Rozdział IX
S’doaks był synem mądrego Yeltha —
Co rządził plemieńce-Kruki.
Niedźwiedź mu Itswoot był opiekunem.
Lekarskiej uczył go sztuki.
Uczeń był z każdym dniem pojętniejszy.
Rosła w nim śmiałość i buta:
Tańczył okropny taniec Kloo-Kwallie.
Radując misia-Itswoota.
Legenda oregońska.
Kim z całej duszy przejął się nowym trybem życia. Chciał znowu przez czas pewien być sahibem. W tej myśli, zaledwie dotarł do szerokiej drogi poniżej ratusza, szukał kogoś, komu mógłby zaimponować. Pod słupem latarni siedziało dziecko hinduskie, lat może dziesięciu.
— Gdzie jest dom pana Lurgana? — zapytał Kim.
— Nie rozumiem po angielsku — brzmiała odpowiedź, więc Kim jął przemawiać językiem krajowym.
— Pokażę ci — rzekło dziecko.
Ruszyli razem w tajemniczy mrok, pełen gwarów dolatujących ze śródmieścia, od stóp zboczyska, oraz przepojony tchnieniem chłodnego wiatru nadbiegającego od Jakko, co koroną deodarów podpiera gwiazdy. Światełka domostw rozsypane na najróżniejszych poziomach tworzyły jak gdyby drugi firmament. Niektóre z nich były nieruchome na kształt gwiazd stałych, inne znajdowały się na rikszach beztroskich i szczerych Anglików jadących na kolację.
— Tutaj! — rzekł przewodnik Kima i zatrzymał się na werandzie znajdującej się na jednym poziomie z główną ulicą. Nie zatrzymały ich żadne drzwi; stanęli dopiero wtedy, gdy znaleźli się przed roletą z ponawlekanych trzcinek, przez którą przebłyskiwało światło lampy.
— On przyszedł — ozwał się chłopiec głosem niewiele co silniejszym od westchnienia, po czym zniknął. Kim zmiarkował od razu, że tego berbecia umyślnie postawiono na czatach, ażeby go tu przyprowadził; nie zbity jednak z tropu wszedł poza zasłonę. Za stołem siedział człowiek z czarną brodą i przysłoniwszy oczy zielonym daszkiem, raz wraz białymi krótkimi rękoma chwytał z tacy leżącej przed nim jakieś kulki świetlne, nizał je na lśniący sznurek jedwabny, a mruczał sobie przy tym wciąż pod nosem. Kim miał świadomość, że poza kręgiem światła cały pokój pełen był przedmiotów wydających taki zapach, jaki cechuje wszystkie świątynie na całym Wschodzie. Cuch piżma, tchnienie drzewa sandałowego i mdły zaduch olejku jaśminowego podrażniły mu otwarte nozdrza.
— Oto jestem! — ozwał się na koniec Kim, używając języka krajowego: wszystkie te wonie sprawiły, iż zapomniał o swym sahibstwie.
— Siedemdziesiąt dziewięć, osiemdziesiąt, osiemdziesiąt jeden... — liczył ów człowiek półgłosem, nawlekając perłę za perłą tak szybko, że Kim ledwo potrafił nadążyć wzrokiem za poruszeniami jego palców. Naraz zdjął zielony daszek i przez całe pół godziny wpatrywał się w Kima przenikliwie, a źrenice to mu się rozszerzały, to zwężały do wielkości koniuszka szpilki, jak gdyby naumyślnie. Koło bramy taksalskiej przebywał pewien fakir, który odznaczał się tą samą zdolnością i niemało zarabiał w ten sposób, zwłaszcza gdy rzucał uroki na zabobonne kobiety. Toteż Kim patrzył z zaciekawieniem. Jego przyjaciel wydrwigrosz umiał ponadto strzyc uszami jak kozioł, przeto Kim wielce się zmartwił, że ten nowy znajomek nie potrafi go w tym naśladować.
— Nie bój się! — rzekł nagle pan Lurgan.
— Czemuż bym się miał bać?
— Zanocujesz tu dzisiaj i pozostaniesz u mnie, aż nadejdzie czas powrotu do Nucklao. Taki rozkaz.
— Taki rozkaz — powtórzył Kim. — Ale gdzie mam spać?
— Tu, w tym pokoju — to mówiąc, sahib Lurgan machnął ręką w stronę ścielącego się poza nim mroku.
— Niechże i tak będzie! — odrzekł Kim z zimną krwią. — No i cóż?
Ów skinął nań i wzniósł lampę nad głową. Gdy światło rozlało się wokoło nich, ze ściany wynurzyła się kolekcja masek tybetańskich, używanych w tańcu diabelskim; wisiały one na haftowanych diabłami chustach, co również służyły do owych piekielnych obrzędów. Były tam maski rogate, spoglądające złowrogo lub nacechowane głupkowatym przestrachem. W jednym kącie jakiś wiciędz japoński, strojny zbroją i pióropuszem, zamierzył się na Kima halabardą, a kilkanaście dzid, khandasów i kuttarów odlśniewało pochwiejnym blaskiem. Co jednak zajęło uwagę Kima więcej niż te wszystkie przedmioty (wszak maski do tańców diabelskich widywał już w muzeum lahorskim) — to przelotny widok potulnie patrzącego chłopca Hindusa, który rozstał się z nim w sionce, teraz zaś podwinąwszy nogi siedział pod stołem z perłami, a na rumianych wargach miał nieznaczny uśmiech.
— Zdaje mi się, że sahib Lurgan chce mnie nastraszyć, a ja jestem pewny, że ten diabli pokurcz, co siedzi pod stołem, chciałby zobaczyć mnie w strachu... To miejsce — rzekł głośno — przypomina mi Dom Cudów. Gdzie tu łóżko dla mnie?
Sahib Lurgan wskazał mu kołdrę krajowego wyrobu, leżącą w kącie koło okropnych masek, wziął z sobą lampę i zostawił pokój w ciemności.
— Czy to był sahib Lurgan? — zagadnął Kim, skuliwszy się na ziemi. Nikt nie odpowiedział. Słyszał jednak oddech małego Hindusa; kierując się tym głosem przeczołgał się po podłodze i szturchnął kułakiem w ciemność, krzycząc:
— Odpowiadaj, biesie! Czy to wolno okłamywać sahiba?
Z ciemności (tak mu się przywidziało) doleciał go jakiś chichot. Nie mógł on pochodzić od jego towarzysza; gdyż ten dzieciak o wrażliwym ciałku zanosił się płaczem. Przeto Kim podniósł głos i krzyknął:
— Sahibie Lurganie! Sahibie Lurganie! Czy i to rozkazano, by twój sługa nie rozmawiał ze mną?
— Taki jest rozkaz.
Głos ten wyszedł kędyś spoza niego, aż Kim się wzdrygnął.
— Dobrze, dobrze! Ale pamiętaj — mruczał, odszukując kołdrę — że rano cię obiję. Nie lubię Hindusów.
