Rozdział XIII

Tęskniłże kto za morzem —

gdzie bezmiar nurtów szyderczy

Łomoce i miota okrętem,

aż bukszpryt197 pod niebo hen sterczy?

Za ciągłą kurzawą targowisk —

za toni huczącym błękitem?...

Za raf zdradnymi paściami198

za żagli piorunnym skowytem?...

Za morzem niezmiennym w swych cudach —

i w cudach swych wciąż rozmaitym?...

Za morzem, co duszy gra wtór?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tak... nie inaczej! — tak... nie inaczej

górale wżdy199 tęsknią do swych gór!

Kto idzie w góry, idzie do swej matki!

Przebyli Sewaliki i Doon, co ma klimat prawie podzwrotnikowy; zostawili za sobą Mussoorie i szli prosto na północ wąskimi drogami górskimi. Z każdym dniem zapuszczał się coraz głębiej w bezładnie spiętrzone turnie, a Kim przekonał się, że lama z dniem każdym nabierał męskości i siły. Na wzgórkach Doonu wspierał się był na ramieniu chłopca, rad korzystając z postojów przydrożnych. Lecz pod wielką spadzistością wiodącą do Mussoorie zebrał się w sobie, niby stary łowca stający naprzeciwko dobrze znanej nory... i tam, gdzie powinien by upaść ze znużenia, podkasał długie szaty, pełną piersią zaczerpnął w dwójnasób kryształowego powietrza i poszedł raźnie, jak to umieją jedynie górale. Kim, urodzony i wychowany w nizinach, pocił się i dyszał pełen zdumienia.

— Oto moja kraina — rzekł lama. — W porównaniu z Such-zen te okolice są równe niczym łan ryżowy.

I jął wdzierać się na górę krokiem sążnistym, miarowym, aż mu furkotał z wiatrem płaszcz wokół lędźwi. Ale dopiero w czasie schodzenia w dół po urwisku, po przebyciu trzech tysięcy stóp w ciągu trzech godzin, zostawił daleko za sobą Kima, który od ciągłego prostowania się czuł niemały ból w krzyżach, a ponadto słomianym sznurowadłem trepów obtarł sobie wielki palec u nogi. Skroś przesiewnego półmroku wielkich borów deodarowych, pośród dębów opierzonych wystrzygankami200 paproci, wśród brzóz, wiązożołdów, różodrzewów i sosen... aż na śliską, słońcem wypaloną trawę górskiej połoniny... i znów z powrotem w chłód leśny, póki dąb nie ustąpił miejsca bambusowi i palmom nizinnym — szedł i szedł, a raczej pędził niestrudzony lama...

O zmierzchu, oglądając się na potężne szczyty, które pozostawili za sobą, i na ledwo dostrzegalną, cieniuchną linię drogi, którą tu przyszli, starzec z wrodzonym góralowi rozmachem układał plany nowych marszów na dzień następny albo też przystanąwszy na grzbiecie jakiej wyniosłej przełęczy wychodzącej na Spiti i Kulu wyciągał z utęsknieniem dłonie do wiecznych śniegów na widnokręgu. W godzinach świtu, gdy Kedarnath i Badrinath — króle201 tej pustaci202 — brały na się pierwsze promienie słońca, wówczas te śnieżyska gorzały jaskrawą czerwienią ponad bryłami zakrzepłego błękitu; przez cały dzień leżały w słonecznych odblaskach ni to roztopione srebro, zasię pod wieczór ubierały się znowu w drogocenne klejnoty. Zrazu łagodnie owiewały podróżnych, a dobrze to się spotkać z takim powiewem, gdy się człek wspina na jakowyś hruby203 wierch; ale po kilku dniach, na wysokości dziewięciu lub dziesięciu tysięcy stóp, te wietrzyki zaczęły po trosze dawać się we znaki, przeto Kim łaskawie zgadzał się na to, by jakaś wioska góralska zaskarbiła sobie łaskę niebios, użyczając mu kosmatej guni204 do przykrycia. Lama był z lekka zdziwiony, że ktoś mógł mieć coś przeciwko ostrym cięciom tych powichrów, co jemu zerwały z ramion brzemię starości.

— To dopiero niższe górce, chelo. Zimno zacznie się dopiero wtedy, gdy wejdziemy w prawdziwe góry.

— Powietrze i woda są tu dobre, ludziska bogobojne, ale jadło zgoła kiepskie — zrzędził Kim — a drałujemy jak wariaty... lub Anglicy. No, i nocą czuje się mróz w kościach.

— Może tylko troszeczkę, tyle, żeby można było na słońcu rozgrzać stare kościska. Nie możemy zawsze rozkoszować się miękką pościelą i obfitą strawą.

— Przynajmniej moglibyśmy trzymać się gościńca.

Kima jako mieszkańca nizin nęciła tu przede wszystkim porządnie wydeptana drożyna, szeroka niespełna sześć stóp, wijąca się wężykowato wśród gór; ale lama, jako Tybetańczyk, nie mógł się powstrzymać od drapania się na przełaj przez krawędzie i cyple na usianych piargami205 zboczach. Swemu kulejącemu uczniowi tłumaczył, że rodowity góral może snadnie206 odgadnąć bieg górskiej przeprawy i choć dla cudzoziemca idącego na krótsze drogi będą zapewne przeszkodą nisko osiadłe chmury, to człek rozważny wcale nie będzie na nie zważał. W ten sposób po wielu godzinach marszu, który w krajach cywilizowanych uznano by za przepyszną wycieczkę turystyczną, siadali na groniku207, by nieco odsapnąć, schodzili boczkiem po niejednej spadzistości i nurkując lasem dochodzili z ukosa (45°) znów do drogi. Wzdłuż ścieżyny, co ich wiodła, znajdowały się osady górskie — zwykłe lepianki z ziemi i błota, gdzieniegdzie koliby208 z kłód z grubsza ociosanych toporem — to przyczepione niby jaskółcze gniazda do urwisk, to porozrzucane bezładnie po niewielkich płasienkach209 w połowie oślizgłej krzesanicy210, wysokiej na trzy tysiące stóp; to wtłoczone w zakątki skał, które wchłonęły i skupiały w sobie każdy przelotny wydmuch wiatru, to znowu przykucnięte na garbie górskim, który w zimie był niewątpliwie przysypany na dziesięć stóp śniegiem — snadź211 pobudowali je na lato juhasy pasący trzodę. Mieszkańcy — śniadawi, brudni, w grube wełniaki ubrani ludziska o krótkich, bosych nogach i prawie eskimoskich twarzach — wybiegali tłumnie i oddawali im cześć. Niziniacy, uprzejmi i łagodni, widzieli w lamie człeka świętego wśród świętych. Natomiast górale czcili go z lękiem niby jakiegoś zausznika wszystkich diabłów. Wyznawali buddyzm, zatarty już niemal do niepoznaki, przeładowany kultem przyrody, fantastycznym jak krajobrazy tutejsze, kunsztownym jak spiętrzenia ich poletek; wszakoż wielką dla nich powagę miał wielki kapelusz, pobrzękujący różaniec i osobliwe wersety chińskie, a wielką czcią darzyli osobę noszącą ten kapelusz.

