Rozdział V
Oto wróciłem znów do mojej włości,
Zaznałem jadła, względów, litości,
Rodzina do mnie znowu prawa rości
I ojciec łzy wylewa...
Tłusty dziś cielec ucztą mą podepcze,
Lecz dla mnie — młóto było w smaku lepsze...
Czułem się dobrze tam, gdzie były wieprze,
Więc wracam znów do chlewa.
Syn marnotrawny
Ociężały, sznurem wyciągnięty, człapiący pochód ruszył znów w drogę, a baba spała, póki nie dowlekli się do najbliższej stacji pocztowej. Marsz ten był nader krótki, a jeszcze brakowało godziny do zachodu słońca, toteż Kim rozmyślał o tym, jakby się zabawić.
— Czemu nie usiądziesz i nie wypoczniesz? — ozwał się któryś z czeladzi. — Tylko diabły i Anglicy włóczą się tam i sam po próżnicy.
— Nie zawieraj nigdy przyjaźni z diabłem, małpą i chłopcem! Nie wiadomo, co które z nich uczyni za chwilę! — rzekł jego towarzysz.
Kim pogardliwie odwrócił się do nich plecami (nie miał bowiem ochoty słuchać starej bajki, jak to czart bawił się z chłopcami i potem tego żałował) — i jął snuć się bezczynnie po okolicy.
Lama poszedł w trop za nim. Przez cały dzień, ilekroć mijali jakiś strumień, staruszek zbaczał z drogi, by takowemu się przypatrzeć, ale ani razu nie otrzymał ostrzeżenia, że odnalazł swą rzekę. Co więcej, błogie uczucie, że może z kimś porozmawiać uczeńszym językiem oraz że doznaje szczególnych względów i poważania od zacnie urodzonej niewiasty, której jest duchowym doradcą, niepostrzeżenie odwiodło po trosze jego myśli od poszukiwań. Ponadto był przygotowany na to, by spokojnie strawić całe lata na włóczędze, boć nie miał w sobie ani krzty niecierpliwości białego człowieka, jeno77 wielką wiarę.
— Gdzie idziesz? — wołał na Kima.
— Nigdzie... marsz był niedługi, a to wszystko — (tu szeroko zatoczył rękoma w powietrzu) — jest dla mnie nowością.
— Ona jest bez wątpienia mądra i roztropna kobieta. Ale przykro pomyśleć, że...
— Wszystkie kobiety są jednakie! — przemówił Kim niby sam Salomon.
— U nas przed klasztorem — mruczał lama, wyciągając wytarty różaniec — był szeroki chodnik kamienny. Zostawiłem na nim ślady moich stóp... chodząc tam i na powrót... z tym oto...
Brzęknął w paciorki i nabożnie jął odmawiać swoje Om-mani-padme-hum, pełen dziękczynienia za chłód, ciszę i oddalenie od kurzu drogi.
Jeden po drugim szczegół na równinie przyciągał niefrasobliwe oko Kima. Jego włóczęga nie miała upatrzonego celu... co najwyżej wygląd szałasów pobliskich wydał mu się osobliwym; więc pragnął je zbadać.
Wyszli na szeroki wygon pastwiska, brunatny i czerwienny w poblasku przedzachodnim; pośrodku sterczała przysadzista kępa drzew mangowych. Uderzyło to Kima, że — rzecz dziwna! — w tak stosownym do tego zakątku nie było wcale ołtarza; chłopak miał na tym punkcie wyrobioną spostrzegawczość, niby istny kapłan. Hen, przez równinę szli ramię w ramię czterej ludzie, którzy w tej odległości wydawali się bardzo maluścy. Przyglądał się im bacznie, przysłoniwszy oczy zgiętymi w pałąk dłońmi; spostrzegł błysk mosiądzu.
— Żołnierze! Biali żołnierze! — ozwał się. — Chodźmy ich zobaczyć!
— Zawsze ino78 żołnierzy spotykać musimy, gdy idziemy samowtór79. Ale jeszczem nie widział białych żołnierzy.
— Oni nikomu nie czynią nic złego, chyba że są podchmieleni. Schowaj się za to drzewo.
Weszli za grube pnie w chłodnej pomroczy zagajnika mangowego. Dwie małe figurki zatrzymały się, dwie drugie poszły naprzód niepewnym krokiem. Była to szpica maszerującego pułku, wysłana, jak zwykle, celem wytyczenia obozu. Nieśli tyczki długie na pięć stóp, z trzepoczącymi proporczykami, i nawoływali się wzajemnie, rozsypując się po równinie.
Na koniec, ciężko stąpając, weszli do zagajnika.
— Tu... albo gdzieś koło tego miejsca... namioty oficerskie, dajmy na to, pod drzewami, a reszta nas może rozmieścić się na zewnątrz. Czy oznaczono tam z tyłu miejsce dla taborów?
Znów krzyknęli na towarzyszy w oddali; w zamian doleciał chrapliwy odzew, przyciszony i niewyraźny.
— Zatknij więc tu chorągiewkę — rzekł jeden.
— Co oni tu zamierzają? — ozwał się lama przerażony. — Wielki i straszny jest ten świat. Jakie jest godło na tej chorągwi?
Jeden z żołnierzy zatknął o kilka stóp od nich jakiś drążek, chrząknął z niezadowoleniem, wyrwał go z powrotem, porozumiał się z towarzyszem, który zmierzył okiem cienisty schron zieloności, i wbił na nowo tyczkę.
Kim wpatrywał się w to wszystko całą siłą wzroku, a urywany dech świstał mu przez zęby. Żołnierze, tupiąc nożyskami, wyszli znów na przestrzeń oświeconą słońcem.
— O święty mężu!... — dyszał chłopak — moje horoskopy!... To co na piasku rysował kapłan w Umballi!... Przypomnij sobie, co mówił... Najpierw przyjdą dwaj... ferashowie80... ażeby wszystko przysposobić... w miejscu ciemnym, jak to zawsze bywa na początku jasnowidzenia.
— Ależ to nie jasnowidzenie! — rzekł lama. — To jeno złuda światowa i nic więcej...
— A po nich nadejdzie byk... Ryży Byk na zielonym polu... Patrz, oto on!
Wskazał na chorągiewkę, która o jakie dziesięć stóp od nich łopotała z tchnieniem wietrzyka wieczornego. Była to sobie najzwyklejsza w świecie chorągiewka do wytyczania obozowiska, lecz pułk, zawsze niezmiernie skrupulatny we wszystkich ozdobach, przybrał ją jeszcze godłem pułkowym Ryżego Byka, który jest herbem Mavericków... godłem Ryżego Byka na tle irlandzkiej zieleni.
