało mi się ujść żywo.
— Bryg rozbił się 27. czerwca — zauważył rejent, zaglądając do swej księgi, a dzisiaj mamy 24. sierpnia. Mamy tu zatem, panie Balfour, znaczną przerwę, prawie dwumiesięczną. Sprawiło to już niemało trosk i zgryzoty twoim przyjaciołom, toteż wyznam ci, że nie będę zaspokojony, póki wszystkiego nie sprawdzę.
— Zaprawdę, panie miłościwy — ozwałem się — te miesiące łatwo będzie zapełnić treścią; wszakoż zanim opowiem swe dzieje, rad bym wiedzieć, iż mówię do przyjaciela.
— Asan kręcisz w kółko — rzekł prawnik. — Nie dam się przekonać, aż posłyszę pańskie zeznania. Nie mogę być aści przyjacielem, póki nie otrzymam należytych wiadomości. Gdybyś miał więcej zaufania, lepiej by ci się powodziło w życiu; a trzeba ci wiedzieć, panie Balfour, że w naszym kraju jest przysłowie: kto złe wyrządza, sam zła się lęka.
— Waszmość nie powinieneś zapominać — rzekłem — że już raz źle wyszedłem na swej ufności, a raczej łatwowierności, oraz że zostałem zaprzedany w niewolę przez człowieka, który (o ilem dobrze zrozumiał) jest klientem waszmości.
Przez cały ten czas stawałem na pewnym gruncie wobec pana Rankeillora, a wraz z tym pozyskiwaniem gruntu pod stopami odzyskiwałem i pewność siebie. Atoli na ten mój wybryk, który mnie samego skłonił do nieznacznego uśmiechu, rejent roześmiał się całym gardłem.
— Nie, nie — odpowiedział — tak źle nie jest. Fui, non sum314. Byłem ci ja istotnie pełnomocnikiem twojego stryja, ale podczas gdy waćpan (imberbis iuvenis custode remoto315) wałęsałeś się na zachodzie, wiele tu u nas się zmieniło, a gdyby cię uszy nie zbolały, nie brakowałoby mi tematu do opowieści. W sam raz w dzień aścinej morskiej przygody zawitał do mej kancelarii jaśnie wielmożny pan Campbell, dopytując się natarczywie o waćpana. Jako żywo, nigdy przedtem nie słyszałem o waćpanu, ale znałem niegdyś pańskiego ojca, a na podstawie spraw mi wiadomych (o które później potrącę), gotów byłem obawiać się rzeczy najgorszych. Pan Ebenezer przyznał, iż widział się z waćpanem, i oświadczył (co wydało mi się rzeczą nieprawdopodobną), iż dał ci znaczną sumę pieniędzy oraz że aść wyruszyłeś na kontynent europejski, zamierzając uzupełnić swe wykształcenie, co było rzeczą podobną do prawdy i chwalebną. Zapytany, jak to się stało, iż waćpan nie dałeś żadnej wieści o sobie panu Campbellowi, stryj twój odpowiedział, że wyraziłeś gorącą chęć zerwania z dawnym swym życiem. Gdyśmy go następnie pytali, gdzie przebywasz obecnie, powiedział, że nie wie, ale przypuszcza, iż udałeś się do Lejdy. Taki był całkowity plan jego odpowiedzi. Nie bardzo jestem pewny, czy ktoś mu uwierzył — dodał po chwili pan Rankeillor, uśmiechając się — zresztą pewne moje wyrażenia tak dalece mu się nie podobały, iż (krótko mówiąc) wyprosił mnie za drzwi. Na tym musieliśmy ostatecznie poprzestać, gdyż jakkolwiek mogliśmy snuć najdziwaczniejsze podejrzenia, nie mieliśmy na nie ani cienia dowodu. W sam raz w oną chwilę pojawia się kapitan Hoseason, opowiadając o twoim zatonięciu. Wówczas wszystko się rozwiało, pociągając w skutkach jedynie zgryzotę pana Campbella, uszczerbek dla mej kieszeni oraz nową plamę na charakterze twego stryja, który mógł to bardzo ciężko przypłacić. A teraz, panie Balfour, chyba już rozumiesz bieg całej sprawy i możesz osądzić, w jakiej mierze zasługuję na zaufanie.