— Widzieliśmy, jak przechodziłeś przez czarne piersi Euy — mówił któregoś wieczoru pewien Betah częstując ich serem, zsiadłym mlekiem i chlebem stwardniałym na kamień. — My nieczęsto zdobywamy się na to... chyba latem, gdy haw212 zabłąkają się cielne krowy. Wśród tych głazów zrywa się nagły wichr, co i w najcichszy dzień strąci człeka w przepaść. Ale cóż sobie tacy ludzie robią z diabła Euy!

Potem już Kim, choć go bolały wszystkie ścięgna, choć nogi miał poranione od rozpaczliwego kurczenia stóp na nierównościach żlebów, jął się radować tym codziennym marszem — jakby się radował uczeń zakładu św. Ksawerego, który odniósł zwycięstwo w ćwierćmilowym biegu, zdobywając sobie pochwały kolegów. Z kości wyparowało mu wraz z potem sadło ghi i łojek cukrowy; ostre powietrze, które wciągał był w siebie niemal z płaczem u wnijścia do okrutnych wąwozów, wzmocniło i rozwinęło mu klatkę piersiową, a wspinanie się na coraz to wyższe poziomy nadało twardość nowym mięśniom w łydkach i udach.

Rozmyślali często o Kole życia — tym bardziej że jak mówił lama, byli tu wyzwoleni od jego widomych pokus. Gdyby nie szary orzeł i czasem dostrzeżony w dali niedźwiedź wyrywający na zboczu pniaki i korzenie, gdyby nie widok lamparta, którego o świcie raz zastali pożerającego kozicę w zacisznej dolinie, i gdyby nie świetnie upierzony ptak przelatujący od czasu do czasu, byliby tu sam na sam z wichrami i trawami, co świszczały pod tchnieniem wiatru. W kurnych szałasach, ponad których dachami przechodzili we dwójkę, schodząc z gór, kobiety były nieładne i brudne, miewały wielu mężów, a szyję im szpeciło wole. Mężczyźni, o ile nie gospodarowali, trudnili się drwalką — byli potulni i niezwykle prostoduszni.

Atoli, iżby nie zabrakło im miłej pogawędki, niebo zsyłało im to wyprzedzającego ich, to doganiającego wytwornego lekarza z Dakki, który góralom za strawę płacił maściami pomocnymi na leczenie wola i radami, które godziły zwaśnionych mężczyzn i kobiety. Ponoć znał te góry tak dobrze, jak znał górskie narzecza, przeto udzielał lamie wyjaśnień o położeniu kraju między Ladakh i Tybetem. Mówił, że każdej chwili mogą wrócić na niziny. Na razie dla tych, którzy lubią góry, prawdziwą rozrywką może być przeprawa na drugą ich stronę. Wszystko to wyjawił nie jednym tchem, lecz w ciągu wielu spotkań na kamiennych klepiskach — gdy doktor załatwiwszy się z pacjentami palił fajkę, lama zażywał tabakę, a Kim przyglądał się krowinom żującym paszę na dachach szałasów lub bujał wzrokiem i duszą po głębokich toniach błękitu pomiędzy łańcuchami gór. Wiedli też rozmowy na uboczu, w mrocznych lasach, gdzie doktor zbierał zioła, a Kim, jako początkujący lekarz, musiał mu towarzyszyć.

— Widzisz, panie O’Hara, nie wiem doprawdy, co u wszystkich diasków będzie ze mną, gdy odnajdę naszych kamratów-myśliwych; jeżeli jednak będziesz łaskaw znajdować się w takiej odległości, byś mógł widzieć mój parasol, który jest doskonałym punktem wytycznym dla pomiarów gruntowych, podniesie mnie to wielce na duchu.

Kim spojrzał na knieję wierchów.

— To nie mój kraj, hakimie. Łatwiej pono213 znaleźć wesz w kudłach niedźwiedzia.

— Oo! To już moja w tym głowa. There is no hurry for Hurree. Oni niedawno byli w Leh. Opowiadano, że zeszli z Karkorum wraz z rogami i łbami upolowanej zwierzyny i wszystkim, co mają. Boję się tylko, że z Leh odeślą na terytorium rosyjskie wszystkie swe listy i rzeczy mogące ich skompromitować. Oczywiście, pójdą jak najdalej na wschód... żeby pokazać, że nigdy nie byli w państewkach zachodnich. Ty nie znasz gór? — tu zaczął rysować gałązką po ziemi. — Patrz! Powinni tu przyjść przez Srinagar lub Abbotabad. To dla nich droga najkrótsza... wzdłuż rzek koło Bandżi i Astor. Ale narobili psoty na zachodzie; przeto teraz ma-aszerują i ma-aszerują na wschód — to mówiąc kreślił rowek od lewej ręki ku prawej — do Leh (o, jakże tam zimno!) i wzdłuż Indusu do Han-lé (znam tę drogę), a potem, jak widzisz, do doliny Bushahr i Chini. Przekonałem się o tym, stosując metodę rugowania i wypytując chłopów, których leczę tak znakomicie. Nasi przyjaciele zabawiali się przez długi czas wszędzie dokoła i robili duże wrażenie, więc wieści o nich rozchodzą się daleko. Zobaczysz, że ich zdybię gdzieś w dolinie Chini. Proszę cię, zważaj bacznie na mój parasol.

Kołysał się ten parasol po dolinach i dokoła zboczy górskich, jak wiatrem szarpany dzwonek leśny, a wieczorami, w chwili stosownej, lama i Kim, który kierował się kompasem, spotykali hakima sprzedającego maści i proszki.

— Przybyliśmy drogą taką a taką! — mówił lama, wskazując niedbale palcem na przebytą grań górską, a parasol rozpływał się w zachwytach.