— Widzę i teraz sobie przypominam — ozwał się lama. — Ani chybi, to twój Byk. Tak samo też, ani chybi, przyszli już dwaj ludzie, by wszystko przysposobić.
— To żołnierze... biali żołnierze... Co mówił kapłan? „Znak nad Bykiem jest znakiem wojny i zbrojnych ludzi”. O święty, to ma związek z tym, czego szukam.
— Prawda... prawda! — Lama wlepił oczy w godło, które pałało niby rubin w pomroce. — Kapłan w Umballi mówił, że twój znak jest znakiem wojny.
— Co teraz czynić?
— Czekać... Zaczekajmy...
— Nawet mrok się rozjaśnia! — rzekł Kim. Było to rzeczą zgoła do przewidzenia, że zniżające się słońce przedrze się w końcu poprzez pnie drzewne, napełniając cały zagajnik na parę chwil złotym i sypkim blaskiem; atoli81 Kimowi wydało się to uwieńczeniem przepowiedni bramina umbalskiego.
— Słuchaj! — ozwał się lama. — Ktoś tam bębni... bardzo daleko...
Dźwięk ów, płynący z dala, jak gdyby przecedzony przez cichy przestwór powietrza, z początku przypominał uderzenie tętnicy w skroniach. Niebawem dołączył się do niego dźwięk wyraźniejszy.
— E! Muzyka! — wyjaśnił Kim. Znał on odgłos kapeli wojskowej, ale lama popadł w zdumienie. Hen, na krańcu równiny ukazała się sunąca ciężkim krokiem kolumna wojska, cała w obłokach kurzawy; następnie z wiatrem przyleciała śpiewka:
Słuchajcie — jeśli łaska czyja —
Powieści i raportu
Jak idzie gwardia Mulligańska
Marszem do Sligo portu...
Tutaj w nutę wpadły przeraźliwe piszczałki:
Na ramię broń!
Marsz! Marsz! Marsz!
Szliśmy hen!
Od Phoenix Parku
Na dublińską przystań —
Wśród bębnów warku,
Wśród fletowych świstań
Szliśmy z gwardią Mulligańską, —
Marsz! Marsz! Marsz!
To kapela Mavericków grała pułkowi przychodzącemu na leże, albowiem żołnierze obciążeni rynsztunkiem odbywali drogę według oznaczonej marszruty. Falująca kolumna rozwinęła się na równinie, a poza nią wozy; następnie rozdzieliła się na lewo i prawo, rozbiegła się jak mrowisko i...
— Ależ to istne czary! — ozwał się lama.
Równina upstrzyła się namiotami, które w wielkiej rozsypce zdawały się wszędy wyrastać z wozów. Jedna gromada ludzi wtargnęła do zagajnika, rozbiła tam ogromny namiot, obok niego wzniosła jeszcze osiem czy dziewięć innych, wydobywała sagany, patelnie i tłumoki, którymi natychmiast zajęła się czereda sługusów-krajowców... I oto w oczach dwóch widzów cały gaik mangowy zamienił się w niepodległe miasteczko!
— Chodźmy! — ozwał się lama, słaniając się z przerażenia, gdy zamigotały ognie, a biali oficerowie pobrzękując pałaszami udali się do namiotu stołowego.
— Schowaj się w cieniu. Nikt nie dostrzeże ciebie spoza światła ognisk — rzekł Kim, wciąż wpatrując się w chorągiewkę. Nigdy wpierw nie miał możności stwierdzić na własne oczy, z jaką to wprawą wyćwiczony pułk rozbija obóz w przeciągu trzydziestu minut.
— Patrz! Patrz! Patrz! — zakwokał lama. — Tam oto idzie kapłan!
Jakoż szedł, kulejąc, Bennett, anglikański kapelan pułkowy, przyodziany w zakurzoną czarną kapotę. Któraś z jego owieczek pozwoliła sobie była na szorstkie uwagi o gorliwości kapłańskiej, więc Bennett, by zawstydzić pyskacza, maszerował przez cały dzień krok za krokiem wraz z żołnierzami. Czarna suknia, złoty krzyż na łańcuszku od zegarka, wygolona twarz i miękki, czarny kapelusz iz szeroką krezą wyróżniłyby go na całym obszarze Indii jako osobę duchowną. Osunął się w krzesło polowe koło cnamiotu stołowego i zdjął buty. Otoczyło go kilku oficerów, śmiejąc się i żartując z jego rycerskiego czynu.
— Rozmowa białych ludzi jest zgoła pozbawiona godnościl — rzekł lama, który sądził jedynie z tonu. — Ale przyjrzałem się twarzy tego księdza i mniemam, że to człek uczony. Chyba on zrozumie naszą gwarę? Pomówię z nim omych poszukiwaniach.
— Nie rozmawiaj nigdy z człowiekiem białym, póki i się nie naje! — ozwał się Kim, przytaczając pospolite przysłowie. — Oni teraz zasiędą do jedzenia, a., nic zdaj mi się, by łatwo było coś u nich wyżebrać! Wracajmy na miejsce postoju. Gdy się posilimy, przyjdziemy tu znowu. To z pewnością był Ryży Byk... mój Byk Czerwony!
Obaj byli zastanawiająco roztargnieni, gdy czeladź starej jejmości zastawiała przed nimi wieczerzę, przeto nikt nie przeszkadzał ich skrytym myślom, boć niedobrze to naprzykrzać się gościom.
— A teraz — rzekł Kim dłubiąc w zębach — powrócimy na to miejsce; ale ty, o święty, musisz krzynkę przyI zostać z tyłu, ponieważ twoje nogi są badziej ociężałe od moich, a mnie pali niecierpliwość, by się dowiedzieć czegoś więcej o tym Ryżym Byku.
— Ale jak ty zrozumiesz tę ich mowę? Idź powoli. Droga tak ciemna — odparł lama niechętnie.
Kim puścił to mimo uszu.
— Widziałem koło drzew miejsce — ozwał się — gdzie możesz siedzieć, póki cię nie zawołam. Nie, ani-ani! — dodał, gdy lama bąknął coś na kształt sprzeciwu — pamiętaj, że to mój trop... mój Ryży Byk. Znak wśród gwiazd nie tobie był pisany. Znam trochę zwyczaje białych żołnierzy i zawsze mnie korci, by zobaczyć coś nowego.