Prawdę powiedziawszy, rejent był bardziej pedantyczny, niż potrafię go opisać, i o wiele więcej pstrzył łaciną swoje przemówienie; jednakowoż wszystko było wypowiedziane z taką uprzejmością w spojrzeniu i obejściu, która znacznie się przyczyniła do przezwyciężenia mej nieufności. Co więcej, zauważyłem, że i on sam tak się do mnie odnosił, jak gdyby nie żywił żadnych wątpliwości względem mej osoby, tak iż pierwszy punkt mej relacji został już pono całkowicie przyjęty.
— Panie rejencie — odezwałem się — gdy zacznę opowiadać waćpanu moje przygody, będę musiał pańskiej dyskrecji poruczyć życie jednego z mych przyjaciół. Racz waszmość poręczyć mi słowem jego nietykalność, a co się tyczy mej osoby, to nie potrzeba mi lepszej poręki jak oblicze waszmość dobrodzieja.
On z wielką powagą złożył mi słownie poręczenie, dodając przy tym.
— Ale te wszystkie przedmowy trochę mnie niepokoją; przeto jeżeli w pańskiej opowieści trafi się coś, co pozostaje w małej sprzeczności z prawem, to proszę pamiętać, że jestem prawnikiem, i rzecz tę pomijać.
Wówczas opowiedziałem mu całe swe dzieje, on zaś słuchał, zarzuciwszy okulary na czoło i przymknąwszy oczy, tak iż niekiedy bałem się, czy on nie zasnął. Ale gdzie tam! Słyszał każde słowo (jakem się później przekonał), a bystrość jego słuchu i dokładność jego pamięci niejednokrotnie wprawiła mnie w zdumienie. Nawet dziwaczne imiona gallickie, które słyszał wówczas po raz pierwszy i ostatni, zapamiętał sobie i nieraz mi je przypominał w wiele lat później. Jednakowoż, gdy wspomniałem wyraźnie Alana Brecka, zaszła scena osobliwa. Nazwisko Alana istotnie rozbrzmiewało w całej Szkocji, wraz z wiadomością o morderstwie appińskim i ofiarowanej nagrodzie za wykrycie przestępcy; więc zaledwie nazwisko to wymknęło się z mych ust, rejent poruszył się w krześle i otworzył oczy.
— Nie życzę sobie niepotrzebnego wspominania pewnych nazwisk, panie Balfour — przemówił — a zwłaszcza nazwisk górali, z których wielu zawiniło wobec prawa.
— Istotnie, byłoby może lepiej ich nie wspominać — przyznałem — ale skoro mi się nazwisko to już wymknęło, muszę brnąć z nim dalej.
— Bynajmniej — sprzeciwił się pan Rankeillor. — Mam słuch nieco przytępiony, jak aść musiałeś już zauważyć, toteż nie bardzo jestem pewny, czym posłyszał dokładnie to nazwisko. Jeżeli pozwolisz, nazwijmy pańskiego przyjaciela, dajmy na to, Thomsonem... ażeby nam się tu nie plątały jakieś przypuszczenia. Na przyszłość zaś tak samo radzę postąpić z każdym góralem, żywym czy umarłym, którego zamierzasz wspomnieć.