Jedną przełęcz śniegiem zasypaną przebyli w mroźną noc księżycową, a lama, lekko żartując sobie z Kima, wszedł po kolana w zaspę niby wielbłąd dwugarbny z rodzaju tych kudłatych, wychowanych w krainie śniegu, co to przybywały do Seraju Kaszmirskiego. Brnęli przez złoża wiotkiego śniegu i łupku przyprószonego śniegiem, gdzie wobec nadchodzącej zadymki szukali schronienia w obozowisku Tybetańczyków spędzających z gór swe chude owce, z których każda objuczona była workiem boraksu. Wydostali się na hale, jeszcze gdzieniegdzie usiane śniegiem, a potem lasem znów na pastwiska. Mimo że tyle odbywali marszów, Kedarnath i Badrinath były jak gdyby niewrażliwe na to zmniejszanie się przestrzeni; zawsze pozostawały co do joty takie same. Dopiero po wielu dniach podróży Kim, wspiąwszy się na niewielki gronik, na wysokości dziesięciu tysięcy stóp, mógł zauważyć, że ten czy ów garb albo wierzch zmienił się w zarysie — ot, zawsze o małą ociupinę.

W końcu wkroczyli w nowy świat; w tym świecie — w dolinę ciągnącą się milami, gdzie piętrzyły się turniczki utworzone z samych odłamów i odruzgów wyżnich gór. Tu po całodziennym marszu zaszli nie dalej (tak im się widziało), jak zajdzie człek śpiący, któremu nogi obezwładniła zmora. Całymi godzinami wlekli się znojnie brzeżkiem jednego ze zboczy — i patrzcie no! — była to tylko najdalsza wypukłość w filarze wysterkającym z głównego trzonu górskiego! Jakiś upłaz, z dala przez nich widziany, okazał się, skoro doń dotarli, ogromnym płaskowyżem wdzierającym się daleko w dolinę. W trzy dni później przedstawiał się im jako ciemna zmarszczka ziemi majacząca na południu.

— Tu mieszkają chyba bogowie! — odezwał się Kim, przytłoczony panującą tu ciszą oraz przerażającymi przelotami cieni chmur pierzchających po deszczu. — To miejsce nie dla ludzi!

— Dawno, dawno temu — odrzekł lama jakby sam do siebie — pytano Pana naszego, czy świat jest wiecznotrwały. On, Najdoskonalszy, nie dał na to odpowiedzi... Gdy byłem na Cejlonie, jeden z mądrych dociekaczy potwierdził mi to na podstawie ksiąg objawienia, pisanych językiem pali214. Zapewne, odkąd znamy drogę do wyzwolenia, pytanie to uważać należy za jałowe, ale... patrz i poznaj, co to złudzenie, chelo! Oto są prawdziwe góry! Przypominają mi moje góry koło Such-zen. Nigdy nie było takich gór!

Ponad nimi, wciąż jeszcze strasznie wysoko, piętrzyła się ziemia hen aż do śnieżnej granicy, gdzie od wschodu ku zachodowi na przestrzeni setek mil zatrzymywały się równo, niby nożem ucięte, ostatnie z zuchwałych brzóz. Jeszcze wyżej skalne wierchy, usadzone na granicach i cyplach, usiłowały przebić czołami białą osnowę mgieł. Zaś jeszcze nad nimi, niezmienne od świata początku, lecz mieniące się za każdym kaprysem słońca i chmur, spoczywały wieczne śniegi. Na ich obliczu widzieli plamy i cętki, gdzie harcowały burze i wędrowne zawieje.

Poniżej zaś tego miejsca, gdzie stali, snuł się całymi milami modro-zielony szmat boru; pod borem widniała wioska, opadając siklawą215 tarasowatych pól i urwistych pastwisk; a u stóp wioski, choć tam w tej chwili huczała dąsała się piorunna trzaskawica, rozpoznawali kopę wzniesioną na dwadzieścia do piętnastu tysięcy stóp ponad młaką216, gdzie gromadzą się strumienie dające początek małej tu jeszcze rzece Sutludż.

Lama, jak zwykle, prowadził Kima po perciach juhaskich i po bezdrożach, z dala od głównej drogi, kędy przed trzema dniami przeprawiał się Hurree Babu, ów „człek bojaźliwy”, wśród burzy tak strasznej, że na dziesięciu Anglików dziewięciu na pewno by się wyrzekło całej tej podróży. Hurree nie był zawołanym strzelcem — mienił się na twarzy już za samym pociągnięciem cyngla — był natomiast, jakby się sam wyraził o sobie, „ba-ardzo spra-awnym dojeżdżaczem”, przeto nie bez celu przepatrywał tanią lornetką ogromną dolinę. Zresztą i tak białość zszarganych płóciennych namiotów z daleka odbijała na tle zieleni. Hurree Babu, siedząc na klepisku w Ziglaur, widział wszystko, co chciał widzieć, na dwadzieścia mil w dal, licząc według lotu orła, i czterdzieści, licząc wzdłuż drogi: widział mianowicie dwa punkciki, które jednego dnia były tuż pod linią śniegów, a nazajutrz posunęły się o jakie sześć cali w dół po zboczu. Jego tłuste, odsłonięte nogi, raz wprawione w ruch, mogły przebyć zdumiewająco duży kawał drogi i to było powodem, że gdy Kim i lama, leżąc w podziurawionym szałasie w Ziglaur, czekali, aż przejdzie burza, pewien tłusty, zmoknięty, lecz zawsze uśmiechnięty Bengalczyk, posługując się w lada frazesach najwyszukańszą angielszczyzną, nadskakiwał dwom cudzoziemcom zlanym do suchej nitki i nieco zakatarzonym. Przybył on tu, snując przeróżne dzikie zamysły, tuż w tropy za trzaskawicą, która zdruzgotała sosnę naprzeciw ich obozu i przekonała w ten sposób kilkunastu kulisów, że dzień był niepomyślny dla dalszej podróży — ci zaś pod tym wrażeniem rzucili jak jeden mąż swe toboły i odmówili posłuszeństwa. Byli to poddani jednego z radżów górskich, który, wedle zwyczaju, wynajmował ich do służby w celach osobistego zysku; ku większemu zaś ich utrapieniu ci nieznani sahibowie grozili im już strzelbami. Większość z nich od dawna otrzaskała się z sahibami i bronią palną; byli to tropiciele i shikarrisowie (szczwacze, naganiacze) z północnych dolin, mający węch na kozicę i niedźwiedzia; jednakowoż nigdy w życiu nie obchodzono się z nimi w ten sposób co dzisiaj. Przeto schronili się na łono ostępu i mimo wszelkich nawoływań i złorzeczeń wzbraniali się wrócić do służby. Nie było więc potrzeby udawać wariata lub... gdyż babu już obmyślił inne sposoby, by zapewnić sobie dobre przyjęcie. Wykręcił mokre odzienie, wdział buciki z patentowanej skóry, rozpostarł biało-niebieski parasol i drobiąc kroki, przy czym serce biło mu aż po gruczoły na szyi, przedstawił się:

— Jestem pełnomocnik jego królewskiej mości, radży z Rampur, czym wam mogę służyć, łaskawi panowie?