Niewesoła to była noc. Cały pokój pełen był dziwnych głosów i gędźby. Dwa razy ktoś zbudził Kima, wołając go po imieniu. Za drugim razem Kim puścił się w poszukiwania i skończyło się na tym, że rozbił sobie nos na jakiejś skrzynce, która mówiła nieomylnie ludzkim językiem, ale zgoła nieludzkim akcentem. Zdawało się, że kończyła się blaszaną trąbą i łączyła się drutami z mniejszą skrzynką na podłodze — tyle przynajmniej zdołał wyczuć po omacku. Z tej to trąbki wychodził głos jakiś, bardzo chrapliwy i bzykliwy. Kim roztarł sobie nos i wpadł w pasję, wyrażając w duchu swe myśli, jak zwykle, po hindusku.
„To mogłoby być dobre dla dziada jarmarcznego, ale... ja jestem sahibem i synem sahiba, a ponadto, co znaczy jeszcze dwa razy więcej, jestem uczniem z Nucklao. Tak! — (tu jął myśleć po angielsku) — wychowankiem zakładu św. Ksawerego! A niechże diabli odejmą ślipia panu Lurganowi! To jakaś maszyneria jak w maszynie do szycia. O, to za wielka poufałość z jego strony... My lucknowiacy nie boimy się znowu byle czego... Nie! — A potem dla odmiany po hindusku — Ale cóż on na tym zyska? On jest sobie zwykłym kupcem... ja jestem w jego sklepie. Ale sahib Creighton wydał rozkaz, by to czynić. Ale jakże ja wytłukę rano tego Hindusa! Cóż to takiego?”
Skrzynka opatrzona trąbą właśnie wyrzucała z siebie serię najwyszukańszych obelg, jakie zdarzyło się Kimowi kiedykolwiek słyszeć, i to głosem tak stanowczym, że chłopakowi zjeżyły się na chwilę krótkie włosy nad karkiem. Gdy owa nikczemna istota nabierała tchu, Kima uspokoiło znowu ciche turkotanie, przypominające maszynę do szycia.
— Chûp (cicho!) — krzyknął i znów posłyszał chichot, który rozstrzygnął jego postanowienia. — Chûp... bo ci łeb rozbiję!
Skrzynka nie zwracała nań uwagi. Kim pochwycił za blaszaną trąbę i coś podniosło się z trzaskiem. Widocznie zerwał nakrywkę. Jeżeli w środku siedziało jakieś licho, to już czas z nim coś uczynić... Pociągnął nosem... taką woń wydają maszyny do szycia. Postanowił wypędzić tego szeitana. Zdjął kubrak i wepchnął go w paszczę skrzynki. Coś długiego i okrągłego zgięło się pod naciskiem, dało się słyszeć jakieś bzykanie i głos umilkł — jak to musi stać się z każdym głosem, jeżeli złożonym we troje kubrakiem przywalić walec woskowy oraz maszynerię kosztownego fonografu. Kim odtąd mógł już spać spokojnie do końca nocy.
Rano po obudzeniu ujrzał sahiba Lurgana, który patrzył nań spod oka.
— Och! — rzekł Kim, postanowiwszy sobie święcie, że ani na krok nie odstąpi od swego sahibstwa. — W nocy była tu jakaś skrzynka, która mi wymyślała, więc ją uciszyłem. Czy to pańska skrzynka?
Sahib wyciągnął rękę.
— Jak się masz O’Haro — odezwał się. — Tak, to była moja skrzynka. Trzymam u siebie taki towar, ponieważ mogę tym zrobić frajdę moim przyjaciołom, radżom. Ta skrzynka zepsuła się, ale nic wielkiego: warta była psie pieniądze. Tak jest, moi przyjaciele-królowie bardzo lubią zabawki... a ja też czasami...
Kim przyjrzał mu się kącikami oczu. Był on o tyle sahibem, że nosił ubranie europejskie; ale akcent jego hinduszczyzny i brzmienie jego angielszczyzny świadczyły, że mógł być Bóg wie czym, tylko nie sahibem. Zanim jeszcze Kim otworzył usta, on już zdawał się rozumieć, co się roiło w głowie chłopaka, i nie zadawał sobie trudu, by się tłumaczyć, jak to miał we zwyczaju ojciec Wiktor lub nauczyciele z Lucknow. Co najprzyjemniejsze — odnosił się do Kima, jak gdyby ów był równym mu Azjatą.
— Przykro mi, że nie będziesz mógł sprać dziś mego chłopca. On powiada, że cię sprzątnie ze świata nożem lub trucizną. Taki hycel zazdrosny! Postawiłem go więc do kąta i nie odezwę się do niego dziś ani słowem. On nawet mnie niedawno usiłował zabić. Musisz mi więc pomóc w przyrządzeniu śniadania. On zanadto się naczupurzył i nie można mu jeszcze teraz zaufać.
Otóż rodowity sahib, przybyły z Anglii, opowiedziałby z ogromnym wzburzeniem tę całą przygodę; Sahib Lurgan natomiast zdał z niej sprawę tak po prostu, jak zwykł był wspominać Mahbub Ali o swych drobnych sprawkach na północy.
Tylna weranda sklepu była wybudowana ponad stromym zboczem wzgórza; przeto patrzyło się tu z góry na kominy sąsiadów, jak to bywa pospolicie w Simli. Atoli więcej niż czysto perskie śniadanie, przyrządzone własnymi rękoma sahiba Lurgana, w zachwyt wprawiło Kima wnętrze sklepu. Muzeum lahorskie było większe, ale tu było więcej dziwów. Były sztylety skuteczne przeciw upiorom i modlitewne młynki tybetańskie; naszyjniki turkusowe i z nieszlifowanych bursztynów; naramienniki z zielonego akwamarynu, zwane bangri; dziwnie opakowane trociczki kadzielne w czarkach wysadzanych nieogładzonymi granatami; maski diabelskie widziane nocy ubiegłej i ściana cała obwieszona pawio-modrymi draperiami; złocone posążki Buddy i małe przenośne ołtarzyki czarno politurowane; samowary rosyjskie z turkusami na pokrywkach; jajowate zastawy chińskie w misternych ośmiokątnych kobiałeczkach trzcinowych, żółte krucyfiksy z kości słoniowej — z „wszędobylskiej Japonii”, jak się wyraził sahib Lurgan; zakurzone wałki dywanów, wydające zatęchłą woń i porzucane za zdrapanymi i nadbutwiałymi parawanami o geometrycznych deseniach; perskie dzbany do mycia rąk po jedzeniu; ciężkie miedziane kadzielnice, ni to perskie, ni chińskie, obwiedzione płaskorzeźbą, przedstawiające najprzeróżniejsze wciórnastki; poczerniałe pasy srebrnolite, które się tu walały jak niewyprawna skóra; szpilki do włosów wyrobione z kwarcytu, kości słoniowej lub akwamarynu; broń we wszelkich odmianach i rodzajach i tysiące innych jeszcze osobliwości spoczywało w pakach, tłamsiło się w stertach lub po prostu leżało w nieładzie po całym pokoju, tak iż jedyna wolna przestrzeń była dokoła kulawego stołu, za którym pracował sahib Lurgan.
— To wszystko fatałaszki! — mówił gospodarz, idąc za spojrzeniem Kima. — Kupuję je, bo są ładne, a czasem je sprzedaję... jeżeli mi się podoba wygląd nabywcy. Moja robota leży na stole... przynajmniej jej cząstka.
