Jak „nic” na tronie wszechświata zasiada

Ci dwaj na uboczu, przy balustradzie galerii zlepieni i głucho wsłuchani w wzajemne knowanie... wiesz jaka konstrukcja, czym są i co znaczą? Trzeba ich poznać, by w czas się dowiedzieć, że mecz się nie skończy, że nierozegrany... W tym clou190 jest sensacji i sukces sensu niebywały dotąd. Racz zauważyć, że starszy, brodaty, wyraźnie pejsaty, z kształtną jarmułką i w czarnym chałacie — to z Witebska191 rabin. A jego towarzysz smagły, zezowaty i w białym burnusie192 z kapuzą zakonną — to z Timbuktu193 fakir194. Spotkali się tutaj całkiem przypadkowo i mimo zaduchu z perfum i potu i cygarzysk smrodu, wnet się z wąchali. Język znalazłszy pomiędzy sobą porozumiewawczy (mieszanka licha hiszpańskiej mowy z narzeczem arabskim), chytry, przemądry i utajony wszczęli rozhowor195.

— Nu, po co to było tylego zachodu, skoro na niczym wszystko się skończyło? — zauważył rabbi.

— Nie mogę równego mieć z tobą zdania. Chętnie przyznaję, że jest najlepiej, gdy się nic nie dzieje. Z zamiłowania jam bez zmiany faktor196. Lecz tu się dzieje, tam na scenie dzieje. Tu już się stało, nic się pokazało! — odpowie fakir.

— Myśli pan fakir, że oni się boją jeden przed drugim i dlatego tylko furt jak stali stoją?

— Oni nie mogą: oni by chcieli, lecz siły nie mają i tak przetrwają, dopóki za nich nie pokonają nicości w sobie setki tysiące zrzeszonych milionów, które wierzgają, wyją i plują, a walki wyniku doczekać nie zechcą i nie zdołają.

— Jest, jest już odwilż w zaschłej, starej głowie. Niech pan sam powie, czy nie wskoczyłem na płochliwą szkapę? Ten Prochryst, to on całkiem dobrze wykalkulował z tym szkiełkiem w oku. Tylko po co szmaragd, kiedy taki drogi? Choć może i trzeba takiej kosztowności, aby była siła... On szkiełkiem zielonym trzyma Antychrysta, ażeby nie bił i nie śmiał przystąpić.

— Niech rabbi się dowie, że równocześnie u Antychrysta w szklanych jego zorzach jest moc pętająca ochotę Prochrysta. Jest równość w siłach, które na się dybią i przeciw sobie o zwycięstwo poszły. Stąd nie ruszą z miejsca i równość niemocy swym ludom okażą. Od czasu do czasu w chwilach kataklizmów „nic” dziecię „czegoś”, najdroższy jedynak, na świat przychodzi i rządzi, i zwodzi, i ofiar ludzkich pożera miliony, i tylko w powodzi krwi oceanów z życia uchodzi. I znowu na odwrót tak oto się dzieje, że „coś” z nicości powstaje na przemian. Raz taki okres słońc i księżyców, i doli człowieczej, a potem znów inny. Taki z wielkim niczym lub z czymś niestety aż nadto znikomym. Nie może być trzeci.

— Niech się pan popatrzy, niech pan tylko spojrzy! Teraz, zaraz proszę, mój kochany fakir! Taki jestem ciekaw, co też do tego szanowny pan powie? Ja wyraźnie widzę, jak właśnie w tej chwili ten z zielonym szkiełkiem w serce się wgapił, żebym tak zdrów był, prosto w samo serce swego przeciwnika, tego paskudnika. No, widzi pan dobrze? Czy on go zabije? Tego kudłacza swym strasznym wejrzeniem za serce przycapił, bój się pan Boga, i już go nie puści...

— Nie bój się starcze, ciszej, ciszej. Antychryst też trzyma swego przeciwnika.

— Czy też być może? Na Boga wielkiego! Mów pan i pokaż, bo ja nie dowidzę. Łzy mi zachodzą na sędziwe oczy i mgły pod powiekę. Mnogie lat dziesiątki błądziły źrenice po Tory wersetach i już się wytarły. Oby mogły jeszcze powrócić raz tylko między ryże pukle, które się chwieją na wnucząt głowiętach hen stąd daleko!