— Czegóż ty jeszcze nie znasz na tym świecie? — rzekł lama i posłusznie przycupnął w małej jamce, niespełna sto łokci od kępy drzew mangowych czerniejącej na tle niebios usianych gwiazdami.
— Zostań tu, póki cię nie zawołam.
Kim chynął82 w ciemność. Wiedział, że wokoło obozu według wszelkiego prawdopodobieństwa stoją wartownicy, i uśmiechnął się pod nosem, słysząc odgłos grubych butów jednego z nich. Smyka, który potrafi przekradać się w noc księżycową po dachach śródmieścia Lahory, korzystając z każdego kącika i smużki ciemności, by zmylić czujność prześladowców, nie zdoła capnąć nawet linia najsprawniejszych żołnierzy. Zrobił im ten zaszczyt, że przeczołgał się pomiędzy wedetą, po czym, to biegnąc, to zatrzymując się, kurcząc się i padając plackiem, dotarł aż do namiotu oficerskiego; tam, przywarłszy do drzewa mangowego, czekał, czy jakieś przypadkowe słowo nie da mu odpowiednich wyjaśnień.
Jedyną rzeczą, która obecnie zaprzątała jego myśli, było uzyskanie dalszych wiadomości odnoszących się do Ryżego Byka. O ile mu było wiadomo — a określenia miewał Kim tak osobliwe i dorywcze jak i dociekania — to ci ludzie, inaczej mówiąc, owych dziewięciuset zatraconych diabłów z proroctwa jego ojca, powinni byli z nadejściem nocy modlić się do tego zwierzęcia, jak Hindusi modlą się do świętej krowy. Tak przynajmniej nakazywałaby słuszność i rozsądek, a duchowny ze złotym krzyżem byłby wówczas osobą, od której można by zasięgnąć zdania w tej mierze. Z drugiej strony — że tylko wspomnieć księży o surowym obliczu, których unikał w Lahorze — ksiądz mógł być ciekawskim nudziarą i kazałby mu się uczyć. Ale czyż w Umballi nie dowiedziono mu, że znak na niebiosach wróżył wojnę i ludzi orężnych? Czyliż on sam nie był Przyjacielem gwiazd, zarówno jak i całego świata, napchanym aż po gardło straszliwymi tajemnicami? Na koniec — a właściwie, najpierwej w podświadomości jego chyżych myśli — ta awantura, chociaż nie znał angielskiego na to wyrażenia, była pysznym ptaszkiem83: cudnym wznowieniem dawnych dyrdań po dachach domów, a jednocześnie wypełnieniem doniosłej przepowiedni. Położył się na brzuchu i podpełznął jak wąż do drzwi namiotu stołowego, obejmując ręką amulet wiszący na szyi.
Było tak, jak się domyślał. Sahibowie modlili się do swego bóstwa; albowiem na środku stołu kasynowego — jako jedyna ozdoba tegoż, gdy wojsko znajdowało się w podchodzie — stał złoty byk, stanowiący ongi część zdobyczy z pałacu letniego w Pekinie... czerwono-złoty byk z opuszczonym łbem, hasający po polu irlandzkiej zieleni. Sahibowie wyciągali ku niemu szklanki, pokrzykując głośno w bezładnym gwarze.
Otóż wielebny Artur Bennett zawsze odchodził od stołu po tym toaście, a ponieważ marsz dał mu się tęgo we znaki, ruchy jego stały się gwałtowniejsze, niż po inne czasy. Kim, podniósłszy nieznacznie głowę, jeszcze wlepiał oczy w swe godło, gdy ni stąd ni zowąd pastor przydeptał mu prawą łopatkę. Kim umknął pod naciskiem obcasa, a staczając się w bok, obalił kapelana, który jako człek zawsze energiczny chwycił go za grdykę i omal nie zdusił na śmierć. Wówczas Kim z rozpaczy kopnął go w brzuch. Imć Bennett stęknął i zwinął się w kłęby, niemniej jednak, nie rozwierając garści, wydostał się znów na wierzch i w milczeniu zaciągnął Kima do własnego namiotu. Maverickowie są niepoprawnymi kawalarzami, więc Anglikowi przyszło na myśl, że najlepiej będzie, jeżeli zachowa milczenie, póki nie dojdzie do ostatecznych wyników śledztwa.
— Ha! To chłopiec! — ozwał się, przyciągnąwszy swą zdobycz pod światło latarni zatkniętej na kołku namiotu, a potem wytarmosiwszy surowo nieboraka, huknął: — Coś tam robił? Jesteś złodziejem! Choor! Mallum? (rozumiesz?)
Jego znajomość hindostańczyzny była wielce skąpa, przeto zmiętoszony i skwaszony Kim zamierzał wytrwać w narzuconej mu roli. Nabrawszy tchu, zmyślał na poczekaniu cudownie prawdopodobną bujdę o swym pokrewieństwie z jednym z kuchcików oficerskich, a jednocześnie zerknął nieznacznie pod lewą pachę kapelana. Nadeszła sposobność... chłopiec dunął w stronę drzwi, lecz długie ramię znienacka wysunęło się ku niemu i capnęło go za kark, rozrywając tasiemkę amuletu i przyciągając amulet.
— Proszę mi to oddać! O, proszę oddać! Czy się nie zgubiło? Proszę oddać mi papiery.
Słowa te wypowiedziane były po angielsku — szczebiotliwą, wypiłowaną angielszczyzną jaką spotyka się u krajowców. Kapelan odskoczył.
— Szkaplerz — rzekł, otwierając dłoń. — Nie, jakieś gusła pogańskie. Co... co? Ty mówisz po angielsku? Chłopcy dostają w skórę za kradzież... czy wiesz o tym?
— Ja nie... ja nie kradłem... — Kim wił się kurczowo jak jamnik na widok podniesionego kija. — O, proszę mi to oddać. To mój przedmiot czarnoksięski. Nie kradnij mi pan tego.
Kapelan nie zważał na to bynajmniej, ale podszedłszy ku drzwiom namiotu zawołał na kogoś głośno. Zjawił się człek dobrej tuszy, starannie wygolony.
— Chciałbym się ciebie poradzić, ojcze Wiktorze — rzekł Bennett. — Zdybałem tego basałyka w ciemności koło namiotu oficerskiego. W powszednim wypadku przetrzepałbym mu skórę i wygnał na cztery wiatry, bo uważam go za złodziejaszka. Ale on, zdaje się, włada angielszczyzną i przywiązuje wielką wagę do jakowychś uroków, które nosił na szyi. Sądzę, że może będziesz łaskaw mi w tym dopomóc.