Tam w świetle poranka grały przeróżne blaski czerwone, niebieskie i zielone, tu i owdzie przetykane skażonym siwym blaskiem diamentu. Kim wytrzeszczył oczy.
— O, te kamienie mają się zupełnie dobrze. Nie szkodzi im, gdy się je wystawia na słońce. Zresztą są tanie. Ale zgoła inaczej bywa z kamieniami chorymi. — Tu nałoży znów Kimowi jadła na talerz. — Nikt prócz mnie nie umie leczyć chorych pereł i przywracać błękitną barwę turkusom. Zgadzam się na opale... byle dureń umie leczyć opale... ale chorą perłę tylko ja umiem ożywić. Przypuśćmy, że miałbym umrzeć! Wtedy nie byłoby nikogo... Ach, nie! Ty nie znasz się na kamieniach. Zupełnie wystarczy, jeżeli kiedy dowiesz się coś niecoś o turkusie...
Udał się na koniec werandy, by pod filtrem napełnić wodą ciężki, porowaty dzbanek gliniany.
— Chce ci się pić?
Kim kiwnął głową. Sahib Lurgan podszedłszy na piętnaście kroków położył rękę na kruży. W jednej chwili naczynie stało tuż przy łokciu Kima, napełnione wodą aż na pół cala od brzegu, a tylko mała zmarszczka na białym obrusie wskazywała, którędy się przesunęło.
— U-ach! — ozwał się Kim w niezmiernym podziwie. — To sztuczki czarodziejskie!
Uśmiech sahiba Lurgana świadczył, że komplement był dobrze przyjęty.
— Odrzuć je.
— Rozbije się.
— Odrzuć, mówię.
Kim odepchnął je na chybił trafił. Zleciało i roztrzaskało się na pięćdziesiąt odłamków, a woda jęła przeciekać przez tarcice w podłodze werandy.
— Powiedziałem, że się rozbije.
— Mniejsza o to. Przypatrz się temu... przypatrz się największemu odłamkowi.
Ów leżał na podłodze, iskrząc się niby gwiazda od wody zawartej w jego zagłębieniu. Kim patrzył z uwagą. Sahib Lurgan złożył mu z lekka dłoń swą na karku, pogłaskał go kilkakrotnie i szepnął:
— Patrz, kruża znów odżyje po kawałku. Najpierw wielki okruch złączy się z dwoma drugimi po prawej i lewej stronie... po prawej i lewej stronie. Patrz!
Nawet gdyby szło teraz o życie, Kim nie potrafiłby odwrócić głowy. Lekkie dotknięcie trzymało go jakby w imadle, a krew tętniła w nim oszałamiająco i przyjemnie. Tam, gdzie leżały trzy okruchy, była już jedna skorupa, a ponad nią mglisty zarys całego naczynia. Mógł widzieć przezeń całą werandę, lecz z każdym uderzeniem tętna majak gęstniał i ciemniał. Przecież kruża — jakże wolno snuły się myśli! — kruża została strzaskana tuż przed jego oczyma... Nowa fala piekącego ognia przebiegła mu kark, gdy sahib Lurgan poruszył ręką.
— Patrz! Oto dzban odzyskuje dawną postać! — ozwał się sahib Lurgan.
Dotychczas Kim myślał po hindusku, lecz napadł go nagły dreszcz... i myśl jego, z wysiłkiem pływaka, co opadnięty przez żarłacze wyskakuje na wpół z wody, próbowała wydrzeć się z zalewającego ją mroku i znalazła wybawienie — w angielskiej tabliczce mnożenia!
— Patrz! Oto odzyskuje kształt! — szepnął sahib Lurgan.
Dzban był pogruchotany — tak! pogruchotany — (Kim wyraził to angielskim słowem smashed, nie myśląc dobierać odpowiedniego wyrazu z języka krajowego) — ależ pogruchotany! — na pięćdziesiąt kawałków... a dwa razy trzy było sześć, trzy razy trzy dziewięć, a cztery razy trzy dwanaście.
Uchwycił się rozpaczliwie tego powtarzania i oto widmowy zarys dzbana rozwiał się jak mgła, skoro Kim przetarł oczy. Oto leżały potłuczone czerepy; oto rozchlapana woda wysychała w słońcu, przez szczeliny werandy widać było, niby pręgowaną, białą ścianę domu u podnóża... a trzy razy dwanaście wyniosło trzydzieści sześć!
— Patrz! Czy odzyskuje kształt? — zapytał sahib Lurgan.
— Ależ dzban jest naprawdę pogruchotany... pogruchotany! — ziewnął Kim, bo sahib Lurgan przez ostatnie pół minuty mruczał coś z cicha. Chłopak odwrócił głowę. — Popatrz! Dekho! Jest wszystko tak, jak było.
— Jest tak, jak było — przemówił Lurgan, przypatrując się uważnie chłopakowi, który tymczasem rozcierał sobie kark. — Ale ty jesteś pierwszy, który to widzi.
Obtarł szerokie czoło.
— Czy to była też sztuka czarnoksięska? — zapytał podejrzliwie Kim. Szum ustał mu w żyłach; czuł się niezwykle rześki.
— Nie, to nie było czarodziejstwo. Chciałem tylko zobaczyć, czy nie ma... skazy w pewnym kamieniu. Czasem bardzo piękne kamienie rozlecą się w kawałki, gdy weźmie je w rękę człowiek, co zna się na tym. Dlatego też trzeba być ostrożnym, zanim się je oprawi. Powiedz mi, czyś widział kształt tego naczynia?
— Przez krótką chwilę. Zaczął wyrastać niby kwiat z ziemi.
— A wtedy co robiłeś? To znaczy, coś myślał?
— O! Wiedziałem, że naczynie było stłuczone i o tym to, zdaje się, myślałem... i ono było stłuczone.
— Hm! Czy przedtem pokazywał ci ktoś taką samą sztuczkę?
— Gdyby tak było — rzekł Kim — czy myślisz, że pozwoliłbym znów na to? Zrobiłbym fugas chrustas113!
— A teraz się nie boisz, hę?
— Nie!
Sahib Lurgan przyjrzał mu się jeszcze uważniej.
— Zapytam Mahbuba Alego... nie teraz, ale nieco później — zamruczał. — Jestem z ciebie zadowolony... tak!... i nie!... Jesteś pierwszy, któremu udało się wyjść cało. Chciałbym wiedzieć, czemu to przypisać... Ale masz rację. Nie powinieneś o tym wspominać... nawet mnie...
Zawrócił w szary półmrok sklepu i usiadł za stołem, z lekka zacierając ręce. Spoza zwału dywanów wydobyło się ciche, ochrypłe szlochanie. Był to mały Hindus, posłusznie stojący twarzą ku ścianie; chude jego ramiona drgały gniewem.
— Oho! To ci złośnik, jeszcze jaki złośnik! Ciekawym, czy jeszcze kiedy spróbuje mnie otruć śniadaniem i zmusi mnie do tego, bym je gotował powtórnie?
— Kubbee... u kubbee nahin! — zabrzmiała odpowiedź przerywana łkaniem.
— I czy zechce zabić tego drugiego chłopca?
— Kubbee... kubbee nahin (Nigdy... nigdy. Nie!)