— Jakem Abu-Seif! Antychryst Prochrysta za głowę pochwycił okulary swymi, mózg mu przytrzymał i na skroś prześwietlił. Współzawodnika myśl każdą odczyta i ruch wszelki złamie, zanim ten się pocznie.

— Nu! Oni się biją, jak zapowiedziano, biją spojrzeniami, jak było w programie. Czemu więc wrzeszczą ci głupcy na dole, czemu przeklinają? Ci obaj atleci są bardzo sumienni, nowy sposób mają i nie cyganią.

— Tłum nigdy nie widzi i zawsze się wścieka. Ja mogłem dostrzec, co prawdą jest nową, bo w tym mój zawód. Idę ku niebu, zawsze idę, wiecznie, jako prawy sâlik197 a na tej drodze nazwanej tarika, wszechpojmowanie, w pobożnego oczach wciąż się rumieni. Tu przystanąłem przy głośnych atletach, bo nigdy derwisz nie wie, co czyni, i nie wie, dlaczego. Oto przyszła chwila, w której fakir wolny i jałmużnik âzâd198 do myśli przyjmuje niebios zrozumienie. Nakrycie głowy wówczas on zdejmuje (żółty cylinder trzyma na kolanach) i staje się madżzub199, co wszystko ujrzy i wyprorokuje. Mówię ci, rabbi, a jeśli chcesz, słuchaj: zapaśnicy obaj są szampionami swojego zawodu i są wzorowo obaj trenowani. Walka ich wielka i potrwa długo. I z tych, co tu byli, i z tych, co milionami przybyć tu mogą, ostatni padnie, zanim ci dwaj dzielni moc swoją wyczerpią. Ich siły są równe i długie na wieki. Jako się wpatrzyli, tak trwać będą dalej. Nie masz potęgi, która by skusiła bojowników wzroku na oka mgnienie do mrugnięcia tylko choć jedną powieką.

— Na Abrahama i na Mojżesza, nu, a co być może, jeśli Mesjasz przyjdzie?

— Bo ja wiem, co będzie? Mnie widzi się jednak, że gdyby przyszedł, to ruszać nie zechce tych zapaśników. Mecz zgrywa się wielki, ażeby nic z niego wyszło wśród boleści, aby urosło, dojrzało i skrzepło, a potem już na świat i do ludzkich mózgów wlazłszy układnie, na stale osiadło. Zamiar jest cenny, by religia jedna i nowoczesna opanowała dwa ludzi miliardy, lądy i morza, półwyspy, wysepki, przepaście, powietrza, języki i serca. Sił ludzkich i myśli najwyższe napięcie, by nicość osiągnąć i w niej się rozgościć. Taka jest mądrość i dzięki atletom, wprost pierwszorzędnym, dziś ona zwycięża...

— To nic, co pan widzi, wszechmocne, potężne, to ono z jakich powstaje boleści?

— Z sił równowagi, którą się osiąga, kiedy myśl serce na wylot przebije, a serce się dostanie w zamyśloną głębię.

— Gwałtu! Co ja słyszę! Oni są ranni: Prochryst w samą głowę, a Antychryst w serce!

— Każdą się religię buduje na męce. A zapanuje nad światem obrządek, który się z bólem upora w poczęciu i swym wyznawcom bezbolesną pewność otworzy na wieczność.

— Ja sobie myślałem: z nahajką już koniec i na pohybel tym zaporożcom żółtym, zielonym, czy nawet czerwonym, co wszyscy jednako w Mińsku i w Moskwie czy w Archangielsku mordują Żydków. A tu tymczasem tylko nowa moda, a stara jest srogość! Bicz tylko się zmienił, a została bójka. Co ja mam z tego, że żelazna miotła ma być wymieniona na zaczepnych spojrzeń snop strasznie bolesny i że nie pręt tępy na plecy mi gruchnie, lecz do wnętrza wpadnie promień zadzierżysty na samym końcu z wyostrzoną myślą?

— Skończył się okres udręczeń fizycznych i czas już najwyższy, by myśli przeciwne ze sobą się starły i by się prały po mordzie, po grzbiecie, po potylicy, czy choćby po piętach, gdzie tylko się uda i gdzie kto utrafi, całkiem niemal wiernie, jak ongi po cielsku hulały sobie: kije i kolby, pałasze lub kindżał... Wie Allah, co czyni, święte Jego Imię! Nad niewiernymi nowy czas wschodzi: ciała wyzwolenie i męczeństwo myśli!