W przekonaniu Bennetta pomiędzy nim a rzymskokatolickim kapelanem wojska irlandzkiego leżała nieprzebyta przepaść; atoli, rzecz znamienna, ilekroć kościół anglikański miał do czynienia z zagadnieniem ziemskim, odwoływał się niechybnie do pomocy kościoła rzymskiego. Urzędową niechęć Bennetta do katolicyzmu i jego obrządków równoważył jedynie osobisty szacunek dla ojca Wiktora.
— Więc to złodziej mówiący po angielsku? Obejrzymy te jego czarnoksięstwa. Nie, to nie jest szkaplerz Bennecie — i wyciągnął rękę.
— Ale czy wolno nam to otworzyć? Tęga chłosta...
— Ja nie kradłem — zaprzeczył Kim. — Pan ponabijał mi guzy na całym ciele. Proszę mi oddać mój przedmiot czarodziejski, a pójdę sobie precz.
— Nie tak prędko; najpierw zbadamy ten przedmiot — ozwał się ojciec Wiktor, spokojnie rozwijając pergaminowy ne varietur śp. Kimbala O’Hary, jego zwolnienie czynnej służby i metrykę chrztu Kima. Na metryce O’Hara, mając niejasną świadomość, że czyni Bóg wie co dla swego syna, nagryzmolił wielokrotnie; Dbajcie o chłopca. Proszę, dbajcie o chłopca... i podpisał się w całej rozciągłości swym nazwiskiem i cyfrą pułku.
— Precz, moce ciemności! — ozwał się ojciec Wiktor, podając wszystko imć Bennettowi. — Czy pan wiesz, co to takiego?
— Tak — rzekł Kim. — To wszystko moje, a chcę już odejść.
— Zgoła nic nie rozumiem — rzekł imć Bennett. — On to pewno przyniósł umyślnie. Może to jakiś żebracki fortel.
— Nie widziałem zatem nigdy żebraka, który by mniej pragnął pozostać w towarzystwie swych bliźnich. Tu coś zakrawa na jakąś wesołą mistyfikację. Czy pan wierzysz w Opatrzność, Bennecie?
— No chyba!
— Dobrze, a ja wierzę w cuda, co wychodzi na jedno i to samo. Moce piekielne! Kimball O’Hara! I jego syn!... Ale przecie ten chłopak to krajowiec, a ja sam na własne oczy widziałem, jak Kim żenił się z Annie Shott! Od jak dawna masz, chłopcze, te szpargały?
— Jeszcze od czasu, gdym był małym pędrakiem.
Ojciec Wiktor postąpił prędko parę kroków w przód i rozpiął Kimowi ubranie na piersiach.
— Widzisz pan, Bennecie, on nie bardzo jest smagły. Jak ci na imię?
— Kim.
— Czyli Kimball?
— Być może. Czy pozwolicie mi odejść?
— I jak jeszcze?
— Nazywają mnie Kim Rishti-ke, to znaczy: Kim z Rishti.
— Co znaczy to Rishti?
— Aj-riszti... to był pułk... mego ojca...
— Irlandzki!84 aha, rozumiem!
— Taak! Właśnie tak opowiadał mi tato... Mój ojciec jeszcze wtedy żył.
— Gdzie żył?
— Żył. Oczywiście umarł... zszedł ze świata.
— Och!... Czy masz zwyczaj zawsze odpowiadać tak zwięźle?
Tu w rozmowę wmieszał się Bennett.
— Możem skrzywdził tego chłopca. To z pewnością jest biały, chociaż widocznie zdziczało niebożątko. Zdaje mi się, żem go trochę potłukł. Sądzę, że trochę spirytusu nie...
— Daj mu więc szklankę kseresu85 i pozwól mu się wyciągnąć na łóżku polowym. No, Kimie — ciągnął ojciec Wiktor — teraz już nikt nie myśli ci dokuczać. Wypij to i opowiedz nam o sobie. Wyznaj szczerą prawdę, jeżeli ci nic nie stoi na przeszkodzie.
Kim zakaszlał, odstawiając wypróżnioną szklankę, i zamyślił się. Sytuacja zdawała się wymagać ostrożności — i głowy na karku. Mali chłopcy, którzy baraszkują koło obozowisk, bywają zazwyczaj wydalani po uprzedniej chłoście. Ale on nie otrzymał batów — widocznie amulet działa na jego korzyść i wszystko tak wyglądało, jak gdyby horoskop w Umballi i kilka słów, jakie zdołał zapamiętać z mamrotań swego ojca, sprawdzały się w sposób przecudowny. Gdyby tak nie było, to czemuż by tłusty padre (ksiądz) był tak wzruszony, a ten drugi, chudy, dawał mu szklankę żółtego, rozgrzewającego wina?
— Mój ojciec zmarł w mieście Lahorze, kiedym był jeszcze maleńki. Kobieta, co miała sklep, kabarri (graciarnię) koło miejsca postoju dorożek... — zaczął Kim na chybił trafił, nie mając jeszcze pewności, o ile prawda może mu być przydatna.
— Twoja matka?
— Nie! — żachnął się Kim. — Matka zmarła po moim narodzeniu. Mój ojciec dostał te papiery z Jadoo-Gher, jak tam się u was to nazywa? — (Bennett kiwnął głową) — ponieważ był na... dobrym stanowisku... jak to się u was zowie? — (Bennett skinął powtórnie) — To mi opowiedział tato. A mówił mi też... i tak samo bramin, który dwa dni temu kreślił rysunki na piasku... on mi mówił, że znajdę Czerwonego Byka na zielonym polu i ten Byk będzie mi pomagał.
— Wprost niebywały młodociany kłamca! — burknął Bennett.
— Apage86, mocy nieczysta! Cóż to za kraj! — mruczał ojciec Wiktor. — Mów dalej, Kimie!
— Ja nie kradnę. Zresztą od niedawna jestem uczniem bardzo świątobliwego człowieka... siedzi on za obozem. Widzieliśmy dwóch ludzi nadchodzących z chorągiewkami celem wyznaczenia miejsca. Tak zawsze bywa we śnie albo przed spełnieniem... tego... przepowiedni... Toteż poznałem, że spełni się niezawodnie. Widziałem Czerwonego Byka na zielonym polu, a mój ojciec mawiał: „Dziewięciuset diabłów... pukka87 diabłów... i pułkownik jadący na koniu będą się tobą opiekowali, gdy znajdziesz Ryżego Byka! Kiedy zobaczyłem Byka, nie wiedziałem, co mam robić, więc oddaliłem się, a potem wróciłem, gdy było ciemno. Chciałem znów zobaczyć Byka... i zobaczyłem Byka... w otoczeniu sahibów, którzy się modlili do niego. Myślę, że Byk będzie mi pomagał. Tak samo mówi i święty człowiek. On siedzi tam na dworze. Czy zrobicie mu co złego, gdy go teraz przywołam? On jest bardzo świątobliwy. On może poświadczyć wszystko, co mówię, i wie, że nie jestem złodziejem.
