Rozdział XI

Gdyby człek taki, co się nie wykształci

W swym fachu, chciał ci

Rzucać sztylety — i znów je poławiać,

Chwytać monety — i sztuki wyrabiać,

Wyrządzać krzywdę mężom — i znów ich uzdrawiać,

Narzucać urok wężom — i znów je przywabiać,

Ten się skaleczy sam własnym żelazem,

Węże nie pójdą za jego rozkazem,

Niezgrabność swoją da poznać naocznie:

Ludzkie języki nie puszczą mu płazem!...

Kuglarz z krwi-kości inaczej se pocznie:

Garść piachu, owoc trafem spadły z drzewa,

Kwiatek uwiędły albo laska cudza

Służy w potrzebie, do czynu zagrzewa,

Wiąże czar albo do śmiechu pobudza!

Ale człek taki, co itd. Op. 15.

Nagle przyszło łatwe do zrozumienia opamiętanie. „Oto jestem sam... samiutki... — rozmyślał. — W całych Indiach nie ma człowieka tak osamotnionego, jak ja! Jeżeli dziś kitę odwalę, to kto zaniesie o tym wieść... i komu? Jeżeli będę żyw, a Pan Bóg łaskaw dla mnie, to na głowę moją nałożą cenę, bom ci jest synem czaru... ja, Kim”.

Zdarza się to bardzo niewielu ludziom białym, a za to wielu Azjatom, że zapadają w pewien stan oszołomienia przez ustawiczne powtarzanie własnego nazwiska, przy czym umysł ich zapuszcza się w dociekania co do tzw. tożsamości osobistej. Gdy człek się posunie w latach, siła ta zazwyczaj zanika, lecz dopóki jeszcze trwa, zdolna jest owładnąć człowiekiem o każdej chwili.

— Któż jest Kim... Kim... Kim?

Przycupnął w kącie gwarnej, echem dzwonnej poczekalni, oderwany od wszelkich innych myśli; założył ręce na brzuchu, a źrenice mu się zrobiły maleńkie ni to koniuszki szpilek. Czuł, że w jednej chwili... może w pół sekundy... doszedłby do rozwiązania tej straszliwej zagadki; lecz jak to bywa, tutaj właśnie jego myśl niby raniony ptak runęła z tych wyżyn... Przetarłszy oczy, potrząsnął głową.

Długowłosy bairagi (pokutnik) hinduski, który przed chwilą kupił bilet, stanął w tej chwili przed Kimem i jął się weń wpatrywać uważnie.

— Jam także ją utracił — ozwał się posępnie. — Jest to jedna z bram ku drodze zbawienia, lecz była mi ona zamknięta przez wiele lat.

— O czymże mowa? — rzekł Kim stropiony.

— Oto w duchu zastanawiałeś się, czym jest twa dusza. Napadło cię to nagle. Ja się na tym znam. Któż by się znał, jak nie ja? Gdzież to dążysz?

— Do Kashi (Benares).

— Tam nie ma bogów. Zbadałem ich naturę. Ja wybieram się po raz piąty do Prayag (Allahabad)... szukając drogi oświecenia. Jakiejże ty jesteś wiary?

— Jestem również poszukiwaczem — rzekł Kim, używając jednego z ulubionych wyrażeń lamy. — Chociaż... — (zapomniał na chwilę o swym północnym stroju) — chociaż jedynie Allach wie, czego szukam.

Stary bairagi wysunął spod pachy dziadowskie szczudło i usiadł na skrawku rudawej skóry lamparciej. Kim powstał, bo oznajmiono nadejście pociągu idącego w stronę Benares.

— Idź z ufnością, braciszku — ozwał się świątobliwiec. — Długać to droga do stóp Jedynego, ale tam wędrujemy wszyscy.

Po tych słowach Kim nie odczuwał już takiej pustki, a zanim ujechał dwadzieścia mil, już swych sąsiadów w natłoczonym przedziale ubawił całą serią najprzedziwniejszych bajań o zdolnościach czarnoksięskich swoich i swego mistrza.

Benares wydało mu się miastem niezwykle brudnym, choć miło mu było się przekonać, jak tu szanowano jego odzienie. Przynajmniej trzecia część ludności tutejszej modli się do tej lub owej gromadki spośród kilkumilionowej rzeszy bożków, przeto czczą tu wszelkich ludzi świętych. Do świątyni Tirthankerów leżącej prawie o milę za miastem, koło Samath, zaprowadził Kima spotkany przypadkowo dzierżawca pendżabski, Kamboh spod Dżullundur, który od dawna nadaremnie modlił się kolejno do wszystkich bogów ojczystych, by wyleczyli mu nieletniego synka, aż wreszcie, próbując ostatniej deski ratunku, udał się do Benares.

— Czy pochodzisz z północy? — zagadnął wieśniak, przebijając się przez ciżbę ludzi na manowcach wąskich, cuchnących uliczek i prąc w nich całą siłą swego ciała, niby jego ulubiony byk w rodzinnej zagrodzie.

— A jakże! Znam Pendżab. Matka moja była Pahareen (góralka), ale ojciec pochodził z Amritzar koło Dżandiali — odrzekł Kim, naoliwiając sobie już zawczasu sprawny język do wędrówki.

— Dżandiala... Dżullundur? Oho! Więc jesteśmy poniekąd sąsiadami. — pokiwał tkliwie głową nad kwilącym dzieckiem na ręku. — Komuż to służysz?

— Wielce świątobliwemu człowiekowi w świątyni Tirthankerów.

— Wszyscyć oni są wielce świątobliwi i... wielce łakomi — ozwał się Dżat z goryczą. — Obszedłem wszystkie słupy i wydeptałem wszystkie świątynie, aż sobie poodparzałem stopy... a dziecko nie wydobrzało ani troszeczkę. A matka też choruje... Cichoj, cichojże, maluśki... Zmieniliśmy mu imię, gdy go napadła febra. Ubieraliśmy go w szatki dziewczęce. Niczegośmy nie omieszkali, chyba... mówiłem to jego matce, gdy mnie wyprawiała do Benares... chyba i ona powinna była jechać ze mną... mówiłem, że Sakhi Sarwar Sułtan najwięcej nam pomoże. Znamy jego łaskawość, natomiast te dolskie bóstwa są nam obce.

Dziecko trzymane w objęciu jego olbrzymich, splecionych ramion obróciło się i spojrzało spod ociężałych powiek na Kima.

— I wszystko to było bezskuteczne? — zapytał Kim z uprzejmym zainteresowaniem.

— Wszystko bezskuteczne... wszystko bezskuteczne! — odrzekło dziecko wargami spękanymi od gorączki.

— Przynajmniej bogowie dali mu roztropność — rzekł ojciec z dumą. — Pomyśleć sobie, że on słuchał nas tak rozsądnie! Tam oto jest twoja świątynia. Otóż jestem człowiekiem ubogim... wielu kapłanów brało mnie w obroty... ale syn jest zawsze synem, więc jeżeli ofiara złożona twemu mistrzowi może uleczyć mi dziecię... Już doprawdy sam nie wiem, co począć...

Kim zamyślił się na chwilę, oszołomiony dumą. Trzy lata temu wyzyskałby natychmiast taką sytuację, a potem poszedłby w swoją drogę, nie zaprzątając sobie już niczym głowy; ale teraz sama cześć, jaką okazywał mu Dżat, świadczyła, że brano go już za mężczyznę. Zresztą sam już kilkakrotnie miewał febrę, więc na pierwszy rzut oka poznał wielkie wycieńczenie z głodu.