Wniosłem z tego, że musiał aż nadto wyraźnie posłyszeć rzeczone nazwisko, więc już na poły zgadywał, iż musiałem mieć jakiś związek z owym morderstwem. Jeżeli on wolał udawać nieświadomość, nie moja w tym sprawa; przeto uśmiechnąłem się, mówiąc iż nazwisko to brzmi niezbyt po góralsku, alem przystał na propozycję. Odtąd już do końca mej opowieści Alan zwał się Thomsonem, co bawiło mnie tym więcej, że był to wybieg w duchu jego własnych upodobań. Podobnie Jakuba Stuarta omawiałem jako krewniaka pana Thomsona, Colina Campbella przezwałem imć panem Goenem, a Cluny’emu, gdym doszedł do tej części mego opowiadania, nadałem miano: „imć pan Jameson, naczelnik góralski”. Była to w istocie najoczywistsza komedia i dziwiłem się, iż rejent uważał za stosowne ją odgrywać; ale ostatecznie było to zupełnie w duchu owego czasu, gdy w państwie były dwa stronnictwa, a ludzie spokojni, niemający o sobie samych nazbyt wygórowanego mniemania, szukali lada mysiej dziurki, by uniknąć wzajemnej urazy.
— No, no! — rzekł prawnik, gdym tuż zakończył. — Wspaniały to poemat, ta twoja Odysseja. Winieneś ją waćpan opowiedzieć poprawną łaciną, gdy posuniesz się w studiach... albo i po angielsku, jeśli taka twa wola, choć ja osobiście wolę mowę dobitniejszą i bardziej wyrobioną. Wieleś się nawałęsał; quae regio in terris316... jakaż gmina w Szkocji (że przełożę te słowa stylem bardziej rodzimym) nie była pełna twych przygód i włóczęgi? Ponadto okazałeś asan niepospolitą zdolność w tym, iż dostawszy się w dwuznaczne okoliczności, umiałeś jednak, koniec końców, dobrze w nich się zachować. Ten pan Thomson wydaje mi się człowiekiem niepozbawionym pięknych zalet, choć, być może, w nazbyt gorącej wodzie go kąpano. W każdym razie nie mniej byłbym rad, gdyby (pomimo wszystkich swych zasług) utonął był w Morzu Północnym, gdyż ten człowiek, panie Dawidzie, może nam tu jeszcze nawarzyć bobu. Jednak aspan bez wątpienia masz zupełną słuszność, żeś doń przylgnął; niewątpliwie i on przylgnął do waćpana. Wynika stąd, rzec można, iż był ci on wiernym druhem; nie mniej jednak paribus curis vestigia figit317, bo przypuszczam, że obu wam nie w smak byłaby szubienica. No, no, na szczęście owe dni już przeszły, a ja sądzę (mówiąc po ludzku), że aść jesteś już bliski końca swych kłopotów.
W ten sposób ciągnąc morał z mych przygód, spoglądał na mnie z takim humorem i dobrotliwością, że ledwom mógł pohamować swe zadowolenie. Tyle czasu tułałem się wśród ludzi nieposłusznych prawu i miałem łoże na górskich rozłogach, pod gołym niebem, iż wydawało mi się wielkim dostojeństwem siedzieć znów pod dachem, w schludnym domu i wieść przyjacielską rozmowę z wykształconym i przyzwoicie ubranym jegomościem. Właśnie gdym o tym myślał, rzuciłem okiem na swe ohydne łachmany i popadłem znów w zakłopotanie. Widział to rejent i zrozumiał myśl moją; wnetże318 wstał, zawołał przez schody, by zastawiono drugie nakrycie, gdyż pan Balfour zostanie u niego na obiedzie, po czym zaprowadził mnie do sypialni na pięterku. Tam przede mną postawił miednicę z wodą, mydło i grzebień i wydobył jakieś ubranie należące do jego syna, a wreszcie, rzuciwszy jeszcze jakąś stosowną cytację, wyszedł z pokoju, dając mi możność przebrać się i przyochędożyć319.
Rozdział XXVIII. Idę upomnieć się o swe dziedzictwo
Odmieniwszy, ile tylko mogłem, mą powierzchowność, rad byłem przejrzeć się w zwierciadle — i stwierdziłem, że obdartus znikł już bez śladu, natomiast Dawid Balfour odżył na nowo. Mimo to wstydziłem się i tej przemiany, a nade wszystko pożyczonego przyodziewku. Gdym już był gotów, pan Rankeillor, zdybawszy mnie na schodach, powiedział mi parę komplementów i wprowadził mnie z powrotem do swego gabinetu.