— Cóż tobie się zdaje, że on zrobi? — zwrócił się nagle Lurgan do Kima.
— Ech! Nie wiem. Może dajmy mu spokój. A czemuż on chciał cię otruć?
— Ponieważ tak mnie kocha. Gdybyś ty, na ten przykład, kochał jaką osobę i zobaczyłbyś, że przyszedł ktoś obcy, a osoba, którą kochasz, woli jego niż ciebie... cóż byś wtedy uczynił?
Kim zamyślił się. Lurgan z wolna powtórzył to zdanie w języku krajowym.
— Nie otrułbym tej osoby — ozwał się Kim z namysłem — ale obiłbym owego chłopca... gdyby ów chłopiec kochał mojego człowieka. Wpierw jednak zapytałbym owego chłopca, czy to prawda.
— Ach! Jemu się wydaje, że mnie każdy musi kochać.
— Wobec tego mnie się wydaje, że on jest głupi.
— Słyszysz? — ozwał się sahib Lurgan w stronę trzęsących się ramion. — Syn sahiba myśli, że jesteś głuptaskiem. Wyjdź no z kąta, a na przyszły raz, gdy cię serce zaboli, nie próbuj białego arszeniku w sposób tak widoczny. Zapewne bies Dasim był wówczas panem naszej biesiady! Mogło mnie to wpędzić w chorobę, moje dziecko, a wtedy obcy człowiek pilnowałby klejnotów. Chodź no.
Berbeć, z oczami obrzękłymi od płaczu, wygramolił się spoza zwoju kobierca i rzucił się w uniesieniu do stóp sahiba Lurgana, okazując tak niepomierną skruchę, że aż to uderzyło Kima.
— Będę się wpatrywał w plamy atramentowe... będę wiernie pilnował klejnotów! O, mój ojcze i moja matko, odpraw jego stąd precz!
Tu, wierzgnąwszy w tył bosą nogą, wskazał na Kima.
— Jeszcze nie... jeszcze nie zaraz... Niezadługo on sobie odejdzie. Lecz teraz jest on w szkole, w nowej madrissah, a ty masz być jego nauczycielem. Zagraj z nim w grę klejnotów. Ja będę liczył.
Dzieciak zaraz obtarł łzy i smyrgnął w głąb sklepu, skąd powrócił z miedzianą tacą.
— Nałóż mi! — ozwał się do sahiba Lurgana. — Niech wyjdą z twej ręki, bo on mógłby powiedzieć, że ja już przedtem je widziałem.
— Spokojnie... spokojnie... — odparł gospodarz i z szuflady pod stołem wysypał na tacę garść brzęczących drobiazgów.
— A teraz — mówił dzieciak wymachując starą gazetą — przypatruj im się, przybłędo, dopokąd ci się podoba. Przelicz je, a jeżeli potrzeba, to i przewracaj ręką. Mnie dość jednego spojrzenia! — i odwrócił się dumnie plecami.
— Ale na czymże polega gra?
— Skoro policzysz, poobracasz rękoma i będziesz pewny, żeś już wszystko zapamiętał, nakryję te cacka papierem, a ty musisz wyliczyć je wobec sahiba Lurgana. Ja zapiszę swoje.
— Ooo! — ozwał się Kim, w którym zbudził się duch rywalizacji. Schylił się nad tacą; było tam tylko piętnaście kamyków.
— To fraszka! — rzekł po chwili. Dzieciak nakrył gazetą migotliwe kamienie i jął gryzmolić w hinduskim zeszyciku.
— Pod tym papierem jest pięć niebieskich kamieni... jeden duży, drugi mniejszy, a trzy drobne — wypalił Kim jednym tchem — Następnie cztery zielone kamienie, a jeden dziurkowany; nadto jeden żółty, przeźroczysty, a jeden podobny do cybucha. Są i dwa czerwone kamienie i... i... naliczyłem ich piętnaście, lecz dwa zapomniałem. Nie! Daj mi chwilę czasu. Jedno było z kości słoniowej, małe a żółtawe i... i... jeszcze chwila...
— Jeden... dwa... — liczył Sahib Lurgan aż do dziesięciu. Kim potrząsnął głową.
— Posłuchaj mego rachunku! — wmieszał się dzieciak, zanosząc się od śmiechu. — Najpierw dwa szafiry ze skazami: jeden ważył dwie ruttie, a drugi cztery, ile mogłem ocenić. Ten, co ma cztery ruttie, jest nadkruszony na krawędzi. Jest też jeden turkus turkiestański, gładki z czarnymi żyłkami, a dwa z napisami: jeden zawiera imię Boga ułożone złoconymi literami, drugiego zaś pękniętego w poprzek, bo wypadł ze starego pierścienia, nie mogłem odczytać. Oto mamy wszystkie pięć niebieskich kamieni. Są też cztery skażone szmaragdy, lecz jeden jest przewiercony w dwóch miejscach, a jeden jest trochę rżnięty...
— A ważą? — odezwał się sahib Lurgan obojętnie.
— Trzy... pięć... pięć... i cztery ruttie, jak mi się zdaje. Jest też kawałek zielonkawego bursztynu fajkowego i szlifowany topaz europejski. Jest i rubin z Barmy, bez skazy, wagi dwóch ruttii, a ponadto rubin badakszański ze skazą, ważący dwie ruttie. Jest też rzeźba z kości słoniowej, pochodząca z Chin, a przedstawiająca szczura wypijającego jaje; a na koniec... aha!... kulka kryształowa wielkości grochu, oprawiona w złotą blaszkę.
Klasnął w ręce na zakończenie.
— Oto twój mistrz! — rzekł sahib Lurgan, uśmiechając się.
— Phhi! On znał nazwy kamieni — sarknął Kim, czerwieniąc się. — Spróbujmy jeszcze raz... ale z innymi przedmiotami, które obaj znamy dobrze.
Napełnili więc znowu tacę najprzeróżniejszymi rupieciami i odpadkami zbieranymi w sklepie, a nawet po kuchni; za każdym razem dzieciak zwyciężał, aż Kim nie mógł wyjść z podziwu.
— Zawiąż mi oczy... niech no tylko pomacam palcami, a nawet i wtedy zakasuję ciebie, choć będziesz miał oczy odsłonięte! — wyzywał go malec. Kim tupnął ze złości, gdy chłopczyna stwierdził słuszność swej chluby.
— Gdyby to byli ludzie... lub konie — odezwał się — poszłoby mi lepiej. To granie szczypcami, nożami i nożyczkami jest rzeczą zbyt błahą.
— Najpierw się naucz... potem będziesz uczył innych! — upomniał go sahib Lurgan. — Czy uznajesz go za swego mistrza?
— Juści114. Lecz jak tej sztuki dokazać?
— Powtarzając to wiele razy, póki się nie dojdzie do wprawy... Trud się opłaci.
Mały Hindus, wielce spanoszony115, poklepał Kima po plecach.
— Nie rozpaczaj! — rzekł. — Ja cię tego nauczę.