— Przywołaj go tu, a ja mu dam kwit na najlepszy mój zaprząg, byle wyleczył mi dziecko.

Kim zatrzymał się przed rzeźbionymi wrotami świątyni. Biało ubrany bankier oswalski z Adżmiru, który dopiero co zmył z siebie grzechy lichwiarstwa, zapytał go, czego tu szuka.

— Jestem chelą lamy Teshoo, świątka z Bhotiyal... który tu mieszka. Kazał mi tu przybyć. Powiedz mu, że czekam.

— Nie zapominaj o dziecku! — jęczał mu poprzez ramię natrętny Dżat, a potem jął się wydzierać po pendżabsku: — O święty... o uczniu świętego... o bóstwo nad wszystkimi światami... spójrzcie na boleść siedzącą u wrót!

Ten krzyk słyszy się tak często w Benares, że przechodnie nawet nie odwracali głów. Oswal, pojednany z bliźnimi, poniósł zlecenie kędyś w mrok przed siebie. Płynęły chwile za chwilami, gnuśnie, bez liczby, bez końca, jak to bywa na Wschodzie; albowiem lama spał, a nikt z kapłanów nie ważył się go budzić. Gdy pobrzęk jego różańca przerwał znów ciszę wnętrznego158 dziedzińca, gdzie stoją spokojne wizerunki Arhatów, jeden z nowicjuszów szepnął:

— Twój chela przybył.

Starzec wypadł co rychlej na dwór, nie dokończywszy nawet pacierza. Zaledwie jego wyniosła postać ukazała się w sieni, na spotkanie wybiegł Dżat i wznosząc dziecko zawołał:

— Spójrz na niego, mężu święty; a jeśli bogi tego chcą, on będzie żył... będzie żył!

Pogmerał w kalecie i wyciągnął drobny srebrny pieniążek.

— Cóż to takiego? — zapytał lama, patrząc na Kima; rzecz godna uwagi, że mówił językiem Urdu o wiele czyściej niż ongi159, pod Zam-Zammah. Ale ojciec nie zezwolił na prywatne pogawędki.

— Nic innego, tylko febra — rzekł Kim. — Dziecko jest źle odżywiane.

— Ono zapada w chorobę z byle powodu, a nie ma tu jego matki.

— Jeżeli pozwolisz, mogę go uleczyć, o święty.

— Co? Zrobili cię lekarzem? Zaczekaj no! — rzekł lama, siadając obok Dżata na najniższym stopniu świątyni; tymczasem Kim, rozglądając się ukradkiem, otworzył nieznacznie puzdereczko betelu. W szkole roił sobie, że powróci do lamy jako sahib... że będzie się droczył ze staruszkiem, zanim da mu się poznać... ot takie fanaberie dziecinne! Ale więcej intrygi było w tym namarszczeniu brwi i tym niesamowitym przerzucaniu słoiczków z lekarstwami, którą to czynność od czasu do czasu przerywały chwile zadumy lub mamrotania zaklęć. Miał tam Kim chininę w tabletkach i ciemnobrunatne kostki bulionu — zapewne wołowego, ale jego to nie obchodziło. Maleństwo nie chciało jeść, ale chciwie jęło wysysać jedną z tabliczek mówiąc, że mu to przypomina smak soli.

— Weź więc sześć takich — rzekł Kim, wręczając je dzierżawcy. — Wysławiaj bogów i ugotuj w mleku trzy takie pastylki, a trzy w wodzie. Gdy wypije mleko, daj mu to — (było to pół dawki chininy) — i owiń go ciepło. Gdy się obudzi, daj mu trzy drugie rozpuszczone w wodzie i drugą połówkę tej białej pigułki. A tymczasem masz tu jeszcze inne brązowe lekarstwo, niech je sobie liże, wracając do domu.

— Bogowie! Co za mądrość! — rzekł Kamboh, chwytając to wszystko.

Było to wszystko, co Kim zdołał sobie przypomnieć z własnej kuracji podczas ataku jesiennej malarii... jeżeli pominąć całą tę paplaninę, dodaną na przyczynek, celem oczarowania lamy.

— A teraz odejdź! Przyjdź znowu jutro rano.

— Ależ zapłata... zapłata... — ozwał się Dżat, odwracając rozrosłe bary. — Dyć160 mój syn, to mój syn. Teraz, gdy on wyzdrowieje, jakoż wrócę do jego matki i powiem, że po drodze doznałem wspomożenia, a w zamian nie dałem memu dobroczyńcy nawet misy zsiadłego mleka?

— Wszyscy ci Dżatowie są jednacy! — rzekł Kim z pobłażliwą wyrozumiałością. — Stał raz Dżat na swym śmietniku, a obok przejeżdżały słonie królewskie. „Hej, poganiaczu! — zawołał — za ile mi sprzedasz te osły?”.

Dżat wybuchnął hucznym śmiechem, który jednak stłumił niebawem, i jął tłumaczyć się przed lamą.

— Tak to istotnie mawiają w moich stronach rodzinnych... ot takie prześmiewki. Tacyśmy to wszyscy, Dżatowie. Jutro przyjdę z dzieckiem, a błogosławieństwo bóstw domowych... które są dobrymi bożętami... niech spłynie na nas obu... No, chłopysiu, nabierzemy znów zdróweczka i krzepy! Nie wypluwaj tego, moje książątko! Królu mego serca, nie wypluwaj tego, a do rana wyrośniemy na silnych ludzi, zapaśników, władców buławy.

Oddalił się, bełkocząc coś i nucąc sobie pod nosem. Lama zwrócił się do Kima, a ze zwężonych jego oczu wyjrzała cała dusza, stara i miłująca.

— Uzdrowienie chorego jest zdobywaniem zasługi, lecz wprzód należy pozyskać wiedzę. Mądrześ postąpił, Przyjacielu całego świata.

— Stałem się mądry dzięki tobie, o święty — rzekł Kim. Zapomniał o odegranej przed chwilą komedii, zapomniał o szkole św. Ksawerego, zapomniał o swej białej krwi; zapomniał nawet o Wielkiej Grze i schylił się na sposób mahometański, by uścisnąć stopy swego mistrza, obsypane pyłem świątyni Dżeinów. — Tobie zawdzięczam swą naukę. Przez trzy lata jadłem twój chleb. Czas mój się dopełnił. Wypuszczono mnie ze szkół. Przybywam do ciebie.

— W tym dla mnie nagroda. Wejdźże, wejdź! I dobrze ci się powodzi? — Weszli na dziedziniec w głębi, gdzie wdzierał się złocisty blask słońca staczającego się ku zachodowi. — Stań no, niechże ci się przypatrzę! No, no! — Przyjrzał mu się badawczym okiem. — To już nie dziecko, lecz mężczyzna, dojrzały w mądrości, biegły w sztuce lekarskiej. Dobrzem uczynił... dobrzem uczynił w ową noc czarną, kiedy cię oddałem ludziom zbrojnym. Czy pamiętasz pierwsze nasze spotkanie pod Zam-Zammach?

— A ino161! — rzekł Kim. — Czy pamiętasz, jak wyskoczyłem z powozu, pierwszego dnia, gdym przybył do...

— Do wrót wiedzy? No chyba! A ten dzień, kiedyśmy razem jedli placki nad rzeką koło Nucklao? Oho! Wiele razy chodziłeś dla mnie po prośbie, ale w ów dzień ja żebrałem dla ciebie.