Panowie byli oczarowani. Jeden był niewątpliwie Francuzem, drugi Moskalem, ale mówili po angielsku niewiele gorzej od babu. Prosili go o łaskawą pomoc. Mówili, że krajowcy znajdujący się w ich służbie pochorowali się w Leh, oni zaś sami szli tu co sił, bo zależało im na tym, by dowieźć łupy myśliwskie do Simli, zanim skóry zostaną pogryzione przez mole. Mieli z sobą generalny list polecający (babu zwyczajem wschodnim złożył przed nim salaam) do wszystkich władz rządowych. Czy spotkali po drodze jaką inną drużynę myśliwską? Nie. Działali na własną rękę. Mieli sporo zapasów. Jedynym ich życzeniem było ruszyć jak najprędzej w drogę.

Wtedy babu zastąpił drogę góralowi przyczajonemu wśród drzew, a trzyminutowa pogadanka oraz garstka srebra (nie można być oszczędnym w służbie państwowej, wszakoż Hurreemu krwawiło się serce wobec tego marnotrawstwa) miały ten skutek, że jedenastu kulisów i trzech fagasów zjawiło się z powrotem. W razie czego babu mógł zawsze stawać za świadka w sprawie okrutnego z nimi postępowania.

— Mój władca i król będzie bardzo zmartwiony, ale ci ludzie są to ty-ylko prostacy i nieoświecone ciemięgi. Jeżeli czcigodni panowie raczą puścić w niepamięć to nieszczęsne zajście, będę nader uszczęśliwiony. Deszcz niebawem ustanie i będziemy mogli iść dalej. Panowie polowali... hę? To ładne widowisko!

Skakał zręcznie od jednej kilty do drugiej, udając, że poprawia każdy ze stożkowatych koszów. Anglik nie bywa zazwyczaj poufały z Azjatą, lecz nie uderzyłby nigdy po łapie uprzejmego babu, który przypadkowo przewrócił kiltę o wierzchołku nakrytym czerwoną ceratą; z drugiej strony nie zmuszałby żadnego babu do picia ani też nie zapraszałby go do jadła. Cudzoziemcy czynili właśnie to wszystko i wypytywali o wiele rzeczy — zwłaszcza o kobiety — na co Hurree dawał wesołe i niewymyślne odpowiedzi. Oni dali mu szklankę jakiegoś białego płynu, podobnego do jałowcówki, a potem jeszcze urządzili poprawiny, tak iż wkrótce cała jego powaga znikła bez śladu. Stał się skłonnym do coraz częstszych wynurzeń i posługując się stekiem plugawych wyrazów, opowiadał o pewnym rządzie, który narzucił mu wychowanie europejskie, a nie dbał o to, by go uposażyć europejską płacą. Plótł baje o uciemiężeniach i krzywdach, aż łzy mu pociekły po policzkach na wspomnienie biedy, jaką cierpiała ojczyzna. Potem jął się zataczać, śpiewając piosenki miłosne z Dolnego Bengalu, a w końcu runął na mokry pień drzewa. Nigdy jeszcze tak nieszczęśliwy wytwór rządów angielskich w Indiach nie wpadł gorszym sposobem w ręce obcych.

— Oni wszyscy są jemu podobni — odezwał się jeden z myśliwych do drugiego po francusku. — Przekonasz się o tym, skoro wejdziemy do Indii właściwych. Chciałbym odwiedzić jego radżę, można by z nim porozmawiać do rzeczy. Możliwe, że słyszał o nas i pragnie zaznaczyć swą przychylność.

— Nie mamy czasu. Musimy jak najrychlej dostać się do Simli — odparł jego towarzysz. — Ja ze swej strony wolałbym, żeby nasze raporty zostały odesłane z Hilàs, a nawet z Leh.

— Poczta angielska jest lepsza i bezpieczniejsza. Przypomnij sobie, że zapewniono nam wszelkie udogodnienia... i... na miłość boską! ...jeszcze nam je dają! Czy nie jest to niewiarogodna głupota?

— To pycha... która poniesie karę, jak na to zasługuje.

— Tak! Pozyskać współmieszkańca kontynentu do naszej gry, to także nie fraszka. Wprawdzie to ryzyko, ale ci ludzie... ba! To rzecz aż nadto łatwa.

— Pycha... wszystko to tylko pycha, mój przyjacielu.

„No, jakiż z tego pożytek, u licha, że Chandernagore jest tak blisko Kalkuty — mówił sobie w duszy Hurree leżący na przeciwległym mchu, chrapiąc otwartymi ustami — jeżeli nie mogę zrozumieć ich francuszczyzny! Rozmawiają tak osob-bliwie prędko! O wiele lepiej byłoby poderżnąć im te sobacze gardła!”

Gdy znów przyszedł do siebie, dręczony silnym bólem głowy, był już skruszony i przejęty nagłą obawą, że w swym opilstwie mógł się z czymś wygadać. Zaręczał, że przywiązany jest do rządu angielskiego — jest to bowiem źródło wszelkiego dobrobytu i zaszczytów, a władca Rampuru jest tego samego zdania. Wówczas obaj mężczyźni jęli go wyśmiewać i przytaczać mu niedawne słowa, aż z wolna wśród błagalnych przymilań, obleśnych mizdrzeń i niesłychanie przebiegłych pozerkiwań, biedny babu, widząc bezskuteczność swych wykrętów, został zmuszony do wyznania... prawdy. Gdy w czas jakiś po tym sahib Lurgan słyszał tę opowieść, żałował, że nie mógł się znajdować na miejscu głupowatych, obojętnych kulisów, co zarzuciwszy na głowę słomiane rogoże i rozbryzgując nogami krople deszczowe oczekiwali pogody. Wszyscy sahibowie, jakich owi znali (byli to ludzie grubo odziani, którzy corocznie wracali wesoło w upatrzone jary), mieli służących, kucharzy i posyłkowych rekrutujących się nierzadko z górali. Ci zaś sahibowie (tak sobie pogwarzali tragarze) podróżowali bez orszaku. Byli więc zapewne ubodzy, a przy tym głuptasy... bo żaden sahib przy zdrowych zmysłach nie szedłby za radą Bengalczyka. Zasię ów Bengalczyk, nie wiadomo skąd przybyły, dał im, kulisom, dużo pieniędzy i był obeznany z ich gwarą. Biedacy, przyzwyczajeni do łatwo zrozumiałego znęcania się nad nimi ze strony ludzi o tej samej barwie skóry, wietrzyli w tym jakowąś pułapkę i postanawiali drapnąć przy lada sposobności.