— Nie jest żaden geszeft200 takie przemienienie. Tanaitą201 jestem, przyjacielem Miszny202 i nie pamiętam, aby zapowiedź tego okrucieństwa wpisana była gdzieś do Bożej Księgi. Biada mi, biada. Oj, wej! Musiałem dożyć takiej przewrotności! Cóż teraz się stanie z ludem Izraela? Nie widzę Mesjasza, a śmierć zachodzi na me siwe oczy.

— I ja nie widzę. Mesjasza nie widzę ani Mahometa. Bezmiary nicości i wszystkie zakątki, gdzie wielkich miłości twórcy się kryją, w skupieniu przebiegłem. Nigdzie nikogo i śladu żadnego nawet nie dostrzegłem. Może się mylę i niechcący błądzę. Moc moja zwidzeń może niezupełna. Gdy na mecz zdążałem, w Veracruz203 mieście wysiadłem z okrętu. Tam kwarantanny przemocy uległszy, do giaurów204 łaźni zostałem zepchnięty i do bezbożnej, parą buchającej musiałem wleźć wanny. A równocześnie święconą pałeczkę z nadobną rączką, którą mam prawo wszy derwiszowe zeskrobać niekiedy, gwałtem mi zabrano i aż do powrotu zamknięto, schowano w komorze celnej. Zaś pokwitowanie, które mi wydano, to już nie to samo, co czarodziejskie czystości narzędzie. Od tej kąpieli i tego rabunku mniej mam fakira godnych właściwości, a wymyte ciało stało się mizerne.

— Taki już gorzki życia mego szabas i same cores205. Piske Tosafot206 wcale nie pozwala siedzieć z gojami207 na jednej ławie i objawienia szukać na meczu. Same złe duchy tu się zebrały i robią rwetes. O! Niechaj Jahwe, Bóg wielki, jedyny wybaczyć zechce swojemu słudze, że prawdy kochaniem niby szałem gnany tuż przed samym zgonem między nokri208 poszedł i chciał się z nimi w dobrym porozumieć.

— Dobrocią nie należy przenigdy handlować. Dobroci również nigdzie nie nabędziesz i od nikogo. Z samego siebie trzeba ją wydobyć, długo pomnażać, by nagle potem rozofiarować i nie pamiętać. Dobroć zaledwie przechodzi przez ludzi, lecz w nich nie mieszka. Nie służy jej ziemia. Najchętniej umyka w zawieje obłoczne, które są powszednim oddychaniem Bogów. Nie będzie dobra tam, gdzie je trzeba dopiero wygadać. Jeśli dobroci wziąłeś nieco z sobą, w milczeniu z nią osiądź gdzieś u wnucząt boku i próbuj zatrzymać aż do życia zmroku. Ja zaś łanami złego i dobrego dalej sobie pójdę w kierunku nieba, dźwigając świadomość, że Duch Niczego tron sobie zbudował na ziemskich rozłogach, że się wyłonił, objawił i rządzi i że próżna dola robaczka ludzkiego, gdyby się chował przed wszechmocą Jego.

— A Ałłah, a Mesjasz?

— Ałłah się zjawi, czy Chrystus lub Budda, gdy będą gotowi. Okres nicości i spełnienie jego zbliża nas do nich. Oni nadejdą, a każdy z kobiałką już pełną „czegoś”. Stąd niech pojmie rabbi, że nie tylko płonne, ale i zgubne odrywanie oczu od wspaniałego widoku „niczego”. Niech pozdrowioną będzie mądrość jego!

— A ci tam na dole, którzy nic nie widzą i nic nie mogą dowiedzieć się z tego, co jest na scenie, po co oni stoją i jak długo jeszcze tak wystawać będą?

— Oni się oswoją z poznaniem niczego. Czas jest potrzebny i tresura wzroku. Nic kiedyś ujrzą, a wówczas zaćmienie życiowej pustoty i napełnienie nadejdzie oddechu przez zrozumienie myśli niewidomych. I bliższe będzie zbawienie na ziemi...

— Zabiorę do głowy, co z sobą przyniosłem i co pochwycić mogłem tutaj trochę, i pójdę do domu.