— Nie bez kozery! — podchwycił Kim. — Byłem wówczas uczniem w podwojach nauki i ubrany za sahiba. Nie zapominaj, o święty — mówił dalej żartobliwie — że jestem jeszcze sahibem... z twojej łaski...

— Prawda! I to jeszcze sahibem bardzo poważanym; chodź no, chelo, do mojej celi.

— Skądże ty wiesz o tym?

Lama uśmiechnął się.

— Najpierw z listów dobrotliwego księdza, któregośmy spotkali w obozie zbrojnych ludzi; ale ów odjechał do swej ojczyzny, a ja posyłałem pieniądze jego bratu...

(Pułkownik Creighton, na którego ojciec Wiktor, odjeżdżając z Maverickami do kraju, przelał swe pełnomocnictwa, nie był wcale bratem kapelana).

— ...ale listy sahibów nie są mi nazbyt zrozumiałe; trzeba mi je tłumaczyć. Wybieram drogę pewniejszą. Wielekroć, gdym ze swych poszukiwań powracał do świątyni, która zawsze mi była gniazdem, przybywał tu człek szukający oświecenia... rodem z Leli... mówił o sobie, że był przody wyznawcą religii hinduskiej, ale sprzykrzyły mu się te oto wszystkie bóstwa.

Lama wskazał ręką Arhaty.

— Człek dobrej tuszy? — zapytał Kim, a oczy mu się zaiskrzyły.

— O, bardzo otyły!... Ale wkrótce zmiarkowałem, że umysł jego był zaprzątnięty bezużytecznymi fraszkami... dowiadywał się o diabły, gusła, o sposoby i obrzędy picia herbaty w naszych klasztorach oraz o procedurę przyjmowania nowicjuszów. Człek niewyczerpany w pytaniach; ale on był twoim przyjacielem, chelo. Opowiadał mi, że miałeś pozyskać wielkie zaszczyty jako pisarz. Ja zaś widzę, że jesteś lekarzem.

— Tak, jestem... pisarzem, dopóki jestem sahibem, ale z tym wszystkim teraz kwita, skoro występuję jako twój uczeń. Jużem przebył lata przepisane dla sahibów.

— Więc jakby nowicjat? — zapytał lama, kiwając głową. — Czy cię już zwolniono ze szkół? Nie chciałbym mieć w tobie niedouka.

— Jestem już wolny jak ptak. Gdy nadejdzie czas po temu, obejmę posadę rządową jako pisarz...

— Nie jako wojownik. To dobrze.

— Lecz wpierw powałęsam się... z tobą. Dlategom tu przybył. Kto teraz żebrze dla ciebie? — przebiegł prędko na inny temat, niby czując kruchość lodu pod stopami.

— Bardzo często sam żebrzę; lecz, jak ci wiadomo, jestem tu rzadkim gościem, co najwyżej przybywałem tu, by zobaczyć się znów z mym uczniem. Z jednego krańca Indii na drugi podróżowałem pieszo i te-rainem. Jakaż to wielka i czarowna kraina! Lecz gdy tu wstąpię, to mi się zdaje, żem jest we własnym Bhotiyalu.

Rozejrzał się z zadowoleniem po schludnej celce. Za siedzisko miał niską sofę, na której usadowił się, podwinąwszy nogi pod siebie na wzór Bodhisata budzącego się z zadumy; przed nim stał czarny stół z drzewa tekkowego, wysoki nieledwie na dwadzieścia cali, a zastawiony miedzianymi filiżankami. W kącie widniał maluchny ołtarzyk, również z niezdarnie dłutowanej tekki, na którym wznosił się miedziany, lecz złocony posąg siedzącego Buddy, przed tym zaś stała lampa, kadzielnica i kilka miedzianych doniczek z kwiatami.

— Strażnik wizerunków w Domu Cudów pozyskał zasługę w roku ubiegłym, ofiarując mi to wszystko — wyjaśnił lama, idąc za spojrzeniem Kima. — Gdy się jest daleko od kraju rodzinnego, takie przedmioty budzą wspomnienia; a winniśmy czcić Pana, że wskazał drogę. Patrz no! — i wskazał na dziwacznie usypany kopiec farbowanego ryżu, uwieńczony fantastycznym wywijasem metalowym. — Gdy byłem przeorem w swoich stronach... zanim nie doszedłem do lepszego zrozumienia rzeczy... składałem co dzień taką ofiarę. Jest to ofiarowanie wszechświata Panu. Tak to my w Bhotiyalu ofiarujemy codziennie cały świat Najwyższemu Prawu. A czynię to nawet obecnie, choć wiem, że Najdoskonalszy jest niedosiężny, zarówno niedolą, jak i pochlebstwem.

Zażył tabaki z tykwy.

— Pięknie to zrobiłeś, o święty — mruczał Kim, bardzo szczęśliwy, choć nieco znużony, opadając z lubością na poduszki.

— A oprócz tego — terkotał staruszek — rysuję sobie wyobrażenie Koła żywota. Obraz bywa gotów w ciągu trzech dni. Byłem nim właśnie zajęty... a może tylko na chwilę zamknąłem oczy... gdy mi przyniesiono wieść o twym przybyciu. Dobrze, że cię tu mam; pokażę ci moje malowidła... nie dla przechwałki, ale żebyś się z nich uczył. Sahibowie nie posiedli jeszcze całej mądrości świata.

Wydobył spod stołu arkusz dziwnie woniejącego żółtego papieru chińskiego, pędzelki i tafelkę tuszu indyjskiego. W przedziwnie czystych, surowych zarysach nakreślił wielkie koło o sześciu szprychach, którego piasta mieściła złączoną postać wieprza, węża i gołębia (ciemnota, gniew i pożądliwość), a w przegrodach były uwydatnione wszystkie kręgi piekła i nieba oraz wszelkie koleje życia ludzkiego. Powiadają, że sam Bodhisat pierwszy wyrysował je ziarnkami ryżu na piasku, by przedstawić swym uczniom podstawę wszechrzeczy. W ciągu wielu wieków skrystalizowało się w przecudaczny symbol, zatłoczony setkami figurek, których każda kreska ma odrębne znaczenie. Niewielu ludzi potrafi wytłumaczyć alegorię malowidła; w całym świecie nie ma i dwudziestu takich, którzy umieją rysować to wszystko pewną ręką, nie mając wzoru przed oczyma; a takich, którzy by potrafili i wyrysować, i wyjaśnić, jest zaledwie trzech.

— Uczyłem się nieco rysunków — rzekł Kim. — Lecz to jest cud nad cudy.

— Rysowałem takie rzeczy całymi latami — rzekł lama. — Był czas, że potrafiłem to narysować pomiędzy jednym a drugim zapaleniem lampy. Nauczę cię tej sztuki... po należytym przygotowaniu... i ukażę ci znaczenie koła.

— A więc wyruszamy w drogę?

— W drogę i na poszukiwania. Czekałem tylko na ciebie. W stu widzeniach sennych... zwłaszcza w jednym, w noc następną po owym dniu, kiedy za tobą zamknęły się po raz pierwszy podwoje wiedzy... miałem objawienie, że bez ciebie nigdy nie znajdę rzeki. Raz po raz, jak ci wiadomo, odrzucałem od siebie tę myśl, bojąc się złudzenia. Dlatego to nie chciałem wziąć cię z sobą owego dnia, gdyśmy razem jedli placki w Lucknow. Nie chciałem cię brać, póki nie nadejdzie pora odpowiednia i pomyślna. Chodziłem od gór do morza, od morza do gór, lecz nadaremnie. Wtedy wspomniałem sobie Dżatakę.