— Oficerowie modlili się do byka! Cóż to za brednie, u licha! — ozwał się Bennett. — Uczeń świętego człowieka! Czyż ten chłopak ma bzika?
— O, to z pewnością syn O’Hary! Syn O’Hary sprzymierzony z wszystkimi mocami ciemności. Trzeba było widzieć, co wyprawiał jego ojciec, gdy był pijany. Lepiej sprowadźmy tu tego świątobliwca. On może coś wie.
— On nic nie wie — rzekł Kim. — Pokażę go wam, jeśli pójdziecie za mną. To mój mistrz. Potem pójdziemy sobie precz.
— Moce ciemności! — było to wszystko, co zdołał wymówić ojciec Wiktor, gdy tymczasem Bennett ruszył krokiem wojskowym, trzymając Kima za ramię krzepką dłonią.
Znaleźli lamę tam, gdzie się był wtulił.
— Moje poszukiwania już dobiegają końca! — huknął Kim w narzeczu. — Znalazłem Byka, lecz bogi raczą wiedzieć, co dalej się stanie. Oni ci nie zrobią nic złego. Chodź do namiotu tłustego księdza z tym cienkim człowiekiem i czekaj, jak to się skończy. Tam wszystko jest nowe, a oni nie umieją mówić po hindusku; są to tylko osły o niewyprawionej skórze.
— Wobec tego nie wypada żartować z ich nieświadomości — odparł lama. — Rad jestem, żeś się uweselił, chelo!
Z godnością i bez podejrzliwości wkroczył do małego namiotu, po kapłańsku pozdrowił obu duchownych i usiadł przy blasze z żarzącymi się węglami drzewnymi. Światło lampy, odbijając się od żółtej podszewki namiotu, narzuciło na jego twarz barwę złotawo-czerwoną.
Bennett spoglądał nań z wyniosłą obojętnością, charakterystyczną dla religii, która dziewięć dziesiątych całego świata nazywa w czambuł „poganami”.
— A jaki był koniec poszukiwań? Jaki dar przyniósł ci Ryży Byk? — zwrócił się lama do Kima.
— On się pyta: „co chcecie czynić?”.
Bennett niespokojnie wpatrywał się w ojca Wiktora, a Kim przyjął na siebie we własnym interesie obowiązki tłumacza.
— Nie wiem, co ma ten fakir do tego chłopca, który jest zapewne ofiarą jego oszustwa albo jego wspólnikiem — zaczął Bennett. — Nie możemy pozwolić, by chłopak, Anglik z rodu... przypuściwszy, że jest on synem masona, to im prędzej odda się go do ochronki masońskiej, tym lepiej dla niego.
— Aha, tak się zdaje panu jako sekretarzowi loży pułkowej! — ozwał się ojciec Wiktor. — Ale przecie może powiemy temu staruchowi, co zamierzamy uczynić. On nie wygląda na prostaka.
— Wiem z doświadczenia, że nigdy nie podobna zgłębić umysłu wschodniego. A teraz, Kimballu, chciałbym, żebyś powtórzył temu człowiekowi słowo w słowo, co ci powiem.
Kim zebrał w pamięci treść kilku następujących potem zdań i zaczął tymi słowy:
— O święty, ten tyczkowaty dureń, co podobny jest do wielbłąda, gada, że jestem synem sahiba.
— Skądże znowu?
— O tak, to prawda. Ja o tym wiedziałem od urodzenia, on zaś zdołał się o tym przekonać dopiero wtedy, gdy przeczytał amulet z mej szyi i wszystkie moje papiery. On myśli, że kto raz jest sahibem, jest nim zawsze, obaj zaś pomiędzy sobą uradzili, żeby mnie zatrzymać w pułku lub posłać do madrissah (szkoły). To już raz się zdarzyło i zawsze tego się wystrzegałem. Ten tłusty patałach plecie jedno, a ten wielbłądowaty zasię co innego. Ale nie ma się o co dąsać! Spędzę tu jedną noc, a może i następną. I to się zdarzało dawniej. Ale potem ucieknę i powrócę do ciebie.
— Ale powiedz im, że jesteś moim chelą. Opowiedz im, jak przyszedłeś do mnie, gdy byłem słaby i zbłąkany. Opowiedz im o naszych poszukiwaniach, a oni z pewnością wypuszczą cię natychmiast.
— Jużem to im opowiedział. Oni się śmieją i wspominają o policji.
— Co tam mówicie? — zapytał pastor Bennett.
— O-wa! On tylko powiada, że jeżeli mnie nie puścicie, będzie to przeszkodą w jego zajęciach... w jego sprawie prywatnej, niecierpiącej zwłoki.
To podkreślenie było naśladowaniem rozmowy z pewnym Eurazjatą88, pisarzem w wydziale kanalizacji, ale wywołało to tylko uśmiech, co dotknęło go do żywego.
— A gdybyście wiedzieli, jakie jest jego zatrudnienie, nie staralibyście się w sposób tak nieludzki temu przeszkodzić.
— Więc cóż to takiego? — rzekł ojciec Wiktor nie bez wyrozumiałości, przyglądając się obliczu lamy.
— W tym kraju jest rzeka, którą on strasznie życzy sobie znaleźć. Została ona wydobyta przez strzałę, która... — (Tu Kim niecierpliwie postukiwał nogą, przekładając sobie w myśli język krajowy na kulawą angielszczyznę). — Eech! zrobił ją pan nasz... no wiecie, Budda... a jeżeli się wykąpiecie w niej, to będziecie obmyci z wszystkich grzechów i staniecie się biali jak bawełna... — (Kim swojego czasu przysłuchiwał się pogadankom misyjnym). — Jestem jego uczniem i musimy znaleźć tę rzekę. Jest to dla nas rzecz strasznie ważna.
— Powtórz to raz jeszcze! — ozwał się Bennett. Kim usłuchał rozkazu, nie szczędząc upiększeń.
— Ależ to bluźnierstwo! — krzyknął duchowny angielski.
— Pst! Pst! — rzekł ojciec Wiktor życzliwie. — Wiele bym dał za to, żebym umiał mówić językiem krajowców. Rzeka, która obmywa grzechy! A jak dawno już jej szukacie?