Niebawem, gdy odświeżone powietrze pełne oparów woniało lubymi zapachami gleby, babu stał się przewodnikiem w przeprawie przez stoki... krocząc z dumą przed kulisami, a w pokorze za cudzoziemcami. W głowie mu się snuło wiele najrozmaitszych myśli, a najbłahsza z nich zaciekawiłaby niewymownie jego towarzyszy. Był wszakoż miłym przewodnikiem, zawsze umiejącym sprytnie ukazać im piękność krajobrazów w posiadłościach swego króla pana. Zapełniał te góry wszelką zwierzyną, jaką radzi byliby upolować; były tu więc koziorożec i lamparty, i niedźwiedzie. Z niezbyt wielką ścisłością, czego mu za złe brać nie można, omawiał kwestie botaniczne i etnologiczne, a zapas znanych mu podań miejscowych (proszę pamiętać, że był od lat piętnastu zaufanym pełnomocnikiem państewka) był wprost niewyczerpany.

— Oryginalny człek z tego draba! — ozwał się wyższy z dwóch cudzoziemców. — Mógłby być upiorem kuriera wiedeńskiego.

— On wyobraża in petto217 Indie w okresie przejściowym... ten potworny dziwoląg, powstały ze zrostu Zachodu ze Wschodem — odpowiedział Rosjanin. — My tylko jedni wiemy, jak postępować z ludźmi Wschodu.

— On zatracił własną ojczyznę i nie znalazł drugiej. Ale rozwinęła się w nim ogromna nienawiść ku zdobywcom. Słuchaj no. Ostatniej nocy zwierzał mi się, że... itd.

Hurree Babu pod swym pasiastym parasolem natężał pilnie słuch i mózgownicę, by nadążyć za szybko płynącą strugą francuszczyzny, a jednocześnie wlepiał obie źrenice w kiltę pełną map i dokumentów — była ona szczególnie duża i miała podwójne przykrycie z czerwonej ceraty. Kraść nie zamierzał niczego; pragnął jedynie wiedzieć, co warto ukraść i jak następnie czmychnąć, w razie gdyby mu się kradzież udała. Dziękował wszystkim bogom Hindostanu i Herbertowi Spencerowi, że pozostało jeszcze kilka cennych rzeczy godnych kradzieży.

Na drugi dzień droga zaczęła piąć się stromo na trawiastą połoninę ponad lasem; tu właśnie o zachodzie słońca spotkali wiekowego lamę — oni wszakże nazwali go bonzą — siedzącego po turecku nad jakąś tajemniczą kartą, umocnioną kamieniami, którą objaśniał młokosowi, widocznie neoficie, niezwykle przystojnemu, choć i brudnemu zarazem. Naraz zobaczyli zbliżający się pasiasty parasol, więc Kim radził zatrzymać się na chwilę, aż przybysz podejdzie ku nim.

— Ha! — ozwał się Hurree Babu obrotny niczym kot w butach. — To jakiś wybitny świątek miejscowy. Zapewne poddany mego króla i władcy.

— Co on tam robi? To nader ciekawe!

— Objaśnia święte ma-alowidło... całe wykonane własnoręcznie.

Obaj mężczyźni, odkrywszy głowy, stanęli w strudze blasków zachodzącego słońca, ścielących się nisko po ozłoconej murawie. Posępni kulisowie, radzi zwłoce, zatrzymali się i zdjęli z ramion bagaże.

— Patrz no! — rzekł Francuz. — Jest to jakby obrazek przedstawiający narodziny jakiejś religii... oto pierwszy mistrz i pierwszy uczeń. Czy to buddysta?

— To jakaś z wypaczonych odmian buddyzmu — odrzekł drugi — W górach nie ma prawdziwych buddystów. Ale przyjrzyj się fałdom jego odzieży. Przyjrzyj się jego oczom... jakie bezczelne! Czemuż daje on nam odczuć, że jesteśmy narodem tak młodym? — to mówiąc, kopnął ze złością jakieś bujne zielsko. — Myśmy tu jeszcze nigdzie nie zostawili swych śladów. Nigdzie! To właśnie, rozumiesz, nie daje mi spokoju! — i spojrzał spode łba na łagodną twarz i posągowy spokój postaci.

— Bądź cierpliwy! Wyciśniemy tu jeszcze wspólnie nasze ślady... my i wasz młody naród. Tymczasem narysuj no jego portret.

Babu ruszył naprzód buńczucznie, a z tyłu nie można było dostrzec ani jego kornego przemówienia, ani znaku danego Kimowi.

— O święty mężu, ci ludzie są sahibami. Jednego z nich wyleczyłem z biegunki za pomocą mych lekarstw, teraz zaś jadę do Simli, by mieć pieczę nad jego przyjściem do zdrowia. Oni pragną obejrzeć twój obraz...

— Leczenie chorych dobrą zawdy218 jest rzeczą. To zaś jest Koło żywota — odparł lama — które pokazywałem był ci w Ziglaur, gdy padały deszcze.

— ...i posłuchać twych objaśnień.

Lamie oczy zabłysły radością w przewidywaniu nowych słuchaczy.

— Objaśnienie Najdoskonalszej Drogi jest rzeczą zbawienną. Czy oni znają cokolwiek hindi (mowę hinduską), jak ów opiekun obrazów?

— Zdaje się, że troszkę znają.

Wtedy lama z prostotą dziecka, oddanego nowej zabawie, rzucił głowę w tył i z całego gardła podjął przedśpiew Nauczyciela boskości, poprzedzający rozpoczęcie właściwego nauczania. Cudzoziemcy oparli się na laskach turystycznych i zaczęli się przysłuchiwać. Kim przycupnąwszy w pokorze przyglądał się czerwonej poświetli słonecznej na ich twarzach oraz wydłużonym cieniom ich postaci, zacierającym się i niknącym. Mieli oni nagolenniki nieangielskiego fasonu, a ponadto jakieś cudaczne pasy i popręgi, które przypomniały mu, jak przez mgłę, ryciny w książce z księgozbioru świętoksawerskiego; zwała się Przygody młodego przyrodnika w Meksyku. Ba, wyglądali prawie jak przepyszny pan Sumichrast w owej opowieści, a zgoła nie zakrawali na ludzi „wyzutych ze wszelkich skrupułów”, jakich sobie utroił Hurree Babu. Kulisi, zakurzeni i oniemiali, zatrzymawszy się o jakie dwadzieścia do trzydziestu jardów opodal, zgarbili się w pokorze; zaś babu stanął obok z miną szczęśliwego władcy, a końce sznura, którym przewiązywał wytworne swe odzienie, łopotały na wietrze jak chorągiewka wytyczna.