Opowiedział Kimowi przypowieść o słoniu w kajdanach, tak jak ją często opowiadał kapłanom dżeińskim.

— Nie potrzeba dalszych dowodzeń — zakończył ufnie. — Byłeś mi zesłany do pomocy. Gdy mi odjęto tę pomoc, poszukiwania moje spełzły na niczym. Przeto wyruszymy znów razem, a na pewno wyprawa nie będzie bezowocna.

— Dokądże się udamy?

— Na cóż o tym myśleć, Przyjacielu całego świata? Mówię ci, poszukiwania nasze nie będą bezowocne. Gdy czas nadejdzie, rzeka wytryśnie z ziemi przed nami. Zdobyłem sobie zasługę, gdym cię posłał w podwoje wiedzy, i dałem ci ten klejnot, jakim jest mądrość. Dopiero co widziałem, że powróciłeś jako naśladowca lekarza Sakyamuniego162, tego, który posiada wiele ołtarzy w Bhotiyal. To wystarcza. Jesteśmy razem i wszystko jest, jak było... Przyjacielu całego świata... Przyjacielu gwiazd... mój chelo!

Potem jęli gawędzić o sprawach świeckich; jednakowoż, rzecz osobliwa, lama ani razu nie zapytał o szczegóły życia w zakładzie św. Ksawerego ani nie zaciekawił się, nawet w najmniejszym stopniu, zwyczajami i obyczajami sahibów. Dusza jego cała nurzała się jeno w przeszłości, a pamięć wskrzeszała każdy krok ich pierwszej wspólnej podróży, tak pełnej cudów i dziwów; staruszek zacierał ręce i chichotał, aż wreszcie z lubością zapadł w nagły sen, właściwy jego wiekowi.

Kim, przyglądając się ostatnim promieniom słońca, co rozedrgane pyłem schodziły z podwórza, bawił się różańcem i sztyletem do odpędzania upiorów. Wrzawa Benaresu, najstarszego z miast ziemskich, co dniem i nocą czuwa przed obliczem bogów, uderzała zewsząd o mury, niby huk zwałów morskich wokoło kamiennego mola. Od czasu do czasu jakiś kapłan dżeiński, niosąc bożkom drobną ofiarę, szedł przez podwórze i zamiatał drogę dokoła siebie, by przypadkiem nie odebrać życia jakiej istocie żyjącej. Zamigotała lampa i ozwał się pogłos pacierzy. Kim patrzył i patrzył, jak gwiazdy jedna po drugiej jawiły się w cichej kleistej pomroczy — aż w końcu usnął u podnóża ołtarza. Tej nocy śniło mu się wszystko już po hindostańsku, bez przymieszki choćby jednego angielskiego słowa...

— O święty, a jakże będzie z tym dzieckiem, któremu daliśmy lekarstwo? — ozwał się Kim około godziny trzeciej z rana, gdy lama, obudziwszy się też ze snu, chciał natychmiast wyruszyć w pielgrzymkę. — Dżat będzie tu o świcie.

— Dobrześ mi odpowiedział. W pośpiechu omal nie dopuściłem się przewiny. — Usiadł na poduszkach i powrócił do różańca. — Juści, ludzie starzy są jak dzieci! — rzekł z przejęciem. — Zachciewa im się szybki z okna... ciewy163, już trzeba im to dać zaraz, bo będą się ciskać ze złości i beczeć! Niejednokrotnie, gdym odbywał podróż, miałem ochotę tupać nogami, gdy mi drogę zagrodziła maża164 zaprzężona w woły lub tylko tuman kurzu. Nie tak to bywało niegdyś... gdym był w pełni sił męskich. Bądź co bądź, to rzecz zdrożna.

— Ależ tyś naprawdę stary, o święty!

— Stało się. Świat podlega odwiecznej Przyczynie i któż, stary czy młody, chory czy zdrowy, świadomy czy niewiedzący, może wpłynąć na działanie tej Przyczyny? Czy zatrzyma się koło, jeżeli kręci nim dziecko... lub człek pijany? Chelo, ten świat jest wielki i straszny!

— Mnie wydaje się on dobry! — ziewnął Kim. — Czy masz co do jedzenia? Akurat od wczoraj nic nie miałem w ustach.

— Zapomniałem o twoich potrzebach. Tam oto jest dobra herbata bhotiyalska i zimny ryż.

— Niedaleko zajdziemy o takiej strawie!

Kim czuł iście europejski apetyt na mięso, którego tknąć nie wolno w świątyni dżeińskiej. Jednakowoż zamiast puścić się od razu z miską po prośbie, nabił sobie żołądek porcją zimnego ryżu. Z białym dniem nadciągnął dzierżawca, bardzo ożywiony, bełkocząc z radości.

— W nocy gorączka spadła i wystąpiły poty — krzyczał. — Pomacajcie... jaką ma skórę gładką i świeżą! Bardzo mu smakowały słone tabletki i chciwie pił mleko.

Ściągnął zasłonę z twarzy dziecka, a ono uśmiechnęło się sennie do Kima. U wrót świątyni zebrała się gromadka kapłanów dżeińskich i milcząc, nie mniej bacznie przyglądała się wszystkiemu. Wiedzieli (a Kim wiedział, że wiedzieli), jak to stary lama powitał swego ucznia. Jako ludzie uprzejmi, nie narzucali się w ciągu nocy swą obecnością, słowami lub wyrazem twarzy; Kim odwdzięczył się im za to o wschodzie słońca.

— Podziękuj, bracie, bogom dżeińskim — przemówił, nie wiedząc, jak się nazywały te bożki. — Gorączka istotnie przeminęła.

— Spójrzcie no! Patrzcie! — mówił rozpromieniony lama, stojąc pośród tych, co gościli go przez trzy lata. — Czy był kiedy taki chela? On idzie w ślady naszego Pana-uzdrowiciela.

Otóż Dżeinowie oficjalnie uznają wszystkie bóstwa wiary hinduskiej, jako też Lingam i Węża. Ubierają się krojem bramińskim i skłonni są do wszelkich uroszczeń kastowego prawa hinduskiego. Ponieważ lamę znali i miłowali, ponieważ był człekiem sędziwym, ponieważ szukał drogi, ponieważ był ich gościem i ponieważ całymi nocami gawędził poufale z arcykapłanem (był to najwolnomyślniejszy z metafizyków, jacy kiedykolwiek bawili się w przesubtelnione dociekania), więc rozległ się szmer zgody.

— Pamiętaj — mówił Kim, schylając się nad dziecięciem — że to nieszczęście może jeszcze powrócić.

— Nie wróci, jeżeli wypowiesz odpowiednie zaklęcie — rzekł ojciec.

— Ale niebawem odejdziemy stąd precz.

— Istotnie — rzekł lama do wszystkich Dżeinów. — Idziemy teraz razem na poszukiwania, o których wam często opowiadałem. Czekałem, aż mój chela dorośnie. Przypatrzcie mu się! Idziemy na północ. Nigdy już nie obaczę tego miejsca mego odpoczynku, o ludzie dobrej woli.

— Ależ ja nie jestem żebrakiem — mówił wieśniak, podnosząc się na nogi i trzymając dziecko w objęciach.

— Ucisz się! Nie naprzykrzaj się świętemu — krzyknął jeden z kapłanów.

— Odejdź — szepnął Kim. — Czekaj nas pod wielkim mostem kolejowym, a na wszystkie bogi naszego Pendżabu, przynieś nam dużo jadła... karri165, włoszczyzny, ciastek smażonych na tłuszczu i słodyczy. Przede wszystkim słodyczy. No, chybaj166!

