Komnata VI. TRANSPIRATORIUM
— Faza ostatnia gotowej myśli przed wyjściem na świat. W milczeniu, w jasności myśl się utrwala, skupia, uplastycznia. Wszelkich przejść poprzednich osady zbyteczne muszą wyparować. Działania teraz trzeba wzmożonego światła i ciepła. W oszklonej hali mądrego milczenia jest nadsłuchujące werandowanie nie tylko wskazane, ale nieodzowne. Przed ostatecznym swym ujawnieniem i opuszczeniem na dno świadomości daje myśl obraz, bez barw i wymiarów, a jednak widoczny pamięci twórczej, gdy składa konstrukcję. Nie można dopuścić, by jakiekolwiek pyłki wirujące, atomy, mikroby mogły ten obraz zaćmić czy omglić, czy też zatumanić. Dlatego cenny jest mi tak bardzo okres transpiracji. Po takiej dopiero, zupełnie niewinnej, beztroskiej kuracji obraz osiada w łonie świadomości i daje wyraz. Ten niekoniecznie musi być słowem, lecz może również w jaskini milczenia monolitowego poszukać schronienia, nic nigdy nie tracąc ze swej cudownej mocy, którą skupiona posiada zaduma, z wiośnianej tęsknoty do porozumienia z ludzkimi istoty. Przez słowo lub też wprost z milczenia przechodzi wyraz na twarz myśliciela i tam się rozkłada w znamienny grymas, nad którym dbała fizjonomia czuwa. Od tej to chwili dopiero właściwie jest człowiek człowiekiem, jest niezapomniany w światów kołowrocie i odróżniony pomiędzy bliźnii. Bardzo się cieszę, że mogłem w dancingu urządzić salę dla autoterapii myślącego chcenia i oczekuję, mimo potępień miotanych na mnie przez różnych maklerów konkretnej wiedzy czy eksperymentalnego wszechdoświadczenia, że wyjdzie stąd kiedyś sporo okazów, które rozgłoszą tę anielską dobroć, tę rozkosz istnienia, jaka nastaje, skoro człowiek zdoła sam z myślą własną zupełnie się zgodzić. I popularność masażu szwedzkiego ucierpi znacznie, gdy się już ludzie oswoją nieco z myślowym sposobem nakładania sobie życiowej maski. Spokojny jestem, iż kto spróbuje i ściśle wykona, sam chętnie wyzna, jak dobrze się czuje.
Dosłownie powtarzam wywód Yetmeyera.
Sala napuszczona urokiem świetlanym, albowiem bez przerwy przez nisko wpuszczone wenecjańskie szyby włazi do wnętrza zaróżowiona i roześmiana dnia powszedniego niewinna jasność. Styl jest odrodzenia — szlachetny, czysty. Rozprzestrzenia blaski mnogość zwierciadeł i kryształowych, rozdygotanych w chichocie pająków. Rozrosłe datury310 białego kwiecia sypią wonią szczodrą od kąta do kąta rozjarzonej sali. Wszystko, co ujrzą, powtórzą marmury bielistej posadzki różanymi żyłki nieco spłonione. Bladożółte słońce zalało plafon. W tym samym tonie fresk utrzymany. Fenicki korab311, płynący od Tyru, na sargassowe312 wyprawił się morze; odwiedzić pragnie zapewne Bermudy. Cedrowej fregaty łabędzia szyja aż się ugina od cennych ciężarów, krwią się zalewa kupieckiej purpury, błyskawice miota złota, srebra, miedzi, bursztynem się mieni i mnogich branek spieszczonymi udy na morskie głębie zarzuca uroki. Naoliwione galerników plecy wicher smaga zegziony. W takt poruszane kajdanów ogniwa zalotnym syrenom pieśń niecą zmyśloną o szczęściu na ziemi.
Przystaję u stołu w samym środku izby. Ogromna płyta, w kolisko skrojona, jest z malachitu. Na sfinksowych łapach wśrubowana w ziemię. Niedbale czuwają po bokach fotele. Wysokie krzesła, godnie zagłębione, z gruszowego drzewa. W najprostszej linii potomki modelu z czternastego wieku, na którym rozmyślał o cudach tworzenia Kazimierz Wielki, Polski budowniczy. Dziś w jasnogórskim ukryty jest skarbcu wzór taki jedyny. Księgi na stole leżą porzucone. Yetmeyera same już tylko utwory nieznane nikomu, wyspekulowane, przedziwaczone. Pomylone tezy, wariackie tytuły. Przytoczę niektóre: O najtańszym sposobie przeprowadzki od Boga do Boga, O potrzebie myślowych masażów dla zatraconych fizjonomii współczesnych, Przymiotnik opresji wobec wymiotnika ekspresji, Wstęp do teorii prasowania spodni na wieczność, Czego nam trzeba, czyli o cnocie wszechpożądania, Pośmiertne skutki poprawnego chodzenia głową po ziemi, Krótki zarys dziejów idiotycznych, Jaka kamizelka obowiązuje w chwilach natchnienia?, Dolus313 czy dolor314 dolara?315, Projekt agrarnej reformy w nicości, Zastosowanie sztucznego oddychania do intensywnego myślenia, Statut organizacyjny przemytników bezmyślności i sporo jeszcze takich ksiąg, albumów, projektów, rysunków wraz z wiernym przekładem i z objaśnieniami egipskiego tekstu pt. Rozmowy człowieka zmęczonego życiem ze swą duszą316. Poradzić mogę każdemu sumiennie, by nie zaglądał do tych arcybredni.
Per todos los santos317, gdzieś spomiędzy książek czy rękopisów przede mnie wyskoczył, czyniąc propagandę na półtora cala, znany w Kamerunie, wprawdzie kawał drewna, lecz przerażający Bakundu — fetysz. Pieruńskie straszydło. Belzebubia morda pozbawiona czoła, a na samym przedzie spłaszczonej łepety widlą się słuchy groźnie nastroszone, jak u kłapoucha. Zabielone gały drapieżnym zezem, niby kły małpie, twe gardło chwytają. Ust i nozdrzy nie ma. Kretynim skurczem jama się uśmiecha, wokoło której falują zagony żrącego polipa. Spoglądałem dłużej na tego potwora, omdlenie czuję i zawrót głowy, więc nader pochopnie nieco się posuwam między pergaminów i kalki zawoje. Kartek bez liku tuła się w tych stronach, barwne zapowiedzi dzieł Yetmeyera, które są w druku. Prawnicza broszura: Nowela do ustawy karnej za przekroczenie granic poznawalnego; O bandażowaniu ruptury dziejowej (laboratoryjna, wytrawna rozprawa); Studia nad hodowlą kości ogonowej i o wynikających stąd możliwościach neozmałpienia ludzkiego rodzaju; w końcu kartki z podróży po polskiej kulturze pt. Poznań w teorii poznania i Teorie poznania w Poznaniu.
Dancingi urządza, miliardy wydaje i jeszcze tyle, a tak beznadziejnie pisze i pisze. Nigdzie go nie znają, nikt go nie rozumie, a nad utworami każdy ręką macha. Grafoman uparty, wprost nieprzyzwoity.
Nagle przypadkowo odsłaniam dłonią, książkami dotąd zapewne zakryte, litery napisu w marmurze palone, smażone, a może tylko z lekka przypiekane. Sylabizuję i nic nie rozumiem:
Baruś bezia bezusia be!
Zawrotnych wymysłów niepohamowany autor usłużnie podbiega, sycąc mą ciekawość: — To jest powołanie zbłąkanych baranów ze skalnych zboczy przez polskich juhasów. Brzmi w podwieczerzu, gdy się tego słucha, tak przekonywująco, jakoś pieszczotliwie i niemal czcigodnie, że zastosowałem do naśladowania przez tych właśnie ludzi, którzy usiłują nakłonić naturę oporną swoją do pojednania z myślą tresowaną w poprzednich komnatach. By jednak zrozumieć, co teraz powiadam i nie wykoślawić, należałoby sobie dysertację318 sprawić przeze mnie wydaną w Bostonie przed laty o: „Wypuszczaniu bezprocentowych, międzynarodowych pożyczek myślowych!”
Pan Dawid po śmierci przemieni się w khona
Na wąskiej prawej i na lewej ścianie strzeliste witraże do góry się pchają. Szkło prawicowe jest zażółcone. Niebieskie opale z egipskich wierzeń duszę przyniosły w postaci ptaka, który się rozsiada jak sowa czy wrona z przypiętymi skrzydłami i trwa w profilu bezmyślnie pogodnym. Ten wartościowy człowieka element, krótko „ba” przezwany, dobrze się czuje w sąsiedztwie ciała, z którego pochodzi, którego pierwszą poniekąd połowę uzmysłowioną, widoczną stanowi. A sobowtór jego, już tylko cielesny, jest właśnie po śmierci w ultramarynie cały ubabrany, poprawną sylwetkę pana Yetmeyera w oponie zakonnej i z baszłyka319 cieniem na obrzękłej głowie, jako „ka” stylowy, ku pierwszej połowie, uduchowionej, pobożnie nachyla. Gra cała polega na rozflirtowaniu ciała z jego duszą i na utrudnionym duszy rozstaniu z swoim własnym ciałem. Światła promienie na witrażowe szkiełka padają zazielenione, gdzie tkwią napisy. Jak na ulicznej żarówek reklamie każdy element i zawsze na przemian samego siebie głośno wywołuje: ba-ka. Nadmienił Yetmeyer, że jego Polak, zaniepokojony tym transparentem, w oczy mu zarzut cisnął wyszukany, naiwny, śmieszny, iż bakę świeci320. Skąd, po co i komu? Byłoby ważne i pożądane, by dusza zechciała odejść od ciała i korzystając z ptasiej inkarnacji, do sióstr i braci w niebo uleciała. Faraonów wiara w tej samej sprawie przekornie twierdzi, że „ka” przepada, innymi słowy: sobowtór znika, a „ba”, przeszedłszy w nadziemskie regiony „khonem” się staje. Nie ma obawy, jak twierdzi gospodarz, by wszechświatowy, na wieczność wykpiony, pan Kohn próbował po raz milionowy w pozagrobowe Egiptu życie przenieść antenatów321.
Pod drzewem zwycięskiego smutku
Witraż lewicowy spód brambrotowy322 z dala okazuje. To tierra caliente323 południowej strony nowego świata. Na tym podnóżu cedr opuszczony wspina się ku niebu. Pień szaroliliowy jest wyprawiony jak łuski węża na damskiej torebce. Dwa zwisające niemal ospale, wykoślawione wichrowym miotaniem konary cedru wskazują ściśle na samotnika wiek już podeszły. Do drzewa się tuli indiańska chatka, nędznie sklecona z cynobrów adoby324. Drzwi są otwarte i nie ma nikogo. Gdzieś na kominku porzucony ogień puchnie i chudnie, sinieje i pyka. Ciemnozielone, bananowe ucha wciąż nadsłuchują tuż przy samym dachu. Szumiącym srebrem wloką się topole, czułego pobliża nabożne aleje. Widać, jak ktoś krzyknął... nagle, przeraźliwie. Krzyknął niewątpliwie ten, kogo tu nie ma. Upalną noc przeklął i proklamację ogłosił ponurą: Grito de dolores325. Hen na samym krańcu tego nocy dnienia w zapoconym szkliwie fiebre amarilla326 podchodzi i ścieka wśród kleinii327 szkarłatnych i galactodendronów328 dziewczynkowatych a zabielonych siarczaną posoką. U progu chatki na miętach stłamszonych angielska waliza z jasnej świńskiej skóry spoczywa i czeka. Gospodarz się wtrąca w mą duszną zadumę: — Drzewo się nazywa: arbol dela noche triste329. Ongi Cortez330 pod nim w zamyśleniu siedział i ubolewał, że krwawo zwyciężył. Dziś nikt do drzewa pamiątkowego nie ma rozpędu, gdyż każdy omdlewa. Pierwszy tam zasiądzie w szaleńczej gorączce piastun nowych dziejów, religii twórca, dancingu uczniak i człowiek kosmiczny. On również zapłacze nad swoim triumfem, nad bezmiarem ofiar, lecz zaraza przyjdzie i sen wieczysty wpuści mu do głowy. Wówczas idioci podobiznę jego wmalować każą na wypuszczone witrażowe miejsce.
Nie mogę wątpić, że marzył o sobie.
Kwadryga Akibiadesa
Cwałuje kwadryga Alkibiadesa331, wprost na potylicę moją zajechała, lecz nic mi nie grozi, albowiem w chwili najbardziej drastycznej została wstrzymana gobelinowym dzięki umiarom. Stąd wnoszę śmiało, że natchniony obraz niezaprzeczenie jest pochodzenia z tkalni Mediolanu. Z oszalałego cały jest obłoku gnający rydwan. Rozopalone, wychłostane kurze szprych się imają, jak baranie rogi w zawoje zwinięte. Pomarańczowe wysyłają błyski miedziane okucia. Bryczne szymliczki332, cztery w równym rzędzie, bachorze333 nad ziemią w locie rozpostarły, kopyta srebrne maczają w powietrzu, łby przylepiły do różowych piersi, czarniawe jęzory bokiem wywiesiły, bryzgają pianą zżółciałej wściekłości i zastrachanych spojrzeń ametysty rzucają w przestrzeń. Smagają je grzywy wichrów rozhulaniem na strzępy porwane i łechtające karczydła żylaste. Markotne podszepty zatraconej pustki we krwi im biegają, więc całkiem ogłuchły, a znają tęsknotę, którą pędem łowią.
Wyprostowany u steru rydwanu, w chiton334 przyodziany, woźnica szału jest... Alkibiades.
Cynobru jedwabiem herosa ciało czule wydziergane... Oblicze efeba335 polewą białej zalane mądrości. Oczy w głąb własną patrzą hierofanty336, na uściech337 drzemie śmieszek kitarysty338. Lejc sine bandy339, rdzawymi meandry smętnie przetkane, niedbale poniechał, prawicą w górę unosi pławinę340, po której brzozowe kotki zielone, świeżo narodzone, figlują niezdarnie. Czarodziejską różdżką jest mu gałąź licha. Kierunek biegu z niej odgaduje i cel gonitwy w duszy ustalony: dno niezgłębione podniebnej zadumy. Pod koła się walą strzaskane bogi czy ludzkich szantaży pyskate idole. Tuż przed kwadrygą dziewice zgłodniałe z nieśmiertelnej drogi rękoma zgarniają bobki341 rozproszone i zajadają. Na widnokręgu urosły w przestwory dymem osmolone komety upiorne. Biją się łuny krwawo rozczochrane, jak stare wiedźmy, o mdłość z szatanem nieskapryszonym, niezarażonym. Narodowej wiary płoną ambary342, wiekowymi zbiory dziecinnej ekstazy zapchane szczelnie po dachu paździory343. Wśród pióropuszów, odmętów, oparów białe motylki kapustą żywione pogodnie fruwają i niewidzialnym zecerom powolne, Eurypidesa344 sentencję swawolną w napis składają:
τίς δ οίδεν εί ζήν τοΰθ ό κέκληται θανείν τό ζήν δέ θνήσκειν έστί345
albo w żywej mowie:
„Kto wie, czyli346 umrzeć znaczy żyć, czy też żyć jest to umierać?”
Już transpiruję347 i nie mogę więcej. Proszę Yetmeyera, by mnie wypuścił. Z komnaty ostatniej prowadzi wprost przejście po schodkach kręconych na pierwsze piętro, gdzie loża osobna dla „oczyszczonych” i „wtajemniczonych” i gdzie wygodnie oglądać można występy taneczne czy pantomimiczne w skreślonym u wstępu cieplarnianym patio. Porządkowa liczba tej głównej sali jest