— O, już długo! A teraz chcemy odejść i znów jej szukać. Pan widzi, że jej tu nie ma.
— Widzę! — rzekł poważnie ojciec Wiktor. — Ale on nie może nadal chadzać w towarzystwie tego starucha. Byłoby wszystko inaczej, Kimie, gdybyś nie był synem żołnierza. Powiedz mu, że pułk zaopiekuje się tobą i wykieruje cię na porządnego człowieka, jak twój... e-hm!... tak porządnego człowieka, jak tylko będzie można. Powiedz mu, że jeżeli wierzy w cuda, powinien uwierzyć, iż...
— Nie potrzeba wcale grać na jego łatwowierności! — obruszył się Bennett.
— Wcale tego nie czynię. On musi wierzyć, że przybycie tego chłopca tutaj... do macierzystego pułku... gdy poszukiwał swego czerwonego byka... ma cechy cudu. Zważ, panie Bennecie, wszystkie szanse przeciwko temu! Że to na całe Indie ten właśnie jeden chłopczyna... aż z tylu pułków właśnie nasz jeden maszerował, żeby się z nim spotkać!... To już wszystko z góry było przewidziane w wyrokach niebios. Tak! Powiedz mu, że to kismet. Kismet, mallum (rozumiesz)?
Z tym zapytaniem zwrócił się do lamy, do którego równie dobrze mógłby mówić o Mezopotamii89.
— Oni mówią — a oczy starca zaświeciły na te słowa Kima — mówią, że treść mojej przepowiedni już się ziściła i że skoro powróciłem (choć wiesz, że tylko przyszedłem tu z ciekawości) do tych ludzi i Czerwonego Byka, to muszę chodzić do madrissah i przeobrazić się w sahiba. Teraz udaję, że się zgadzam, bo w najgorszym razie zejdzie na to, że zjem kilka razy obiad z dala od ciebie. Potem czmychnę i podążę gościńcem do Saharunpore. Przeto, o święty, trzymaj się cięgiem tej kobiety z Kulu... żadną miarą nie wałęsaj się daleko od jej kibitki, póki nie powrócę. Niewątpliwie mój znak jest znakiem wojny i ludzi zbrojnych. Patrz! Dali mi się napić wina i posadzili mnie na honorowym łożu! Mój ojciec musiał być tu grubą rybą! Więc jeżeli mnie zaszczycą u siebie wielkim dostojeństwem, to dobrze, a jeżeli nie, to drugie dobrze. Cokolwiek z tego wyniknie, ucieknę z powrotem do ciebie, gdy mnie to znuży. Ale trzymaj się Radżputani, bo inaczej zgubię twój ślad... Ooch, ta-ak! — przemówił po angielsku — opowiedziałem mu wszystko, coście mi polecili.
— Ja zaś nie widzę powodu, czemu by ten człowiek miał jeszcze zwlekać — ozwał się Bennett, obszukując kieszeń spodni. — Szczegóły możemy zbadać później... a ja dam mu ru...
— Daj mu jeszcze chwilkę czasu. Zdaje się, że on przywiązał się do tego chłopca — rzekł ojciec Wiktor, zatrzymując w połowie ruch pastora.
Lama wyciągnął różaniec i zaciągnął na oczy ogromną krezę kapelusza.
— Czego on teraz może chcieć?
— On mówi... — tu Kim wzniósł dłoń w górę. — On powiada: bądźcie cicho! On chce porozmawiać ze mną sam na sam. Widzicie, że nie rozumiecie ani słówka z tego, co on mówi, a sądzę, że jeżeli będziecie gadali, może rzucić na was straszne klątwy. Ilekroć bierze w ten sposób te paciorki, wiedzcie, że wtedy zawsze domaga się ciszy.
Obaj Anglicy usiedli zgnębieni, ale w oczach Bennetta wyczytać można było obietnicę, że z Kimem będzie krucho, skoro chłopak będzie oddany pod władzę duchowną.
— Sahib i syn sahiba... — lamie głos zachrypł z bólu. — Ależ żaden z białych ludzi nie zna tego kraju i jego obyczajów tak, jak ty. Jakże to może być prawdą?
— O to mniejsza, o święty; ale pamiętaj, że to tylko na jedną noc lub dwie... Wspomnij, że umiem się zmieniać błyskawicznie. Wszystko się odbędzie jak wtedy, gdym po raz pierwszy rozmawiał z tobą pod wielkim działem Zam-Zammah...
— Jako chłopak w stroju białych ludzi... gdym po raz pierwszy podchodził do Domu Cudów. Za drugim razem byłeś Hindusem. Jakież będzie trzecie wcielenie? — zagderał posępnie. — Och, chelo, wyrządziłeś przykrość starcowi, bo moje serce przylgnęło do ciebie.
— I moje do ciebie. Ale skądże mogłem wiedzieć, że Czerwony Byk wciągnie mnie w takie korowody?
Lama ponownie zasłonił twarz i gorączkowo pobrzękiwał w różaniec. Kim przykucnął koło niego i uchwycił jeden z fałdów jego sukni.
— Więc teraz zrozumiano, że chłopiec jest sahibem? — ciągnął lama dalej przytłumionym głosem. — Takim sahibem, jakim był ten, który opiekował się wizerunkami w Domu Cudów. — (Wiadomości lamy o ludziach białych były bardzo szczupłe, wyglądało to, jak gdyby powtarzał wyuczoną lekcję.) — Wobec tego nie przystoi, by czynił co innego, jak to, co czynią inni sahibowie. On musi wrócić do swego narodu.
— Na dzień, noc i jeszcze jeden dzień! — wymawiał się Kim.
— Nie, nic z tego! — ozwał się ojciec Wiktor, widząc, że Kim boczkuje ku drzwiom, i nogą zagrodził chłopcu drogę.
— Nie rozumiem obyczajów białych ludzi. Kapłan wizerunków w lahorskim Domu Cudów był grzeczniejszy od tego chudzielca. Zabiorą mi tego chłopca. Chcąż zrobić sahiba z mego ucznia? Biadaż mi, jakże odnajdę swoją rzekę? Czyż oni nie mają uczniów? Zapytaj ich.
— On mówi, że bardzo jest tym strapiony, iż nie zdoła już wcale znaleźć swej rzeki. Pyta, czy nie macie własnych uczniów, że uwzięliście się jego właśnie nękać? On chce być obmyty z grzechów.