Bardzo do twarzy było Kimowi z tą bladością głodową, gdy stał, wysoki a szczupły, odziany w przydługie suknie posępnej barwy, trzymając jedną rękę na różańcu, a drugą jakby do błogosławieństwa... co było żywcem przejęte od lamy. Anglik, widząc go, powiedziałby, że przypomina młodego świętego z witrażu... gdy tymczasem był to jeno podrastający młodzian osłabiony czczością żołądka.

Długie i ceremonialne było pożegnanie; trzy razy już się kończyło i trzykrotnie zaczynało na nowo. Ów „poszukiwacz”, który zaprosił był lamę z dalekiego Tybetu do tego schroniska — srebrnolicy, łysy asceta — nie uczestniczył w tej ceremonii, ale jak zawsze dumał samotnie wśród wizerunków. Inni okazali się nadzwyczaj uprzejmi, wciskając staruszkowi drobne upominki — pudełko z betelem, piękny nowy piórnik żelazny, tajstrę z żywnością itp. — przestrzegając go przed niebezpieczeństwami świata i wróżąc pomyślny kres poszukiwaniom. Tymczasem Kim, bardziej opuszczony niż zazwyczaj, siedział w kucki na schodach i klął sam do siebie językiem zakładu św. Ksawerego.

— No, przecież to ino167 moja wina! — zawnioskował. — U Mahbuba jadałem chleb Mahbuba lub sahiba Lurgana. W zakładzie św. Ksawerego dziennie trzy razy żreć dawali. Tutaj trzeba samemu porządnie dbać o siebie; zresztą jeszczem się dobrze nie zaprawił. O, jakżebym teraz sfrygał talerz wołowiny!... Czy to już koniec, o święty?

Lama podniósłszy obie dłonie, wygłaszał półśpiewem końcowe błogosławieństwo okraszane chińszczyzną.

— Muszę się oprzeć na twym ramieniu — rzekł, gdy zawarły się wrzeciądze świątyni. — Zdaje się, żeśmy nieco zesłabli.

Nie łacno to dźwigać na sobie całymi milami wśród rojnych ulic ciężar człowieka wysokiego na sześć stóp; przeto Kim, objuczony tobołkami i paczkami podróżnymi, odetchnął z radością, gdy dowlekli się w cień mostu kolejowego.

— Tu będziemy jedli — rzekł rezolutnie, gdy ukazał się Kamboh, błękitno ubrany i uśmiechnięty, trzymając w jednej ręce kosz, a w drugiej dziecko.

— Pódźcież ino168, o święci ludkowie! — wołał już z odległości pięćdziesięciu jardów; siedzieli bowiem przy wydmie pod pierwszym przęsłem mostu, z dala od spojrzeń wygłodniałych kapłanów. — Jest tu ryż i dobry bigos, ciastka świeżuteńkie i zaprawione tęgo woniejącym hing169, zsiadłe mleko i cukier. Królu mych włości — (tu zwrócił się do synka) — pokażmy tym ludziom świętym, że my, Dżatowie z Dżullundur, umiemy odpłacić się za przysługę... Słyszałem, że Dżeinowie nie wezmą do ust żadnej strawy, której nie ugotują własnoręcznie, lecz, po prawdzie — to mówiąc, spozierał jako człek grzeczny hen, na szeroką rzekę — gdzie nikt nie widzi, tam furda wszelkie kasty!

— My zaś — rzekł Kim, odwracając się plecami i nakładając lamie kopiasto blaszany talerzyk — jesteśmy ponad wszelkimi kastami.

Jęli w milczeniu opychać się dobrym jadłem. Dopiero oblizawszy resztkę lepkiej słodyczy z małego palca, Kim zauważył, że Kamboh był również objuczony do drogi.

— Jeżeli nasze drogi idą razem — prosto z mostu oświadczył Dżat — pójdę z wami. Nieczęsto spotyka się cudotwórcę, a dziecię moje jest jeszcze słabe. Ale ze mnie nie fujara! — Tu podniósł w górę lathi, czyli pięciostopową palicę bambusową, okutą kółkami z gładkiego żelaza, i śmignął nią w powietrzu. — Nazywają Dżatów haraburdami, ale to nazwa niezgodna z prawdą. Chyba że nam kto wejdzie w drogę... to stajemy się podobni do naszych buhajków!

— I owszem — rzekł Kim. — Tęgi kij tęgim jest argumentem.

Lama poglądał spokojnie w stronę przeciwną prądowi, kędy170 w długiej, zatartej perspektywie snuły się nieustannie smugi dymu z ognisk krematoriów na przystaniach nadrzecznych. Od czasu do czasu, wbrew wszelkim zarządzeniom władz miejskich, na pełnym nurcie kołysały się, wartko płynąc, szczątki na pół zwęglonego trupa.

— Gdyby nie ty — ozwał się Kamboh, przytulając dziecko do włochatej piersi — i ja może bym dzisiaj tam popłynął... wraz z tym maleństwem.. Kapłani powiadają, że Benares jest miejscem świętym, nikt w to nie wątpi, i że należy pragnąć, by tu człeka śmierć zaskoczyła. Lecz ja nie znam ich bogów, zaś oni sami domagają się pieniędzy; a gdy ktoś złoży im ofiarę, golone łby utyskują, że ofiara będzie bezskuteczna, jeżeli się im nie da drugiej. Kąp się tu! Kąp się tam! Syp ofiary, pij, skrapiaj się i rozrzucaj kwiaty... zawsze zapłacić musisz kapłanom. Nie! Nie masz to jak w Pendżabie, a w nim zasię najlepsza jest ziemia dżulundarska!

— Mówiłem wielekroć... w świątyni, jak mi się zdaje... że w razie potrzeby rzeka wytryśnie spod naszych stóp. Pójdziemy przeto na północ! — rzekł lama, powstając. — Przypominam sobie uroczą miejscowość, obsadzoną wokoło drzewami owocowymi, gdzie można przechadzać się i rozmyślać... i powietrze tam jest chłodniejsze. Chłód ten ciągnie od gór i śniegów górskich.

— Jak się zowie ta miejscowość? — rzekł Kim.

— Skądże mogę to wiedzieć? Czy ty nie... Nie, prawda, to było zaraz potem, jak ciebie zabrało to wojsko, co wyrosło spod ziemi. Przepędzałem tam czas na rozmyślaniach w izbie naprzeciw gołębnika... o ile mi nie przeszkadzała ta wieczna gadulska...

— Aha! Kobieta z Kulu. Było to koło Saharunpore — zaśmiał się Kim.

— Jakie zamiary ma twój mistrz? Czy idzie piechotą, pokutując za dawne grzechy? — zapytał Dżat ostrożnie. — Dyć171 to kawał drogi do Delhi.

— Nie! — odparł Kim. — Wyżebrzę tikkut na te-rain.

W Indiach nie bywa w zwyczaju przyznawać się do posiadania pieniędzy.

— Więc w imię bogów, pojedźmyż wozem ognistym. Mój syn najlepiej się poczuje w objęciach matki. Rząd obłożył nas wielu podatkami, ale dał nam jedną rzecz dobrą: te-rain, który łączy przyjaciół i jednoczy ludzi zaniepokojonych. Cudowny wynalazek ten te-rain.