— To są ci ludzie — szepnął Hurree korzystając z tego, że obrzęd przeciągał się, a obaj biali wodzili wzrokiem za słomką posuwającą się od piekła do nieba i z powrotem. — Wszystkie ich książki są w wielkiej kilcie z czerwoną przykrywką... są tam książki, raporty i mapy... a widziałem też list królewski pisany albo przez radżę Bunàr, albo radżę Hilàs. Pilnują tego bardzo starannie. Nie odesłali nic ani z Hilàs, ani z Leh, to pewna.

— Kto jest z nimi?

— Tylko paru tych pańszczyźnianych kulisów. Służby nie mają. Są to takie sknery, że sami sobie gotują jadło...

— Lecz jakaż mnie tu czeka robota?

— Czekaj i miej oczy otwarte. Gdyby się nadarzyła mi jakaś sposobność, będziesz wiedział, gdzie masz szukać papierów.

— Lepiej by to było oddać w ręce Mahbuba Alego niż w ręce Bengalczyka — rzekł Kim zgryźliwie.

— Zawżdy łatwiej znaleźć sposób zdobycia kochanki niż przebijania muru głową.

— Patrzcie, tutaj jest piekło przeznaczone dla skąpstwa i chciwości. Po jego bokach z jednej strony pożądliwość, z drugiej zaś przesycenie.

Lama zapalał się do swego dzieła, a jeden z cudzoziemców szkicował jego postać w oświetleniu szybko zmierzchającego się dnia.

— Dość już tego — ozwał się w końcu szorstko ów mężczyzna. — Nie rozumiem wcale jego mowy, ale chcę mieć ten obraz. On jest lepszym artystą ode mnie. Zapytaj, czy tego nie sprzeda.

— On mówi: „Nie, sar” (panie) — odpowiedział babu. Istotnie, lama nie odstąpiłby swej karty napotkanemu przypadkowo pątnikowi, podobnie jak arcybiskup nie oddałby w zastaw świętych naczyń kościelnych. W całym Tybecie pełno tanich wizerunków Koła żywota; ale lama był artystą, a jednocześnie bogatym przeorem w swoich stronach rodzinnych.

— Może za jakie trzy, cztery lub dziesięć dni, skoro się przekonam, że ten sahib jest dociekaczem i to pojętnym, mogę mu z własnej woli narysować drugi taki obraz. Ale ten był już używany do wtajemniczania nowicjusza. Powiedz mu to, hakimie.

— On chce mieć obraz natychmiast... za pieniądze.

Lama potrząsnął z wolna głową i zaczął zwijać arkusz z namalowanym Kołem życia. Moskal ze swej strony widział w nim jedynie niechlujnego dziadygę targującego się o zasmolony kawałek papieru, przeto wyjął garść rupii i półżartem szarpnął kartę; ponieważ lama zacisnął pięść silnie, karta rozdarła się na dwoje. Głuchy pomruk zgrozy rozległ się wśród kulisów... dyć wielu z nich pochodziło ze Spiti i jak na swój poziom oświaty byli dobrymi buddystami. Lama porwał się na tę zniewagę, a ręka mu spoczęła na ciężkim piórniku, który jest orężem kapłana. Babu wił się z przerażenia.

— Teraz widzisz... teraz widzisz, czemu chciałem mieć świadków; to są ludzie wyzuci ze wszelkich skrupułów. O sar, sar! Nie wolno ci bić świętego człowieka!

Chelo! On pokalał Pisane Słowo!

Było za późno. Zanim Kim zdołał odepchnąć napastnika, już Moskal z całej siły uderzył staruszka w twarz. W tejże chwili Kim pochwycił brutala za grdykę i zaczął się staczać wraz z nim po pochyłości góry. Cios zadany lamie rozpętał w krwi chłopca wszystkie nieznane mu diabły irlandzkie, a nagły upadek wroga dokonał reszty. Lama padł na kolana, na wpół ogłuszony; kulisi, porwawszy bagaże pomknęli na szczyt góry tak chyżo, jak niziniacy biegają po równinie. Oto widzieli niesłychane świętokradztwo, więc wypadało im uciec daleko z tego miejsca, zanim bogowie i strzygonie górskie nie powezmą pomsty. Francuz, szukając nerwowo rewolweru skoczył ku lamie, snadź zamierzając zrobić go zakładnikiem za swego towarzysza, lecz grad ostrych kamieni (a górale rzucają nader celnie) zmusił go do odwrotu, zaś jeden z kulisów pochodzący z Ao-chung pociągnął za sobą lamę w szeregi pierzchających. Wszystko odbyło się tak prędko, jak szybko zapada zmrok w górach.

— Oni nam zabrali wszystkie pakunki i całą broń palną! — wrzasnął Francuz, strzelając na oślep w szary półmrok.

— Dobrze, sar! Dobrze! Tylko nie strzelaj! Ja idę z pomocą! — zawołał Hurree i zwaliwszy się ze zbocza runął całym ciałem na upojonego i zdumionego Kima, który właśnie rozbijał głowę nieprzytomnego wroga o jakiś okrągły głazik.

— Zmykaj do kulisów — szepnął mu babu do ucha. — Oni mają toboły. Papiery są w kilcie o czerwonej pokrywie, ale przeszukaj ją całą dokładnie. Zabierz ich papiery, a zwłaszcza muraslę (orędzie królewskie). Ruszaj! Drugi człowiek nadchodzi!

Kim drapnął na górę. Kula rewolwerowa łupnęła w skałę tuż obok niego, więc przypadł do ziemi niby kuropatwa.

— Jeżeli pan będzie strzelał — krzyczał Hurree — oni tu zejdą i pobiją nas na druzgi219. Ja ocaliłem tego pana. To sprawa szczególnie niebezpieczna.

„Na Jowisza! — myślał Kim z zawziętością po angielsku. — Znalazłem się w tęgich opałach, ale ja też potrafię się bronić!”

Wymacał za pazuchą podarek Mahbuba i dość niepewnie (boć, nie licząc kilku strzałów ćwiczebnych na pustyni bikanerskiej, nie robił dotychczas użytku z rewolweru...) nacisnął cyngiel.