Ani Bennett, ani ojciec Wiktor nie zdobyli się na natychmiastową odpowiedź. Kim, przerażony bezsilnością starca, ozwał się po angielsku:
— Myślę, że jeżeli puścicie mnie na wolność, odejdziemy sobie spokojnie i nie ukradniemy niczego. Będziemy szukali owej rzeki, jak przed moim pojmaniem. Wolałbym tu wcale nie przychodzić po to, by znajdować Czerwonego Byka i inne bzdurstwa! Całkiem mi to niepotrzebne!
— Jest to najlepszy zarobek, jaki kiedykolwiek sobie zdobyłeś, młokosie! — rzekł Bennett.
— Miły Boże, nie wiem, jak pocieszyć tego biedaka — ozwał się ojciec Wiktor, wpatrując się uporczywie w lamę. — Nie można pozwolić, by wziął z sobą chłopaka, a przecie to człek dobry... mam pewność, że to człek dobry. Mości Bennecie, jeżeli dasz mu pan tę rupię, to on cię przeklnie z całym pokoleniem!
Przez trzy... przez całe pięć minut... przysłuchiwali się wzajemnie swym oddechom. Potem lama podniósł głowę i spojrzał kędyś poza nich — w pustkę i przestrzeń.
— I ja jestem pątnikiem Drogi Żywota — przemówił z goryczą. — Mój jest grzech i moja też kara. Wmówiłem w siebie... tak, teraz zdaję sobie sprawę z tego, że było to jeno urojenie... żeś był zesłan, by pomagać mi w poszukiwaniach. Przeto serce moje przylgnęło do cię za twoją dobroć, uprzejmość i wielką nad wiek twój roztropność. Ale ci, którzy idą Drogą Żywota, nie powinni dopuszczać do siebie ognia pożądliwości ani przywiązania, boć to wszystko jest złudą. Jak powiada... — tu przytoczył stary, niezmiernie stary tekst chiński, poparł go drugim, a wzmocnił jeszcze trzecim. — Zboczyłem z drogi, mój chelo. Nie poszło to z mej winy. Radowałem się widokiem życia i nowych ludzi spotykanych po drodze oraz twoją uciechą z oglądania tego wszystkiego. Byłem zadowolony wespół z tobą, ja, com winien był myśleć o swych poszukiwaniach i o niczym ponadto. Teraz jestem pełen smutku, bo zabierają mi ciebie, a rzeka moja jest daleko ode mnie. Otom złamał zakon!
— Przepadnijcie, moce ciemności! — wymówił ojciec Wiktor, który jako doświadczony spowiednik wyczuwał ból w każdym zdaniu lamy.
— Widzę teraz, że znak Czerwonego Byka był przestrogą zarówno dla mnie, jak i dla ciebie. Wszelka pożądliwość jest czerwona... i zła. Będę odbywał pokutę i sam na własną rękę szukać będę tej rzeki.
— W każdym razie powróć do tej kobiety z Kulu — rzekł Kim — bo inaczej zginiesz na drodze. Ona cię będzie żywiła, póki nie wrócę do ciebie.
Lama machnął ręką, dając do zrozumienia, że sprawę tę już obmyślił w głowie.
— A teraz — głos mu się zmienił, gdy się zwrócił do Kima — co oni z tobą uczynią? Ja, bądź co bądź, zdobywając sobie zasługi, mogę zmazać przeszłe zło.
— Zrobią ze mnie sahiba... tak im się zdaje... Pojutrze wrócę. Nie martw się.
— Jakiego? Czy takiego jak ten, czy takiego jak tamten? — (tu wskazał na ojca Wiktora. ) — A może jednego z tych, których widzieliśmy dziś wieczorem... co noszą pałasze i chodzą ciężkim krokiem?
— Być może.
— To niedobrze. Ci ludzie idą za pożądliwością i dochodzą do pustki duchowej. Ty nie powinieneś być taki.
— Kapłan w Umballi mówił, że moją gwiazdą jest wojna — wtrącił Kim. — Zapytam tych kpów... ale, prawdę mówiąc, jest to zgoła zbyteczne. Ucieknę jeszcze tej nocy, mimo że chciałbym się przyjrzeć nowym rzeczom.
Po czym zadał ojcu Wiktorowi parę pytań po angielsku, tłumacząc odpowiedzi lamie. Brzmiało to tak:
— On powiada: „Bierzecie go ode mnie i nie umiecie powiedzieć, na co go wykierujecie”. On powiada: „Powiedz mi, zanim odejdę, bo rzecz to niemałej wagi wychować dziecko”.
— Poślemy cię do szkoły. Co potem, zobaczymy. Kimballu, przypuszczam, że chciałbyś być żołnierzem?
— Gorah-log (białe pospólstwo)! Nie-e! Nie-e! — Kim gwałtownie potrząsnął głową. Karność i posłuch zgoła nie przemawiały mu do przekonania. — Nie chcę być żołnierzem!
— Będziesz tym, czym ci być każą — odezwał się Bennett — i powinieneś być wdzięczny, że chcemy ci dopomóc.
Kim uśmiechnął się z politowaniem. Jeżeli ci ludzie łudzą się, że on będzie robił coś, co mu się nie podoba — tym więc lepiej dla niego.
Zapanowała znów dłuższa cisza. Bennett wiercił się z niecierpliwości i radził zawezwać wartę, by na zbity łeb wyrzuciła fakira.
— Czy u sahibów uczą darmo, czy za zapłatą? Zapytaj ich — ozwał się lama, a Kim to przetłumaczył.
— Mówią, że nauczycielowi się płaci... ale pieniądze na to łożyć będzie pułk... Ale na cóż tyle zachodów? To tylko na jedną noc.
— A... czy im więcej się płaci, tym lepszą pobiera się naukę? — lama puścił mimo uszu plany Kima co do rychłej ucieczki. — Nic w tym złego, że się płaci za naukę; zawszeć to zasługa, jeżeli nieukowi dopomaga się w zdobywaniu wiedzy.
Różaniec zachrobotał gwałtownie niby liczydło. Po chwili lama znów spojrzał w oczy swym prześladowcom.
— Zapytaj ich, za jaką sumę pieniężną udzielają oni mądrej i przyzwoitej nauki? I w jakim mieście ona się odbywa?
— No — odrzekł ojciec Wiktor po angielsku, gdy Kim przełożył powyższe słowa — to zależy. Pułk płaciłby za ciebie przez cały czas twego pobytu w sierocińcu wojskowym; albo zostałbyś wpisany na listę pendżabskiego przytułku masońskiego (ani on, ani ty nie zrozumielibyście, co to znaczy); ale najlepsze wykształcenie chłopiec może otrzymać, rzecz oczywista, w zakładzie św. Ksawerego in partibus koło Lucknow.