— A ja się przekonam, że cię dobrze nauczono — rzekł sahib Lurgan, posługując się wciąż językiem krajowym — bo oprócz mego chłopca... (wprawdzie to głupio z jego strony, że kupił tyle białego arszeniku, bo przecież dałbym mu sam, gdyby mnie poprosił)... a więc oprócz tego oto chłopaka nie spotkałem już od dawna nikogo, kto by był godniejszy nauki. A upłynie jeszcze dziesięć dni, zanim będziesz mógł powrócić do Lucknow, gdzie nie uczą niczego... co by miało dłuższą wartość. Zdaje mi się, że będziemy przyjaciółmi.
Przez dziesięć dni dopuszczali się najgorszych wybryków, jak istne wariaty, lecz Kim zanadto był rozbawiony, by mógł nazbyt zdawać sobie sprawę z tego szaleństwa. Rano grywali w grę klejnotów — raz prawdziwymi kamieniami, to znowu stosami mieczów i sztyletów, kiedy indziej zaś fotografiami krajowców. Po południu obaj odbywali wartę w sklepie, siedząc jak trusie za zwałem kobierców lub za skrzynią i przyglądając się wielu osobliwym gościom pana Lurgana. Bywali tam drobni radżowie, których orszak pokaszliwał na werandzie; przybywali, by kupować różne cuda — takie jak fonografy i nakręcane zabawki. Przychodziły i panie poszukujące naszyjników, i mężczyźni, którzy, jak się zdawało Kimowi (lecz umysł jego może był zepsuty przedwczesnym doświadczeniem), poszukiwali kobiet. Przybywali też krajowcy z niezawisłych i lennych dworów królewskich; niby przywiodła ich tu naprawa pokruszonych naszyjników (strugi światła wylewały się na ladę) — istotnym jednak celem było pono116 wydębienie forsy dla gniewnej maharani (królowej) lub młodych radżów. Zjawiali się też i babu117 do których sahib Lurgan przemawiał surowo i poważnie, wszakoż pod koniec każdej pogwarki dawał im pieniądze srebrem lub w banknotach obiegowych. Od czasu do czasu zdarzały się dorywcze zebrania jakichś wystoperczonych krajowców w długich chałatach, którzy rozprawiali po angielsku i bengalsku o metafizyce, ku wielkiemu zbudowaniu pana Lurgana. Kwestie religijne zawsze go interesowały. Na schyłku dnia Kim i mały Hindus (którego imię zmieniało się zależnie od widzi mi się Lurgana) musieli zdawać szczegółowo sprawę ze wszystkiego, co widzieli i słyszeli, wypowiadać poglądy o charakterze każdego człowieka, ujawniającym się w twarzy, rozmowie i zachowaniu, oraz snuć przypuszczenia co do rzeczywistego celu jego przybycia. Po obiedzie słabostką sahiba Lurgana była zazwyczaj tak zwana maskarada; w tej zabawie uczestniczył z całym oddaniem, nie szczędząc rad i wskazówek. Umiał cudownie podmalowywać twarze: tu pacnął pędzlem, tam namazał krechę — i już twarz zmieniała się do niepoznaki. W sklepie było zatrzęsienie najprzeróżniejszych ubrań i zawojów, więc Kim stroił się rozmaicie: raz występował jako młody mahometanin z dobrej rodziny, jako olejarz — to znowu jako syn ziemianina z Oudh w kompletnym przyodziewku tubylczym. Sahib Lurgan jastrzębim okiem umiał odkryć nawet najdrobniejszą usterkę w wykonaniu. Spoczywając na starym tapczanie z drzewa tekkowego118, wykładał chłopcom jednym ciągiem przez pół godziny, jak jaka kasta mówi, chodzi, kaszle, pluje, kicha; a ponieważ „jak” niewiele znaczy na tym świecie, dodawał przy każdej rzeczy też: „dlaczego”. W tej grze mały Hindus okazywał się niezdarą. Jego rozumek, cięty jak sopel lodowy, gdy szło o liczenie kamieni, niezdolny był do tego, by wnikać w cudzą duszę; natomiast w Kimie budził się istny diabeł, śpiewał z uciechy, gdy ustawicznie zmieniał odzież, odmieniając jednocześnie mowę i ruchy.
Uniesiony zapałem, jednego wieczoru dobrowolnie pokazał sahibowi Lurganowi, jak uczniowie pewnej kasty fakirów, starzy jego znajomi lahorscy, wyłudzają jałmużnę przy drodze oraz jakim językiem przemawiałby w takich okolicznościach do Anglika, do pendżabskiego zagrodnika idącego na jarmark i do kobiety bez namitki119. Sahib Lurgan śmiał się do rozpuku i prosił Kima, by tak jak był — z podwiniętymi nogami, zapaprany popiołem i łypiąc oczyma — pozostał jeszcze przez pół godziny nieruchomo w drugim pokoju. Po upływie tego czasu wszedł do pokoju przysadzisty, opasły babu, którego łydy odziane w pończochy trzęsły się od sadła. Kim przywitał go gradem łobuzerskich docinków. Sahib Lurgan, co gniewało Kima, przypatrywał się babu, a nie grze.
— Zdaje mi się — mówił babu ociężale, zapalając papierosa — jestem zda-ania, że jest to gra wyborna i wielce spra-awna. Gdybyś mi pan tego nie był opowiedział, sądziłbym, że... że... zwalasz mnie pan z nóg. Kiedyż to on mniej więcej może stać się dobrym topografem? Bo wtedy ugodzę go do służby120.
— Tego właśnie ma on się uczyć w Lucknow.
— Tedy powiedz mu, żeby był dziarskim zuchem. Dobranoc, Lurganie.
Babu wyszedł z domu chodem krowy utytłanej w błocie.
Gdy potem wyliczali gości, którzy bawili tutaj w ciągu tego dnia, sahib Lurgan zapytał Kima, kto, zdaniem jego, był ów człowiek.
— Bóg raczy wiedzieć! — rzekł Kim wesoło. Ten ton może by i oszukał Mahbuba Alego, ale nie taka to łatwa była sprawa z lekarzem chorych pereł.
— Juści121. Bóg wie o tym; ale chciałbym wiedzieć, co ty o tym myślisz.
Kim rzucił okiem w bok na swego towarzysza, którego spojrzenie zniewalało go niemal do powiedzenia prawdy.
— Ja... ja myślę, że on mnie będzie potrzebował, gdy już wyjdę ze szkoły, ale — (tu przeszedł w ton poufały, gdy sahib Lurgan skinął głową potwierdzająco) — nie rozumiem, jak on może ubierać się rozmaicie i mówić wieloma językami.
— Zrozumiesz później wiele rzeczy. Pisze on raporty pewnemu pułkownikowi. Ma wielkie poważanie tylko w Simli, a rzecz szczególna, że nie posiada nazwiska, tylko liczbę i literę... taki to u nas zwyczaj.
— A czy też nałożono cenę na jego głowę... jak na Mah... na wszystkich innych?
— Jeszcze nie; lecz gdyby pewien chłopiec, który teraz tu siedzi, powstał i poszedł (patrz, drzwi są otwarte!) do pewnego domu z czerwono malowaną werandą, za dawnym teatrem na Dolnym Bazarze, i szepnął tam przez okiennice: „Hurree Chunder Mookerjee przyniósł złe nowiny z zeszłego miesiąca”, to taki chłopiec otrzymałby zapewne kaletę pełną rupii.
