Rozdział IX

Mimo wszelkich osobistych zmartwień multimilioner — podobnie jak i inni ludzie — musi wciąż pilnować swoich interesów. Harvey Cheyne senior był zmuszony z końcem czerwca wyjechać na wschód, ażeby spotkać się z kobietą złamaną na duchu, prawie odchodzącą od zmysłów, która dniem i nocą śniła o swoim synu, utopionym w szarej głębinie morskiej. Mąż otoczył ją doktorami, sprowadzał pielęgniarki, masażystki, a nawet magnetyzerki i znachorki — wszystko to jednak na nic się nie zdało. Pani Cheyne leżała cicho, jedynie czasem wzdychając, lub całymi godzinami opowiadała każdemu, kto miał chęć słuchać, o swoim synu. Nadziei nie miała żadnej — bo i któż mógł tchnąć nadzieję w serce nieszczęsnej matki! Jedyną rzeczą, jakiej pragnęła, było upewnienie się, że utonięcie odbywa się bez bólu; przeto mąż czuwał nad nią, by przypadkiem nie chciała tego wypróbować. O własnej swej zgryzocie mówił niewiele i ledwie że uświadamiał sobie jej głębię, aż pewnego dnia przyłapał się na zapytaniu zwróconym do kalendarza stojącego na biurku.

— I na cóż się zda cała ta moja praca?

Zawsze dotychczas w głębi jego duszy tliła się błoga myśl, że pewnego dnia, gdy już się upora ze wszystkim i gdy chłopak skończy uniwersytet, wówczas on swojego syna przyciśnie do serca i wprowadzi w swe interesy. Wówczas chłopak — rozumował sobie Cheyne wzorem wiecznie zapracowanych ojczulków — stanie się od razu jego towarzyszem, wspólnikiem i sprzymierzeńcem; nastaną lata wspaniałych, wielkich czynów, dokonywanych wspólnie... przy czym starsza, doświadczona głowa ojcowska będzie hamowała zapędy młodocianego zapału... A oto teraz jego chłopak był nieżywy — zginął na morzu jak jakiś szwedzki marynarz z jednego z wielkich okrętów używanych do transportu herbaty; jego żona, matka chłopaka konała z bólu albo i na sroższą wystawiona była dolę; on sam, Harvey Cheyne senior, był wprost stratowany przez zastępy kobiet, lekarzy, służących i pielęgniarek — zgnębiony niemal ponad wszelką wytrzymałość wybuchami i ciągłymi odmianami żałosnych, nieutulonych szlochów swej żony — pozbawiony nadziei oraz odwagi na wypadek spotkania się z licznymi swymi nieprzyjaciółmi.

Zabrał żonę do nowo wybudowanego, jeszcze niewykończonego pałacu, gdzie ona wraz ze swym orszakiem zajęła luksusowe pomieszczenia, on zaś osiadł w pokoju werandowym i pracował z dnia na dzień, przy boku swym mając jedynie sekretarza i stenotypistkę, która była również telegrafistką. Właśnie wywiązała się walka pomiędzy czterema kolejami zachodnimi, w których, jak przypuszczano, Cheyne miał poważniejsze udziały; w jego składowniach budulca w Oregonie wybuchł złowrogi strajk, a prawodawstwo stanu Kalifornia, które organizatorów strajku nie darzyło sympatią, zamierzało otwarcie wystąpić przeciwko właścicielowi składowni.

W zwykłych warunkach przyjąłby walkę jeszcze przed jej wypowiedzeniem, podejmując miłą mu i pozbawioną skrupułów kampanię. Teraz jednak siedział osowiały, opuściwszy miękki, czarny kapelusz prawie na czubek nosa, skurczywszy pałąkowato swój olbrzymi korpus, opatulony w wygodne, obszerne ubranie, przypatrując się bądź noskom swych butów, bądź też chińskim dżonkom w zatoce i przytakując w roztargnieniu wszystkim zapytaniom sekretarza otwierającego pocztę z ubiegłej soboty.

Zastanawiał się nad tym, czy warto by rzucić to wszystko i puścić się gdzieś w świat. Był wszak ubezpieczony na ogromne sumy, stać go było na królewskie rozrywki, zaś pomiędzy jedną z jego posiadłości w Kolorado a małym gronem towarzyskim (to by się żonie przydało!) dajmy na to w Waszyngtonie i na Wyspach Południowo-Karolińskich można by zapomnieć o nieziszczonych planach... Z drugiej strony jednak...

Stukot maszyny do pisania nagle ucichł; dziewczyna spojrzała na sekretarza, który pobladł jak ściana.

Oto jak brzmiał — wręczony przezeń Cheyne’owi — telegram z San Francisco:

Wyratowany przez statek rybacki We’re Here spadł z okrętu podczas wielkiego połowu na Ławicach żyw zdrów przebywa Gloucester, Mass43. Przysłać Diskowi Troop pieniądze lub polecenia depeszować co czynić i jak się ma mamusia. Harvey H. Cheyne.

Ojciec wypuścił z rąk depeszę, oparł głowę na pulpicie zamkniętego biurka i dyszał ciężko. Sekretarz pobiegł po lekarza, który leczył panią Cheyne. Ten nadbiegłszy zastał pana Cheyne przechadzającego się tam i z powrotem po pokoju.

— Co... co pan o tym myśli? Czy to możliwe? Czy to ma jakikolwiek sens? Nie mogę z tego nic zrozumieć — wołał Cheyne.

— Ale ja rozumiem — odrzekł doktor. — Tracę 7000 dolarów pensji... to wszystko.

Pomyślał o uciążliwej praktyce lekarskiej w Nowym Jorku, którą porzucił na stanowcze zlecenie Cheyne’a, więc też nic dziwnego, że zwracając telegram, westchnął głęboko...

— Pan sądzi, że mogę opowiedzieć o tym żonie? A nuż to jakieś oszustwo?

— Co by komu zależało? — odpowiedział doktor chłodno. — Rzecz wykryłaby się z łatwością. Nie mam wątpliwości, że telegram został wysłany przez pańskiego syna.

W tej chwili weszła do pokoju służąca, Francuzka, pewna siebie, jak osoba niezbędnie potrzebna, która godzi się na służbę tylko za wysokim wynagrodzeniem.

— Pani Cheyne mówi, że pan musi zaraz przyjść. Myśli, że pan jest chory.

Pan trzydziestu milionów dolarów pochylił głowę potulnie i poszedł za Zuzanną. Znad górnej poręczy w wielkiej, prostokątnej, jasnym drewnem wykładanej klatce schodowej rozległ się donośny, przenikliwy głos:

— Co tam? Co się stało?

Żadne drzwi nie zdołały zagłuszyć przeraźliwego okrzyku, który echem rozniósł się po całym domu w chwilę później, gdy pan Cheyne zakomunikował nowinę swej małżonce.

— Wszystko w porządku — ozwał się doktor pogodnie do stenotypistki. — Ze wszystkich orzeczeń lekarskich, jakie spotyka się w powieściach, prawdziwym jest bodaj tylko to jedno, że radość nie zabija... prawda, panno Kinzey?

— Wiem o tym; ale najpierw trzeba będzie jeszcze załatwić moc spraw.

Panna Kinzey, rodem z Milwaukee, była w rozmowie nieco bezpośrednia, a że jej sympatia zwracała się w stronę sekretarza, więc odgadła, że będzie coś do roboty. Sekretarz z powagą przyglądał się olbrzymiej mapie Ameryki wiszącej na ścianie.