— Ty do Jehowy, ja do Ałłaha, każdy w swoją drogę. A przy atletach zostanie reporter. Ten wytrwa, o wytrwa do samego końca i fałszów napłodzi, które spienięży za cenę prawdy sprytnie zabłaźnionej. Najchętniej z klatki kopertę by wykradł i stał się zwycięzcą, gdyby nie ta kobra. Czas nam uciekać, by z moralnego pismaków zakonu ktoś nas nie dostrzegł i rewelacji patridiotycznej, obowiązkowej, nie spreparował. Chętnie zabiorę cię spośród tłoku nieznacznym sposobem, lecz derwiszowi nie odmów jałmużny i do mej kaszkul (miseczki nadobnej) skromny wrzuć datek.

— Fuj! Niby pan fakir, a taki żebrak. Ja sam nic nie mam. Ledwie kilka rubli i nieco dolarów. Skąd wziąć i po co? Niech mnie Pan Bóg ukarze, jeśli ja panu mogę dać cokolwiek. Już wolę zostać. Widział kto taki sromotny interes? Niechaj mi zeschłe kości tu połamią, ale płacić nie chcę i wcale nie mogę.

— Jak rabbi woli. Sallam aaleikum!209

Tu Abu-Seif zeza w brodę puścił, żółty wdział cylinder i wymamrotał: „Allah akbar!”, czyli: Bóg jest wielki. Po czym: „Allah kerihm!”, czyli: Bóg zna łaskę. W końcu z wejrzeniem na Żyda gniewliwym: „Allah iharkilik!”, co jest przekleństwem wcale niedwuznacznym i znaczy mniej więcej: nie chciałeś dać grosza, więc niech cię Bóg spali. Gdy zaś już skąpca do dżahanna210 wysłał, raz jeszcze na scenę, na daddżala211 spojrzał i jak dymek zwiewny mimo ciżby... zniknął.

Rabbi zaś westchnął, poprawił pejsy, językiem mlasnął i głęboko usnął.

Finish jest meczu, finale rapsodu idiotów współczesnych i komentarza do teki graficznej.


Może już wreszcie, zwłaszcza po tym wszystkim, co per longum, latum212 wyłuszczyłem w liście, Pan mnie jednak poznał?

Ja Pana nie znam i jeśli masz treści swoje, rodowite, z zapałem przystąpię do nawiązania z nimi znajomości. Wiem dotąd nieco o Pańskich grymasach, powszednich, kosztownych i zwalczać je myślę ze wszech miar uczciwie. Nade wszystko jednak cenię Pana maskę, a raczej projekcję na cenny wyraz. Wciąż ją pamiętam i dla niej proszę, byś przybył natychmiast. Dzięki tej masce nie wstydzę się przyznać, jest mi Pan potrzebny, niezbędny, bezcenny!

Czekam, conde Orgazie — Mr Havemeyer!

Gościna u mnie z przeciętnym komfortem.

Farewell213 i pogody życzę przez Ocean.

Your servant214

Dawid Yetmeyer

P. S.

Proszę, by raczył Pan przywieźć ze sobą w podręcznym kuferku kardynała Nino, opakowanego nad wyraz starannie. Będzie mi potrzebny. Mam jeszcze mnogie a wątpliwe kwestie i z tym ortodoksem pragnę je przegadać. Kardynał chętnie zajrzy do Toledo, siedziby tortury i twierdzy wierności arcykatolickiej. Podróż mu morska, sądzę, nie zaszkodzi, a raczej przeciwnie, zapylone płuca przewietrzy, nasoli. Kompania się zbierze przednia i wybredna: Inkwizytor, Orgaz, El Greca prawnuczka, Jacinto, zapewne ktoś jeszcze, kogo dobierzemy, no i gospodarz, którego pominąć w tym wypadku trudno. Odmawiać nie radzę, oczekuję, żegnam.

D. Y.

A.B.C. — o dancingu

Czwarty rozdział wiernie powtarza, co...

popularne pismo madryckie „A.B.C.” wypisuje w płaskim ujęciu reporterskim o powstaniu „Dancingu Przedśmiertnego” i o urządzeniu jego komnat przeznaczonych do wywoływania u zwiedzających tych nastrojów, które sprzyjają konstruktywnemu sposobowi myślenia i narodzinom uczuć metafizycznych.