— Proszę siadać, panie Dawidzie — ozwał się — pozwól teraz, gdyś już bardziej do siebie podobny, bym i ja podzielił się z tobą pewnymi nowinami. Zapewne zachodzisz w głowę, jaki stosunek łączył twego ojca i twego stryja? Juści, dziwna to historia, a jej wyjaśnienie jest tego rodzaju, iż płonię się, gdy mam ci go udzielić. Albowiem — tu istotnie się zakłopotał — sprawa cała wiąże się z przygodą miłosną.
— Doprawdy — rzekę — nie wiem, jak wiadomość tę skojarzyć z moim stryjem.
— Ba! Twój stryj, panie Dawidzie, nie zawsze był stary — odparł rejent — a także, co może więcej cię zadziwi, nie zawsze był brzydki. Błyszczał ci on niegdyś urodą i wytwornością! Ludzie w drzwiach stawali, by nań popatrzeć, gdy przejeżdżał na rączym rumaku. Widywałem to nieraz na własne oczy, a wyznam szczerze, iżem nań pozierał nie bez zazdrości, jako że sam byłem prostym chłopczyną i synem prostego człowieka... zaś w owe lata wynikało stąd: Odi te, qui bellus es, Sabelle320.
— Brzmi to jak bajka — wtrąciłem.
— Tak, tak — rzekł prawnik — tak to bywa z młodością i latami. Ale na tym nie koniec, bo oto miał on i tego rodzaju usposobienie, które zdawało się wróżyć mu wielką przyszłość. W roku 1715 cóż lepszego mogło mu przyjść do głowy, jak nie drapnąć do powstańców? Aścin ojciec go gonił, znalazł go gdzieś w rowie i przyprowadził go z powrotem, multum gementem, ku uciesze całej okolicy. Tak czy owak, maiora canamus... obaj młodzieńcy zakochali się i to w tej samej pannie. Pan Ebenezer, którego powszechnie podziwiano, lubiono i psuto nad miarę, był, oczywista, wielce pewny swego zwycięstwa; kiedy zaś obaczył, iż się zawiódł i omylił, dalej drzeć się, jak paw, wniebogłosy. Poszedł stąd huczek na całą okolicę; ów młodzian to leżał w domu chory, a jego rodzina o gołębich sercach stała dokoła łoża, zalewając się łzami; to znów jeździł od gospody do gospody i pierwszym z brzega wywnętrzał się ze swych strapień. Twój ojciec, panie Dawidzie, był zacności człowiekiem, ale był przy tym aż do żałości czuły i ustępliwy; toteż wszystkie te wybryki brał całkiem poważnie, aż nareszcie dnia jednego — wybacz aść, że to mówię! — zrzekł się ręki swej panny. Ona jednakże nie była tak narwana (po niej to chyba waćpan odziedziczyłeś swój trafny i zdrowy rozsądek), toteż sprzeciwiła się temu, by miano sobie grać odbijanego jej osobą. Obaj padli przed nią na kolana, ale wynikiem tych zabiegów było na razie to, że pokazała drzwi jednemu i drugiemu. Było to w sierpniu... mój Boże! W tym samym roku, kiedy ja ukończyłem akademię. Scena ta musiała być wielce komiczna.
Sam w głębi ducha pomyślałem, że była to niedorzeczna sprawa, jednakowoż nie mogłem zapomnieć, że mój ojciec brał w niej udział.
— Chyba raczej, panie łaskawy, była w niej nuta tragiczna — zauważyłem.