— Panie Milson, jedziemy zaraz najkrótszą drogą. Wagon prywatny... wprost... na Boston. Proszę wyszukać połączenie.

— Właśnie o tym myślałem.

Sekretarz zwrócił się do maszynistki i oczy ich się spotkały (z tego wyrosła później nowa powieść niemająca wszakże związku z niniejszą). Spojrzała wzrokiem badawczym, nie dowierzając jego pomysłowości. On dał jej znak, by zasiadła do Morse’a — podobnie jak generał posyła brygady na teren działań wojennych. Potem gestem, jaki spotyka się u muzyków, rozgarnął włosy, spojrzał w sufit i zabrał się do pracy... a tymczasem białe paluszki panny Kinzey wprawiały w ruch cały amerykański kontynent.

K. H. Wade Los Angeles — „Konstancja” jest w Los Angeles, prawda, panno Kinzey?

— Tak! — potwierdziła panna Kinzey skinąwszy głową, nie przerywając wszakże swego turkotliwego zajęcia. Sekretarz spojrzał na zegarek.

— Czy już gotowe? Przystać tutaj prywatny wagon „Konstancję”, urządzić specjalnie do wyjazdu stąd w niedzielę, żeby mieć czas na połączenie ze specjalnym pociągiem nowojorskim w Chicago, przyszły wtorek.

Stuk! stuk! stuk! stuk!

— Czy pan nie może znaleźć lepszego połączenia?

— Niestety nie. Jazda stąd do Chicago zabierze im sześć godzin. Jadąc ku wschodowi nic by nie zyskali. Gotowe? Również umówić się z kolejami na północy, ażeby można było wziąć „Konstancję” na linię Nowy Jork Centralny — Hudson River — Buffalo do Albany, następnie zaś na linię Albany — Boston aż do samego Bostonu. Muszę koniecznie dojechać do Bostonu w czwartek wieczorem. Chyba że zaistnieją przeszkody. Telegrafowałem również do Canniffa, Tonceya i Barnesa. — A teraz podpis: Cheyne.

Panna Kinzey skinęła głową, a sekretarz mówił dalej:

— I znowu... oczywiście, Canniff, Toncey i Barnes. Już pani gotowa? Canniff, Chicago. Proszę doczepić mój prywatny wagon „Konstancja” z Santa Fe w przyszły wtorek po południu do specjalnego pociągu nowojorskiego, a w Buffalo podać go N.Y.C. celem odstawienia do Albany. — Czy pani była kiedyś w Nowym Jorku, panno Kinzey? Wybierzemy się tam w przyszłości. Już pani gotowa? Proszę zabrać wagon z Buffalo do Albany specjalnym pociągiem we wtorek po południu. — To dla Tonceya.

— Wprawdzie nie byłam w Nowym Jorku, ale takie rzeczy wiem! — potrząsnęła główką panna Kinzey.

— Przepraszam. Teraz Barnes, Boston-Albany, te same zlecenia od Albany do Bostonu. Wyjazd trzecia pięć po południu (tego w depeszy nie potrzeba zaznaczać) przyjazd dziewiąta pięć we czwartek. To wszystko jest najzupełniej identyczne z tym, co załatwi Wade, ale warto trochę rozruszać dyrektorów.

— Wspaniale! — ozwała się panna Kinzey z wyrazem podziwu na twarzyczce. Oto był mężczyzna, jakiego rozumiała i ceniła!

— Nieźle! — sprostował skromnie Milson. — Gdyby to był kto inny na moim miejscu, straciłby trzydzieści godzin jazdy na darmo, przez cały tydzień zajmowałby się wyszukiwaniem połączeń, zamiast wyprawić go do Santa Fe, skąd już prosta droga do Chicago.

— Ale zwracam pańską uwagę na ten specjalny pociąg nowojorski. Sam Chauncey Depew nie mógł przyczepić swego wagonu do tego pociągu — nadmieniła panna Kinzey, nieco trzeźwiej spoglądając na całą sprawę.

— Prawda, ale tym razem nie jest to Chauncey. To Cheyne... błyskawica... Już zrobione.

— Ma pan zupełną słuszność. Ale zdaje się, że powinniśmy raczej wysłać depeszę do młodego Harvey’a. O tym jakoś pan zapomniał.

— Zaraz zapytam.

Gdy wracał z instrukcją starego Cheyne’a, polecającą Harvey’owi spotkanie z rodzicami w Bostonie o oznaczonej godzinie, zastał pannę Kinzey zanoszącą się od śmiechu nad klawiszami maszyny. Roześmiał się i Milson, gdyż zapamiętałe postukiwania z Los Angeles miały treść następującą:

Chcemy wiedzieć czemu — czemu — czemu? Rozszerza się powszechny niepokój.

W dziesięć minut później Chicago napastowało pannę Kinzey następującymi słowami:

Jeżeli dojrzewa już zbrodnia naszego wieku, bądź pan łaskaw zawczasu przestrzec swych przyjaciół itd.

A oto treść depeszy z Topeki (nawet sam Milson nie mógł odgadnąć, o co w niej chodziło).

Nie strzelaj pułkowniku, poddajemy się.

Cheyne, gdy położono przed nim telegramy, uśmiechnął się złośliwie z popłochu swych nieprzyjaciół:

— Oni myślą, że wstąpiliśmy na drogę wojenną. Oznajmij im pan, panie Milson, że nie czujemy się obecnie wojowniczo usposobieni. Wyjaśnij, w jakim celu wyjeżdżamy. Przypuszczam, iż byłoby dobrze, żebyście oboje, pan i panna Kinzey, mogli pojechać z nami, choć nie wydaje mi się, bym miał jaką sprawę do załatwienia po drodze. Powiedz im pan prawdę... przynajmniej raz.

Tak więc posłano komunikat o istotnej przyczynie całego zamieszania. Panna Kinzey postukiwała z rozczuleniem, gdy sekretarz dodawał godne pamięci zdanie: „Zostawcie nas w spokoju” — a w chwilę później w biurach oddalonych o dwa tysiące mil swobodniej odetchnęli przedstawiciele różnych kolejowych interesów, wartych sześćdziesiąt trzy miliony dolarów. Cheyne leciał w świat na spotkanie swego jedynaka tak cudownie odzyskanego... Niedźwiedź poszukiwał nie ryczących bawołów, lecz swojego szczenięcia. Ludzie, którzy dobyli nożów, by walczyć o swoje życie finansowe, odrzucili teraz broń i życzyli mu szczęśliwej drogi, a sześć paniką przejętych przedsiębiorstw podniosło znów głowy do góry i poczęło mówić o niezwykłych dziwach, jakie mogłyby się zdarzyć, gdyby Cheyne nie zakopał w ziemi swego topora.

Telegraficzne urzędy miały wiele roboty. Skoro powszechny niepokój został już zażegnany, różni ludzie i miasta poczęli na wyścigi ofiarować Cheynowi swe usługi. Los Angeles podawało wieść do San Diego i Barstow, że maszyniści południowokalifornijscy winni być powiadomieni i każdej chwili stać w pogotowiu w swych ustronnych budkach kolejowych; Barstow przesłał wieść nad Atlantyk i Pacyfik; Albuquerque zaś rozpowszechniło ją poprzez Atchison, Topeka i Santa Fe aż do samego Chicago. Miano „wyekspediować” maszynę, kombinowany wagon z obsługą oraz wielki, pozłacany wagon prywatny, zwany „Konstancją”, na ową przestrzeń dwóch tysięcy trzystu pięćdziesięciu mil; przejazd tego pociągu pociągnie za sobą sto siedemdziesiąt siedem zmian w planie jazdy; potrzeba będzie szesnastu lokomotyw, szesnastu maszynistów, szesnastu palaczy — i to co najtęższych. Na zmianę maszyny pozostawia się tylko po dwie minuty, trzy minuty na zabranie wody, a dwie na zaopatrzenie się w węgiel.