W parę godzin później wpakowali się do pociągu i przespali całą skwarną porę dnia. Kamboh zasypywał Kima tysiącznymi zapytaniami dotyczącymi życia i działalności lamy i otrzymał parę przedziwnych odpowiedzi. Kim czuł radość, że się tu znajduje, że przygląda się krajobrazowi równiny północno-zachodniej i może gwarzyć ze zmieniającą się wciąż gawiedzią towarzyszów podróży. Jeszcze po dziś dzień kupno biletów i ich kasowanie stanowi ciężką mordęgę dla wieśniaków indyjskich. Nie mogą pojąć, czemu to tak bywa, że oni zapłacili za czarodziejskie skrawki papieru, a jacyś tam cudzoziemcy mają odcinać znaczną część tego czaru. Wskutek tego pomiędzy podróżnymi a euroazjatyckimi kontrolerami powstają długie i zajadłe swary. Kim uczestniczył w nich kilkakrotnie, służąc rozsądną radą, to jest dbając o to, by zawikłać jeszcze więcej całą sprawę, a następnie popisać się swą mądrością wobec lamy i zdumionego Kamboha. Atoli koło Somny losy zesłały mu coś, co mu dało wiele do myślenia. Gdy już pociąg ruszył, do przedziału wtłoczył się niepozorny, chudy człowieczek — jakiś Mahratta172, ile Kim miarkował z kokardy obcisłego turbanu. Na twarzy widać było szramę, muślinowe ubranie zwierzchnie było szpetnie podarte, a jedną nogę miał obandażowaną. Opowiedział towarzyszom jazdy, że przewrócił się z wasągiem173 i o mało się nie zabił. Celem jego podróży było Delhi, gdzie mieszkał jego syn.

Kim bacznie przyglądał się przybyszowi. Gdyby ów istotnie, jak opowiadał, toczył się był po ziemi, na jego skórze byłoby znać odciski żwiru. Tymczasem wszystkie jego okaleczenia wydawały się wprost ranami ciętymi, a sam tylko upadek z wasąga nie wprawiłby nikogo w tak niebywałe przerażenie. Gdy drżącymi palcami zawiązywał poszarpany chałat pod szyją, odsłonił amulet z rodzaju tych, które zowią podnosicielami serc. Otóż amulety takie są wprawdzie czymś pospolitym, ale zazwyczaj nie bywają nawleczone na tęgo skręcony drut miedziany, a jeszcze mniej amuletów miewa czarną emalię na srebrze. Prócz Kamboha i lamy nie było ponadto żywej duszy w przedziale, który, jako starego typu, miał na szczęście obie ściany przez całą szerokość wagonu. Kim udał, że się skrobie w pierś, i przy sposobności podniósł własny amulet. Na ten widok Mahratta poprawił swój amulet na piersi, a twarz mu się zmieniła do niepoznaki.

— Tak — mówił dalej do Kamboha — jechałem na łeb na szyję, a że woźnica był ciemięga, więc uwadził174 kołem o przykopkę i nie dość, że mnie potłukł, ale ponadto wywalił całą misę tarkeeanu. Nie byłem dziś „synem czaru” (szczęśliwym człowiekiem).

— O, to wielka strata! — ozwał się Kamboh, nie okazując wielkiego zainteresowania; przejścia benarskie zrodziły w nim podejrzliwość.

— Kto go gotował? — zapytał Kim.

— Pewna kobieta — odrzekł Mahratta, podnosząc oczy.

— Dyć każda baba umie gotować tarkeean — zauważył Kamboh. — O ile mi wiadomo, jest to dobra potrawa.

— O tak, to dobra potrawa! — potwierdził Mahratta.

— I tania — rzekł Kim. — Lecz jakże z kastą?

— Ach, mniejsza o kastę, gdy człek chce... zakosztować tarkeean — odpowiedział Mahratta, zachowując przepisany spadek głosowy. — W czyjej jesteś służbie?

— W służbie tego świątobliwego — i Kim wskazał palcem na błogo drzemiącego lamę, który od razu się przecknął na swojskie mu słowo.

— Ach, on był mi z niebios zesłany ku pomocy. Nazywają go Przyjacielem całego świata, a zowią go także Przyjacielem gwiazd. Obecnie, gdy już dorósł, został lekarzem. Wielka jest jego mądrość.

— ...i „synem czaru” — dopowiedział Kim półgłosem, gdy Kamboh nabijał czym prędzej fajkę, by Mahratta nie zwrócił się do niego z prośbą o jałmużnę.

— A tamten któż to taki? — zapytał Mahratta, rzucając w bok niespokojne spojrzenie.

— Człek pewien, któremu ja... któremuśmy wyleczyli dziecko, za co jest nam bardzo zobowiązany... Siądź koło okna, człecze z Dżullundur. Mam ci tu chorego.

— Ph! Nie pragnę bynajmniej wdawać się z pierwszym lepszym powsinogą. Nie mam długich uszu ani nie jestem babą, by podsłuchiwać sekrety — żachnął się Dżat, powlókłszy się ociężale w najdalszy kąt przedziału.

— Więc z ciebie jest kawał znachora? Oj, bo mnie to potłukło od siedmiu boleści! — darł się Mahratta, podchwytując przerwany wątek rozmowy.

— Ten człowiek jest cały pokiereszowany i potłuczony. Chcę go leczyć — wywinął się Kim. — Przecie nikt nie wtrącał się do mnie, gdym leczył twe dziecko.

— Alem ci dostał burę! — rzekł Kamboh skruszony. — Jesteś cudotwórcą... wiem o tym.

— Pokaż mi rany! — to mówiąc, Kim schylił się nad karkiem Mahratty, a serce w nim niemal zamierało, bo była to wielka gra wraz z odwetem. — No, a teraz, brachu, opowiedz migiem wszystko, a ja tu nad tobą będę mruczał zaklęcia.

— Przybywam z południa, gdzie jest teren mej pracy. Jednego z naszych zabito koło gościńca. Słyszałeś? — Kim potrząsnął głową; w istocie nie słyszał nic o poprzedniku E-23 zabitym na południu, w ubiorze kupca arabskiego. — Znalazłszy pewien list, na którego poszukiwanie mnie tam wyprawiono, dałem drapaka. Wydostałem się z miasta i uciekłem do Mhow. Tak byłem pewny, że nikt o mnie nie wie, iż nie odmieniłem wyglądu. Gdym przybył do Mhow, pewna kobieta wniosła przeciwko mnie skargę, że w mieście, które opuściłem, ukradłem klejnoty. Wtedy zmiarkowałem, że panował tu wrogi dla mnie nastrój. Uciekłem nocą z Mhow przekupiwszy policję, której poprzednio dano łapówkę, by bez pytania wydała mnie w ręce mych nieprzyjaciół z południa. Potem przez tydzień kryłem się jako pokutnik w świątyni, w starym mieście Chitor, ale nie mogłem się pozbyć listu, który był dowodem obciążającym. Zagrzebałem go przeto w Chitor pod Kamieniem Królowej, w miejscu, o którym wiedzą wszyscy nasi.

Kim nie wiedział, ale za nic w świecie nie chciał przerywać wątku opowiadania.

— Zważ no, że Chitor znajduje się jeszcze całkiem w posiadłościach królów; albowiem Kotah, po stronie wschodniej, znajduje się poza obrębem panowania królowej, a jeszcze bardziej na wschód leży Dżejpur i Gwalior. Ani tu, ani tam nie lubią szpiegów, a nie ma tam sprawiedliwości. Szczuto mnie niczym zmokłego szakala, alem się wydarł im w Bandakui, gdzie, jak słyszałem, oskarżono mnie, że w mieście, z którego uciekłem, popełniłem zabójstwo... zamordowałem rzekomo chłopaka. Czekały tam na mnie i zwłoki, i świadkowie.