A.B.C madryckie o dancingu przedśmiertnym w Toledo

Wydanie z dnia 13 listopada 1921

Biedne jest nasze życie umysłowe. Ma się wrażenie, że myśl rodzima z wolna dogorywa. A w każdym razie, gdy inicjatywa zjawi się jaka, to zawsze obca i z zewnątrz przybyła. Trzeba ten objaw przygnębiający uświadomić sobie, nigdy nie ukrywać, lecz wręcz przeciwnie opinii publicznej tak „dumnej” i „czujnej” stale przypominać.

Fakt w tym rodzaju, więc pocieszający (i równocześnie nad wyraz posępny) zdarzył się ostatnio w przecudnym Toledo. Donoszą nam stamtąd:

Szerokie koła mieszkańców naszej historycznej mieściny poruszyła do głębi transakcja dokonana w cichości jeszcze z początkiem jesieni, a ujawniona obecnie dzięki okolicznościom, które domagają się raczej doniosłego rozgłosu aniżeli wstydliwego przyćmienia. Starożytny, piętrowy domek, w którym mieszkała siwego czasu sława naszego narodu, Cervantes, tak zwana Posada de la Sangre, przeszła z nieuświadomionych rąk dotychczasowego właściciela rodzimego na własność amerykańskiego nababa215, pana Dawida Yetmeyera z New Yorku. Specjalne komisje parlamentarne i międzyministerialne badają surowo, czy i o ile mogło mieć miejsce w tej całej aferze ominięcie obowiązującej ustawy o nabywaniu nieruchomości przez obcokrajowców. Z ruchliwości jednak nowego pana na Posadzie oraz z niezwykle szerokich sposobów, przy pomocy których wśród nas się rozgościł, wnioskować wypada, że klamka zapadła i nie otworzy jej żadna sztuczka prawna. Uznać natomiast należy niezwykłą sumienność, z jaką oryginał-miliarder przystąpił do odnowienia walącego się domu. Od lat szeregu nawoływała cała prasa do natychmiastowej odbudowy zagrożonego poetyckiego puzderka, ale na próżno. O! Niechaj po wieki wieków przeklęty będzie ten kolegialny system załatwiania przez nas spraw pilnych. Plany rekonstrukcyjne, projekty artystycznych ozdób, wszystko było już gotowe, ale na papierze w rulonik zwiniętym. Podwójnie biedna jest nasza Hiszpania: cierpi na stały brak pieniędzy i na niezdolność chroniczną do wszelkiego dzieła. Dość, że ubiegł nas fantasta zamorski. Jednym głowy skinieniem zgodził się na wszystkie nieprawdopodobne wymysły madryckiej „komisji konserwacji zabytków” i jednym tchem zabrał się do pracy. Cały sztab naszych architektów i rzeźbiarzy u siebie zatrudnił oraz legiony robotników krajowych. Natomiast inżynierów, urzędników, dozorców i rzemieślników sprowadził sobie własnych. Trudno mu uczynić jaki zarzut z tego.

Dziś Posada de la Sangre — to prawdziwe cacko. Wierzyć się nie chce, że arcydzieło wskrzeszone zostało w przeciągu dwóch czy trzech miesięcy. Naszym zwyczajem lata by całe ta budowa trwała. I pietyzmowi narodowemu też zadość się stało, albowiem u samego wejścia wmurowano napis:

„Tu mieszkał Miguel de Saavedra Cervantes, anno Domini MDCIII”.

Nieco zaś niżej i już mniej czytelny włączono dodatek:

„Odnowił w poszukiwaniu zbawienia na ziemi brat Don Quichote’a i Cervantesa zawzięty kochanek

Dawid Yetmeyer z New Yorku.

Anno Domini MCMXXI”.

Cudaczny ten frazes odpowiada w zupełności dziwacznym właściwościom umysłowej organizacji odnowiciela Posady. Wyraziły się one najdobitniej w rodzaju przedsiębiorstwa, jakie Amerykanin w tym domku założył. Oto na wysokości pierwszego piętra z daleka uderza w oczy ogromna wstęga elektrycznych lampek, z których litery barwne ułożono, wiążąc je w słowa:

DANCING PRZEDŚMIERTNY.

Co to wszystko znaczy i do czego zdąża? Po mieście złośliwa gruchnęła pogłoska, że Posady właściciel albo jest niespełna zmysłów, albo co gorsza zamierza kpić ze wszystkich. Wasz Korespondent udał się natychmiast na miejsce wydarzeń i wprost u ich sprawcy zażądał wyjaśnień. Przyjęty zostałem nad wyraz uprzejmie, a na podstawie wielce łaskawie udzielonych mi informacji oraz pouczających oględzin, jestem w stanie rozproszyć wulgarne obawy.