— A co mówiłem, sar! — prawie zapłakiwał się babu. — Zejdź na dół i pomóż mi go ocucić. Powiadam panu, że znajdziemy się wszyscy na gałęzi.

Strzały ucichły i rozległo się szurgotanie potykających się wciąż stóp. Kim, nie szczędząc przekleństw, pobiegł rączo w ciemności pod górę, jak kot — lub jak andrus.

— Czy cię nie zranili, chelo? — zawołał lama nań z góry.

— Nie. A ty? — i dał nura w kępę karłowatej smreczyny.

— Anim draśnięty. Chodźmy stąd. Udamy się z tymi ludźmi do Shamlegh, co leży pod śniegami.

— Ale nie wcześniej, zanim stanie się zadość sprawiedliwości — krzyknął jakiś głos. — Zdobyłem strzelby sahibów... wszystkie cztery. Zejdźmy w dół.

— On uderzył świętego męża... a myśmy to widzieli! Nasze bydło wychudnie i zjałowieje... nasze kobiety przestaną rodzić! Śniegi zwalą się na nas, gdy będziemy iść do domu... I to jeszcze na domiar wszystkich okrucieństw, jakicheśmy doznali!

Kępka smreczyny napełniła się jazgotliwymi kulisami... ogarnięci byli strachem, a zgroza czyniła ich gotowymi na wszystko. Ten, który był z Ao-chung, zaciskał w garści niecierpliwie komorę wybuchową swej strzelby i zabierał się do zejścia w dół.

— Poczekaj krzynę220, mężu święty; oni nie mogli ujść daleko; zaczekaj, aż wrócę.

— Wszak oto ta osoba doznała krzywdy... — rzekł lama, kładąc dłoń na swym czole.

— Właśnie też o to chodzi — brzmiała odpowiedź.

— Więc jeżeli ta osoba przebacza krzywdę, tedy wasze ręce są czyste. Co więcej, zdobędziecie sobie zasługę przez posłuszeństwo.

— Poczekaj, a pójdziemy wszyscy razem do Shamlegh! — upierał się ów człowiek.

Przez chwilę w sam raz tak długą, jakiej trzeba do nabicia strzelby, lama zawahał się, po czym zerwał się na równe nogi i położył palec na ramieniu górala.

— Czy słyszałeś? Ja to mówię... ja, com był przeorem w Such-zen, mówię, że nie wolno zabijać nikogo. Czy masz ochotę odrodzić się w postaci szczura lub wężem na podstrzeszu... robakiem w żołądku najpodlejszego ze zwierząt? Czy życzysz sobie...

Człowiek, co był rodem z Ao-chung, padł na kolana, bo głos lamy huczał jak tybetański gong do odpędzania diabłów.

— Ojej! Ojej! — zaczęli ludzie ze Spiti. — Nie przeklinaj nas... nie przeklinaj tego człowieka. To był jeno objaw żarliwości nabożnej, o mężu święty!... Ciśnij tę strzelbę, durniu!

— Gniew nad gniewy! Zło nad wszelkie zło! Nikogo nie wolno zabijać. Niech ci, którzy biją kapłany, chodzą w kajdanach własnych postępków. Sprawiedliwe i niezawodne jest Koło życia, co nie zbacza ani na włos! Ich czeka jeszcze wielokrotne odrodzenie... w katuszach.

Głowa mu obwisła i wsparł się ciężko na ramieniu Kima.

— O mało co nie dopuściłem się wielkiego grzechu, chelo — wyszeptał wśród śmiertelnej ciszy, co zaległa pod sosnami. — Doznawałem pokusy, by wysłać im kulę... a w Tybecie spotkałaby ich za to śmierć ciężka i powolna... Uderzył mnie w twarz... w ciało...

Osunął się na ziemię, dysząc ciężko, a Kim słyszał, jak wysilone jego serce tłukło się głośno w piersiach, to znów ustawało.

— Czy oni zatłukli go na śmierć? — ozwał się człek i rodem z Ao-chung, podczas gdy inni stanęli w oniemieniu. Kim śmiertelnie przerażony uklęknął nad ciałem lamy.

— Nie! — krzyknął przejęty do głębi. — To tylko choroba! — tu przypomniał sobie, że był białym człowiekiem i że ma na podorędziu przybory podróżne innego białego człowieka. — Otwórzcie kilty! Sahibowie mają za pewne jakieś lekarstwo!

— Oho! Jeżeli tak, to ja je znam! — przemówił, śmiejąc się, człowiek z Ao-chung. — Nie na to byłem przez pięć lat shikarrim sahiba Yanklinga, żebym nie miał znać tego lekarstwa. Ba, nawet go kosztowałem. Patrz!

Wyciągnął z zanadrza butelkę taniej gorzałki — takiej, jaką w Leh sprzedają przybyszom — i zręcznie wlał jej kapkę lamie między zęby.

— Tak czyniłem, gdy sahib Yankling zwichnął sobie nogę z tamtej strony Astoru. Aha! Ja już przejrzałem zawartość ich koszów... lecz podzielimy się tym, jak należy, dopiero w Shamlegh. Daj mu jeszcze trochę. To dobre lekarstwo. Pomacaj! Serce mu już teraz lepiej bije. Połóż go głową na dół i nacieraj mu z lekka pierś. Gdyby był czekał spokojnie, aż policzę się z sahibami, nigdy by się tak nie stało. Ale nuż sahibom przyjdzie ochota polować tu na nas? Wtedy nieźle byłoby puknąć do nich z własnej ich broni, hę?

— Jednemu już zapłaciłem, jak mi się zdaje — ozwał się Kim przez zęby. — Kopnąłem go w pachwinę, gdyśmy się toczyli z góry. O gdybym go zabił!

— Łatwo to być odważnym, gdy kto nie mieszka w Rampur — rzekł jeden, którego chatynka znajdowała się o mil parę od koślawego dworzyszcza radży. — Jeżeli osławimy się wśród sahibów, żaden nie zechce mieć w nas shikarrisów.

— O, ale ci dwaj sahibowie nie są Angrezi (Anglikami)... nie są to tacy pogodni ludzie, jak sahib Fostum i sahib Yankling. To cudzoziemcy... bo nie umieją mówić po angrezyjsku jak inni sahibowie.

W tej chwili lama zakaszlał i usiadł, po omacku szukając różańca.

— Nie będzie tu nikt zabijał — mamrotał. — Sprawiedliwe jest Koło życia. Grzech nad grzechy...