— Ile? — nie omieszkał zapytać Kim.
— Pięćset... tysiąc... ile by zażądał.
— Dobrze. A jak długo żyłby taki chłopiec po wyjawieniu tej nowiny? — i roześmiał się wesoło w samą brodę sahibowi Lurganowi.
— No-o! Dobrze, że ci to przyszło na myśl. Gdyby był bardzo przebiegły, przeżyłby może dzień... ale nie przeżyłby nocy... Żadną miarą.
— Jakąż więc płacę pobiera babu, jeżeli na tyle ceni się jego głowę?
— Osiemdziesiąt... może sto... może sto pięćdziesiąt rupii; lecz płaca jest rzeczą najmniejszą w tym zawodzie. Co pewien czas Bóg zsyła na świat ludzi... i ty jesteś jednym z nich... którzy mają ochotę wyprawiać się z narażeniem życia hen w świat i zasięgać wieści... dziś, dajmy na to, o sprawach dalekich, jutro o jakiejś ukrytej górze, a dnia następnego o jakichś ludziach z sąsiedztwa, którzy zbroili coś niemądrego przeciwko państwu. Takich niespokojnych duchów jest bardzo mało, a jeszcze z tych niewielu, zaledwie dziesięciu się może na coś przydać. Do tych dziesięciu zaliczam, rzecz szczególna, tego babu... Jakże więc wielkie i upragnione musi być zajęcie, które bezczelnością napawa serce Bengalczyka!
— A ino122. Ale mnie jeszcze długo na to czekać. Jestem jeszcze chłopcem i dopiero przez dwa miesiące uczyłem się pisać Angrezi (po angielsku). Nawet dotychczas czytać nie umiem porządnie w tym języku. Jeszcze przejdą lata, lata, długie lata, zanim stanę się choćby tym „omentrą”.
— Bądź cierpliwy, Przyjacielu całego świata! — (Kim aż się wzdrygnął na to nazwanie.) — Chciałbym ci ja mieć te lata, na które tak się dąsasz. Wypróbowałem cię w kilku drobnych okolicznościach. Nie będzie ci to zapomniane, gdy będę zdawał raport sahibowi pułkownikowi.
Naraz jął mówić po angielsku, śmiejąc się do głębi duszy:
— Na Jowisza! O’Haro, zdaje mi się, że z ciebie będą ludzie; ale nie powinieneś zhardzieć ani też gadać za wiele. Masz wrócić do Lucknow, być grzecznym chłopakiem i myśleć tylko o książce, jak mawiają Anglicy, a na przyszłe wakacje, jeżeli będziesz miał ochotę, może jeszcze zawitasz do mnie.
Kim opuścił głowę.
— No, to znaczy, jeżeli będziesz miał ochotę. Wiem, gdzie chciałbyś się udać.
W cztery dni później dla Kima i dla jego walizeczki urządzono siedzenie na tyłach tongi (dwukołowej bryczki) kalkańskiej. Jego towarzyszem był znany już, wielorybiej tuszy babu, który owinąwszy sobie łepetę frędzlistym szalem i podwinąwszy pod siebie mięsistą lewą nogę, odzianą w kraciastą pończochę, trząsł się i odchrząkiwał pod wpływem porannego przymrozku.
„Jak to wytłumaczyć, że ten człowiek jest jednym z naszych?” — rozmyślał Kim, przyglądając się jego plecom, które trzęsły się jak galareta, gdy wóz podskakiwał na wybojach drogi; to rozważanie pobudziło go do wielce uciesznych rojeń. Sahib Lurgan dał mu pięć rupii (wspaniała suma!) oraz zapewnienie swego poparcia, jeżeli będzie pracował. Sahib Lurgan, zgoła inaczej niż Mahbub, mówił całkiem wyraźnie o nagrodzie za posłuszeństwo — więc Kim był zadowolony. Gdyby tylko mógł, jak babu, dostąpić tego zaszczytu, by mieć swą liczbę i literę... i cenę nałożoną na swą głowę! Kiedyś będzie on tym wszystkim albo nawet czymś więcej. Kiedyś będzie prawie tak wielki, jak sam Mahbub Ali! Myszkować będzie już nie na dachach domów, ale na połowie obszaru Indii; będzie śledził królów i ministrów, jak niegdyś śledził vakilów123 lub dependentów adwokackich w Lahorze na rzecz Mahbuba Alego. Na razie miał przed sobą fakt bliższy, a niepozbawiony uroku, mianowicie, że niebawem znajdzie się znów w konwikcie św. Ksawerego. Tam będzie można okazać swą wyższość wobec nowych uczniów i posłuchać opowiadań o przygodach wakacyjnych. Marcinek, syn plantatora herbaty w Manipur, przechwalał się wprzódy, że pójdzie ze strzelbą na wojnę przeciwko opryszkom. Niech mu ta będzie! Ale to rzecz pewna, że Marcinek nie był rzucony wybuchem fajerwerków przez pół dziedzińca pałacu patialskiego, ani też nie...
I Kim zaczął sobie opowiadać własne przygody z trzech miesięcy ostatnich. Gdyby mu wolno było, opowieścią swą wprawiłby w osłupienie cały zakład św. Ksawerego — nawet najstarszych chłopców, co już się golili. Ale opowiadać mu nie wolno! Trzeba trzymać język za zębami! Gdy przyjdzie czas po temu, wówczas, jak zapewniał go sahib Lurgan, nałożą cenę na jego głowę; więc gdyby teraz wygadał się po głupiemu, nie tylko nigdy nie nałożono by tej ceny, ale co gorsza, pułkownik Creighton puściłby go w trąbę... i Kim stałby się pastwą gniewu sahiba Lurgana i Mahbuba Alego — na niedługie dni życia, jakie by mu jeszcze pozostały.
„W ten sposób dla jednej ryby utraciłbym Delhi!” — streścił swe poglądy przysłowiem. Wypadało mu teraz zapomnieć o wakacjach (w każdym razie pozostało mu jeszcze tyle dowcipu, by zmyślać niebywałe przygody) i, jak się wyraził sahib Lurgan, trzeba się było wziąć do pracy.
Ze wszystkich chłopców śpieszących z powrotem do zakładu św. Ksawerego, od piaszczystych okolic Sukkur aż po palmowe gaje Galie, żaden nie czuł takiego upojenia i fantazji jak Kimball O’Hara, mknący do Umballi w podrygującej kałamaszce za plecami imć Hurree Chundera Mookerjee, którego nazwisko w księgach jednego z oddziałów Instytutu Badań Etnologicznych zapisane było jako R-17.