Ranek był piękny, kiedy staroświeckie kraty wchodowej216 bramy przede mną rozwarto. Przedsionkiem o nieskalanym sklepieniu romańskim wszedłem do patio217. Rozległe, słoneczne, nakryte niemal niewidoczną, rozpływającą się w jasność powietrzną, kopułą szklaną. Niby czworobok paradnych żołnierzy wokoło podwórca słupy mauretańskie dźwigają sklepienia. W pośrodku wyniosła kokosowa palma, tak zwana królewska (Oreodoxa regia) ku górze wystrzela. Jest tajemnicą, jak ją zasadzono i jak się przyjęła. U jej podnóża gniecie się rodzina przyziemna, wstydliwa palmowych karłów o rozszczepionych, pokurczonych liściach (Cariota propinqua). Spośród zarośli tego basenu lama się wspina. Wypchana wzorowo. Sierść popielata, a nawet siwa. Natchnione ślepia ku niebu rzuciła, pysk wstrętnie skrzywiła, podniosła ogon i wody siklawą218 spluwa, wciąż spluwa wysoko, daleko. Strumień dosięga palmy czupryny i wzdłuż pnia potem spokojnie spływa. Ogromna koncha dziwnego basenu jest z malachitu i cztery zady hipopotamów brutalnie przygniata. Z brązu potwory chcą się wydostać, wymknąć od ugniotu, więc prężą cielska i popłakują rzewnie, bardzo rzewnie przez ogłupiałe, tępe oczodoły i rozchylone, przekrwione nozdrza. Łzy ich spadają ożywczą rosą na niebieską grzędę samych niezabudek, które okalają basen wianuszkiem w głąb mozaiki wpuszczonym nieco. Cała posadzka z pstrych, drobnych kamyczków jest ułożona, spojrzeniom dając ucieszny obraz: ohydna ropucha groźnie się nadyma i do połowy podwórca spuchła, zaś w drugiej połowie egipski Apis219 szlachetny, wytworny, rozstawił kopyta, macha ogonem, gały w żabę wpuścił i jęzor, jak długi, na kpiny wygarnął.

Przy każdej kolumnie do ziemi wpuszczone jakieś drzewo czuwa. Więc eriodendron — bawełniane drzewo i Carica papaya — melonowe drzewo i fikus kubański i araukaria i wachlarzowa flirtuje palma (Sabal umbraculifera) i zbiły się w pęki zgrzybiałe arony, a niemal na przemian gaj bananowy i gąszcz bambusowa cienie mnożą chłodne. W powietrzu się perli rozochocony licznych ptasząt szwargot, skryty gdzieś w listowiu i jak zapach słodki oczom niewidoczny. Zjawia się tylko czasami od stropu tajemniczy lotnik, jaskółka morska (Oceanites oceanicus), towarzysz burzy, przewodnik okrętów, które w głąb idą, spowiednik topielców. U góry nad patio szalone, taneczne zatacza kręgi. Cień jaskółki ciąży powiekom rozwartym. Skąd wzięli ptaka, powiedzieć nie umiem. Tych pytań gatunek najlepiej rozwiąże odpowiedź miliardów.

Sklepienia dźwigają okolną galerię, gdzie same loże w postaci namiotów utkanych z włosów, zielonych i złotych, ospałych paproci. Wnętrze ścian zdobią barwy rozpuszczone drobniutkich kwiatów, które gwarnym mrowiem przylgnęły do łodyg roślin górnolotnych. Każda taka loża ma własny przedpokój (w ścianę wkutą wnękę) i wszelkie wygody.

Podczas gdy patio za arenę służy głównych produkcji (pantomimy, tańce), z dolnego krużganka pod brwiami sklepień wejść jest kilka obok do komnat specjalnych. Wprost zaś z podwórca kręconymi schodki dostać się można na piętrowe wyże, gdzie próbna sala, liczne garderoby i właściciela zacisze prywatne.