— O nie, mosterdziejku, wcale nie! — odpowiedział rejent. — Albowiem tragedia zawsze zawiera jakowąś poważną osnowę, jakowyś dignus vindice nodus; natomiast tu w grę wchodziła jedynie swawola młodego zbytnika, którego rozpuszczono na dziadowski bicz, a któremu nie należało się nic innego, jak tylko wyłożyć go na ławę i sypnąć ze dwadzieścia oblewanych batów. Bądź co bądź, ojciec pański inaczej się na tę rzecz zapatrywał; skończyło się na tym, że po coraz to nowych ustępstwach ze strony pańskiego ojca oraz coraz to nowych wybuchach wrzaskliwego, czułostkowego samolubstwa po stronie stryja, obaj doszli wreszcie do pewnego rodzaju układu, którego złe skutki odczułeś aść niedawno na własnej skórze. Jeden wziął pannę, a drugi majętność. Otóż, panie Dawidzie, wiele się mówi o litości i wspaniałomyślności, ale w obecnym, rozważnym okresie życia często sobie myślę, że podobno do najpomyślniejszych wyników dochodzi się wówczas, gdy człek zasięga porady prawnej i bierze wszystko, co mu się prawnie należy. Tak czy owak, owa donkiszoteria pańskiego ojca, sama przez się niesprawiedliwa, zrodziła z siebie cały szereg krzyczących niesprawiedliwości. Twój ojciec i matka żyli i pomarli w biedzie; asan sam też w biedzie się wychowałeś... a tymczasem jakże tu się powodziło dzierżawcom majątku Shaws! I mógłbym dodać (gdyby mnie to wiele obchodziło), jakże się tu wiodło panu Ebenezerowi!...
— A przecie jest to chyba rzecz ze wszech najdziwniejsza — napomknąłem — iż natura ludzka może ulec takiej zmianie.
— To prawda — rzekł pan Rankeillor. — Jednakże zdaje mi się, że jest to dość naturalne. On chyba zdawał sobie z tego sprawę, że odegrał rolę niepiękną. Ci, którzy byli wtajemniczeni w całą historię, zaczęli odnosić się doń wzgardliwie; ci, którzy jej nie znali, widząc, że jeden z braci gdzieś się zapodział, a drugi objął jego dziedzictwo, rozgłosili wieść o rzekomym zabójstwie. Tak więc obaczył, że ze wszystkich stron poczęto go unikać. Pieniądze były jedynym zyskiem, jaki przypadł mu z onego układu; otóż począł on myśleć o przysporzeniu sobie pieniędzy. Samolubem był za młodu i samolubem pozostał dziś, gdy jest stary, a ostatecznym rezultatem wszystkiego są te piękne obyczaje i tkliwe uczucia, których aspan doświadczyłeś sam na sobie.
— Dobrze, panie łaskawy — mówię na to — ale wobec tego wszystkiego jakież jest moje stanowisko?
— Majątek należy do waćpana, co do tego dwóch zdań być nie może — odparł rejent. — Mniejsza o to, co tam podpisał twój ojciec, na mocy praw spadkowych waćpan jesteś jedynym prawnym dziedzicem. Ale stryj pański lubi walczyć z bezbronnym, a rzecz wielce prawdopodobna, iż będzie podnosił wątpliwości względem twej osoby i nazwiska. Dochodzenie prawne zawsze pociąga za sobą wiele wydatków, a proces rodzinny zawsze nabiera cech skandalu; poza tym jeżeliby wyszły na jaw jakieś konszachty waćpana z imć panem Thomsonem, moglibyśmy porządnie się sparzyć. Zaprzedanie waćpana w niewolę byłoby oczywiście atutem w naszych rękach, gdybyśmy tylko zdołali fakt ten udowodnić. Ale udowodnienie może być niełatwym zadaniem; toteż moja rada, ażeby na razie zawrzeć dogodny układ ze stryjem, dajmy na to, zostawić go w Shaws, gdzie zakorzenił się już od ćwierćwiecza, a samemu poprzestać chwilowo na znaczniejszym zaopatrzeniu pieniężnym.
Odpowiedziałem, iż z całą chęcią zgodzę się na ustępstwa i że wyciąganie spraw rodzinnych na widok publiczny jest krokiem, do którego z natury czuję wielki wstręt. Tymczasem rozmyślając w cichości ducha, począłem dostrzegać główne zarysy tego planu, według którego działaliśmy później.
— A więc rzeczą ważną — zapytałem — jest udowodnienie mu mojego porwania?