Tłumaczenie tych słów zajęło sporo czasu, bo Bennett chciał już raz z tym skończyć.
— On chce wiedzieć, jaka będzie cena? — ozwał się Kim spokojnie.
— Dwieście do trzystu rupii rocznie.
Ojciec Wiktor nie okazywał po sobie najmniejszego zdziwienia. Bennett, zniecierpliwiony, nic z tego nie rozumiał.
— On mówi: „Napisz tę nazwę i ilość pieniędzy na skrawku papieru i oddaj mu to”. I mówi też, że musisz pod spodem napisać swoje nazwisko, ponieważ on ma zamiar za parę dni napisać list do ciebie. Powiada, że z ciebie dobry człowiek. Powiada też, że ten drugi, to cymbał. On się już zabiera stąd.
Lama powstał raptownie.
— Idę na poszukiwania! — krzyknął i wyszedł z namiotu.
— On się natknie na wartowników! — zawołał, zrywając się z miejsca, ojciec Wiktor, ledwie lama wysunął się z namiotu. — Ale nie mogę opuścić chłopaka.
Kim poruszył się żywo, by iść za nim, ale się pohamował. Na dworze nie było słychać żadnych nawoływań. Lama zniknął.
Kim usiadł spokojnie na wyrku kapelana. Bądź co bądź lama obiecał, że zostanie przy Radżputance z Kulu, a reszta była drobnostką. Podobało mu się, że obaj duchowni byli tak widocznie podnieceni. Rozmawiali długo półgłosem; ojciec Wiktor do czegoś bardzo namawiał Bennetta, który zdawał się nie ufać tym radom. Wszystko to było osobliwe i intrygujące, ale Kima zaczęła ogarniać senność, Potem zwołali jakichś ludzi do namiotu (jednym z nich był na pewno pułkownik, jak przepowiedział ojciec) — ci zaś zadawali chłopcu nieskończenie wiele pytań, zwłaszcza tyczących się kobiety, która się nim opiekowała; Kim na wszystko odpowiadał zgodnie z prawdą. Oni ponoć nie uważali tej kobiety za dobrą opiekunkę.
Koniec końców dla Kima była to najnowsza z jego przygód. Prędzej czy później, jeśli mu się spodoba, będzie mógł czmychnąć w szeroki świat — pomiędzy szary, nierozeznawalny gmin indyjski, kędyś daleko od namiotów, księży i pułkowników. Na razie, jeżeli można czymś wywołać wrażenie u sahibów, powinien był uczynić, co w jego mocy, by im zaimponować. Wszak i on był białym człowiekiem.
Po długiej wymianie zdań, której nie mógł zrozumieć, oddano go pod opiekę sierżantowi, któremu surowo polecono, by go nie spuszczał z oka. Pułk udawał się do Umballi, a Kima miano wysłać — częścią na koszt loży, a częścią za pieniądze ze składki — do miejscowości zwanej Sanawar.
— To ci cud nad wszelki podziw, panie pułkowniku! — rzekł ksiądz Wiktor, nagadawszy się o wszystkim przez dobre dziesięć minut. — Jego przyjaciel, buddysta, zwiał bez śladu, wziąwszy mój adres i nazwisko. Nie mogę się połapać, czy chce płacić za naukę chłopca, czy też własnym kosztem wyprawić jakieś sztuczki czarnoksięskie.
Potem zwrócił się do Kima:
— Dożyjesz jeszcze chwili, gdy będziesz dziękował swemu przyjacielowi, Bykowi Ryżemu. W Sanawar zrobimy z ciebie człowieka... choć co prawda kosztem tego, że może zostaniesz protestantem.
— Z pewnością... z całą pewnością! — potakiwał Bennett.
— Ależ wy nie pójdziecie do Sanawar! — rzekł Kim.
— Właśnie, że pójdziemy do Sanawar, mój malcze. Taki jest rozkaz głównodowodzącego, który jest osobą nieco ważniejszą od syna O’Hary.
— Nie pójdziecie do Sanawar. Pójdziecie na wojnę.
W całym, zatłoczonym namiocie zahuczał gromki śmiech.
— Gdybyś nieco lepiej znał swój własny pułk, Kimie, nie mieszałbyś pogotowia marszowego z pogotowiem bojowym. Ale spodziewamy się, że kiedyś pójdziemy na wojnę.
— Oo! Ja wiem wszystko!
Kim znów naciągnął łuk na chybił trafił. Jeżeli oni nie idą na wojnę, tedy w każdym razie nie wiedzieli tego, co on, o rozmowie na werandzie w Umballi.
— Wiem, że teraz nie jesteście na wojnie, ale powiadam wam, że skoro dojdziecie do Umballi, będziecie wysłani na wojnę... nową wojnę... Jest to wojna ośmiu tysięcy ludzi, nie licząc armat.
— O, jak dokładnie! Czy obok innych zdolności masz i dar prorokowania? Weźże go z sobą, sierżancie. Wydostań dla niego mundur od doboszów i uważaj, żeby ci się nie wymknął z rąk. I mówić tu, że wieki cudów już minęły! Ale pono90 czas mi już iść spać. Już biedna moja łepeta odczuwa zmęczenie.
W godzinę później kędyś na krańcu obozowiska siedział Kim, oniemiały jak dzikie zwierzątko, świeżo wymyty od stóp do głów i odziany w jakowyś straszny mundur ze sztywnego sukna, które drapało mu ręce i nogi.
— A to ci cudaczny ten młody kos! — gadał sierżant. — Włóczy się jako pachołek żółtogłowego capa-bramina, mając na szyi metryki wydane przez lożę jego ojcu, i bajdurzy, Bóg wie co, o jakimciś czerwonym byku. Ten cap-bramin ulatnia się bez opowiedzenia, a chłopak siada z założonymi nogami na łóżku kapelana, prorokując wszem wobec krwawą wojnę. Te Indyje, to diabelski kraj stworzony na zgubę bogobojnego człeka, Przywiążę mu zaraz nogę do kołka namiotu, na wypadek, gdyby chciał uciekać. Co tam mówiłeś o wojnie?
— Osiem tysięcy ludzi, nie licząc dział — odrzekł Kim. — Lada dzień się przekonacie.
— Pocieszny z ciebie hultaj. Połóż się pomiędzy doboszami i luli!... Ci dwaj chłopcy koło ciebie będą czuwać nad twym snem.