— Ostrzec ludzi, żeby zbiorniki wody i krany były w porządku, bo Harvey Cheyne się śpieszy... śpieszy... śpieszy — śpiewały druty telegraficzne. — Trzeba oczekiwać czterdziestu mil na godzinę44, a naczelnicy dystansów będą towarzyszyć temu pociągowi specjalnemu na przestrzeni swoich odcinków. Od San Diego aż do Chicago wszędzie winien być rozłożony kobierzec czarnoksięski. Śpieszyć się! Śpieszyć się!

— Będzie gorąco — mówił Cheyne, gdy w niedzielę o świcie wyruszali z San Diego. — Będziemy się śpieszyć, mamusiu, ile tylko można, jednakże sądzę, że niepotrzebnie już teraz wkładasz kapelusz i rękawiczki. Lepiej połóż się i zażyj lekarstwo. Zagrałbym z tobą w domino, ale dziś niedziela.

— Będę już grzeczna! Tak, chcę być grzeczna. Tylko... zdjęcie kapelusza zaraz wywołuje we mnie wrażenie, jak gdybyśmy nigdy nie mieli zajechać na miejsce.

— Spróbuj się trochę zdrzemnąć, mamusiu, a nim się spostrzeżesz, znajdziemy się już w Chicago.

— Ależ mamy jechać do Bostonu! Powiedz im, tatusiu, żeby się śpieszyli.

Potężne, sześciostopowe maszyny-smoki pędziły z łoskotem do San Bernardino i pustkowia Mohave, ale na tej przestrzeni jeszcze nie mogły ujawnić całej szybkości swego pędu — miało to przyjść dopiero później. Po skwarze górskim nastąpił skwar pustyni, gdy skręcili na wschód w stronę Needles i Kolorado. Wagon aż trzeszczał od suchości powietrza i spiekoty. Szyję pani Cheyne musiano okładać lodem. Tak minąwszy wiele, wiele stopni długości geograficznej poprzez Ash Fork, w stronę Flagstaff, gdzie znajdują się lasy i kamieniołomy, dostali się pod niebo jakby zastygłe i nie tak duszne. Wskazówka szybkościomierza migotała i chwiała się to w jedną, to w drugą stronę; na dachu osadzał się popiół i sadze, a kłąb kurzawy snuł się poza rozpędzonymi kołami. Obsada wagonu kombinowanego, pozdejmowawszy marynarki, siedziała na ławkach, sapiąc z gorąca. Cheyne zaszedł pomiędzy nich i gromkim głosem, jakby chciał przekrzyczeć hurkot wagonu, jął opowiadać stare, stareńkie anegdoty kolejowe, znane dobrze każdemu, kto jeździł koleją. Opowiadał im też o swoim synu i o tym, jak to morze zrezygnowało ze śmierci chłopaka; kiwano głowami, spluwano i cieszono się wraz z nim. Dopytywano się też, czy pociąg mógłby się zatrzymać, gdyby maszynista „trochę go puścił”. Cheyne uznał, że byłoby to możliwe. W myśl tego wielki koń ognisty został „puszczony” z Flagstaff do Winslow, dopóki naczelnik dystansu nie zaczął protestować.

Tymczasem pani Cheyne — leżąc w buduarku, gdzie panna Francuzka, blada ze strachu, kurczowo trzymała się srebrnej klamki — wciąż tylko wzdychała cichutko i prosiła męża, by nakazał pośpiech. Tak pozostawili za sobą suche wydmy piaskowe i oblane księżycem skały Arizony i wciąż gnali przed siebie, póki chrzęst buforów i zgrzyt hamulców nie oznajmił im, że znajdują się w Coolidge, koło kontynentalnego działu wód.

Trzej śmiali i doświadczeni ludzie — zrazu chłodni, pogodni i mający suchą odzież na sobie, a spoceni, wybladli i roztrzęsieni, gdy już zaprzestali gonitwy na tych okropnych kołach — przeprowadzili pociąg z Albuquerque do Glorietty, następnie poza Springer hen w górę do tunelu Raton na linii państwowej, stąd zaś, chybocąc się, opuścili się na La Junta, przelotnie rzucili okiem na Arkansas i sunąc po długim zboczu górskim wpadli do Dodge City, gdzie Cheyne miał znów tę pociechę, iż mógł przesunąć zegarek o godzinę naprzód.

W wagonie panowała cisza. Sekretarz i stenotypistka siedzieli razem na poduszkach z wytłaczanej hiszpańskiej skóry, koło okna w samym końcu wagonu, przyglądając się wznoszeniu i opadaniu drutów telegraficznych i czyniąc — jak wnosić można — spostrzeżenia co do krajobrazu. Cheyne, trzymając z zębach niezapalone cygaro, lawirował niespokojnie pomiędzy zbytkownym przepychem swego wagonu i ubóstwem wagonu kombinowanego, aż współczująca służba zapomniała, że ma w nim swego nieprzyjaciela klasowego, i starała się wedle sił swoich go rozerwać.

W nocy pęki lamp elektrycznych oświecały ów nieszczęsny pałac pełen wszelkiego zbytku i przepychu; jechali wygodnie, kosztownie, kołysząc się w pustce całkowitego osamotnienia. W pewnej chwili słyszeli szelest wody w wieży ciśnień, gardłowy głos Chińczyka, brzęk młotków sprawdzających koła sporządzone ze stali Kruppa oraz przekleństwo jakiegoś włóczykija spędzonego z tylnej platformy; to znów twardy łomot i rumor węgla sypanego na węglarkę; to znów rozgwar głosów nadlatujących z wyczekującego pociągu, który mijali.

W Dodge City jakaś nieznana ręka podrzuciła im wycinek gazety wychodzącej w Kansas i zawierającej jakby wywiad z Harvey’em; widocznie chłopak już się zetknął z ruchliwym reporterem, do którego telegrafowano z Bostonu. Wesoły dziennikarz ogłaszał, iż nie może być dwóch zdań co do tego, że widzi przed sobą ich rodzonego syna; wiadomość ta przyniosła pani Cheyne chwilową ulgę. Jej jedyne słowo: „śpieszcie się!” było przez służbę podawane maszynistom w Nickerson, Topeka i Marceline, gdzie droga jest już jak stół równa; mijając jeden stopień geograficzny za drugim, przemierzono wszerz cały kontynent. Osiedla ludzkie były tu już gęstsze — i można było wyczuć, że się przebywa wśród ludzi.

— Nie widzę tarczy tachometru... oczy mnie tak bolą. Co robimy obecnie?

— Co tylko można robić najlepszego, mamusiu! Musimy uzbroić się w cierpliwość.

— E, co tam! Chcę mieć to uczucie, że się posuwamy. Usiądź przy mnie i mów, ile mil jużeśmy ujechali... i z jaką szybkością...!

Cheyne usiadł i odczytywał jej w głos wszystkie cyfry, lecz siedemdziesięciostopowy wagon nigdy nie zmieniał swego posuwistego biegu, lecąc z brzękiem wśród słonecznego skwaru niby olbrzymia, pyłem obsypana pszczoła. Mimo wszystko chyżość ta wydawała się pani Cheyne wciąż niedostateczna. Upał, nielitościwy sierpniowy upał przyprawiał znękaną kobietę o mdłości. Wskazówki zegara nie chciały posuwać się naprzód... Kiedyż, ach kiedyż ten pociąg dojedzie do Chicago?

Nie jest prawdą, jakoby pan Cheyne podczas zmiany parowozów w Fort Madison wręczył Międzynarodowemu Związkowi Maszynistów Kolejowych uposażenie, które by dawało im możność podjęcia walki na równych warunkach z nim i jego towarzyszami. Zapłacił maszynistom i palaczom należność, na jaką, jego zdaniem, zasługiwali, a jedynie jego bankowi jest wiadome, ile dał służbie, która okazywała mu tyle współczucia.

Trzeba wiedzieć, że wspaniale opłacany specjalista, który prowadzi pociąg specjalny na linii południowomichigańskiej jest nieomal władcą absolutnym i nie lubi pouczań. Mimo wszystko prowadził on „Konstancję” tak delikatnie i ostrożnie jakby jakiś ładunek dynamitu, a gdy służba zrzędziła na niego, czyniła to jedynie szeptem lub na migi.

— Phii! — mówili ludzie z Atchison, Topeki i Santa Fe, omawiając później tę sprawę; — Myśmy nie urządzali rekordowej jazdy. Żona Harvey’a Cheyne’a czuła się niedobrze, a myśmy nie chcieli, by skakała z niecierpliwości. Pomyśleć sobie, że nasza jazda z San Diego do Chicago trwała 57 godzin 54 minut. Możecie o tym powiedzieć waszym wołowym pociągom! Gdybyśmy chcieli pobić rekord, oj, wtedy byście dopiero zobaczyli!

Dla człowieka z Ameryki zachodniej dwa miasta: Chicago i Boston — leżą tuż obok siebie, a niektóre koleje istotnie czynią tę złudę tym śmielszą. Pociąg specjalny poniósł jak wichura „Konstancję” do Buffalo, po czym rzucił ją w objęcia linii kolejowej New York Central Hudson River (zawitali tu w gościnę wspaniali potentaci z siwymi bokobrodami na twarzy i ze złotymi amuletami przy łańcuszkach zegarków, by przez chwilę pogawędzić z Cheynem o interesach) — które to przedsiębiorstwo podało ją z gracją aż do Albany, gdzie już w ciągu jednego przypływu i odpływu morskiego kolej Boston-Albany dowiozła ją do celu podróży. Cała jazda trwała 87 godzin i 35 minut, czyli 3 dni, 15,5 godziny. Harvey już na nich oczekiwał.

*

Po gwałtownych wzruszeniach większość ludzi dorosłych i wszyscy bez wyjątku chłopcy odczuwają wilczy apetyt. Powrót syna marnotrawnego święcono za spuszczonymi kotarami w błogim i radosnym odcięciu od reszty świata — mimo że tuż koło nich z hukiem i łoskotem to w tę, to w drugą stronę przelatywały pociągi. Harvey jadł i pił łapczywie, a jednocześnie bez wytchnienia opowiadał wszystkie swoje przygody; ilekroć jedna z jego rąk odpoczęła na chwilę, chwytała ją matka i obsypywała pieszczotami. Głos mu zgrubiał od ciągłego przebywania na otwartym, słonym powietrzu; dłonie były szorstkie i stwardniałe, a przeguby upstrzone śladami oparzeń; od zszarganego obuwia i błękitnego spencerka biła delikatna, ale wyraźna sztokfiszowa woń.

Ojciec umiejący trafnie oceniać ludzi spoglądał nań bystrym okiem. Nie wiedział dotychczas, że ten chłopiec zdolny był znieść tyle dolegliwości i trudów. Bogiem a prawdą, starszy Cheyne uświadamiał sobie, że w ogóle mało wiedział o swym synu; w każdym razie wyraźnie sobie przypominał skwaszonego młokosa o pożółkłej twarzy, który znajdował przyjemność w tym, by „uchodzić za dorosłego mężczyznę” i wyciskać łzy z oczu matki, słowem, ot taką osobistość, która wzbudza powszechną wesołość w lokalach publicznych i hotelowych. Lecz ten postawny rybak, którego w tej chwili miał przed sobą, bynajmniej nie okazywał ślamazarności: patrzył na ojca wzrokiem pełnym energii, jasnym, nieszukającym wykrętów, a przemawiał głosem wyraźnym, nawet grzmiącym, pełnym jednak szacunku. W tym głosie było też coś takiego, co zdało się obiecywać, że owa zmiana będzie już trwała i że nowy Harvey już się ustatkował.

„Ej, musiał go ktoś porządnie brać do galopu! — myślał Cheyne. — Konstancja nigdy by nie pozwoliła na coś podobnego. Wątpię, czy pobyt w Europie wywarłby na niego wpływ bardziej zbawienny”.

— Ale czemuż nie powiedziałeś temu człowiekowi... Troopowi, czy jak on się tam nazywał... kim jesteś! — powtarzała matka, gdy Harvey już co najmniej po raz wtóry roztoczył przed nią swe dzieje.

— Disko Troop. Najlepszy człowiek, jaki kiedykolwiek chodził po pokładzie... nawet nie wiem, kto byłby godzien zająć po nim drugie miejsce.

— Czemuż nie powiedziałeś mu, żeby cię wysadził na ląd? Przecież wiesz, że tatuś byłby mu to nagrodził dziesięciokrotnie.

— Wiem o tym; ale on myślał, że mam bzika. Mam skrupuły, żem nazwał go złodziejem, ponieważ nie mogłem odnaleźć banknotów w kieszeni.

— Jeden z marynarzy znalazł je koło bandery okrętowej w ową... w ową noc... — załkała pani Cheyne.

— A więc sprawa wyjaśniona. W każdym razie nie mam Troopowi nic do zarzucenia. Powiedziałem mu tylko, że nie chcę pracować... i do tego na Ławicach... on za to, ma się rozumieć, palnął mnie w nos, a ja... och!... zacząłem krwawić jak zakłuty wieprzek.

— Moje biedactwo! Oni tam musieli się strasznie znęcać nad tobą.

— E, nie bardzo... No i potem przyszło na mnie oświecenie.

Stary Cheyne zaśmiał się i poklepał syna po łydce. Oto chłopak, jakiego pragnął całym sercem! Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się widzieć tak wyraziście owych błysków w oczach Harvey’a.

— Stary dawał mi dziesięć i pół dolara na miesiąc, trzymałem się razem z Danem i harowaliśmy tęgo. Nie umiem jeszcze pracować jak człowiek dorosły, w każdym razie potrafię kierować czółnem niemal jak Dan i nie bardzo tracę głowę pośród mgły, umiem wywijać się na lekkim wietrze... to znaczy, sterować, umiem już jako tako nabijać przynętę i znam się też na linach; umiem także ładować ryby aż do czasu, kiedy bydło wraca do domu; wyrosłem na lekturze starego Josephusa, a pokazałbym też wam, jak się przecedza kawę przez kawałek rybiej skóry... i mam wrażenie, że poprosiłbym jeszcze o drugą filiżankę takiej kawy. Doprawdy, nie macie pojęcia, ile to trzeba się narobić i nauczyć za te dziesięć i pół dolara miesięcznie!

— Ja zacząłem od ośmiu i pół, mój synku! — oznajmił Cheyne.

— Naprawdę? Nigdy mi o tym nie mówiłeś, ojczulku.

— Boś nigdy o to nie pytał, Harvey. Opowiem ci kiedyś o wszystkim, jeśli zechcesz posłuchać. A teraz spróbuj jednej z tych nadziewanych oliwek.

— Troop powiada, że najciekawszą rzeczą na świecie jest przyglądać się, jak drugi człowiek zdobywa sobie środki do życia. Wspaniała to rzecz mieć znowu dobrze przyrządzone jedzenie. Jednakże odżywialiśmy się dobrze; lepszej kuchni nie miał nikt na Ławicach. Disko żywił nas świetnie. To morowy facet! A Dan... to znaczy, jego syn... jest moim partnerem. A jest tam jeszcze i stryj Salters, co wciąż miewa wykłady o nawozach sztucznych i czytuje Josephusa. On jest wciąż przekonany, że mam bzika. Jest tam nadto mały Penn, a ten naprawdę ma bzika. Nie powinno się przy nim wspominać o Johnstown, bo... Aha, jeszcze musicie poznać Toma Platta, Długiego Dżeka i Manuela. Manuel uratował mi życie. Szkoda, że jest Portugalczykiem; nie umie mówić wiele, za to grałby bez przerwy. On mnie znalazł i wciągnął mnie do swej łódki.

— Dziwię się, że twój system nerwowy nie uległ zupełnemu rozbiciu — ozwała się pani Cheyne.

— A czemuż by miało tak być, mamusiu? Pracowałem jak koń, jadałem jak wieprz, a sypiałem jak zabity.

To już przeważyło szalę udręczeń pani Cheyne, która zaczęła przypominać sobie wizje zwłok kołyszących się na powierzchni słonych wód. Udała się więc do swej sypialni, a Harvey skulił się na kozetce koło ojca i zaczął mówić o zobowiązaniach, jakie ma względem tych ludzi.

— Możesz na mnie polegać, iż uczynię dla nich wszystko co w mej mocy, Harvey’u. Z tego, coś mi o nich mówił, wnoszę, że to zacni ludzie.

— Najzacniejsi w całej flotylli rybackiej. Spytaj się w Gloucester — odpowiadał Harvey. — Ale Disko wciąż jeszcze przypuszcza, iż wyleczył mnie z szaleństwa. Dan jest jedynym, któremu opowiedziałem o tobie, o twoich prywatnych wagonach i tak dalej, a nawet co do niego nie jestem zupełnie pewny, czy mi uwierzył. Chcę więc jutro wprawić ich w osłupienie. Powiedz mi, czy można by jutro wysłać „Konstancję” do Gloucester? Mama nie wygląda na to, żeby miała ochotę wyruszyć w drogę, a my mamy jutro ukończyć wyładunek. Wouverman zabiera nasze ryby. Widzi tatuś, myśmy w tym sezonie pierwsi przypłynęli z Ławic, toteż możemy sprzedać cetnar45 po 4,25 dolara. Zaczekamy, aż on wypłaci; rzecz musi być wykonana prędko.

— A więc chcesz jutro pójść do roboty?

— Powiedziałem Troopowi, że pójdę. Mam być przy wadze. Przyniosłem ze sobą rachunki.

To mówiąc, rzucił okiem na zatłuszczony notatnik, a miał przy tym minę tak poważną, że ojciec aż dusił się od tłumionego śmiechu.

— Według mego rachunku nie pozostało już więcej, jak trzy... nie... czterysta dziewięćdziesiąt cztery lub pięć cetnarów.

— Najmij sobie pomocnika — radził Cheyne, chcąc zobaczyć, co na to powie Harvey.

— Nie mogę, ojczulku. Jestem głównym rachmistrzem naszego szonera. Troop powiada, że mam do cyfr lepszą głowę niż Dan. Troop jest bezstronny.

— Dobrze, ale przypuśćmy, że nie przesunę „Konstancji” dziś w nocy, to jakże się tam stawisz?

Harvey spojrzał na zegarek, który wskazywał dwadzieścia minut po jedenastej.

— W takim razie będę tu spał do trzeciej, a potem dopadnę pociągu towarowego, jadącego o czwartej. Nam, rybakom, z reguły wolno jeździć bezpłatnie.

— Dobrze to wykombinowałeś. Sądzę jednak, że będziemy się mogli dostać tam „Konstancją” równie prędko, jak waszą towarówką. A teraz najlepiej zrobisz, jak pójdziesz do łóżka.

Harvey wyciągnął się na sofie, zzuł obuwie i zasnął snem twardym, zanim ojciec zdążył przysłonić światło. Cheyne usiadł przy nim, przyglądając się młodzieńczej twarzy, a wśród wielu myśli, jakie mu teraz przychodziły do głowy, znalazła się i ta, że może dotychczas za mało zajmował się synem.

— Nigdy nie wiadomo, kiedy się najwięcej ryzykuje — mówił sobie. — Mogło mu się przytrafić coś gorszego niż śmierć w morzu... jednak nie przypuszczam, by miało się przytrafić... nie, tego nie przypuszczam. Jeżeli nie przytrafiło się, to stać mnie na to, by zapłacić Troopowi, i basta!... A sądzę, że się nic nie przytrafiło.

Rankiem przez okna wpłynął ożywczy chłodny powiew morskiej bryzy. „Konstancja” zatrzymała się pomiędzy towarowymi wagonami w Gloucester, a Harvey udał się do roboty.

— Ależ on znów spadnie z pokładu i utonie — odezwała się z goryczą matka.

— Pójdziemy czuwać nad nim, a w razie czego rzucimy mu linę ratowniczą. Nie widziałaś nigdy, jak on zarabia na kawałek chleba — odrzekł ojciec.

— Co za głupie figle! Jak gdyby ktoś wymagał...

— Tak, oczekują go ludzie, którzy go najęli. On postąpił całkiem słusznie.

Przechodząc pomiędzy pakami pełnymi nieprzemakalnych ubrań rybackich, zaszli do nabrzeża Wouvermana, gdzie dumnie kołysał się We’re Here; bandera powiewała jeszcze na maszcie. W jasnym świetle poranka cała załoga krzątała się pracowicie jak bobry. Disko stał koło głównej luki, nadzorując Manuela, Penna i stryja Saltersa, manewrujących takielażem. Dan windował na pokład kosze napełnione przez Długiego Dżeka i Toma Platta, a Harvey, trzymając w ręku notatnik, reprezentował interesy szypra wobec kontrolera wagi na nabrzeżu.

— Gotów! — zawołano z dołu.

— Ciągnij! — krzyknął Disko.

— Hej! — odezwał się Manuel.

— Już! — odpowiadał Dan, windując kosz.

Następnie słychać było czysty i świeży głos Harvey’a zapisującego wagę.

W końcu wyrzucono resztę ryb, a Harvey skoczył najkrótszą drogą, z sześciu stóp wysokości, z liny na linę, i wręczył Diskowi rachunek, krzycząc:

— Dwieście dziewięćdziesiąt siedem: a ładownię wypróżniliśmy już do dna!

— Ile jest wszystkiego razem, Harvey’u? — spytał Disko.

— Osiemset sześćdziesiąt pięć, co daje trzy tysiące sześćset siedemdziesiąt sześć dolarów i dwadzieścia pięć centów. Teraz to mi się jeszcze należy part i zapłata!

— No, przecie nikt nie mówi, żeś na nią nie zasłużył, Harvey’u. Czy nie skoczyłbyś do biura Wouvermana i nie zaniósłbyś mu naszych rachunków?

— Kim jest ten chłopak? — ozwał się Cheyne do Dana, który był przyzwyczajony do najróżnorodniejszych pytań ze strony leniwych gamoniów zwanych letnikami.

— Ano, jest u nas jakby księgowym — brzmiała odpowiedź. — Wyłowiliśmy go z morza na Ławicach. Mówi, że spadł z pokładu liniowca, gdzie był pasażerem. Teraz to on ma wielką ochotę zostać rybakiem.

— Czy wart jest, byście go trzymali u siebie?

— Tato! Ten pan się pyta, czy warto, byśmy trzymali Harvey’a! Może państwo pozwolą na pokład? Dla pani zaraz dostawimy drabinkę.

— I owszem, poszedłbym z największą chęcią. Nic ci się nie stanie, mamusiu, a będziesz miała możność zobaczyć wszystko na własne oczy.

Kobieta, która tydzień temu nie umiała podnieść głowy do góry, teraz słabym krokiem zeszła w dół po drabince i z niejakim lękiem stanęła wśród różnych gratów i plątowiska lin na rufie okrętu.

— Czy pan się trochę interesuje Harvey’em? — spytał Disko.

— Ta-ak...

— To dobry chłopak i posłuszny we wszystkim, co się mu rozkaże. Państwo słyszeli, jakeśmy go znaleźli? Widzi mi się, że cierpiał na jakiś rozstrój nerwowy abo też coś miał takiego we łbie, kiedy wyciągnęliśmy go na okręt. Teraz to wszystko minęło... Tak, tutaj jest ta kajuta. Nie wszystko tu jest w porządku, ale państwo będą łaskawi rozejrzeć się wokoło. Tutaj, na tym kominie, przeważnie pisaliśmy rachunki... jeszcze widać liczby wyskrobane jego ręką.

— Czy on tutaj sypiał? — zapytała pani Cheyne, siedząc na żółtej skrzyni i bacznie przyglądając się zaśmieconym pryczom.

— Nie, proszę łaskawej pani, on sypiał na przodzie okrętu, a gdyby nie to, że wraz z moim synem wykradał pierożki z kredensu i że baraszkowali we dwójkę, gdy powinni byli spać, nie miałbym temu chłopakowi nic do zarzucenia.

— Tak, na Harvey’a nie można powiedzieć nic złego — ozwał się stryj Salters, zstępując ze schodów. — Wieszał moje buty na grotmaszcie i czasami nie okazywał nazbyt wielkiego szacunku względem tych, którzy mają większą od niego wiedzę, zwłaszcza w dziedzinie rolnictwa; atoli najczęściej to Dan bywał dla niego tym złym duchem, co go kusił!

Tymczasem Dan, snując pewne wnioski z niejasnych napomknień, jakie dziś rankiem słyszał był z ust Harvey’a, urządził na pokładzie taniec wojenny.

— Tom! Tom! — szepnął w dół poprzez lukę. — Przyszli jego rodzice, a tato się jeszcze na tym nie połapał! Teraz sobie oni tam gadu-gadu w kajucie. Ona jest piękną kobietą, a ten pan tak wygląda, jakby wszystko, co o nim opowiadał Harvey, miało być prawdą.

— Gromy siarczyste! — ozwał się Długi Dżek i jął gramolić się w górę, opaćkany solą i łuską rybią. — To wy wierzycie, że ta cała bajda o dryndulce zaprzężonej w cztery konie była prawdą?

— Ja o tym wszystkim wiedziałem od dawna — rzekł Dan. — Chodźcie tylko zobaczyć, jak tata pomylił się w swych rachubach!

Poszli uradowani — i przybyli w samą porę, by z ust Cheyne’a posłyszeć słowa:

— Bardzo się cieszę, że on ma tak dobry charakter... albowiem ten chłopak to mój syn.

Diskowi szczęka opadła w dół (Długi Dżek zawsze się odtąd zaklinał, że słyszał jej klapnięcie) i w osłupieniu spoglądał to na mężczyznę, to na kobietę.

— Przed czterema dniami otrzymałem w San Diego telegram od niego, więc przyjechaliśmy tu niezwłocznie.

— Wagonem prywatnym? — zapytał Dan. — On opowiadał, że wielmożny pan takim jeździ.

— Tak jest, wagonem prywatnym.

Dan spojrzał na swego ojca z wyrazem wcale nie świadczącym o szacunku.

— Opowiadał on nam taką bajdę o jeżdżeniu własną dryndulką zaprzężoną w cztery kucyki — wyrwał się Długi Dżek. — Czy i to było prawdą?

— Zapewne — odparł Cheyne. — Czy było tak, mamusiu?

— Przypominam sobie, że Harvey miał mały wolancik, gdyśmy byli w Toledo — potwierdziła matka.

Długi Dżek gwizdnął.

— O, Disko! — ozwał się, zawierając wszystko w tych słowach.

— Byłem... pomyliłem się w swych rachubach... gorzej niż mieszkańcy Marblehead — wystękał Disko, jak gdyby mu windą wyciągano z gardła te słowa. — Nie chciałem panu uchybić, panie Cheyne, sądząc że chłopiec jest trochę pomylony... ale on wygadywał takie niestworzone rzeczy o jakichś tam pieniądzach... które...

— Opowiadał mi o tym.

— Czy on jeszcze coś panu wielmożnemu opowiadał o mnie? Raz to go porządnie wytłukłem!...

To mówiąc, rzucił nieco lękliwe spojrzenie na panią Cheyne.

— O tak — odparł Cheyne. — Nie zawahałbym się powiedzieć, że to właśnie przyniosło największy pożytek niż cokolwiek innego na tym świecie.

— Myślałem sobie, że tak potrzeba; inaczej bym tego nie zrobił. Nie chciałbym, żeby państwo myśleli, że my tu na tym statku męczymy takich, jak on, chłopaków.

— Nie myślę tego o panu, panie Troop.

Przez ten czas pani Cheyne przyglądała się obliczom okrętników: a więc twarzy Diska żółtej jak kość słoniowa — bezwłosej, żelaznej, szerokiej gębie stryja Saltersa — okolonej wieśniaczą czupryną, zakłopotanej, prostodusznej Penna — spokojnemu uśmiechowi Manuela — wyszczerzonym od zachwytu zębom Długiego Dżeka i bliznom Toma Platta. Ludzie ci, jeżeli ich mierzyć skalą pojęć o świecie, byli niewątpliwie rubasznymi prostakami — jednakże ona miała w oczach wyraz macierzyński i oto podniosła się z wyciągniętymi rękoma.

— Powiedz mi, powiedz, dziecko, kim jest każdy z nich... — mówiła, ledwie nie szlochając. — Chcę wam podziękować i pobłogosławić... wam wszystkim...

— Dalibóg, to jest dla mnie stokrotnym wynagrodzeniem — ozwał się Długi Dżek.

Disko przedstawił ich wszystkich, jak należy, po dżentelmeńsku, nawet kapitan staroświeckej dżonki chińskiej nie sprawiłby się lepiej. Pani Cheyne bełkotała coś niewyraźnie. Omal nie rzuciła się w ramiona Manuela, gdy zrozumiała, że to on odnalazł Harvey’a.

— Ale... jakżeż miałem go zostawić dryfującego po wodzie? — odezwał się biedny Manuel. — A cóż by pani sama zrobiła, będąc na moim miejscu? Co-o? Zyskaliśmy sobie dobrego chłopaka, a zawsze będę rad, że pani odnalazła syna.

— On mi też opowiadał, że Dan był jego wspólnikiem! — zawołała pani Cheyne.

Dan, już i tak czerwony jak piwonia, oblał się ciemnym pąsem, gdy pani Cheyne wobec całego zgromadzenia ucałowała go w oba policzki. Następnie poprowadzono ją na przód okrętu, ażeby jej pokazać czeladnię; szczęśliwa matka rozpłakała się znowu i uparła się zejść na dół, by zobaczyć autentyczne legowisko Harvey’a. Zastała tam czarnego kucharza, czyszczącego piec; zobaczywszy ją, kiwnął głową, jak gdyby czekał na nią od lat wielu. Okrętnicy — po dwóch naraz — dołożyli wszelkich starań, a ona siedziała przy poręczy, położywszy urękawiczone dłonie na zatłuszczonym stole, i śmiejąc się drżącymi wargami lub płacząc roztańczonymi oczyma.

— A któż teraz będzie używał We’re Here po tym wszystkim? — zwierzał się Długi Dżek Tomowi. — Mnie się tak widzi, że ona chętnie cały okręt zamieniła w jakiś kościół.

— Kościół...! — zadrwił Tom Platt. — Ach, gdyby to był przynajmniej statek Komisji Rybołówczej, a nie taki stary drewniany gruchot! Gdybyśmy mieli choć jaki taki porządek i przyzwoite odzienie, i chłopaków, co by tej pani usłużyli. Ona będzie musiała włazić jak kura po tamtej drabinie, a my... my powinniśmy obsadzić ludźmi reje!

— A więc Harvey nie był wariatem — ozwał się Penn do Cheyne’a.

— Nie... nie, dzięki Bogu — odparł milioner, schylając głowę z rozrzewnieniem.

— To pewno rzecz okropna być wariatem. Nie znam rzeczy straszniejszej... chyba stratę rodzonego dziecka. Ale pan już odzyskał swoje dziecko. Dziękujmy za to Bogu.

— Hola! — ozwał się Harvey z nabrzeża, spoglądając na nich przyjaznym wzrokiem.

— Pomyliłem się, Harvey, pomyliłem! — pośpiesznie rzekł Disko wznosząc dłoń w górę. — Pomyliłem się w swych sądach. Nie potrzebujecie mi już tego wytykać.

— Ale, ale, bardzo mi na tym zależy! — bąknął Dan pod nosem.

— Czy chcesz od nas już zaraz odejść?

— No, nie odejdę bez wyrównania mej płacy, chyba że chcecie, żeby wam zasekwestrowano We’re Here!

— Juści! Niemal nie zapomniałem! — i wyliczył resztę należności. — Wypełniałeś sumiennie wszystko, do czego zobowiązałeś się umową... a wykonywałeś rzecz każdą tak sprawnie, jak gdybyś przestał być, jakbyś był...

Tutaj Disko sam „zaprzestał”, nie wiedząc, jak skończyć rozpoczęte zdanie.

— ...jakbyś nie widział nigdy prywatnego wagonu? — podpowiedział Dan złośliwie.

— Chodźcie ze mną, a pokażę go wam — rzekł Harvey.

Pan Cheyne został, by pogawędzić z Diskiem, lecz inni z panią Cheyne na czele ruszyli w stronę ogrzewalni kolejowej. Francuzka, panna służąca, narobiła krzyku, widząc ten najazd; Harvey, nie przejmując się tym, bez żadnych wstępów jął przybyłym przedstawiać wszystkie zalety „Konstancji”. Oni w milczeniu spoglądali na wszystko: na wytłaczaną skórę, na srebrne klamki i poręcze, na aksamity, rżnięte szkło, nikiel, brąz, kute żelazo i na boazerie z rzadkich gatunków drewna.

— A mówiłem wam — powtarzał Harvey. — A mówiłem!

Była to ostateczna jego zemsta — i to nader wielkoduszna.

Pani Cheyne zadysponowała obiad, ażeby zaś w bajce, którą Długi Dżek niejednokrotnie później opowiadał, niczego nie zabrakło, ta wielka dama raczyła sama im usługiwać do stołu. Ludzie, nawykli jadać na wąziuchnych stołach w czasie huczącej zawieruchy, umieją zachowywać się przy stole niezwykle przyzwoicie i wytwornie; pani Cheyne, która o tym nie wiedziała, była mile zdziwiona. Miała ochotę przyjąć Manuela na piwnicznego — tak cicho i gracko się sprawiał pośród kruchego szkła i wykwintnych sreber. Tom Platt przypomniał sobie czasy dawnej chwały na pokładzie Ohio oraz maniery cudzoziemskich potentatów, którzy jadali obiady z oficerami, zaś Długi Dżek, jak to Irlandczyk, wszystkich do syta bawił swą gawędą.

Tymczasem w kajucie We’re Here obaj ojcowie osłonięci dymem cygar wzajemnie się sondowali.

Cheyne doskonale wiedział, że ma do czynienia z człowiekiem, któremu nie może ofiarować pieniędzy; jednocześnie zdawał sobie też sprawę z tego, że żadnymi pieniędzmi niepodobna dostatecznie nagrodzić Diska za to, co uczynił. Toteż odbył naradę sam z sobą i czekał na zagajenie rozmowy na temat.

— Pańskiemu synowi ani też dla pańskiego syna nic dalibóg nie zrobiłem... tylko go trochę zaprzęgnąłem do roboty i nauczyłem, jak się obchodzić z kwadrantem — rzekł Disko. — Do liczb to on ma dwa razy lepszą głowę niż mój syn.

— Skoro już o tym mowa — nawiązał Cheyne do słów powyższych — proszę mi powiedzieć, jak chce pan pokierować losami swego syna?

Disko wyjął z ust cygaro i wodził wzrokiem po izbie.

— Dan jest jeszcze młokosem i nie frasuję się tym, co on z sobą robić zamyśla. Kiedy ja już utracę siły, on po mnie weźmie w swe ręce ten zwinny stateczek. Wiem, że mu całkiem nieśpieszno porzucać nasz fach.

— Hm! Był pan kiedy na Zachodzie, panie Troop?

— Byłem raz w Nowym Jorku... okrętem. Nie mam przekonania do kolei... tak samo i Dan. Słona woda, Troopom to graj! Bywałem ja wszędy... ma się rozumieć, drogą całkiem przyrodzoną.

— Mogę mu dać słonej wody, ile mu tylko będzie potrzeba... aż zostanie szyprem.

— Jakże to? Myślałem, że pan prędzej jest jakimś tam królem kolei żelaznych. Tak mi opowiadał Harvey, gdy... gdym jeszcze mylił się w sądach.

— Wszyscyśmy omylni. Przypuszczałem, że pan może wie, iż jestem właścicielem całej linii kliprów przewożących herbatę... od San Francisco do Jokohamy. Jest ich sześć... wszystkie żelazne... okute... a każdy mniej więcej po 1780 ton.

— A bodaj tego chłopaka! Nigdy mi tego nie mówił. Tego to bym chętnie posłuchał, zamiast tych bajd o kolejach i o powozikach zaprzężonych w kuce.

— On o tym nie wiedział...

— Nie widzi mi się to prawdopodobne, by taka rzecz miała ujść jego uwagi.

— Nie... ja tylko... ja dopiero tego lata przejąłem je od przedsiębiorstwa okrętowego „Blue M. ”... jest to dawna linia Morgan and M’Quade...

Disko aż się zapadł w swym siedzisku koło pieca.

— Na miłość boską! Widzę, żem się zbłaźnił od początku do końca. Przed sześcioma... nie, siedmioma laty... wyszedł z tego miasta Phil Airheart... a teraz jest bosmanem na statku San Jose... który dwadzieścia sześć dni temu wyruszył. Jego siostra jeszcze żyje tu i nieraz czytuje listy mojej żonie. To pan jest właścicielem przedsiębiorstwa „Blue M.”?

Cheyne kiwnął głową.

— Słowo daję... gdybym wiedział, byłbym prosto z miejsca pchnął We‘re Here do portu!

— Być może nie byłoby to tak dobre dla Harvey’a.

— Gdybym tylko był wiedział! Gdyby on tylko słówko jedno pisnął o tej linii, wszystko bym zrozumiał! Nigdy nie będę polegał na mych sądach... nigdy! A tamte stateczki podobno są wcale niczego... tak mówi Phil Airheart.

— Cieszę się, że z tej strony mam rekomendację. Airheart jest teraz szyprem na San Jose. Otóż chciałem się dowiedzieć, czy pan mógłby mi na rok lub dwa wypożyczyć Dana, a może by nam się udało z niego zrobić tęgiego marynarza. Czy oddałby go pan pod opiekę Airhearta?

— To przecie rzecz ryzykowna brać jeszcze niewyszkolonego chłopaka...

— Znam człowieka, który trudniejszej jeszcze rzeczy podjął się dla mnie.

— To co innego. Widzi pan, ja nie polecam Dana właśnie dlatego, że to chłopak z mojej krwi i kości. Wiem, że co innego być na Ławicach, a co innego na kliprze. Umie sterować... rzec mogę, że żaden chłopak tak nie potrafi... a resztę to już ma we krwi... ale pragnąłbym, żeby nauczył się czegoś więcej.

— Airheart już o tym pomyśli. Najpierw parę razy Dan przejedzie się jako chłopak okrętowy, a potem postaramy się wykierować go na coś lepszego. Zatem ułóżmy się, że pan weźmie go w swe ręce przez zimę, a wczesną wiosną ja przyślę po niego. Wiem, że Ocean Spokojny jest daleko od...

— Phii! My, Troopowie, żywi czy umarli, tłukliśmy się nieraz po lądach i morzach...

— Ale chciałbym, żeby pan zrozumiał... i to właśnie mam na myśli... ilekroć pan będzie miał chęć się z nim widzieć, proszę mnie o tym zawiadomić, a ja postaram się go tu dostarczyć. Nie będzie kosztowało ani centa.

— Jeżeli pan łaskaw przejść się kawałeczek drogi ze mną, pójdziemy do naszego domu porozmawiać z moją żoną. Tak szalenie pomyliłem się we wszystkich sądach, że wydaje mi się, jakby to wszystko, co słyszę, było nieprawdą.

Udali się do białego, z niebieskimi obwódkami na brzegach, domu Troopa.

Dom ten miał wartość ośmiu tysięcy dolarów. Wokół niego były korytka pełne kwitnących nasturcji, a dalej opatrzony żaluzjami salonik, który był prawdziwym muzeum gratów morskich. Siedziała tam kobieta milcząca i poważna, o mętnym spojrzeniu spotykanym u tych, którzy wpatrują się długi czas w morze, wyczekując powrotu osób ukochanych. Cheyne osobiście wyłożył jej całą sprawę, na co ona, choć z niejakim ociąganiem się, w końcu przystała.

— My tu, panie Cheyne, z samego tylko Gloucester tracimy corocznie stu ludzi — mówiła. — Stu chłopaków i ludzi dorosłych. Dlatego nienawidzę morza, jakby to była istota żywa i słuchem obdarzona. A te pańskie okręty, to chyba jadą prostą drogą... i prostą drogą wracają do domu?

— Tak, prostą, o ile im wiatr pozwala, a ja płacę gratyfikacje za dobrą jazdę. Herbata psuje się w smaku, gdy za długo przebywa na morzu.

— Gdy Dan był mały, często się bawił w skład towarów, i spodziewałam się, że kiedyś dojdzie do tego; ale odkąd nauczył się wiosłować i pływać łódką, wiedziałam, że moje nadzieje pewnikiem się nie spełnią.

— Te okręty są mocne, matko... budowane z żelaza i dobrze urządzone. Przypomnij sobie, co ci czytuje siostra Phila, gdy dostaje od niego listy.

— Nie mówię, że Phil opowiada łgarstwa, ale on lubi ryzyko, jak wielu tych, co jeżdżą po morzach. Jeżeli Dan będzie miał ochotę, panie Cheyne, to niech tam pójdzie... i niech będzie ze mną, co chce.

— Ona taki ma wstręt do morza — wyjaśnił Disko — a ja... ja doprawdy nie wiem, jak tu postąpić... chyba tylko panu podziękować.

— Mój ojciec... mój rodzony brat, najstarszy... dwaj siostrzeńcy... i mąż mojej siostry... — mówiła, podpierając głowę na dłoni. — Czy pan zrozumie kogoś, kto tyle przecierpiał?

Cheyne doznał ulgi, gdy Dan, przybywszy do domu, z niedającym się opisać zachwytem przyjął jego propozycję. W istocie propozycja ta była zadatkiem pewnej i prostej drogi do spełnienia wszelkich pragnień; jednakże Dan myślał przede wszystkim o komenderowaniu wartą na szerokich pokładach tudzież o przyglądaniu się odległym przystaniom.

Pani Cheyne rozmówiła się w cztery oczy z nieobliczalnym Manuelem w sprawie wyratowania Harvey’a. Portugalczyk, jak wnosić można było, wcale nie był łasy na pieniądze. Przyciśnięty do muru, oświadczył, że przyjąłby pięć dolarów, bo chce kupić jakąś drobnostkę swej dziewczynie.

— Jakże mam brać pieniądze, skoro jedzenie i palenie tak niewiele mnie kosztuje? Pani chce mi dać pieniądze, czy mi one potrzebne, czy też nie? Co-o? To niech mi pani da pieniądze, ale nie w ten sposób.

I przedstawił ją zatabaczonemu portugalskiemu księdzu, który wymienił długą listę ubogich wdów pozostawionych bez opieki. Pani Cheyne, jako surowa unitarianka, nie sympatyzowała z wyznaniem tego małego, ogorzałego i ruchliwego człowieczka, jednakże w końcu poczuła dla niego niezmierną cześć.

Manuel, jako wierny syn Kościoła, przyjął na siebie wszystkie błogosławieństwa zsyłane na jej głowę za tę szczodrobliwość.

— To mi wystarczy — ozwał się. — Teraz pozyskałem sporo co najlepszych odpustów na sześć miesięcy.

I wyszedł, ażeby zakupić chusteczkę swojej wybrance i żałością napełniać serca innych dziewcząt.

Stryj Salters, zabrawszy z sobą Penna, udał się na cały kwartał na zachód, nie zostawiając adresu. Obawiał się, że te milionery, właściciele zbytkownych wagonów prywatnych, mogą w sposób niewłaściwy zaopiekować się jego towarzyszem. Lepiej było udać się w odwiedziny do krewniaków w głębi lądu, dopóki wybrzeże było wolne od okrętów.

— Nigdy nie przyjmuj opieki bogatych ludzi, Penn — mówił w pociągu — bo w przeciwnym razie rozbiję ci tę szachownicę na głowie. Jeżeli znów kiedy zapomnisz o swoim nazwisku (a brzmi ono: Pennsylwania Pratt), to pamiętaj, że jesteś pod opieką Saltersa Troopa i siedź w miejscu, póki nie przyjdę po ciebie. Nie postępuj za tymi, których oczy obrzękłe są od tłustości, jak powiada Pismo Święte!