A jeżeli było ponadto potrzeba jakiej podniety, to starczył za nią sam babu. Po sutym posiłku w Kalce rozgadał się tak, że mu się gęba nie zamykała. Pytał Kima: czy jedzie do szkoły? Tak? Wobec tego on, jako magister artium uniwersytetu w Kalkucie, wytłumaczy mu, jakie są korzyści nauki. Można zdobyć odznaczenie przez pilne wykuwanie łaciny i Wycieczki Wordswortha124 (wszystko to było dla Kima tureckim kazaniem). Język francuski był też ważnym przedmiotem, a najlepiej można się było w nim wprawić w Chandernagore, o kilka mil od Kalkuty. Również daleko można było zajść (jak tego sam na sobie doświadczył) przez dokładne zgłębianie dramatów zatytułowanych Lear i Juliusz Cezar, których znajomości bardzo wymagali egzaminatorzy. Lear nie był tak przepełniony odnośnikami historycznymi jak Juliusz Cezar; książka ta kosztuje cztery anny, ale na Krzywym Bazarze można ją nabyć za dwie. Jeszcze ważniejszą od Wordswortha lub wybitnych autorów, jak Burke i Hare, była sztuka i umiejętność miernictwa. Chłopiec, który zdał egzamin w tej dziedzinie (do której, mówiąc nawiasem, nie było kluczów i streszczeń podręcznych), potrafi, idąc sobie — ot tak po prostu — uzbrojony jedynie w kompas, śródwagę i bystre oko, zdjąć obraz danej okolicy ...a za ten obraz można dostać niemałą sumę w brzęczącej monecie srebrem, Ale ponieważ noszenie z sobą łańcuchów mierniczych bywa niekiedy rzeczą niedogodną, przeto chłopiec powinien znać dokładnie długość własnego kroku, tak iż nawet wtedy, gdy będzie pozbawiony (jak się wyrażał Hurree Chunder) „przygodnych środków pomocniczych”, może odmierzyć własnymi nogami potrzebną mu odległość. Ażeby nie zatracić rachunku, gdy szło o tysiące kroków, doświadczenie Hurree Chundera pouczyło go, iż nie ma nic przydatniejszego jak różaniec z osiemdziesięciu jeden albo stu ośmiu paciorków, albowiem „te liczby są podzielne i podpodzielne przez wiele mnożników i podmnożników”. Wśród hucznych, rwących potoków angielszczyzny Kim chwytał główne wytyczne tej gawędy — i bardzo go to zaciekawiało. Oto jawił mu się nowy kunszt, zdolny pomieścić się w ludzkiej głowie: zaś na widok wielkiego, rozległego świata, odsłaniającego się jego oczom, przychodzi mu na myśl, że im więcej ktoś umie, tym lepiej dla niego.
Po półtoragodzinnym mówieniu babu nadmienił:
— Spodziewam się, że kiedyś będę miał przyjemność znać się z tobą oficja-alnie. Ad interim125 (niechże mi będzie darowane to wyrażenie) ofiaruję ci to pudełko z betelem, które jest przedmio-otem bardzo cennym i cztery lata temu kosztowało mnie dwie rupie.
Było to tanie pudełko mosiężne w kształcie serca, z trzema przegrodami na wieczny orzech betelowy126, cytrynki i liście pan; znajdowały się w nim jednak małe słoiczki z pigułkami leczniczymi.
— To daję ci w nagrodę za odgrywanie roli owego świątka. Bo widzisz, jesteś jeszcze tak młody, iż ci się zdaje, że będziesz żył wiecznie, i nie troszczysz się o zdrowie. Oj, biedaż to zachorować podczas pracy! Sam lubię lekarstwa, a przydadzą się one też nieraz, by uleczyć jakiego chudzinę. Są tu dobre lekarstwa z apteki okręgowej... chinina i inne tym podobne. Daję ci je na pamiątkę. A teraz do widzyska. Mam tu po drodze załatwić pilny interes osobisty.
Cichuteńko niby kot zesunął się na gościniec wiodący do Umballi, zawołał na przejeżdżającą ekkę i odjechał z turkotem. Kim, nie mogąc wymówić ani słowa, obracał w rękach mosiężne pudełko od betelu.
Akta odnoszące się do nauki chłopca obchodzą mało kogo oprócz rodziców; Kim zaś, jak wiadomo, był sierotą. W księgach zakładu św. Ksawerego in partibus infidelium zapisano, że sprawozdanie z postępów Kima posyłano z końcem każdego okresu szkolnego na ręce pułkownika Creightona i ojca Wiktora, od których w zamian zawsze punktualnie przychodziły pieniądze na kształcenie chłopca. W tychże księgach były dalej wzmianki, że okazywał wielkie zdolności w matematyce, jako też w kreśleniu map, i że za wyróżnianie się w tych przedmiotach dostał nagrodę (Żywot pana Wawrzyńca, dwa tomy, oprawa w skórkę cielęcą, co wyniosło — dziesięć rupii, osiem ann); drugą nagrodą było to, że grał w palanta jako jeden z jedenastu przedstawicieli zakładu św. Ksawerego przeciwko allighurskiemu kolegium mahometańskiemu — miał wtedy czternaście lat i dziesięć miesięcy. Był też szczepiony powtórnie (z czego można wnosić, że w Lucknow znów wybuchła epidemia ospy) — mniej więcej w tym samym czasie. Ołówkowe notatki na rogu starego dziennika klasowego wspominają, że Kim był kilkakrotnie karany za „przestawanie z nieodpowiednimi osobistościami”, a raz podobno poniósł ciężką karę za „samowolne oddalenie się w towarzystwie ulicznego żebraka”. Było to wtedy, gdy chłopak wykradł się poza furtkę i chodząc wzdłuż brzegów Gomtee nalegał na lamę, by ów pozwolił mu powłóczyć się z sobą w czasie następnych wakacji... przez miesiąc... a choćby przez tydzień; lecz lama opierał się temu jak głaz, zapewniając go, że jeszcze nie nadeszła pora po temu. Powinnością Kima (mówił starzec, gdy razem zjadali placki) było zdobywanie wiedzy sahibów; co potem — to jeszcze się zobaczy. Wszakoż dłoń przyjaźni widocznie jakimś sposobem odwracała bizun klęski, bo coś w sześć tygodni potem Kim zdał z odznaczeniem egzamin z miernictwa elementarnego; miał wówczas lat piętnaście i osiem miesięcy. Od tej daty w aktach o nim głucho. Jego nazwiska nie spotyka się w spisie tych, którzy w owym roku wstąpili do niższego Indyjskiego Instytutu Pomiarów — zamiast tego znajdują się słowa: „przeniesiony na stanowisko”.