— Nie inaczej — odrzekł pan Rankeillor — i to wedle możności bez wytaczania sprawy przed sądem. Bo zważ sam, panie Dawidzie; nie ulega wątpliwości, iż uda nam się znaleźć paru ludzi ze Zgody, którzy poświadczyli przysięgą pańskie uwięzienie; ponieważ jednak oni byli na okręcie, nie moglibyśmy sprzeciwić się dalszym ich zeznaniom, przy czym z pewnością wymknęłoby się im jakieś słówko o pańskim przyjacielu panu Thomsonie... co (wnosząc z pańskich opowiadań) nie byłoby, moim zdaniem, pożądane.
— Wobec tego racz waszmość posłuchać, jaki sposób ja wymyśliłem.
I opowiedziałem mu swoje zamysły.
— Ale to chyba pociągnie za sobą moje spotkanie z owym Thomsonem? — rzekł rejent, gdym skończył mówić.
— Tak myślę istotnie, łaskawy panie — odrzekłem.
— Widzicie go! — zawołał prawnik, trąc sobie skronie. — Nie, panie Dawidzie, boję się, że twój pomysł jest niemożliwy do przyjęcia. Nie mówię nic przeciwko aścinemu przyjacielowi, panu Thomsonowi; nie wiem nic takiego, coby świadczyło przeciwko niemu, ale gdybym wiedział (zakarbuj to sobie w pamięci, panie Dawidzie!), uważałbym za swą powinność oddać go w ręce prawa. A teraz poddaję ci pod rozwagę: czy to rzecz roztropna spotykać się z nim? Może mieć on na sumieniu jakieś obciążające go sprawki. Może on ci wszystkiego nie opowiedział. Może nawet on się nie nazywa Thomson! — utyskiwał rejent, mrugając powiekami. — Albowiem niektórzy z tych ptaszków zbierają sobie nazwiska po drodze, jak kto inny zbiera owoce tarniny.
— Waszmość sam musisz tu być sędzią — odrzekłem.
Atoli było rzeczą widoczną, iż mój plan zajął jego wyobraźnię, albowiem poczciwina wpadł w zadumę, z której otrząsnął się dopiero wtedy, gdy poproszono nas na obiad i do towarzystwa jaśnie wielmożnej pani Rankeillerowej. Skoro po obiedzie pani domu pozostawiła nas samych przed zastawioną butelką wina, mój gospodarz znów jął roztrząsać mój pomysł. Gdzie i kiedy mam się spotkać z panem Thomsonem? Czym pewny dyskrecji pana T.? A w razie, jeżeli uda nam się przyłapać starego lisa, to czy zgodzę się na taką a taką umowę? — Te i tym podobne pytania zadawał mi rejent ustawicznie co pewien czas, skrapiając jednocześnie w zamyśleniu język swój winem. Gdym odpowiedział na wszystkie, podobno ku jego zadowoleniu pytania, on popadł w jeszcze głębszą zadumę, zapominając nawet o wybornym winie francuskim. Potem wziąwszy arkusz papieru i ołówek, zasiadł do pisania, ważąc w duchu, przepisując i przemazując każde słowo; na koniec uderzył w dzwonek, na którego odgłos wszedł do pokoju sekretarz rejenta.
— Panie Torrance — rzekł rejent — muszę to mieć przepisane na czysto jeszcze przed nocą, a kiedy skończysz, racz wdziać kapelusz i bądź gotów pójść z tym panem i ze mną, gdyż być może, będziemy cię potrzebowali jako świadka.
— Co, panie dobrodzieju?! — zawołałem, gdy sekretarz wyszedł. — Więc waszmość chcesz się ważyć na to?
— Eee! Nie mówmy już o tej sprawie. Sam widok Torrance’a przypomina mi dość pocieszne zdarzenie sprzed paru lat, gdy umówiłem się z tym biednym ciamajdą, że spotkamy się koło krzyża w Edynburgu. Każdy poszedł za własnymi sprawunkami, a kiedy była już godzina czwarta, Torrance, mając już nieco w czubie, nie poznał swego pana, ja zaś, nie wziąwszy okularów, byłem bez nich tak ślepy, iż daję waćpanu słowo, żem nie poznał własnego skryby! — To mówiąc, roześmiał się serdecznie.