Niedługo czekałem w mgle hallu różanej, w tropikalnym gaju, wśród ptactwa wesela i ciszy marmurów. Stoczył się ku mnie po schodach gospodarz. Grubasek rozkoszny, zabawny i zwinny. Zaledwie w oczach czai się hardość, choć twierdzić można, że szkli się ona raczej w okularach. Obejście skromne i wciąż ma w pamięci pozory prostoty. Jedwabna koszula na widok wysyła brudne, wystrzępione i cyfr batalionem upstrzone mankiety. Jankes jest w piżamie z żaglowego płótna, mocno przepoconej. Plecione podano fotele (służba jest chińska z tutejszą zmieszana), hawańskie cygara i mrożony kefir.

— Pan rządzi opinią. Nic mnie nie obchodzi szanowna opinia. Sąd trzeba mieć własny o wszystkim, o wszystkim. Odwagę mieć trzeba, by też czasem o czymś nic a nic nie wiedzieć. Tylko w ten sposób można swoje zrobić. Panu i dla Pana, który był tak łaskaw do mnie się potrudzić, coś nie coś powiem i proszę z tym czynić, co i jak wypadnie. Założyłem dancing. Instytut pogody i mądrej radości. Forma rozrywki najbardziej powszechna. Wabi i zatrzyma. I stałych gości można się spodziewać. A o to chodzi. Dancingu przydomek opiewa przedśmiertny. Więc chciałbym rozbawić mych zacnych klientów aż po same brzegi ochoty do śmierci. Po wojnie ujrzałem wypróżnione wnętrze każdego człowieka. Czym mu je zapełnić? Śmiechem, bujnością, tańcem i muzyką. Możnością wesela. Wyrabia się przez to myśli żywszy obieg. Myśl krąży w człowieku, by była historia na szerokim świecie i religia kwitła w odludnej zadumie. W pustce powojennej chcę wyrobić treści, czyli niezbędny dla ludzkości pokarm, i treściom tym nadać wszechwładny wyraz. Chcę ufundować niezbędny po temu zakład położniczy albo inaczej: modne misterium. To wszystko. Szczegóły, kto zechce, dostrzeże w dancingu.

— Najmocniej przepraszam — nieśmiało wtrąciłem — lecz rad bym usłyszeć, dlaczego to właśnie na hiszpańskiej ziemi, a zwłaszcza w Toledo tej akcji początek, która wprost zmierza do odrodzenia powojennych ludzi?

— Ogólnikowo odpowiedzieć mogę. Cała okoliczność jest prostym wynikiem naczelnej konstrukcji (!?), o którą myśli i czyny opieram. Po zatem nie skrywam, że żywej sympatii nici mnie wiążą z tym waszym półwyspem i że szczególne mam zobowiązania wobec takich mężów, jak Nino-kardynał, Cervantes, El Greco...

— Czy wolno zapytać o działania program na czasy najbliższe?

— Dancing i jeszcze raz dancing. Tu oczekuję pierwszego od dawna zdarzenia, które historię do życia powoła i tu muszę pierwszych wytańczyć kapłanów dla nowej religii, ażeby myśl ludzka w szczęściu umierała i dla szczęścia żyła.

— Ale na razie w zgodzie z tą przeszłością, która nam prawa po dziś dzień dyktuje?

— O tyle, o ile. Powiedziawszy prawdę, mało jest dzisiaj śladów dawności, a zapowiedzi na przyszłość też nie ma. Czujność hultajów i nieprzytomność ziemskich niebożątek — oto rzeczywistość, która nas zalewa. Chodzi mi więc o to, aby dłużej nie stać w tej nieznośności, lecz ruszyć z miejsca. Proszę zatem za mną. Poznając ten zakład, i system mój pozna ten, który nie ziewa przy poznawań trudzie. Otóż gdzie siedzimy, główna jest scena. Podczas występów kobierce zaścielą mroźną mozaikę. Najważniejsze jednak są izby sąsiednie, gdyż każda szczególna ma swoje własne, ważne przeznaczenie: przygotowawcze. Myśli niemowlęta w nich się pielęgnuje stosownie do wzrostu i do pochodzenia, ściśle według wieku. Ćwiczy się, hartuje, odżywia, przewleka, aby dojrzały do wiary człowieka. Kurs koszykarski dla wyrównania łozy wyobraźni z nieugiętością krzewów intelektu. Nazwy im dałem sklecone z łaciny. Przejdźmy po kolei. Zwracam uwagę, że na papierze notować nie wolno, lecz tylko w pamięci. Zaczynam: