Rude psy

W imię nocy srebrzystych i cudnych,

gdy wzrok bystro w dal sięga,

gdy się święcą fortele łowieckie,

chyży bieg i urocza włóczęga!

W imię wonnych poranków, gdy w trawie

jeszcze iskrzy się rosa,

gdy wśród mgły można napaść znienacka

na zwierzynę z ukosa!

W imię wrzawy kamratów, gdy zwierza

osaczą nagle wśród kniej!

W imię trudów zdobyczą owocnych

i hałasów conocnych!

W imię snów całodziennych w ojczystej pieleszy —

hej, kto żyw, niech się zerwie i na krwawy bój śpieszy!

O hej! o hej! o hej!

Po najeździe dżungli na ludzkie osiedla rozpoczął się najszczęśliwszy okres w życiu Mowgliego. Odtąd już chłopak doznawał zupełnego spokoju sumienia jak człowiek, który wypłacił się z wszystkich swych długów i należytości. Cała dżungla była z nim na stopie przyjacielskiej, bo cała dżungla go się bała. To, czego dokonał, co widział i słyszał, gdy bądź samopas, bądź z czwórką swych kamratów wędrował pośród różnych plemion, złożyłoby się na wiele, wiele opowieści, z których każda byłaby równie długa jak niniejsza.

Przeto też nigdy już wam nie opowiem, jak uszło na sucho Mowgliemu spotkanie z oszalałym słoniem mandalajskim, który uśmiercił dwadzieścia dwa woły, wiozące do skarbca rządowego jedenaście wozów z pieniędzmi, i rozsypywał po ziemi błyszczące rupie; jak Mowgli razu pewnego walczył przez noc całą z krokodylem Jacalą i złamał sobie nóż myśliwski na twardym, opancerzonym grzbiecie potwora; jak następnie znalazł nowy, dłuższy nóż, zawieszony u szyi człowieka zabitego kłami odyńca; jak wytropił tego odyńca i śmiercią jego okupił nabycie noża; jak podczas wielkich głodów omal na śmierć go nie stratowały przebiegające stada rozjuszonych a w biegu niepowstrzymanych jeleni; jak ocalił mrukliwego słonia Hathiego, wskazując mu czyhający nań dół z ostrym kołem na dnie; jak następnie sam wpadł w misterną pułapkę, zastawioną na lamparty, i jak Hathi odwzajemnił mu się za przysługę, rozbijając na miazgę grube belki jego więzienia; jak doił pasące się na żuławach dzikie bawolice i jak... Ale na razie trzeba się zadowolić jedną tylko opowieścią.

...Ojciec Wilk i Matka Wilczyca już pomarli, a Mowgli odśpiewał im tren żałobny, zawaliwszy wielkim głazem wnijście jaskini. Baloo bardzo się zestarzał i zniedołężniał, a nawet Bagheera, która miała nerwy ze stali i żelazne muskuły, czasem przecie trochę poszkapiła się w łowach. Akela z szarego stał się mlecznobiały od starości; widać mu było wszystkie żebra, a chodził tak, jakby miał nogi z drewna. Toteż Mowgli wyręczał go w łowach i zaopatrywał w zwierzynę.

Tymczasem młode wilczki, potomstwo rozwiązanej Drużyny Seeoneeńskiej, rosły i rozmnażały się, ciesząc się pełnią dobrobytu; gdy zaś nabrało się już około czterdziestu takich samowolnych, bezpańskich wagabundów-pięciolatków, Akela jął im doradzać, by sprzymierzyły się w Gromadę, wybrały sobie herszta i poddały się wilczemu prawu, jak przystało na członków Wolnego Plemienia.

Mowgli nie wtrącał się do tych spraw, boć — jak sam się wyraził — skosztował już kiedyś gorzkich owoców i wiedział, na jakim drzewie rosną. Atoli gdy Phao, syn Phaony (którego ojcem był Szary Tropiciel z czasów naczelnictwa Akeli), wywalczył sobie wedle Praw Dżungli pierwszeństwo w drużynie — gdy pod gwiaździstym niebem na nowo rozbrzmiewać poczęły stare hasła i śpiewy, Mowgliego skusiło wspomnienie — i jął przychodzić na Skałę Narady. Siadywał przy boku Akeli, powyż Phaona, a ilekroć raczył zabierać głos, cała drużyna w ciszy wielkiej słuchała, póki nie skończył mówić. Wróciły się czasy szczęśliwych łowów i snu szczęśliwego. Nikt obcy nie śmiał wdzierać się w obszary puszczańskie, należące do plemienia Mowgliego, jak teraz nazywano wilczą drużynę. Wilczki nabierały tuszy i siły, a na obrzęd oględzin przyprowadzano zawsze spory zastęp wilczątek. Mowgli zawsze brał udział w oględzinach. W żywej pamięci miał ową noc, gdy dzięki pewnej czarnej panterze pewne goluśkie bobo zostało członkiem Wilczej Gromady. Toteż przeciągłe wołanie:

— Przyjrzyjcie się, przyjrzyjcie się, o Wilcy! — budziło w jego sercu dreszcze dziwnych uczuć.

Resztę czasu spędzał daleko, w głębi dżungli, gdzie zaznawał coraz to nowych przyjemności, widoków, spostrzeżeń i wrażeń.

Pewnego wieczoru o zmierzchu, gdy biegł marudnie przez chaszcze, wlokąc przeznaczoną dla Akeli połowę upolowanego kozła, a towarzysząca mu czwórka wilków-kamratów poszturchiwała się wzajemnie i z uciechą przewracała się po trawie — nagle opodal rozległ się wrzask, jakiego nie słyszano od czasów nieświętej pamięci Shere Khana. Pheeal taką nazwę nosi ów okrzyk przeraźliwy, jaki wydaje szakal, gdy poluje na ochłapy zostawione przez tygrysa lub gdy zanosi się na jakieś wielkie łowy. Jeżeli potraficie sobie wyobrazić bezładny zespół nienawiści, tryumfu, trwogi i rozpaczy, na dobitkę przetkany nutą przebiegłej złośliwości, to możecie sobie jako tako wyobrazić ów pheeal, który rozbrzmiał nagle hen gdzieś poza Wajngangą — i skonał w pogłosie drgających zawodzeń i jęków. Wilki najeżyły sierść i poczęły warczeć. Mowgli porwał się do noża i stanął jak skamieniały.

— Wątpię, by jakiś Pręgowaty ośmielił się tu polować — rzekł na koniec.

— To nie krzyk przodownika — zauważył Szary Brat. — To jakieś wielkie łowy! Słuchajcie!

Wycie ozwało się znowu, brzmiąc na przemian to łkaniem, to zjadliwym chichotem — jak gdyby paszcza szakala była tak miękka i do wszelkich dźwięków podatna jak wargi człowieka. Mowgli nabrał tchu całą piersią i popędził ku Skale Narady, zagarniając po drodze i przynaglając do biegu zaniepokojone wilki należące do stada. Phao i Akela siedzieli już razem na Skale, a poniżej usiedli w napięciu inni. Samice z młodymi gnały cwałem do jaskiń, bo gdy zabrzmiał pheeal, nie czas wtedy wałęsać się temu, co słabe i bezbronne.

Przez długi czas nie było słychać nic prócz pluskotu fal Wajngangi płynących w wieczornej pomroce oraz szelestu wiatrów pomiędzy liśćmi drzew leśnych. Naraz gdzieś poza rzeką rozległo się nawoływanie wilka. Nie był to żaden z wilków należących do drużyny, te bowiem co do jednego znajdowały się pod Skałą. Zew przeszedł w przeciągłe, rozpaczliwe ujadanie, które głosiło:

Dhole! Dhole! Dhole! Dhole!

W chwilę potem usłyszano odgłos stóp biegnących z trudem po gołoborzu i ukazał się chudy, ociekający wodą wilczur, naznaczony na boku krwawą pręgą i utykający na prawą łapę przednią. Rzucił się w środek sejmującego koła i padł u stóp Mowgliego, ciężko dysząc i tuląc do ziemi spienioną paszczękę.

— Jakże idą łowy? Któż waszym naczelnikiem? — z powagą spytał Phao.

— Szczęśliwych łowów! Jestem Won-tolla! — brzmiała odpowiedź.

Znaczyło to, że jest Wilkiem Samotnikiem, żyjącym w ustronnej norze i mającym w pieczy jedynie siebie i swą rodzinę: miano Won-tolli oznacza jakby sobie-pana czy wywłokę, słowem, istotę żyjącą z dala od wszelkiej gromady.

Przybysz dyszał ciężko i widać było, jak mu się serce tłukło gwałtownie.

— Kto nadciąga? — zagadnął go Phao; takie bowiem pytanie zadaje każdy, kto żyw w dżungli, posłyszawszy zew pheealu.

Dhole!... Dhole!... krwiożercze rude psy dekańskie! Nadciągnęły w nasze północne strony, głosząc, że Dekan opustoszał i że zabrakło w nim zwierzyny. Gdy ten oto księżyc był jeszcze na nowiu, miałem przy sobie czworo istot najbliższych: samicę i troje małych. Ona zaprawiała dziatwę do łowów na trawiastym stepie, czając się na kozła, jak to jest w zwyczaju u nas, mieszkańców nieosłoniętej przestrzeni. O północy słyszałem, jak wyły pospołu, oznajmując126 sobie wzajem tropy. Gdy wionął chłodny dech poranku, znalazłem ich skostniałych... nieżywych... wśród murawy! A było ich czworo, o Wolne Plemię!... Czworo ich było jeszcze przy nowiu księżyca! Jąłem dochodzić praw... mego odwetu i doszedłem, iż winowajcami były dhole!

— Ileż ich było? — zapytał Mowgli, a z gardzieli wilków dobyły się groźne pomruki.

— Nie wiem... Trzy z nich już nigdy nie wybiorą się na łowy... Atoli było ich tam więcej... znacznie więcej. Toteż przegnały mnie precz jak kozła... Umknąłem na trzech nogach... Przypatrzcie się, obywatele Wolnego Plemienia... Przyjrzyjcie się, o Wilcy!

To rzekłszy, wysunął pogruchotaną łapę przednią, sczerniałą od krwi zastygłej. Wzwyż od niej biegły po całym boku zwierzęcia ślady okrutnych ukąszeń, a na podgardlu widać było jedną straszliwą ranę.

— Pożyw się — rzekł Akela, odsuwając się od mięsiwa, które mu był przyniósł Mowgli.

Przybysz rzucił się skwapliwie na to jadło.

— Nie stracicie nic na swej uczynności! — odezwał się z pokorą, zaspokoiwszy głód jako tako. — Jeno mi dodajcie nieco sił, obywatele Wolnego Plemienia, a będę polował razem z wami. Moja nora, która tętniła życiem, gdy miesiąc był na nowiu, teraz jest milcząca i pusta, a krwawy dług nie został jeszcze spłacony w zupełności!

Phao, posłyszawszy, jak gracko gość chrupie potężne gnacisko, pokiwał potakująco łbem i mruknął z uznaniem:

— No! No! Przydadzą się nam tak silne zębce i szczęki! Czy przy rudych psach były i szczenięta?

— Nie! Nie! Sami tylko łowcy... Chyba co najtęższe psiska z całej gromady... Olbrzymie i mocne co się zowie!

Wymiarkować stąd można było, że dhole, czyli krwiożercze rude psy dekańskie, ruszyły na wyprawę wojenną. Nie ma takiego wilka, który by nie wiedział, że nawet tygrys nie zdzierży im w łowach. Zwierzęta te biegają zwartą kupą przez dżunglę, obalając na ziemię i rozdzierając na strzępy wszystko, cokolwiek stanie im na drodze. Co do wzrostu i przebiegłości ustępują wilkom, za to przewyższają je siłą i liczebnością. Dla przykładu dość wspomnieć, że nie uważają za stosowne zwać się gromadą, póki nie zbiorą się w sile co najmniej stu osobników, gdy natomiast czterdzieści wilków uchodzi już za pokaźną gromadę.

W wędrówkach swych Mowgli dotarł kilkakrotnie aż na granicę wyżynnych, bujną trawą porosłych stepów Dekanu, przeto napatrzył się nieulękłym psom, śpiącym, hasającym lub iskającym się w zachronie drobnych zaklęsłości gruntu oraz gęstszych kępach trawy, zastępujących im jaskinię. Żywił dla tych stworzeń nieopisaną nienawiść i wzgardę, jako że nie miały tej woni, co Wolne Plemię, nie mieszkały w norach, a co najgorsze, miały — w przeciwieństwie do niego i jego przyjaciół — długie włosie pomiędzy palcami. Wszelakoż dzięki Hathiemu wiedział dobrze, jak groźnym zjawiskiem jest gromada rudych psów urządzających łowy. Sam Hathi zwykł był od nich stronić. Póki ich kto nie wytępi do szczętu albo póki nie zabraknie im zwierzyny, nawałą niszczącą posuwają się naprzód, mordując wszystko po drodze.

Akela też wiedział coś niecoś o rudych psach, przeto odezwał się spokojnym głosem:

— Lepiej umierać w Gromadzie niż w bezhołowiu i samotności. Szczęśliwe będą to łowy, a na pewno ostatnie w mym życiu. Ale ty, Mały Braciszku, licząc wedle wieku ludzkiego, masz jeszcze przed sobą wiele dni życia. Idź na północ i wypoczywaj, a jeżeli choć jeden wilk pozostanie przy życiu po tym najeździe, na pewno otrzymasz wieść o przebiegu bitwy.

— Ho, ho! — ozwał się Mowgli, srogo naburmuszony. — Mamże zaszyć się w trzęsawisku, żywić się płotkami i sypiać na drzewie czy też udać się pod opiekę bandar-logu i żywić się orzechami, patrząc z góry na wasze boje?

— Będzie to bój śmiertelny — rzekł Akela. — Jeszcze nigdy nie spotkałeś się z krwiożerczą czeredą rudych psów... Nawet Pręgowaty...

— No, no! — odrzekł pobłażliwie Mowgli. — Wszak nie kto inny, ale ja zabiłem pręgowaną stworę... A teraz słuchajcie! Ojcem moim był wilk, matką była mi wilczyca, a pewien sędziwy, szary wilk (obecnie już osiwiały) był mi ojcem i matką. Dlatego (tu głos podniósł) powiadam wam, że jeżeli nadejdą tu dhole (o ile nadejdą), Mowgli i Wolne Plemię będą w tych łowach wspólnie nadstawiać swej skóry! Tak wam powiadam, klnąc się na tego Byka, który był okupem za mnie, na tego Byka, którego dała za mnie Bagheera w dawnym bardzo, niepamiętnym dla was czasie! Oświadczam to wszem wobec głośno, by słyszały drzewa dżungli i fale rzeczne zachowały pamięć tego ślubowania, nawet gdybym ja o nim zapomniał. Powiadam oto, że ten mój nóż będzie jakoby kłem naszej drużyny... a nie jest on bynajmniej tępy! Takie jest słowo dane wam przeze mnie!

— Oj, nie znasz tych psów, człecze mówiący wilczym językiem! — zawołał Won-tolla. — Co do mnie, to jedynie pragnę uiścić się im z krwawego długu, zanim mnie one rozedrą na sztuki. One posuwają się z wolna, mordując wszystko po drodze, ale za dwa dni odzyskam siłę i powrócę, by dług mój spłacić. Co się jednak was tyczy, obywatele Wolnego Plemienia, radzę, byście udali się na północ i zadowalali się lada kęsem jadła, póki dhole precz sobie nie pójdą. Łowy to są, łowy srogie! Nie można zmrużyć oka spokojnie!

— Słuchajcie tego przybłędy! — roześmiał się Mowgli. — Hej, Wolne Plemię! Mamyż iść na północ, żywić się jaszczurkami i szczurami wodnymi, aby przypadkiem nie spotkać dholów? Ta psiarnia będzie nam bezkarnie wytępiała zwierzynę i ogałacała łowiska, a my schowamy się tchórzliwie na północy, czekając, póki tym panom nie spodoba się oddać nam tego, co do nas prawnie należy?! Toż to psy... psie syny... rude, bezdomne sobaki-wypędki o żółtych podbrzuszach i owłosionych stopach! Przychodzą na świat po sześć, po osiem naraz, jak małe szczury-skoczki Chikai... I my, Wolne Plemię, mielibyśmy uciec pomiędzy plemiona północy i tam żebrać o resztki lada zdechłego bydlęcia! Znacież przysłowie „na północy robactwo, na północy wszy”! My to dżungla! Wybierajcież tedy, wybierajcie! Piękne to będą łowy! W imię Gromady... w imię całego Plemienia... w imię legowisk i barłogów... w imię łowów na obszarze puszczy i poza nią... w imię samic uganiających za zwierzyną oraz maleńkich szczeniąt igrających w głębi jaskiń... pójdziemy wszyscy wraz... na bój!... na bój!

— Na bój! — odpowiedziała Gromada jednym potężnym szczeknięciem, które w ciszy nocnej zagrzmiało jak łoskot i trzask walącego się drzewa.

— Zostańcie przy nich! — zawołał Mowgli do swej czwórki. — Każdy kieł nam się dziś przyda! Phao i Akela niech poczynią przygotowania do bitwy, ja zaś pójdę policzyć te psy.

— Toż to śmierć! — krzyknął Won-tolla, zrywając się z miejsca. — Cóż taki chłystek jak ty poradzi wobec rudego psa? Pamiętaj, że nawet Pręgowaty...

— Widzę, że z ciebie prawdziwy wywłoka — odkrzyknął mu się Mowgli — ale pomówmy z sobą dopiero wtedy, gdy dhole wszystkie polegną. Życzę wam wszystkim pomyślnych łowów!

I uniesiony dzikim podnieceniem, pomknął na oślep w czarny mrok nocy, nie zważając na to, co miał pod stopami; nic też dziwnego, że wkrótce runął jak długi na ziemię, uwadziwszy127 o splątane cielsko pytona Kaa, czatującego na tropie zwierzęcym koło rzeki.

— Kusz-sz-sz! — ofuknął go wąż gniewnie. — Czyż zgadza się z obyczajami dżungli urządzanie hałasów i tartasów po nocy i przeszkadzanie drugim w łowach... zwłaszcza gdy zwierzyna tuż-tuż nadciąga?

— Przyznaję się do winy — odrzekł Mowgli, powstając. — Ciebie to właśnie szukałem, o Płaskogłowy, ale ilekroć cię spotkam, jesteś dłuższy i szerszy o całą długość mej ręki! Nikt w całej dżungli mierzyć się z tobą nie może, o mądry, stary, silny i przepiękny Kaa!

— Dokądże trop ten zmierza? — spytał Kaa łagodniejszym głosem. — Nie dalej jak miesiąc temu pewne Człowieczątko, uzbrojone nożem, rzucało mi na łeb kamienie i lżyło mnie, niby żbik nikczemny, brzydkimi przezwiskami... za to, żem sobie spał na otwartej polanie.

— Tak, tak... i jeszcze za to, że gdy Mowgli polował, tyś rozpędzał na cztery wiatry wszelką ściganą przez niego zwierzynę... Tak, Płaskogłowy, zamiast usunąć mi się z drogi i przepuścić zwierzynę, leżałeś jak pień głuchy i nie zważałeś na moje gwizdania — odrzekł spokojnie Mowgli, sadowiąc się na wzorzystych splotach wężowych.

— Teraz zaś to samo Człowieczątko przychodzi do tegoż płaskogłowego węża i głaszcze go czułymi i pochlebnymi słowami, mówiąc o nim, że jest mądry, silny i urodziwy; a rzeczony stary Płaskogłowiec wierzy wszystkiemu i zwija się w kłębek... ot tak... robiąc z siebie krzesło dla tegoż Człowieczątka rzucającego kamieniami... No i cóż? Czy ci teraz wygodnie? Czy Bagheera potrafiłaby ci sporządzić tak wygodne legowisko?

To mówiąc, Kaa podług swego zwyczaju utworzył z siebie rodzaj miękkiego hamaka, w którym Mowgli mógł bujać się przyjemnie. Chłopak wyciągnął przed siebie rękę w ciemności i jął przygarniać ku sobie giętką, do zwojów liny podobną szyję pytona, a gdy już miał na swoim ramieniu jego płaską głowę, opowiedział mu wszystko, cokolwiek zdarzyło się tej nocy w dżungli.

— Być może, żem mądry — rzekł Kaa, dosłuchawszy do końca — ale żem głuchy, to pewna... W przeciwnym bowiem razie dosłyszałbym pheeal niechybnie. Teraz już się wcale nie dziwię, że trawożercy czują się tak nieswojo... Jaka może być liczba tych rudych psów?

— Jeszczem ich nawet nie widział. Kwapiłem się do ciebie i zetknąłem się z tobą zaraz po wyruszeniu w drogę. Tyś starszy od Hathiego... Ale powiadam ci, o Kaa — mówiąc to, Mowgli aż wił się z uciechy — to dopiero będą pyszne łowy! Niewielu z nas doczeka drugiej zmiany księżyca!

— Czy ty będziesz się do tego mieszał? Pamiętaj, że jesteś człowiekiem... i przypomnij sobie, jaka to gromada wygnała cię precz. Niechaj wilki się same rozprawiają z psami. Tyś jest człowiekiem.

— Zeszłoroczne orzechy są w tym roku już czarną ziemią — odrzekł Mowgli. — Prawda, że jestem człowiekiem, ale tej nocy oświadczyłem, że jestem wilkiem... a tego już cofnąć niepodobna. Wezwałem rzekę i drzewa na świadków mego postanowienia. Wiedz przeto, że póki dhole nie odejdą stąd lub nie wyginą, póty należę do Wolnego Plemienia!

— Do Wolnego Plemienia! — sarknął Kaa. — Powiedz raczej: wolnych złodziejasz-szków! Zaplątałeś się w węzeł ś-ś-śmierci gwoli pamięci zdechłych już wilków. Takich łowów nie możesz nazywać sz-sz-szczęśliwymi!

— Słowo się rzekło. Rzeka i drzewa są świadkami. Póki dhole nie wyginą, nie mogę słowa cofnąć.

— Isz-sz! — syknął pyton. — To zmienia zupełnie całą rzeczy postać! Myślałem, że będę mógł zabrać cię z sobą na trzęs-sawis-ska północne... jednakże s-s-słowo... nawet słowo małego, bezwłosego nagus-ska-człeczyny... jest słowem... i powinno być ś-ś-święte! Otóż ja, Kaa, powiadam ci...

— Namyśl się dobrze, Płaskogłowy, byś i ty nie zaplątał się w węzeł śmierci. Nie potrzebuję twego słowa, bo wiem dobrze...

— Niechże i tak będzie! — zgodził się Kaa. — Nie będę dawał s-słowa... ale co zamierzasz robić, gdy nadejdą dhole?

— One muszą przepłynąć Wajngangę. Przyszło mi na myśl, by zastąpić im drogę na płytkiej wodzie. Zębiska mej drużyny wspomogłyby siłę mego noża. Tak dźgając, szarpiąc i gryząc napastników, moglibyśmy zawrócić ich w dół rzeki albo nieco ochłodzić im gardziele.

Dhole nie zawracają z drogi, a ich gardziele goreją zawziętością — odpowiedział Kaa. — Gdy skończą się te łowy, nie będzie już ani Człowieczątka, ani wilczęcia... pozos-s-staną jeno same suche kostki...

— No i jest się czym martwić! Jak pomrzemy, to pomrzemy! Będą to łowy, jakich świat nie widział. Ale młody jest jeszcze mój żywot, bo niewiele pór deszczowych było mi dane oglądać. Nie jestem ani mądry, ani silny. Masz może jaki lepszy pomysł, mądry wężu Kaa?

— O, jam już widział sto... i jeszcze raz sto pór deszczowych! Zanim Hathi stracił mleczne zęby, jam już pozostawiał za sobą znaczny ślad na piasku! Klnę się na Pierwsze w świecie Jajko, że jestem starszy od wielu drzew i że widziałem wszystko, co w ciągu wielu lat działo się w dżungli!

— Ale teraz mamy do czynienia z nowym zgoła rodzajem łowów — odrzekł Mowgli. — Nigdy wszak się dotąd nie zdarzyło, by dhole przeciągały naszym szlakiem.

— Wszystko, co jest, było już kiedyś, a to, co będzie, jest tylko powtórzeniem zdarzeń z jakiegoś dawnego, zapomnianego roku. Siedź cicho, bo teraz będę przeliczał zbiegłe moje lata.

Przeszło godzinę Mowgli leżał na wznak wśród wężowych skrętów, zabawiając się nożem, a tymczasem Kaa, położywszy łeb nieruchomo na ziemi, rozmyślał o wszystkim, co kiedykolwiek był widział, słyszał i poznał, począwszy od dnia, w którym wylągł się z jajka. Oczy jego mżyły światłem jak zwietrzałe opale, zasię od czasu do czasu głowa poruszała się sztywnie to w lewo, to w prawo, jak gdyby polował przez sen. Mowgli drzemał spokojnie, bo wiedział, że nie masz to jak przespać się przed polowaniem, a spać umiał o każdej porze czy to dnia, czy nocy.

Naraz poczuł, że Kaa staje się coraz grubszy i większy, jakoby się rozdymał, a z paszczy jego począł wychodzić syk przypominający zgrzytanie miecza dobywanego z pochwy.

— Widziałem wszystkie umarłe lata — syczało stare wężysko. — Widziałem wielkie drzewa, stare słonie oraz nagie jeszcze skały, nieporosłe mchem i poszarpane. Czy ty jeszcze żyjesz, mój Człowieczku?

— Toż dopiero przed chwilą wzeszedł księżyc — odpowiedział Mowgli. — Nie rozumiem, o co ci...

— A kysz! Zgińcie, mary! Oto znów je-stem s-s-sobą, wężem Kaa! Zresztą byłem niemal przekonany, że czasu upłynęło niewiele... Teraz pójdziemy nad rzekę, a pokażę ci, w jaki s-sposób damy s-sobie radę z rudymi psami.

Wykonał zwrot w tył i pomknął — prosto i chyżo jak strzała — ku głównemu łożysku Wajngangi, po czym rączo, na wyścigi z Mowglim, przebrnął łachę, co oddzielała od brzegu Skałę Pokoju.

— Nie płyń! — zawołał. — Ja prędzej się przeprawię, niżbyś ty potrafił! Hop, na mój grzbiet, Mały Braciszku!

Mowgli oplótł lewą ręką szyję węża, prawą rękę opuścił wzdłuż ciała i wyprostował nogi; Kaa począł piersią pruć prąd rzeczny, w czym nikt nie mógł nigdy mu zrównać. Kręgi wypartej wody sfałdowały się na kształt krezy wokół szyi Mowgliego, a jego nogami miotał to w lewo, to w prawo gwałtowny wart rzeczny, wywołany śmigłymi poruszeniami wężowego cielska. O jaką milę ponad Skałą Pokoju koryto Wajngangi zwęża się w gardziel skał wapiennych, mierzących od osiemdziesięciu do stu stóp wysokości, a słup wody przewala się, niby olbrzymia młynówka, poprzez stawidła potężnych, szorstkich i przykrych głazów. Ale Mowgli nic sobie nie robił z wody — bo żaden prąd, choćby najsilniejszy, niezdolen128 był przejąć go trwogą. Rozejrzał się po obu zboczach przełomu, krzywiąc nosem129, bo poczuł w powietrzu słodkawo-kwaśny zapach, podobny temu, jaki bije z wielkiego mrowiska w upalny dzień letni.

Instynktem wiedziony, chłopak natychmiast schował się całkowicie pod wodę, wynurzając jeno nieznacznie głowę celem nabrania oddechu. Tymczasem Kaa zakotwiczył się podwójnym skrętem dokoła podwodnej skały i stanął pośrodku rwącego i pędzącego nurtu, obejmując mocno Mowgliego oplotem swych pierścieni.

— Tu jest Siedlisko Śmierci! — rzekł Mowgli. — Po cóżeśmy tu przybyli?

— One śpią... — syknął Kaa. — Hathi nie zszedłby z drogi Pręgowatemu, atoli i Hathi, i Pręgowaty, gdyby się tu nawet znaleźli we dwójkę, musieliby zejść z drogi rudym psom... O nich zasię powiadają, że jakoby nie ustępują nikomu. Ale chciałbym wiedzieć, przed kim cofnęłoby się małe Plemię Skalne!... Władco dżungli, powiedz mi teraz: kto jest władcą dżungli?...

— One! Właśnie one! — szepnął Mowgli. — Tu jest Siedlisko Śmierci! Oddalmy się stąd!

— Nie! Przypatrz się, one śpią. Wszystko tak, jak było... jak było wówczas, gdym jeszcze ledwie dosięgał długości twojego ramienia.

Popękane i zwietrzałe skały w pieninach Wajngangi były z dawien dawna — bodajże od czasów powstania dżungli — siedzibą Małego Plemienia Skalnego, czyli skrzętnych, zajadłych, czarnych, dzikich pszczół indyjskich. Mowgli wiedział, że wszelkie ślady, ludzkie czy zwierzęce, oddalone były co najmniej o pół mili od ich siedzib.

Od wielu już stuleci Małe Plemię gnieździło się po skałach, a w ustawicznych rójkach przenosiło się kolejno od szczeliny do szczeliny, pstrząc białe skały wapienne smugami zwietrzałego miodu i lepiąc olbrzymie plastry w czarnej głębi pieczar, gdzie ich dosięgnąć nie mógł ani człek, ani zwierz, ani ogień, ani woda. Obie ściany wąwozu były na całej swej długości obwieszone jakby czarnymi, połyskliwymi kotarami. Mowgliemu słabo się zrobiło, gdy im się przyjrzał dokładniej — były to bowiem, ni mniej, ni więcej, tylko miliony pszczół śpiących w gęstej ciżbie jedna obok drugiej. Widać też było jakoweś płachty, girlandy i jakby spróchniałe pnie drzewne, przyćwiekowane130 niewidzialnym spojeniem do powierzchni opoki.

Były to bądź plastry pozostałe tu z lat dawnych bądź nowe osiedla budowane w cienistym zaciszu urwiska tudzież zwały śmiecia, które stoczyły się w dół i utknęły wśród drzew i pnączy naskalnych. Czujne ucho chłopca kilkakrotnie rozpoznało szelest ciężkiego miodnego plastra, osuwającego się lub przewracającego kędyś w czarnych lochach kamiennych, potem zaś gniewny pobrzęk pszczelich skrzydeł i senne kapanie zmarnowanego miodu, co rozlewał się z wolna po całej barci, póki dzięki jakiejś bocznej szparze nie znalazł ujścia na zewnątrz i nie zaczął sączyć się ociężale po napotkanych badylach i gałązkach. Po jednej stronie rzeki widniał pod wantą skalną mały zdziar, szeroki na pięć stóp nieledwie, a zasypany grubym pokładem wszelkiego gruzu, nagromadzonego w ciągu wieków. Leżały tu martwe pszczoły i trutnie, różne odpadki i szczątki, zwietrzałe plastry, pokruszone skrzydła przybłędów chrząszczy i motyli, ugrzęzłych w mazi kuszącego miodu — wszystko to zaś przysłonięte warstwami drobnego, czarnego pyłu.

Sama ostra woń tego śmietnika zdolna była napełnić przerażeniem każdą istotę bezskrzydłą, wiedzącą choćby ze słyszenia, czym było Małe Plemię. Kaa runął znów w górę rzeki, w końcu dobił do wydmy piaszczystej u wnijścia wąwozu.

— Popatrz — rzekł — oto tegoroczne łupy myśliwskie.

Na wydmie leżały szkielety dwóch jelonków i bawołu. Przyjrzał się im Mowgli i stwierdził, że ani wilk, ani szakal nie tknął tej padliny; zniszczała skutkiem naturalnego rozkładu.

— Przekroczyły zakazaną granicę, nie zdając sobie z tego sprawy — mruknął — no i zginęły od żądeł Małego Plemienia. Oddalmy się stąd, zanim się te juchy obudzą.

— Nie obudzą się przed świtem — zapewnił go Kaa. — A teraz słuchaj, co ci powiem. Przed wieloma, wieloma porami deszczowymi przybiegł tu z południa kozieł, ścigany przez całą zgraję wilków, a nieznający dżungli. Oszołomiony trwogą, nie zważał, co czyni, i zbiegł z urwiska w dół, a zgraja, rozżarta i oślepiona zaciekłością pościgu, pomknęła tuż za nim. Słońce stało wysoko, a Małe Plemię było nader liczne i ogarnięte ogromnym gniewem. Wiele wilków zbiegło również w dół, ale nim dotarły do wód Wajngangi, już nie żył z nich ani jeden. Ale i te, które zatrzymały się nad skalnym zrębem, wyginęły co do jednego. Natomiast kozieł uszedł cało.

— Jakimże sposobem?

— Biegł pierwszy, ratując życie przed pościgiem, przeto nim Małe Plemię się spostrzegło i zebrało się do natarcia, on już dopadł nurtów rzeki. Ścigająca go zgraja wprost zniknęła pod nawałą Małego Plemienia, poruszonego racicami kozła.

— Więc kozieł ocalał? — powtórzył z wolna Mowgli.

— Czy żył długo, tego nie wiem. W każdym razie wówczas nie zginął, mimo że nikt nie czekał nań tam w dole, by siłą swego ciała zabezpieczyć go od prądu wody... jak czekałby na małe Człowieczątko pewien stary, opasły, głuchy, żółty Płaskogłowiec... choćby tam wszystkie dhole z całego Dekanu szły jego tropem. Cóż to się z tobą dzieje?

Słowa te Kaa chłopcu syczał do ucha, trzymając łeb na jego mokrym ramieniu. Upłynęła długa chwila ciszy, zanim Mowgli odszepnął mu:

— Wygląda to tak, jakbyśmy chcieli samą śmierć wytargać za wąsy... ale... powiem ci szczerze, mój Kaa, że jesteś najmędrszym ze wszystkich stworzeń dżungli.

— Niejeden mi to już mówił. Ale do rzeczy! Gdy dhole będą cię ścigać...

— Na pewno będą mnie ścigać! Ho, ho! Mam ci ja w języku niejedno żądło, którym mogę je rozjątrzyć.

— Jeżeli będą cię ścigały zajadle i na oślep, wpatrując się tylko w twe plecy, wszystkie te, które nie wymrą tu w górze, będą się przeprawiać albo tu, albo nieco poniżej, bo Małe Plemię spadnie na nich całą chmarą. Otóż Wajnganga jest rzeką zachłanną... a żaden Kaa nie przyjdzie im z pomocą... więc wszystkie dhole, jakie przy życiu zostaną, będą musiały podążyć aż do brodów koło leż seeoneeńskich. Tam zaś powinna czatować twoja szajka i złapać ich za gardło.

— Ehej! Eowawa! Dalibóg, czegoś lepszego nawet pomyśleć nie można... chyba to, by w porze suchej padały deszcze! Tu chodzi tylko o tę drobnostkę, jaką jest ucieczka przed pościgiem, a następnie skok ze skały. Zaraz dam znać o sobie tym rudym psom, by ruszyły za mną.

— Czy przyjrzałeś się tym skałom... od strony lądu?

— Prawda, zapomniałem o tym!

— Idźże więc je obejrzeć. Grunt tam jest zmurszały, pełen jam i rozpadlin. Jedno niezgrabne, nieopatrzne stąpnięcie może położyć kres gonitwie. Miejże się więc na baczności. Zostawiam cię tutaj i udam się z meldunkiem do twej drużyny, by wiedziano, gdzie należy spodziewać się napaści psów. Czynię to jedynie ze względu na ciebie, nie poczuwam się bowiem do żadnej łączności z wilczą hałastrą.

Gdy Kaa nie lubował sobie w czyjejś znajomości, potrafił okazać się szorstkim i przykrym jak nikt w całej kniei — z wyjątkiem może Bagheery. Popłynąwszy z prądem, wylądował naprzeciwko Skały Narady; tu natknął się na Phaona i Akelę, wsłuchujących się w nocne pogłosy.

— Huzia, pies-ski! — zaśmiał się. — Dhole tylko patrzeć, jak podążą w dół rzeki. O ile nie stchórzycie jak ps-s-sy, będziecie mogli rozprawić się z nimi na mieliznach.

— Kiedyż nadejdą? — zapytał Phao.

— A gdzie jest moje Człowieczątko? — dorzucił Akela.

— Przyjdą wtedy, gdy zechcą przyjść — syknął Kaa. — Stójcie w pogotowiu i nie zasypiajcie s-ssprawy!... Co zaś-ś się tyczy „twojego” Człowieczątka, od którego nie wahałeś-ś się wziąć s-słowa, narażając go tym samym na pewną śmierć... co się tyczy, powtarzam, „twego” Człowieczątka, to jes-s-st ono teraz pod moją opieką... a jeżeli dotychczas-s nie uświerkło nędznie, nie jest to bynajmniej twoją zasługą, ty stara osiwiała sobako! Warujcież tu s-sobie, pieski i suczęta, czekając s-s-spotkania z rudzielcami, i czujcie się szczęśliwi, że Ludzkie Szczenię i ja s-s-stoimy po waszej s-s-stronie.

Spróbowawszy w ten sposób ostrości swego języka, Kaa pomknął z powrotem w górę rzeki i znów przycumował się ogonem u skały pośrodku wąwozu, pilne poglądając wzwyż, ku zrębowi urwiska. Nagle na tle gwiezdnego nieba ujrzał poruszającą się głowę Mowgliego, potem coś szurnęło w powietrzu, rozległ się doraźny i wyraźny plusk ciała ludzkiego, spadającego równymi nogami w wodę, a w chwilę potem już to ciało spoczywało znowu w wielkiej pętli splotów wężowych.

— Sam skok to fraszka dla mnie w nocnej porze — ozwał się Mowgli głosem spokojnym. — Skakałem nieraz dla zabawy nawet z dwa razy większej wysokości. Ale tam w górze grunt jest paskudny, pełen niskich krzaczków i głębokich żlebów, pokrytych ciżbą Małego Plemienia. Koło trzech żlebów ustawiłem kopczyki z dużych głazów. Gdy będę biegł, poprzewracam je nogą, doprowadzając Małe Plemię do szalonej złości.

— Co to znaczy spryt ludzki! — cmoknął Kaa. — Mądry jesteś, bratku, ale Małe Plemię bywa zawsze pełne złości.

— O, nie! Gdy zapada zmierzch, wszelkie stworzenia skrzydlate układają się do spoczynku. Zabawię się z psami o zmierzchu, bo one lubią polować w dziennej porze. Teraz idą za krwawym śladem Won-tolli.

— Chil nie zostawia zdechłego wołu ani dhole krwawego śladu — rzekł Kaa.

— W takim razie zgotuję im nowy ślad krwawy z własnej krwi, jeżeli mi się uda... i nakarmię ich gnojem. Czy będziesz tu na mnie czekał, Kaa, póki nie powrócę z nimi?

— Tak jest, ale co będzie, gdy one zabiją cię w dżungli albo gdy Małe Plemię zabije cię, zanim zdołasz wskoczyć w rzekę?

— O jutrzejszych łowach należy mówić jutro — odrzekł Mowgli, cytując przysłowie puszczańskie, dodał jednak niebawem: — Na odśpiewanie pieśni żałobnej będzie czas, gdy umrę. Szczęśliwych łowów, Kaa!

Uwolnił ze swych objęć szyję pytona i popłynął z wodą niby tram niesiony powodzią, kierując się w stronę wydmy u przeciwległego brzegu. Znalazłszy się na powolnym prądzie, zaczął śmiać się głośno z wielkiej uciechy. Nie było rzeczy, która by Mowgliemu, wedle jego własnego wrażenia, taką sprawiała przyjemność, jak „targanie śmierci za wąsy” i odczuwanie swego władztwa nad puszczą. Już za lat młodszych niejednokrotnie zdarzało mu się wyłupiać plastry miodu z drzewnych barci przeto wiedział, że Małe Plemię niczym się tak nie brzydzi, jak wonią dzikiego czosnku. Zebrał więc sobie pęczek tego ziela, przewiązał go łykiem, potem zaś puścił się krwawym śladem Won-tolii, w kierunku południowym od legowisk. Przebiegł tak może z pięć mil, a przez cały ten czas wpatrywał się uważnie w korony drzew, przegiąwszy w bok głowę.

— Byłem już Mowglim-żabą — mówił, śmiejąc się do rozpuku — a sam się podaję za Mowgliego-wilka. Teraz muszę być Mowglim-małpą, zanim zostanę Mowglim-kozłem. W końcu jednak będę Mowglim-człowiekiem. Ho! Ho!

To rzekłszy, przesunął palcem po osiemnastocalowej klindze swego noża.

Ślad Won-tolli, cały usiany plamami czarnej posoki131, biegł wzdłuż kniei gęstego starodrzewu, ciągnącej się zrazu zwartą ścianą w kierunku północno-wschodnim, potem zaś rzednącej stopniowo aż na odległość dwóch mil od Skał Pszczelich. Od ostatniego z tych drzew aż do zarośli ponad skałami była przestrzeń otwarta, gdzie nawet wilk nie miałby się gdzie ukryć. Mowgli biegł wytrwałym kłusem wzdłuż drzew, oceniając odległość pomiędzy gałęziami, wdrapując się czasami na ten lub ów pień i próbując skoku z drzewa na drzewo; doszedłszy w końcu do otwartej polany, jął z całą dokładnością i uwagą badać jej teren. Godzinę całą trwało to badanie, po czym Mowgli zawrócił z drogi, podjął przerwany wpierw trop Won-tolli, usadowił się na wystającej gałęzi jakie osiem stóp nad ziemią, zawiesił pęczek czosnku na bezpiecznym sęku i czas jakiś siedział spokojnie, ostrząc nóż o podeszwę stopy.

Przed samym południem, gdy słońce przypiekało tęgo, usłyszał tętent wielu stóp i poczuł odrażający cuch132 zgrai rudych psów mknących zawzięcie i nieubłaganie śladem Won-tolli. Oglądane z góry dhole wydają się co najmniej o połowę mniejsze od wilków, ale Mowgli wiedział, jak potężne są ich łapska i szczęki. Wypatrzywszy ostry pysk przodownika, węszącego ślad, ogłosił hasło łowieckie:

— Szczęśliwych łowów!

Zwierz stanął jak wryty i spojrzał w górę. Towarzysze poszli za jego przykładem. Pod drzewo przyciągnęły jedne za drugimi zastępy rudych psów o chwostach obwisłych, krępych karczyskach, chudych grzbietach i krwawych paszczękach. Dhole są z natury wielkimi mrukami i nawet w ojczystym Dekanie nie odznaczają się zbytnio wytwornością obyczajów. Poniżej Mowgliego zebrały się chyba ze dwie setki tych drapichrustów, on widział jednak, że przodownicy węszyli łapczywie ślad Won-tolli, starając się przynaglić zgraję do dalszego biegu. W ten sposób napastnicy mogliby jeszcze za dnia dotrzeć do wilczych legowisk. Nie na rękę to było Mowgliemu, przeto postanowił przetrzymać ich pod drzewem aż do zmierzchu.

— Kto wam pozwolił tu przechodzić? — huknął na nich z góry.

— Wszystkie dżungle do nas należą! — odpowiedział jeden z psów i błysnął białymi zębami.

Mowgli spojrzał z uśmiechem w dół i jął łudząco naśladować przenikliwy zgrzyt zębów, cechujący dekańskiego szczura-skoczka Chikai, przez co chciał zaznaczyć, że stawia dhole na równi z owym zwierzątkiem. Zgraja stłoczyła się koło pnia, a herszt jął ujadać zaciekle, przezywając Mowgliego małpą. W odpowiedzi na to Mowgli zsunął nogę w dół i począł wymachiwać bosą stopą tuż ponad zadartym łbem herszta. To już aż nadto wystarczyło, by do bezsilnej wściekłości pobudzić całą zgraję. Kto ma stopy owłosione nawet pomiędzy palcami, oczywiście nie lubi, by w ten sposób pokpiwano z tej jego właściwości. Przeto rudy arcypies podskoczył w górę, pragnąc dopaść stopy Mowgliego, ten jednak cofnął ją w samą porę i cienkim, słodziutkim głosem zaszydził z napastnika:

— Hej, pieski! Rude pieski! A wynocha do Dekanu! Wracajcie pożywiać się jaszczurkami na swych barłogach! Wracajcie do swych braciszków Chikai! Psy! Rude psy! Każdy palec na waszych nogach jest owłosiony!

To rzekłszy, znów zaczął zamaszyście wywijać nogą w powietrzu.

— Zejdź no natychmiast na ziemię, bo cię zamorzymy głodem na tym drzewie, ty dudku, ty bezwłosa, bezogoniasta małpo! — zawyła jak jeden pies cała gromada, skupiając się coraz ciaśniej pod drzewem.

Tego właśnie pragnął Mowgli. Położył się całą długością ciała wzdłuż gałęzi, przytuliwszy do kory policzek, i mając wolną rękę prawą, klarował przez parę minut rabusiom wszystko, co wiedział i myślał o nich, o ich zwyczajach i obyczajach, ich sukach i szczeniętach. Nie ma w całym świecie mowy tak złośliwej i kąśliwej jak gwara Plemion Dżungli, gdy chodzi o wyrażenie szyderstwa i wzgardy. Sami po namyśle przyznacie na pewno, że inaczej być nie może. Mowgli (jak słusznie przechwalał się wobec pytona) miał niejedno żądło w języku, przeto posługiwał się tą bronią niezawodnie i wymyślnie, doprowadzając dhole z wolna najpierw do dziwu i oniemienia, potem do pomruków i skowytów, następnie do wycia przeraźliwego, wreszcie zaś do całkowitego ochrypnięcia spowodowanego zaciekłym, niezmordowanym ujadaniem. Starały się wprawdzie sprostać mu ciętością wyzwisk, ale był to trud daremny; równie dobrze mogłoby się liche szczeniątko kusić o to, by iść o lepsze z rozwścieczonym wężem Kaa.

Przez cały ten czas Mowgli mocno obejmował stopami gałąź i gotów każdej chwili do czynu, przyciskał do boku pięść ręki prawej. Wielki, kasztanowaty przodownik dał kilkakrotnie susa w górę, mimo to Mowgli hamował się jeszcze w swym zamiarze nie chciał bowiem chybić ciosu. Gdy jednak w końcu napastnik, pobudzony do niepomiernej wściekłości, zdwoił wysiłki i skoczył na siedem albo osiem stóp ponad ziemię, wówczas dłoń chłopca wysunęła się nagle w dół, niby łeb drzewnego węża, i pochwyciła go — jak małego psiaka — za kudłate karczysko. Zatrzęsła się gałąź i zatrzeszczała, przygięta ciężarem, a Mowgli omal nie zsunął się na ziemię. Nie wypuścił jednak zdobyczy, ale windował z wolna na gałąź rudą bestię, oklapniętą teraz i niemrawą niczym zdechły szakal. Lewą ręką domacał się noża i jednym ciachnięciem odciął zwierzowi rudy, puszysty ogon, po czym zrzucił psa na dół z powrotem. Zamiar był w zupełności osiągnięty. Odtąd już rude psy porzuciły ślad Won-tolli: postanowiły wpierw stoczyć z Mowglim bój na śmierć i życie. Widział, jak przysiadały po kilka wraz na ziemi, trzęsąc groźnie pośladkami, co u nich było zapowiedzią krwawego odwetu. Wspiął się przeto na jeden z wyższych konarów, oparł się wygodnie plecami o pień i zasnął najspokojniej w świecie.

Po upływie trzech czy czterech godzin zbudził się, spojrzał w dół i przeliczył oczyma zgraję napastników. Byli wszyscy co do jednego — cała czereda milczących, posępnych, najeżonych drapieżców wpatrujących się weń ostrymi i lśniącymi niby stal ślepiami. Słońce chyliło się ku zachodowi. Za pół godziny Małe Plemię Skalne miało zakończyć całodzienną pracę, a wiadomo, że dhole niezbyt tęgo walczą po ciemku.

— Cóżeście się uwzięli tak warować koło mnie? — huknął, stanąwszy na gałęzi. — Nie potrzeba mi tak licznej straży, w każdym razie zachowam w pamięci waszą wierność i wytrwałość. Zaiste psiska jesteście, rude psiska... ale na mój rozum, to was tu trochę za wiele nalazło z jednego gatunku! Wszystkie jednej maści, ani którego odróżnić! Mając to na względzie, nie oddam ogona grubemu zjadaczowi jaszczurek. Cóż, nie cieszysz się z tego, stary burku?

— Ja ci za to zębami wypruję kiszki! — zawył przodownik, ostrząc sobie owe zębce o pień drzewa.

— No, no, zastanów się dobrze, łebski szczurze dekański! Teraz to się wylęgnie cała kupa małych, kusych, bezogoniastych, rudych psiaków, co sobie poparzą pośladki, gdy siądą na gorącym piasku. Huzia do domu, rudy psie, i ogłoś tam wszystkim, że to jakaś małpa tak cię uszlachciła... czy uszlachtowała! Co, pies nie chce odejść? Chodźże więc, kochasiu, do mnie, to cię nauczę arcymądrych sztuczek!

To rzekłszy, przegibnął się jak małpa na najbliższe drzewo, potem znów na następne, stąd znów na trzecie z kolei — i tak posuwał się coraz dalej i dalej, ścigany przez tłuszczę wrogów, zadzierających bez ustanku łby do góry i wpatrujących się weń uporczywie zajadłymi ślepiami. Od czasu do czasu udawał, że zlatuje na ziemię, a wówczas zgraja cisnęła się jeden przez drugiego, by przyśpieszyć jego zgubę. Dziw brał zaiste, gdy było patrzeć na tego chłopaka przemykającego się z nożem lśniącym w pozłocie zachodu, pośród gałęzi drzewnych, i na śledzącą go milczkiem z dołu, ścigającą go niestrudzenie ciżbę rudych zwierzaków, których nastroszone kudły gorzały w leśnym ostępie niby żywe płomienie. Gdy dobiegł do ostatniego drzewa, rozwiązał pęczek czosnku i natarł nim starannie całe ciało.

— Małpo o wilczym języku! — zawyły dhole szyderczo. — Czy myślisz, że w ten sposób zdołasz omylić nasz węch? My i tak rozpoznamy twój zapach i będziemy cię ścigać zawzięcie aż do samej śmierci...

— Zabierz sobie swoją kitę! — krzyknął Mowgli, rzucając ogon w tył poza siebie, w kierunku drogi już przebytej. — A teraz ścigajcież mnie, pieski, ścigajcie... aż do samej śmierci!

Jak można było przewidzieć, zgraja cofnęła się nieco, poczuwszy zapach farby zwierzęcej. Tymczasem chłopak zsunął się chyżo po pniu na ziemię i nim dhole się spostrzegły, pomknął na bosaka — jak wiatr nieścigły133 — ku skałom, kędy gnieździły się dzikie pszczoły.

Rude psy zawyły ponuro i puściły się w pogoń ciężkim, posuwistym kłusem, zdolnym doprowadzić do zupełnego wyczerpania wszelką ściganą zwierzynę. Mowgli wiedział, że bieg ich stada jest znacznie powolniejszy od biegu wilków; gdyby nie to, nigdy by się nie odważył biec przez dwie mile po otwartej równi. Dhole były pewne, że w końcu dogonią chłopca, on zaś był pewny, że może igrać sobie z nimi do woli, póki zdoła utrzymać je na swym tropie i nie pozwoli im ochłonąć w zawziętości; zależało mu bowiem na tym, by nie pokwapiły się z odwrotem. Biegł równo, zręcznie, sprężystym krokiem; kusy pies-przodownik następował za nim w odległości niespełna pięciu sążni, za tym zaś mknęła zgraja rozsypana bodajże na ćwierćmilowej przestrzeni, zaślepiona i obłąkana szaleńczą żądzą mordu. Uchem chwytał każde poruszenie przeciwników, a trzymał się wciąż w jednakowej odległości, zachowując siły na ostatek gonitwy — na cwał i pęd opętany poprzez rojowiska pszczół skalnych.

Kwiaty w owej porze roku nie na długo otwierały swe kielichy, toteż Małe Plemię Skalne już o wczesnym zmierzchu udało się na spoczynek. Atoli zaledwie stopy Mowgliego trąciły głuchym pogłosem o pełną zagłębień opokę, rozległ się głośny brzęk i szum — jak gdyby ziemia nagle ożyła i poczęła gwarzyć całą swą powierzchnią. Wówczas Mowgli jął biec w dół tak chyżo, jak nie zdarzyło mu się biec nigdy w życiu — a po drodze strącił najpierw jedną, a potem drugą, potem trzecią kupę kamieni w głąb ciemnych, słodkawą wonią zalatujących parowów. Z jakiejś czeluści niewidnej buchnął gwar potężny, podobny do huku bijących o skały, rozszalałych fal morskich — i Mowgli kącikiem oka dostrzegł jakąś czarną chmurę wzbijającą się poza nim w powietrzu. Jednocześnie obaczył hen w dole srebrny nurt Wajngangi i wychylający się z wody płaski, do brylantu podobny łeb węża. Zebrał wszystkie siły i wymykając się kusemu przodownikowi, miotającemu się w górę i mierzącemu zębatą szczęką wprost w jego plecy, dopadł krawędzi skalnej i skoczył nogami na dół w wodę. Zdyszany był śmiertelnie, ale czuł radość niepomierną z powodu bezpieczeństwa i osiągniętego tryumfu. Ani jedno żądło nie ugrzęzło w jego ciele, bo woń czosnku odpędziła od niego Małe Plemię na ten krótki moment, jakiego potrzebował, by przedrzeć się przez skały.

Gdy wynurzył się z wody, utrzymywany w równowadze splotami węża Kaa, obaczył jakieś dziwa, co staczały się z urwiska w dół — prosto w rzekę, niby ołowianki. Na pierwszy rzut oka wydawały się po prostu kłębowiskiem zbitego gęsto pszczelego roju — atoli gdy który z tych kłębów miał już spaść w wodę, pszczoły wzbijały się wzwyż, a po toni rzecznej spływało z prądem, wirując, martwe ciało dhola. Znad zrębu przepaści dolatywało zaciekłe, urywane poszczekiwanie, zagłuszone jednakże piorunnym hukiem i wrzawą — wrzawą skrzydeł Małego Skalnego Plemienia. Na dobitkę niektóre z psów wpadły do szczelin łączących się z podziemnymi pieczarami, tam dusiły się i szamotały wśród zwalonych na kupę plastrów, kłapiąc bezskutecznie szczękami, aż w końcu martwe ich zwłoki, poniesione bezlikiem rojących się pod nimi pszczół, wysuwały się z jakiejś czeluści skalnej nad rzeką i staczały się na stosy czarnego rumowiska. Niektóre dhole dobiegły tylko do drzew nad skałami — i znikły doszczętnie pod chmarą pszczół. Większość jednakże, doprowadzona do szału ukąszeniami żądeł, rzuciła się w rzekę — a Kaa miał słuszność, gdy toń Wajngangi nazwał żarłoczną.

Kaa dzierżył mocno Mowgliego, póki chłopak przyszedł zupełnie do siebie.

— Nie możemy tu pozostawać! — syknął jednakże w końcu. — Małe Plemię rozjątrzyło się nie na żarty! W drogę!

Trzymając się tuż przy powierzchni wody i wedle możności często nurkując, Mowgli dał się ponosić prądowi, a noża nie wypuszczał z dłoni.

— Wolnego! Wolnego! — hamował go Kaa. — Jeden ząb (o ile to nie jest ząb kobry) nie podoła całej setce zębatych stworzeń. Wiele psów zdołało zbiec przed Małym Plemieniem do wody... i wyszły bez szwanku!

— Tym więcej będzie miał do roboty mój nóż!... Ale... o fe! Jak te małe istotki nas ścigają.

I dał znów nurka w wodę, bo powierzchnię rzeki zakryła ławica dzikich pszczół, buczących złowrogo, a tnących wszystko, co napotkały po drodze.

— Na milczeniu jeszcze nikt nie stracił — zauważył Kaa, którego twardych łusek nie zdołało przebić ani jedno żądło — a wszak ciebie czekają jeszcze całonocne łowy! Posłuchaj, jak wyją dhole!

Tylne szeregi psiej zgrai — niemal jej połowa spostrzegły od razu pułapkę, w jaką wpadli ich towarzysze, przeto wykonawszy bystry zwrot w bok, rzuciły się ku rzece tam, gdzie wąwóz obrywał się nagle stromą, prostopadłą niemal krzesanicą. Ich wściekłe okrzyki oraz pogróżki, skierowane przeciwko „małpie łażącej po drzewach”, która ściągnęła na nich taką sromotę, mieszały się z wyciem i skowytem współbraci pokąsanych przez pszczoły. Pozostawanie na brzegu groziło śmiercią — z tego zdawał sobie dobrze sprawę każdy z psów. Przeto cała gromada jęła bez namysłu skakać w wodę — i popłynęła z prądem aż hen ku Skale Pokoju. Atoli i tam ścigało je Małe Plemię — i kąśliwym natarciem zmusiło zwierzęta do niejednokrotnego chowania się pod wodę. O uszy Mowgliego obijał się dyszący wściekłością głos kusego przodownika, zachęcającego towarzyszy, by trzymali się dzielnie i wymordowali wszystkie wilki w Seeonee. Ale chłopak nie tracił czasu na podsłuchy, tylko płynął uporczywie coraz dalej.

— Ktoś morduje nas podstępnie w ciemności! — warknął jeden z psów. — Woda zbrukała się krwią.

To Mowgli podpłynął był jak wydra, nurkiem pod wodą, wciągnął jakiegoś dhola w głąb topieli, zanim ten zdążył szarpnąć się i pysk rozewrzeć. Za chwilę trup rudego zwierza wychynął z pluskiem na powierzchnię, a wokół Skały Pokoju ukazały się na wodzie smugi ciemnej, kleistej cieczy. Przerażone dhole próbowały zawrócić z drogi, ale przemóc nie zdołały wartkiego i silnego prądu; zresztą pszczoły cięły je nadal zawzięcie po szyjach i uszach, na domiar zaś złego w gęstniejącym mroku rozlegało się coraz głośniejsze i wyraźniejsze hasło bojowe Drużyny Seeoneeńskiej.

Mowgli znów dał nurka i znów jeden z psów zniknął pod wodą, by w chwilę później wypłynąć — już jako trup — na powierzchnię. Znowu podniosła się wrzawa na tyłach. Rude psy jęły kłócić się z sobą: jedne głosiły, że najlepszą rzeczą byłoby wyjść na brzeg, drugie błagały swego przywódcę, by doprowadził je z powrotem do Dekanu, inne wreszcie wzywały Mowgliego, by wynurzył się z wody i stanął do otwartej rozprawy.

— Każdy z nich, idąc w bój, ma dwa żołądki i wiele głosów! — zauważył Kaa. — Reszty dokonają twoi bracia na brzegu. Małe Plemię powraca na spoczynek... a ja mam ochotę pójść za jego przykładem. Nie myślę pomagać wilkom.

Nad brzegiem pomykał właśnie jakiś wilk na trzech łapach, co pewien czas w sposób nader dziwny podskakując w górę, następnie kładąc się bokiem na ziemię, wyginając grzbiet i wymachując dwiema łapami w powietrzu, jak gdyby igrał ze swymi szczeniętami. Był to Won-tolla, owdowiały, bezdzietny Wilk Samotnik. Zabawiał się tak w milczeniu przez czas dłuższy, drwiąc sobie w żywe oczy z psów. Te, jako że już czas niemały spędziły w wodzie, płynęły obecnie z wielkim wysiłkiem, nasiąkłszy jak gąbka wodą od grzbietu aż po końce puszystych ogonów, wlokły się ociężałe, wyczerpane i drżące — i również nie odzywały się ani słowem, wpatrując się jeno bacznie w parę roziskrzonych ślepiów, krążących nieopodal.

— Niedobre to łowy! — przemówił w końcu jeden z nich.

— Dobrych łowów! — rozległ się nagły krzyk ponad wodą.

To Mowgli wynurzył się zuchwale z wody, wpakował owemu psu długi nóż pod piąte żebro i pomknął szybko naprzód, by uniknąć zwierających się szczęk zdychającego zwierza.

— Hola! To ty, Szczenię Ludzkie? — zawołał nań z brzegu Won-tolla.

— Zapytaj się trupów, Samotniku! — odparł Mowgli. — Czy żaden z nich tu nie nadpłynął? Zatkałem tym psom pyski błotem i różnymi paskudztwami i w biały dzień wywiodłem w pole całą ich hałastrę. Sam herszt postradał sromotnie ogon, a bardzo wielu utraciło życie. Ale nie martw się! Zostało ich trochę i dla ciebie! Gdzież mam ci ich przypędzić?

— Zaczekam tutaj — rzekł Won-tolla. — Mam jeszcze długą noc przed sobą, to rozejrzę się należycie.

Coraz bliżej, coraz wyraźniej słychać było nawoływanie wilków seeoneeńskich:

— Na bój! W imię Gromady! W imię Plemienia! Na bój!

Silny prąd na zakręcie rzeki poniósł dhole wprost na wydmę i płycizny leżące naprzeciw wilczych legowisk.

Poznały omyłkę psy rude. Powinny były wylądować o pół mili wyżej i napaść wilcze stado na suchym lądzie. Teraz było już za późno. Wzdłuż całego wybrzeża jarzył się rząd błyszczących ślepi, a w całej dżungli nie było słychać nic, jeno ów straszliwy pheeal, który rozbrzmiewał nieprzerwanie od zachodu słońca. Won-tolla wciąż bawił się niczym mały, łaszący się piesek: rzekłbyś, że zaprasza swych wrogów, by zechcieli wyjść na brzeg.

— Front ku brzegowi! Natrzeć na to Wilcze Plemię! — krzyknął nagle herszt psów.

W jednej chwili cała gromada rzuciła się ku wybrzeżu, brnąc z tętentem i chlupotem przez płytką wodę. Powierzchnia Wajngangi rozkołysała się i spieniła na wielkiej przestrzeni, a od brzegu do brzegu rozparły się wielkie fale podobne do szlaku pędzącej łodzi.

Mowgli szedł trop w trop za kłębiącą się i tłoczącą hordą, rąbiąc, waląc i kłując wszystko, co tylko wpadło mu pod rękę.

Rozpoczął się bój długi i przewlekły. Walczące zastępy wzbierały, prężyły się, rozbijały się i rozdrabniały w małe gromadki, rzedły i gęstniały na przemian, niby dwa wielkie zalewiska na wydmach czerwonego piasku, pośród pogmatwanych korzeni drzewnych, skroś zarośli i chaszczy, pomiędzy kępami trawy — boć jeszcze i raz dhole były w sile dwóch na jednego. Atoli tym razem wypadła im sprawa z wilkami stającymi w obronie swego stada — i to nie tylko z krępymi, przysadzistymi łowcami, ale — co gorsza — z lahini, czyli z patrzącymi srogo spode łba matkami-wilczycami broniącymi swych młodych; matkom zasię do pomocy szły małe, ledwo owłosione roczniaki, gotowe już do brania się za gardła i do utarczki. Trzeba wiedzieć, że wilk zwykł chwytać przeciwnika za gardziel albo dochodzić go z boku zębcami, natomiast rudy pies woli kąsać po psiemu — od brzucha lub po łydkach. Gdy więc dhole jęły wyłazić z wody, podnosząc z konieczności łby w górę, przewaga była po stronie wilków. Na suchym gruncie wilki zaczęły ponosić straty, ale nóż Mowgliego sprawiał się równie dobrze w wodzie, jak i na lądzie. Czwórka wilków też ze swej strony dzielnie służyła mu pomocą. Szary Brat warował pomiędzy jego kolanami, osłaniając brzuch chłopca, tamci zaś trzej pilnowali jego pleców i boków i stawali ponad nim, ilekroć zwalił się na ziemię wskutek wstrząsu wywołanego skokiem rozwścieczonego, rozszczekanego dhola, rzucającego się wprost na twardą, niezwalczoną klingę... Poza tym na całym placu boju panował zupełny rozgardiasz i zamęt. Zbita, kołysząca się ciżba zapaśników posuwała się to w lewo, to w prawo wzdłuż brzegu rzeki, ścierając się przy tym na miazgę w wolnym obrocie wokół swego środka. W jednym miejscu widniało jakby falujące wzniesienie podobne do bańki wodnej na wirującej topieli, które — podobnie też jak bańka wodna — rozpryskiwało się co pewien czas, wyrzucając w górę po cztery lub pięć zduszonych psów, starających się dostać z powrotem do środka. Tam zasię jakiś wilk osamotniony padał na ziemię, stłamszony przez kilka psów cisnących się naprzód. Ówdzie roczny szczeniak tkwił sztorcem w ścisku, jakoby żywy, pomimo że utracił życie jeszcze z początkiem walki, gdy jego matka, ogarnięta wściekłością i rozpaczą, parła naprzód, gryząc wszystko, co nawinęło się pod jej paszczękę. Nierzadko w najgęstszym tłoku walczących wilk z rudym psem walczyły we dwójkę, zmierzając sobie wzajem do gardła, głusi poza tym na wszystko w świecie, póki ich nie rozłączyła fala rozwrzeszczanych przeciwników. Raz Mowgli dojrzał przelotem Akelę, do którego boków dobierały się dwa dhole, podczas gdy on niepozbawionymi jeszcze zębów szczękami wgryzł się w łydki trzeciego napastnika. Drugim razem zauważył Phaona, który zatopił zębiska w gardzieli jednego z psów, wlokąc bestię pomimo jej woli naprzód, by powierzyć jej zabicie jednolatkom. Atoli przeważna134 część walki ginęła w czarnych kłębach oślepiającego pyłu: wkoło siebie, poza sobą i ponad sobą Mowgli widział jeno ciosy, starcia, wzajemne obalanie się i kłębienie, słyszał wrzaski, skowyty, szarpaninę, okrzyki bólu i rozpaczy.

W miarę jak gęstniała noc, wzmagała się oszałamiająca, wartka bieganina i ruchawka. Dhole, zbyt wyczerpane i zestrachane, nie ośmielały się nacierać na silniejsze od nich wilki, ale też nie ważyły się na rozpoczęcie odwrotu. Atoli Mowgli czuł, że zbliża się już koniec rozprawy, i zadowalał się uderzeniem na słabszych jeno, okaleczonych już przeciwników.

Roczniaki z wolna nabrały zuchowatości, przeto starsi mogli sobie od czasu do czasu pozwolić na dłuższy wypoczynek. Zresztą obecnie dość już było błysnąć nożem, aby przeciwnik uciekał zaraz jak niepyszny.

— Dogryźliśmy już mięso niemal do samej kości! — sapnął Szary Brat, obryzgany krwią sączącą się z kilkunastu głębokich ran.

— Tak, ale jeszcze trzeba zgryźć kość samą! — odparł Mowgli. — Aowawa! Tak to my się sprawiamy w dżungli!

Okrwawiony brzeszczot błysnął jak płomień tuż obok psa, którego grzbiet i tylne łapy były przygniecione ciężarem jakiegoś zajadłego wilczura.

— To mój łup! — fuknął wilczur, rozdymając chrapy. — Zostaw mi go!

— Co? Jeszcześ się nie nasycił, Samotniku? — spytał Mowgli.

Won-tolla poharatany był szpetnie, ale chwyt udał mu się znakomicie, albowiem zaskoczony dhole — obezwładniony całkowicie — nie mógł ani się odwrócić, ani dosięgnąć napastnika.

— Na Byka, który był okupem za mnie! — krzyknął Mowgli, śmiejąc się gorzko. — Toż to moja kusa psinka!

W rzeczy samej był to nie kto inny, jeno we własnej osobie sam arcypies-przodownik.

— Nieoględną rzeczą jest zabijać szczenięta i lahini — dorzucił Mowgli tonem filozoficznym. — Chyba że zabije się także i ojca legowiska!... Ale ja czuję to... tu w dołku... że ten ojciec ciebie teraz zabije!

Jeden z rudych psów skoczył z pomocą przodownikowi, lecz zanim zdołał wpić zęby w bok Won-tolli, już mu z prawej strony wszedł pomiędzy żebra nóż Mowgliego, a po lewej błysnęły kły Szarego Brata.

— Tak to my się sprawiamy w dżungli! — powtórzył Mowgli.

Won-tolla nie rzekł ani słowa, lecz szczęki coraz bardziej mu się zwierały i coraz bardziej wgryzały się w grzbiet przeciwnika — w miarę jak upływało zeń życie. Rudy pies drgnął kurczowo, opuścił w dół głowę i legł bez ruchu, a Won-tolla zwalił się bezwładnie na niego.

— Pst! Krwawy dług już spłacony! — syknął Mowgli. — Zanuć pieśń tryumfu, Won-tollo!

— On już nie zapoluje nigdy w życiu — ozwał się Szary Brat. — Ale i Akela jakoś zamilknął już od dłuższego czasu.

— Zgryźliśmy i kość! — huknął Phao, syn Phaona. — Uciekają! Bić ich, bić, o łowcy Wolnego Plemienia!

Rude psy jeden po drugim poczęły wymykać się z mrocznych i okrwawionych wydm to ku wodzie, to w gęstwinę dżungli, to w dół, to w górę rzeki, słowem, gdzie kto widział przed sobą otwartą drogę ucieczki.

— Dług! Dług! — krzyczał Mowgli. — Trzeba spłacić dług! Te psy zabiły Wilka Samotnika! Niech żadnemu z nich nie ujdzie to na sucho!

I ścisnąwszy nóż w dłoni, leciał już nad rzekę, by zatrzymać każdego dhola, który by ośmielił się przystąpić do niej, aż tu nagle spod stosu dziewięciu trupów wynurzył się łeb i część kadłuba Akeli. Mowgli zatrzymał się i padł na kolana obok sędziwego Wilka Samotnika.

— Czyż nie mówiłem, że będzie to ostatnia walka w mym życiu? — westchnął Akela. — Udały się łowy! I jakże się czujesz, Mały Bracie?

— Żyję, a zgładziłem wielu nieprzyjaciół.

— To dobrze! Ja... już umieram... a chciałbym... chciałbym umrzeć na twych rękach, Mały Bracie.

Mowgli wziął na kolana pokaleczoną straszliwie głowę starego wilka i zarzucił ramiona na jego poszarpaną szyję.

— O, ileż to czasu upłynęło od owych dni, gdy żył Shere Khan i gdy małe, goluśkie Ludzkie Szczeniątko tarzało się w piasku! — wykrztusił z siebie Akela.

— No, no, przecież jestem wilkiem! Jestem z tej samej sierści i skóry, co reszta Wolnego Plemienia! — obruszył się Mowgli, płacząc. — Ani mi się kiedy śniło być człowiekiem!

— Ale jesteś człowiekiem, Mały Bracie, przyhołubiony przeze mnie wilczaszku. Jesteś człowiekiem z krwi i kości! Gdyby nie to, nasza Wilcza Gromada pierzchłaby od razu przed natarciem rudych psów. Tobie zawdzięczam me życie, dziś zaś uratowałeś naszą Gromadę, tak jak ja ongi uratowałem ciebie. Czy zapomniałeś? Teraz jużeśmy skwitowani. Nie masz co tu robić dłużej! Odejdź do swego plemienia, swych bliźnich. Raz jeszcze ci powiadam, źrenico mego oka, żeśmy już zakończyli łowy... Wracaj do swego plemienia!

— Nie pójdę tam nigdy. Będę polował w dżungli samopas, na własną rękę. Jużem ci raz to mówił.

— Po lecie przychodzi pora deszczowa, a po niej następuje wiosna. Odejdź, zanim będziesz zniewolony do odejścia!

— Któż mnie zmusi?

— Mowgli przymusi Mowgliego. Wracaj do swego plemienia. Wracaj do ludzi!

— Pójdę... gdy Mowgli wygna Mowgliego — odrzekł Mowgli.

— Nie będę ci już nic więcej radził. — rzekł Akela. — Teraz chcę przemówić do moich krewniaków. Czy nie mógłbyś postawić mnie na nogi, Mały Bracie? Jam jest przecie również wodzem Wolnego Plemienia!

Powoli, łagodnie, z wielką ostrożnością Mowgli podniósł na nogi Akelę, podtrzymując go oburącz. Stary Wilk Samotnik nabrał tchu całą piersią i począł nucić żałosną pieśń zgonu, jaką winien przed śmiercią odśpiewać Naczelnik Wilczej Gromady. Pieśń ta nabierała mocy z każdą chwilą, krzepła, potężniała, rozchodziła się coraz dalej i dalej — hen, poza rzekę aż na koniec zadzwoniła ostatnim refrenem myśliwskiego wołania: „Szczęśliwych łowów!”.

Wówczas Akela wyszarpnął się na chwilę z rąk Mowgliego, skoczył w górę i upadł na wznak nieżywy, zakończywszy ostatnie i najstraszniejsze w swym życiu łowy...

Mowgli oparł głowę o kolana i siedział tak nieruchomo, nie dbając zgoła o to, co działo się dokoła. Tymczasem niedobitki rudych psów zostały osaczone i zaatakowane przez nieubłagane lahini. Z wolna krzyki ucichły, a wilki jęły jeden po drugim wracać do gromady, słaniając się od ran, zaskorupiałych już po trosze, ale teraz właśnie dolegających najwięcej. Zaczęło się przeliczanie poległych. Kilkunastu z drużyny łowieckiej oraz ze sześć matek-wilczyc leżało trupem ponad rzeką, a z pozostałych przy życiu uczestników walki mało który nie miał na sobie blizny. Mowgli, nie wracając uwagi na to wszystko, siedział nieporuszenie aż do chłodnego poranku, gdy uczuł na ręce wilgotne dotknięcie okrwawionej paszczęki Phaona. Wówczas Mowgli odsunął się, ukazując oczom Phaona chude zwłoki Akeli.

— Szczęśliwych łowów! — zawołał Phao, jak gdyby miał przed sobą żywego Akelę; a potem, obracając się okrwawioną szyją w stronę towarzyszy, rzucił hasło — Zawyjcie, Wilcy! Wilk, wilk sławny zmarł w noc dzisiejszą!...

Ale ze zgrai dwustu dholów-wojowników, rudych psów dekańskich, szczycących się tym, iż rzekomo żadne ze stworzeń dżungli nie ośmieliłoby się stawić im czoła — z całej tej zgrai nie ocalał nikt, kto by mógł choć wieść o wypadkach tu opisanych zanieść do Dekanu.