Odpowiedziałem, że było to dziwne zdarzenie, i uśmiechnąłem się, jako mi grzeczność nakazywała; atoli co mnie dziwiło przez cały ten przedwieczerz, to że rejent wciąż powracał do tej historii i nad nią się zatrzymał, za każdym razem opowiadając ją ze śmiechem i coraz to nowymi szczegółami, tak iż na koniec byłem już całkiem zbity z pantałyku i począłem się wstydzić błazeństw mego nowego przyjaciela.
Gdy już zbliżała się pora, na którą umówiłem się z Alanem, wyruszyliśmy z domu, ja pod ramię z panem Rankeillorem, a Torrance z tyłu poza nami, niosąc akta w kieszeni, a w ręce kosz z krytym wierzchem. Pókiśmy szli przez miasto, rejent ustawicznie musiał się kłaniać to w prawo, to w lewo i wciąż był zatrzymywany przez mieszczan, którzy zadawali mu pytania dotyczące bądź spraw miejskich bądź interesów osobistych; mogłem więc się przekonać, iż był on osobistością wielce poważaną w swej okolicy. Na koniec wydostaliśmy się z obrębu murów i poczęliśmy iść wzdłuż brzegu przystani, w stronę karczmy Hawes i grobli Przewozu, która była widownią mego nieszczęśliwego wypadku. Nie mogłem patrzeć bez wzruszenia na owo miejsce, przypominając sobie, ilu z ówczesnych moich towarzyszy dziś już nie ma pomiędzy żyjącymi: zginął Ransome, wyzwolon (jak tuszę) od przyszłej niedoli; zginął Shuan, odszedłszy tam, gdzie nie chciałbym za nim podążyć; nie masz i tych nieboraków, którzy poszli na dno wraz z zatopionym brygiem. Wszystko to przeżyłem — ba, przeżyłem i sam okręt i wyszedłem bez szwanku z tych wszystkich udręczeń i srogich opałów. Jedyną mą myślą powinna była być wdzięczność względem Stwórcy; jednakże na owo miejsce nie mogłem spozierać bez żalu za innymi i bez dreszczu wznowionej zgrozy.
Właśnie sobie rozmyślałem o tym wszystkim, gdy nagle pan Rankeillor wykrzyknął głośno, postukał się ręką po kieszeniach i począł się śmiać.
— No, no! — zawołał. — Czy też to nie zabawna przygoda! Po wszystkim, com opowiadał, zapomniałem wziąć okulary!
Wówczas, rzecz jasna, zrozumiałem cel jego opowiastki i wiedziałem, że jeżeli zostawił w domu okulary, uczynił to umyślnie, ażeby mógł skorzystać z pomocy Alana, nie bojąc cię go rozpoznać. Doprawdy, było to zręcznie obmyślane, albowiem, nawet gdyby sprawa doszła do najgorszej ostateczności, jakże mógł teraz pan Rankeillor składać przysięgę co do tożsamości mego przyjaciela, albo jakimże sposobem mógł mieć przeciwko mnie potępiające dowody? Bądź co bądź, sporo czasu upłynęło, zanim spostrzegł ów brak okularów, a gdyśmy szli przez miasto, zagadywał był i poznawał wiele osób, przeto prawie nie wątpiłem, iż w istocie wzrok miał wcale niezgorszy.
Skoro minęliśmy Hawes (gdzie poznałem gospodarza, stojącego w drzwiach i kurzącego fajkę, i byłem zdziwiony, widząc, że się nic a nic nie postarzał), pan Rankeillor zmienił porządek pochodu, przyłączając się do Torrance’a idącego w tyle i wysyłając mnie naprzód, niby na zwiady. Poszedłem ku szczytowi wzgórka, pogwizdując od czasu do czasu ową gallicką piosenkę aż w końcu z radością posłyszałem jej odzew i dostrzegłem Alana, podnoszącego się zza krzaka. Był on nieco markotny, jako że przez cały dzień włóczył się chyłkiem po okolicy i ledwo że tam coś przegryzł w piwiarni koło Dundas. Ale skoro tylko zoczył mnie w nowej odzieży, zaczął się rozpogadzać, a gdym mu opowiedział, jak daleko posunęły się nasze sprawy i jakiej roli oczekuję po nim w pozostałej części naszego dzieła, natychmiast jakby nowy duch weń wstąpił.