— Ale czyż rząd nie mógł cię osłonić?

— My, gracze, wyjęci jesteśmy spod wszelkiej opieki. Jak kto z nas kipnie, to kipnie. Wymażą z książki nasze nazwisko... i kwita. W Bandakui, gdzie mieszka jeden z naszych, postanowiłem zatrzeć węch po sobie przez zmianę wyglądu... i zrobiłem ze siebie Mahrattę. Potem przybyłem do Agra i chciałem powrócić do Chitor, by odszukać list; tak dalece byłem pewny, żem się im wymknął. Przeto nie wysłałem do nikogo tar (telegramu) z wiadomością, gdzie spoczywa ów list. Pragnąłem wziąć na siebie niepodzielnie całą zasługę.

Kim kiwnął głową. Rozumiał dobrze to uczucie.

— Lecz w Agrze, gdym włóczył się po ulicach, jakiś człek krzyknął, żem mu coś winien, a nadszedłszy z wielu świadkami jął raz po raz pozywać mnie przed sąd. O, ci południowcy, to nie w ciemię bici ludzie! Rozpoznał we mnie swego ajenta z plantacji bawełny. Oby za to zgorzał w piekle!

— A byłżeś nim?

— Ech, jesteś kiep! Byłem człowiekiem, którego oni szukali z powodu owego listu! Wpadłem do rzeźni, a stamtąd do domu Żyda; Żydzisko bał się burdy, więc wypchnął mnie z domu drugim wyjściem. Przybyłem pieszo do gościńca somnańskiego, miałem pieniądze tylko na tikkut do Delhi; tam zaś, gdy leżałem w rowie trzęsiony febrycznym dreszczem, naraz z krzaków wyskoczył jakiś człowiek, otłukł mnie, poranił, a potem przeszukał od stóp do głów. Stało się to tuż koło ter-rain... że głos mógł zalecieć...

— Czemuż on cię nie zabił na miejscu?

— Nie tacy oni głupi! Jeżeli w Delhi dostanę się w ręce sprawiedliwości, to na podstawie dowodami popartej skargi o zabójstwo wydadzą mnie państwu, które sobie tego życzy. Odeślą mnie z powrotem pod strażą, a potem... zginę powolną śmiercią dla postrachu reszty naszych. Nie dla mnie południowa kraina. Biegam wciąż w kółeczko... niby kozioł jednooki. Od dwu dni nie miałem ni kęsa w gębie Jestem oszelmowany — (tu wskazał brudny opatrunek na nodze) — więc poznają mnie w Delhi od razu.

— Przynajmniej w te-rain jesteś bezpieczny.

— Przepędź roczek w wielkiej grze, a zobaczymy, czy powiesz to samo. W Delhi będą już rozesłane o mnie wieści telegraficzne, opisujące każdy mój strzęp i każdą chadrę. Dwudziestu... a w razie potrzeby i stu ludzi... poświadczy, że widzieli, jak zabiłem tego chłopca. A ty tu siedzisz po próżnicy!

Kim, znając doskonale tutejsze sposoby walki, nie wątpił, że w tym wypadku wszystko było dokładnie obmyślane... nie wyłączając trupa... Mahratta co pewien czas strzykał palcami z bólu. Kamboh ze swego kąta patrzył posępnie; lama zajęty był pacierzami, a Kim, obmacując niby to po lekarsku szyję towarzysza, mruczał zaklęcia i obmyślał plan działania.

— Czy masz jakie czary, by odmienić mą postać!? Inaczej zginę. Pięć... dziesięć minut sam na sam... i gdybym nie był tak przynaglony koniecznością... może bym...

— Czy on już wyleczony, cudotwórco? — ozwał się Kamboh z zazdrością. — Już dość długo go czarujesz!

— Nie, na jego rany nie ma, jak widzę, lekarstwa, jak tylko żeby trzy dni pobył w stroju bairagi.

Jest to zwykła pokuta, jaką często tłustym kupcom naznaczają kierownicy duchowni.

— Klecha to zawsze drugiego chce zrobić klechą! — zabrzmiała złośliwa uwaga... Kamboh, jak to się trafia zazwyczaj u zabobonnych prostaków, nie umiał trzymać języka za zębami, gdy szło o wyszydzenie zwierzchności duchownej.

— Więc, czy twój syn będzie klechą? Już mu czas, by zażył znów chininy.

— Każdy z nas, Dżatów, jest naprawdę bawołem! — ozwał się Kamboh spokorniawszy na nowo.

Kim roztarł szczyptę goryczy na ufnych usteczkach dziecięcia.

— Nie prosiłem cię o nic — rzekł poważnie do ojca — oprócz jadła. Czyż mi tego żałujesz? Chcę uleczyć drugiego człowieka. Czy dasz mi urlop... książę?

Olbrzymie łapska chłopa podniosły się błagalnie.

— Nie... nie... Nie szydź tak ze mnie.

— Mam wolę uleczyć tego chorego. Winieneś pomóc mi w tym, byś pozyskał zasługę. Jakiej barwy jest popiół w twej fajce? Białej. O, to dobra wróżba. Czy masz wśród zapasów żywności nieco surowej kurkumy175?

— Ja... ja...

— Rozewrzyj tłumok!

Był to, jak się często spotyka, istny kramik towarów mieszanych: znajdowały się tam kawałki sukna, szarlatańskie leki, tanie cacka jarmarczne, zawiniątko z razową, pośledniejszej uprawy mąką krajową, pokrętki nizinnego tytoniu, jaskrawe cybuchy i paczka włoszczyzny do karri, a wszystko to owinięte kocem. Kim, z miną czarodzieja znającego się na rzeczy, przetrząsnął całą tę zawartość, mrucząc zaklęcia mahometańskie.

— Tej mądrości nauczyłem się od sahibów — szepnął do lamy; a jeżeli miało się na myśli jego ćwiczenia u Lurgana, to mówił prawdę. — Tego człowieka czeka wielkie nieszczęście, jak mu objawiły gwiazdy, i to... to go niepokoi. Czy mam je zażegnać?

— Przyjacielu gwiazd, we wszystkim postępowałeś dobrze. Niech się stanie, jak ci się podoba. Czy to nowe uleczenie?

— Prędko! Spiesz się! — westchnął Mahratta. — Pociąg może się zatrzymać.

— Uleczenie z mroków śmierci — rzekł Kim, mieszając mąkę Kamboha z roztartym węglem drzewnym i tytoniem w glinianej nasadzie fajki. E-23, nie mówiąc już ni słowa, ściągnął turban i rozpuścił długie krucze włosy.

— Toć to moje jedzenie... kapłanie!... — burczał Dżat.

— Bawół w świątyni! Toś ty ważył się dotychczas mnie podpatrywać! — ozwał się Kim. — Muszę odbywać tajne obrzędy wobec głupców, ale zważaj no na swe oczy! Czy nie zachodzą już bielmem? Uratowałem ci bachora, a ty mi za to... o bezwstydny!

Chłop bał się teraz patrzeć przed siebie, bo Kim uniósł się nie na żarty:

— Czy mam cię przekląć, czy też...! — i porwawszy pokrowiec tłumoka zarzucił go na schyloną głowę Kamboha. — Spróbuj no choćby w myśli mnie podpatrywać, a... a... nawet ja nie będę mógł cię ocalić. Sza! Milcz jak pień!

— Jestem ślepy... niemy. O, nie chciej mnie przeklinać! Cho... chodź, dziecino; zabawimy się w chowankę. Jeżeli mnie kochasz, mój mały, nie wyzieraj spod tego nakrycia.