W ciągu tych trzech lat niejednokrotnie do świątyni Tirthankerów w Benares przybywał skądsiś lama, nieco chudszy i kapkę żółciejszy (ile to możliwe), lecz zawsze jednako cichy i nieskażony na duchu. Czasem przybywał z południa... z południowego Tuticorinu, skąd odjeżdżają dziwne łodzie ogniste do Cejlonu, gdzie przebywają kapłani znający pali127; czasem znowu przybywał z dżdżystego, zielonego zachodu, z tych stron, gdzie przędzalnie bawełny wieńcem kominów otaczają Bombaj; to znowu z północy, gdzie przeszedł osiemset mil tam i z powrotem, aby pogwarzyć przez dzień cały z nadzorcą wizerunków w Domu Cudów. Za każdym razem wchodził do swej celi rżniętej w chłodnym marmurze (kapłani świątyni byli dobrzy dla starca), spłukiwał z siebie pył podróżny, odmawiał pacierze i wyjeżdżał do Lucknow trzecią klasą, bo już zupełnie się oswoił z koleją. Rzecz zastanawiająca (wyznawał jego przyjaciel-badacz arcykapłanowi), że ilekroć powrócił, na czas jakiś zaprzestawał się martwić zniknięciem rzeki i nie kreślił dziwnych obrazów przedstawiających koło życia, lecz wolał gwarzyć o piękności i mądrości jakiegoś tajemniczego cheli, którego żaden ze świątników nigdy nie widział na oczy. Tak, on — lama — chodził po całych Indiach śladami błogosławionych stóp. (Kustosz ma jeszcze po dziś dzień przedziwny opis jego wędrówek i rozmyślań.) W życiu nic mu już nie pozostawało, jak tylko odnaleźć Rzekę Strzały. Wszakoż we śnie miał objawienie, że nie może spodziewać się pomyślnych rezultatów, jeżeli ów poszukiwacz nie będzie miał przy sobie cheli, który byłby zdolen128 wszystko ziścić szczęśliwie i zdobyć wielką wiedzę — jaką słynie siwy strażnik wizerunków. Dla przykładu (tu sięgał do tykwy z tabaką, a uprzejmi kapłani dżeińscy milkli natychmiast) głosił taką przypowieść:
— Wiele, wiele lat temu, gdy Devadatta był królem Benaresu... niech wszyscy słuchają Dżataki129!... łowcy królewscy schwytali słonia; zanim zwierz zdołał wydostać się na wolność, zakuto go w bolesne dyby żelazne. Ze złością i wściekłością w sercu usiłował zrzucić te pęta, a biegając tam i sam po lasach, błagał inne słonie, swe pobratymy, ażeby je zerwali. Jeden po drugim dobierali się do kajdan potężnymi trąbami — żaden nie zmógł żelaza. W końcu wyrazili przekonanie, że obręczy nie skruszy żadna moc zwierzęca. Zasię w krzewinie leżało wśród stada jednodniowe, dopiero narodzone słoniątko, jeszcze mokre od wilgoci porodowej, któremu zdechła matka. Skowany130 słoń zapomniawszy o własnej katuszy rzekł: „Jeżeli nie poratuję tego cysioka, to jeszcze roztarasimy takie chuchro swymi nożyskami”. Stanął więc nad maleństwem, czyniąc ze swych nóg zaporę przed włóczącym się nieuważnie stadem. Od którejsiś poczciwej słonichy wyżebrał mleka dla niebożęcia; słoniątko podchowało się, a skowany słoń był mu przewodnikiem i obrońcą. Otóż, niech wszyscy słuchają Dżataki! — słoń potrzebuje lat trzydziestu pięciu, by dojść do pełni sił; przez trzydzieści pięć pór deszczowych skowany stary słoń opiekował się młodszym, a przez ten czas obręcz coraz to bardziej wżerała mu się w ciało. Pewnego razu młody słoń dostrzegł wpół wrośnięte żelazo i zwracając się do starego, zagadnął: „Cóż to takiego?”. „To właśnie mnie boli” — odparł ów, który nim się opiekował. Wtedy tamten wysunął trąbę i w mgnieniu oka skruszył obręcz mówiąc: „Nadszedł czas oznaczony”. Tak więc poczciwy słoń, który czekał cierpliwie i spełniał uczynki miłosierdzia, został w czasie oznaczonym wybawion przez tego słonika, którego pielęgnował, zawróciwszy ze swej drogi... niech wszyscy słuchają Dżataki!... bo słoniem tym był Ananda, a słoniątkiem, które zerwało mu okowy, był nie kto inny, jak sam Pan nasz najmiłościwszy...
Po czym potrząsał głową dobrotliwie i chrobocząc bez przerwy różańcem, wykazywał, jak owo słoniątko było wolne od grzechu pychy. Był tak pokorny, jak pewien chela, który widząc swego mistrza siedzącego w kurzu wedle Podwojów Wiedzy przeleciał przez wrzeciądze (mimo że były zaryglowane) i przycisnął mistrza do serca wobec pychą nadętych mieszczuchów. Sowitaż131 będzie nagroda takiego mistrza i takiego cheli, gdy przyjdzie na nich czas wspólnego szukania wolności!
Tak se132 pogwarzał lama, przelatując wzdłuż i wszerz nad całymi Indiami, cichuśko jak nietoperz. Pewna swarliwa starucha mieszkająca poza Saharunpore, w dworku okolonym drzewami owocowymi, czciła go, jak to kobieta umie czcić proroka, ale pokój jego nie był wcale murowany. Lama tam siadywał w ogrodzeniu dziedzińca, gdzie z góry nań poglądały gruchające gołębie; ona zaś odrzucała z twarzy zbędną namitkę i bajdurzyła o duchach i biesach buluańskich, o nienarodzonych jeszcze wnuczętach i o wyszczekanym bachorze, który rozmawiał z nią kiejś133 na popasie. Kiedyś zasię starzec powlókł się sam w bok od głównego traktu pod Umballą — do onej wioski, gdzie to kapłan chciał go odurzyć odwarem; łaskawe niebiosa, które czuwają nad lamami, doprowadziły go, gdy zadumany i niefrasobliwy szedł pośród łanów o zmierzchu, przed wrota ressaldara (rotmistrza). Tu, zdaje się, zaszło wielkie nieporozumienie, gdyż stary wiarus zapytał go, czemu Przyjaciel gwiazd nieledwie przed sześciu dniami przechodził tą drogą.
— To niemożliwe! — rzekł lama. — On powrócił do swych rodaków.
— Dyć134 on tu siedział w tym kącie pięć dni temu i opowiedział mi kopę135 zabawnych dykteryjek — obstawał przy swoim gospodarz. — Po prawdzie, to nad ranem znikł nagle jakoś bez śladu, nagadawszy się trzy po trzy z moją wnuczką. Rośnie chłopak jak na drożdżach, ale jest zawsze tym samym Przyjacielem gwiazd, który przyniósł mi niemylną wieść o wojnie. Czyżeście się rozeszli?
— Tak... i nie... — odparł lama. — My... my... nie rozłączyliśmy się zupełnie, tylko jeszcze nie nadszedł czas, byśmy się razem mieli puszczać w drogę. On znajduje się w pewnej miejscowości, gdzie zdobywa wiedzę. Musimy jeszcze czekać.
— Mniejsza z tym... ale gdyby to nie był ów chłopak, to czemużby on tak ustawicznie mówił o tobie?
— A cóż on mówił? — zapytał lama gorączkowo.
— A, same dobre słowa... ze sto tysięcy ich było: że jesteś jego matką i ojcem i tak dalej. Szkoda, że nie wstąpi w służbę Królowej. To ci chwat!
Ta nowina zdumiała lamę, który wówczas jeszcze nie wiedział, jak święcie Kim dotrzymywał układu zawartego z Mahbubem Alim i zatwierdzonego siłą rzeczy przez pułkownika Creightona...
— Młodego kuca nie odwodzi się od gry! — rzekł koniarz, gdy pułkownik wytykał mu, że ta wakacyjna włóczęga po Indiach nie prowadzi do niczego. — Jeżeli mu się nie pozwoli chadzać tam i sam wedle jego upodobania, to on złamie zakaz... a wtedy, kto go złapie? Sahibie-pułkowniku, chyba tylko raz na tysiąc lat trafi się koń tak wyborny do gry, jak ten nasz źrebak. A ludzi nam potrzeba!