— Doskonaleś to obmyślił — rzecze do mnie — a pozwolę sobie powiedzieć, że wykonania tej sprawy nie mogłeś powierzyć w lepsze ręce, jak w ręce Alana Brecka. Nie jest to rzecz (zważ sam), którą kto bądź potrafiłby wykonać; na to trzeba człowieka obrotnego i przemyślnego. Ale coś mi się zdaje, że twój prawnik już się po trosze stęsknił do mego widoku.
Wobec tego zawołałem i skinąłem na pana Rankeiliora, który wnet podszedł ku nam samopas, zostawiwszy Torrance’a poza sobą; przedstawiłem go swemu przyjacielowi, panu Thomsonowi.
— Rad jestem, iżem spotkał waszmości, panie Thomson — ozwał się rejent. — Atoli nie wziąłem z sobą okularów, a nasz wspólny przyjaciel, obecny tu pan Dawid — (to mówiąc, poklepał mnie po ramieniu) — poświadczy, iż jestem prawie ślepy; toteż nie dziw się waćpan, gdybym przypadkiem jutro cię nie poznał.
Mówiąc to, myślał, że ucieszy Alana; atoli próżność tego górala gotowa była czuć się urażoną nawet z bardziej błahych przyczyn niż obecna.
— Ba, panie szanowny — odrzekł oschle — powiedziałbym, że to fraszka, zwłaszcza, że zeszliśmy się tu w określonym celu, mianowicie po to, by przywrócić pana Balfoura do praw jemu należnych, potem zaś, o ile mi się zdaje, nie będziemy mieć chyba nic z sobą wspólnego. Wszakoż przyjmuję pańskie usprawiedliwienie, które było bardzo stosowne.
— Na niczym więcej mi już nie zależy, panie Thomson — ozwał się Rankeillor serdecznie. — Teraz zaś, ponieważ waćpan i ja jesteśmy głównymi aktorami w tym przedsięwzięciu, sądzę, że powinniśmy wejść w bliższe porozumienie; w tym celu proszę waćpana, żebyś był uprzejmy podać mi ramię, gdyż wobec zmroku i braku okularów nie jestem całkiem pewny drogi, ty zaś, panie Dawidzie, znajdziesz w osobie Torrance’a miłego towarzysza pogawędki. Tylko niechże mi będzie wolno ci przypomnieć, że zbyteczna, by ów miał słyszeć coś jeszcze o twoich przygodach lub o przygodach mości... hm... pana Thomsona.
Tak więc oni we dwójkę poszli naprzód, gwarząc z sobą coś poufnie i po cichu, a Torrance i ja postępowaliśmy za nimi w odwodzie.
Noc już była zupełna, gdyśmy obaczyli w dali mroczne zręby dworu w Shaws. Było już po dziesiątej; wszędy było ciemno i cicho, jedynie od południowego zachodu ciągnął miły, szumiący wiaterek, który przygłuszał głos naszych kroków. Gdy podeszliśmy bliżej, w żadnej części gmachu nie było widać nawet najniklejszego światełka ni odbłysku; wnosić stąd można było, że stryj już leżał w łóżku, co dla naszych knowań było zaiste najdogodniejszą okolicznością. Zatrzymawszy się o jakie pięćdziesiąt sążni opodal, odbyliśmy szeptem ostatnią naradę, po czym my we trzech, rejent, Torrance i ja, podpełzliśmy cichaczem i przyczailiśmy się poza węgłem domu, a skoro stanęliśmy już na oznaczonych miejscach, Alan, nie ukrywając się zgoła, postąpił ku drzwiom i zaczął się do nich dobijać.