— Nabieram otuchy — ozwał się E-23. — Jakiż masz plan?

— Zaraz go wykonam — odparł Kim, zrywając z niego cienką koszulę. E-23 zawahał się, czując, jak wszyscy ludzie z północo-zachodu, niechęć do obnażania swego ciała.

— Czymże jest kasta wobec poderżnięcia gardła? — mówił Kim, zdzierając mu koszulę do pasa. — Przede wszystkim musimy z ciebie zrobić żółtego Saddhu. Zerwij to, zerwij to co żywo i nasuń włosy na oczy, a ja tymczasem posypię cię popiołem. A teraz znak kastowy na czole... — wyciągnął zza pazuchy skrzynkę z farbami i kawałek karminowego tuszu.

— Czy jesteś dopiero początkującym? — odezwał się E-23, z wysiłkiem naprawdę broniący swego życia, skoro już wyzbył się wszystkich osłon swego ciała i stał ino w gatkach, gdy tymczasem Kim napacykował mu dostojny znak kastowy na popiołem wysmarowanych brwiach.

— Dopiero od dwóch dni przystąpiłem do gry, brachu — odparł Kim. — Rozetrzyj jeszcze bardziej popiół na piersi.

— Czy spotkałeś... lekarza chorych pereł? — rozwiązał długi, ciasno okręcony zawój i czym prędzej owinął nim sobie lędźwie, to wyżej, to niżej, według skomplikowanych sposobów noszenia przepaski przez Saddhu176.

— Ha! Więc poznałeś jego dotknięcie? Był on czas jakiś mym nauczycielem. Musimy ci obnażyć nogi. Popiół leczy rany. Posmaruj się nim jeszcze.

— Byłem niegdyś jego chlubą, ale tyś lepszy ode mnie. Bogowie są na nas łaskawi! Daj mi to.

Było to pudełko z pigułkami opium, znajdujące się wśród przeróżnych rupieci w tobołku Dżata. E-23 przełknął ich całą garść.

— Dobre to na głód, bojaźń i przeziębienie... no, i oczy stają się od tego czerwone — wyjaśnił. — Teraz będę mógł śmiało prowadzić grę. Brak nam tylko obcęgów Saddhu. Co zrobić ze starymi szmatami?

Kim zwinął je w mały węzełek i wepchnął pomiędzy obwisłe fałdy swego chałatu. Żółtą ochrą wysmarował Mahratcie nogi i piersi, tworząc wielkie plamy na tle mąki, popiołu i kurkumy.

— Krew na tych szmatach wystarczy, by cię powieszono, bracie.

— Być może; ale nie ma potrzeby wyrzucać je za okno... Już koniec! — Głos mu dźwięczał dziecinną uciechą z tej zabawy. — Obróć no się i patrz, Dżacie!

— Bogi mają nas w swej opiece! — ozwał się zakapturzony Kamboh, wynurzając się niby bawół z oczeretów. — Ale... gdzież się podział Mahratta? Coś ty uczynił?

Kim odbył dobrą szkołę u sahiba Lurgana, a E-23. dzięki swemu zawodowi, był niezłym aktorem. Zamiast drżącego, bojaźliwego przekupnia rozpierał się w kącie nagusieńki, wysmarowany popiołem, pręgowany ochrą Saddhu o zmierzwionych włosach; jego opuchnięte oczy (opium szybko skutkuje, gdy się jest na czczo) płonęły zuchwałością i zwierzęcą pożądliwością; nogi skulił pod siebie, na szyi miał brunatny różaniec Kima, a na plecach kawałek wyszarganej chusty cycowej, wyszywanej w kwiatki. Dziecko schowało głowę w ramionach osłupiałego ojca.

— W górę głowa, książątko! Podróżujemy z czarodziejami, ale oni nie zrobią ci nic złego. Oj, nie becz!... Na cóż to leczyć dziecko jednego dnia, by nazajutrz zabijać je przestrachem?

— Dziecko będzie szczęśliwe przez całe życie. Widziało wielkie uleczenie. Gdy byłem dzieckiem, wyrabiałem z gliny konie i ludzi.

— Ja też je lepiłem. Sir Banâs przychodzi w nocy i ożywia je na zapiecku! — zapiszczało dziecko.

— A przecież nie bałeś się niczego, hę, książątko?

— Przestraszyłem się, bo tato się przestraszył. Czułem, jak mu drżały ramiona.

— O pisklątko! — ozwał się Kim, tak iż nawet zawstydzony Dżat się roześmiał. — Uleczyłem tego biedaka kupca. Musi on teraz zapomnieć o swych zyskach i rachunkach i siedzieć przez trzy noce koło drogi, aby przemóc złośliwość swych wrogów. Gwiazdy są mu przeciwne.

— Im mniej lichwiarzy, tym lepiej, moim zdaniem; lecz czy on Saddhu czy nie Saddhu, musi mi zapłacić za moją chustę, co ją ma na plecach.

— Tak? Ależ tak niósłbyś na plecach swoje dziecko niespełna dwa dni temu... by je rzucić do krematorium. I jeszcze pozostała jedna sprawa. Dokonałem tego czaru w twej obecności, bo była sprawa nie cierpiąca zwłoki. Odmieniłem mu postać i duszę. Wszakoż, mężu z Dżullundur, jeżelibyś kiedykolwiek czy to pośród starszyzny siedzącej w cieniu drzewa gminnego, czy we własnej chacie, czy wobec kapłana błogosławiącego twej trzodzie wspomniał o tym, co tu widziałeś, tedy pomór nawiedzi twe bawoły i pożar twą strzechę, szczury rozmnożą się na twym sąsieku177, a przekleństwo naszych bogów spadnie na twe niwy, iż będą jałowe przed twymi stopy i za twym lemieszem.

Był to wyimek ze starożytnej klątwy, którą Kim jeszcze w latach bezgrzesznych podchwycił z ust fakira spod Taksalskiej Bramy; klątwa ta nie straciła nic a nic przez powtórzenie.

— Zaprzestań, o święty! Na miłość boską, zaprzestań! — krzyczał Dżat. — Nie przeklinaj mego dobytku! Nie widziałem niczego. Nie słyszałem niczego! Jestem twoją krową! — i próbował objąć bose stopy Kima, które stukały rytmicznie w podłogę wagonu.

— Ale że danym ci było użyczyć mi pomocy... żeś dał szczyptę mąki, krzynkę opium i parę drobiazgów, którym uczyniłem zaszczyt, używając ich w swym dziele, przeto bogi wynagrodzą ci to błogosławieństwem... — i udzielił go w końcu, co chłopa bardzo skrzepiło na duchu. Tego nauczył się od sahiba Lurgana. Lama wytrzeszczał oczy przez okulary, jak ich nie wytrzeszczał poprzednio podczas ceremonii przebrania.

— Przyjacielu gwiazd! — rzekł na koniec — zdobyłeś wielką wiedzę. Strzeż się, by się to nie stało zarodkiem pychy! Żaden człek mający prawo przed oczyma nie mówi skwapliwie o tym, co widział lub spotkał.

— Nie... nie... doprawdy nie! — krzyczał dzierżawca, zalękniony, by mistrz nie zamierzał wpłynąć na ucznia. E-23, rozdziawiwszy gębę, raczył się opium, które jest strawą, tytoniem i lekarstwem zmęczonego Azjaty.

Tak wśród milczenia, wywołanego grozą i wielkim nieporozumieniem, przyjechali do Delhi, w sam raz, gdy zapalano światła.