— Nie, święty mężu. Wszyscyśmy z tobą — ozwał się człowiek z Ao-chung, gładząc mu stopy lękliwie. — Nikogo nie zabijemy, chyba na twój rozkaz. Odpocznij sobie tymczasem. Założymy tu małe obozowisko, a potem, gdy wzejdzie księżyc, ruszymy do Shamlegh, które znajduje się poniżej śniegów.

— Po uderzeniu — przemówił sentencjonalnie jeden ze Spityjczyków — najlepiej się przespać.

— Czuję jakby jakiś zawrót w tyle głowy i dziwny ucisk w tym miejscu. Pozwól mi położyć głowę na twym łonie, chelo. Jestem człowiekiem starym, ale nie jestem wolny od wzruszeń i bólów... Winniśmy myśleć o przyczynie wszechrzeczy.

— Daj mu derkę. Nie możemy palić ognia, żeby sahibowie nas nie spostrzegli.

— Lepiej czmychnąć do Shamlegh. Nikt nie pójdzie za nami do Shamlegh.

Mówił to ów gorączkowo usposobiony Rampurczyk.

— Byłem shikarrim sahiba Fostuma i jestem shikarrem sahiba Yanklinga. Gdyby nie ta przeklęta beegar (pańszczyzna), byłbym teraz towarzyszył sahibowi Yanklingowi. Niechaj dwaj ludzie czuwają w dole, żeby sahibowie znów nie spłatali jakiej brewerii. Ja nie odstąpię od tego męża świętego.

Usiedli w pewnej odległości od lamy; przez chwilę nadsłuchiwali, potem zaś puścili w kolej fajkę chłodnicową, której zbiornikiem był stary słoik od czernidła „Day and Martin”. Rozbłysk czerwonego węgielka drzewnego, w miarę jak fajka przechodziła z rąk do rąk, oświecał wąskie, zmrużone oczy, wystające jak u Chińczyków kości policzkowe oraz bawole podgardla, co barwą zlewały się z ciemnymi zmarszczkami wojłoku dokoła ramion. Wyglądali niby czarcięta z jakiejś zaklętej kopalni... jak wiecujące w górach karły-złośliwce. A gdy tak pogwarzali, szmery ściekających roztopów śniegowych cichły jedne po drugich, w miarę jak nocny przymrozek ścinał lodem i zatrzymywał w biegu rwące potoki.

— Ciewy221, jak on się nam postawił! — wyrażał swój podziw jeden ze Spityjczyków. — Przypominam sobie, jakeśmy poszli za Ladakh (a było to siedem kwartałów temu), spotkaliśmy starego koziorożca; sahib Dupont strzelał, celując mu pod łopatkę i chybił; całkiem ci on tak się nam dziś postawił jak tamten kozioł! Sahib Dupont był dobrym shikarri...

— Nie tak dobrym jak sahib Yankling — ozwał się człowiek z Ao-chung, łyknąwszy gorzałki i podawszy butelkę następnemu. — A teraz posłuchajcie mnie.... chyba że ktoś z was myśli, że mądrzejszy?

Nikt nie przyjął wyzwania.

— Gdy księżyc wzejdzie, wyruszymy do Shamlegh. Tam podzielimy pięknie tobołeczki między siebie. Ja poprzestanę na tej nowiuśkiej strzelbinie ze wszystkimi jej nabojami.

— Czy niedźwiedzie napadają tylko na twoje gospodarstwo? — zagadnął go jeden z kamratów, ciągnąc dym z fajki.

— Nie, ale gałki muszkatu są obecnie po sześć rupii za sztukę, a twoje kobiety mogą dostać płótno namiotowe i trochę przyborów kuchennych. Zrobimy to wszystko w Shamlegh przed świtem. Wtedy każdy pójdzie w swoją drogę, a pamiętajcie, żeśmy nigdy nie widzieli na oczy ani też nie służyli u tych sahibów, którzy, rzecz prosta, niechybnie rozgłoszą, żeśmy rozkradli ich bagaże.

— Dobrze ci tak mówić, ale co powie na to nasz radża?

— Któż ma mu donieść o tym? Ci sahibowie, którzy nie umieją mówić po naszemu, czy ten babu, który dawał nam pieniądze dla jakichciś tam celów osobistych? Czyżby on mógł sprowadzić na nas wojsko? Jakież pozostaną dowody naszej winy? To, czego nie potrzebujemy, możemy wyrzucić na śmietnik w Shamlegh, gdzie jeszcze nie postała stopa ludzka.

— Kto przebywa tego lata w Shamlegh?

W onej miejscowości było tylko kilka szałasów i zagroda dla bydła pasącego się po halach.

— Kobieta z Shamlegh. Ona, jak wiadomo, nie lubi sahibów. Innych można zadowolić małymi podarkami i jeszcze każdemu z nas sporo się okroi.

Poklepał pękate boki najbliższego kosza.

— Ależ... ależ...

— Powiedziałem, że to nie są prawdziwi sahibowie. Wszystkie skóry i łby zwierzyny zakupili na bazarze Leh. Poznałem to po śladach kul. Pokazywałem je wam w czasie ostatniego marszu.

— Juści prawda. Wszystkie te skóry i łby były kupne. W niektórych nawet zalęgły się mole.

Był to argument chytrze obmyślany, a człowiek z Ao-chung znał swych towarzyszy.

— W najgorszym razie opowiem o tym sahibowi Yanltlingowi, który jest człowiekiem hecownym, to się uśmieje do rozpuku. Nie wyrządzamy żadnej krzywdy sahibom, których znamy. Ci zaś biją kapłanów. Nastraszyli nas, więc my w nogi! Kto tam wie, gdzieśmy pogubili pakunki? Czy myślicie, że sahib Yankling pozwoli, by policja nizinna rozbijała się wszędzie po górach i przeszkadzała mu w łowach? Ładny to kawał drogi z Simli do Chini, a jeszcze dalej z Chini do śmietnika w Shamlegh.

— Niech i tak będzie, ale ja poniosę tę dużą kiltę... ten kosz z czerwoną pokrywą, który sahibowie pakowali własnoręcznie co rana.

— Zatem to rzecz stwierdzona — rzekł sprytnie człowiek z Ao-chung — że żadną miarą nie mogą to być sahibowie. Słyszałże kto, żeby sahib Fostum czy sahib Yankling, choćby i mały sahib Peel, co zaczaja się po nocach, polując na dzikie ptactwo... kto, powiadam, słyszał, żeby który z tych sahibów przybywał w góry, nie mając przy sobie kucharza, tragarza i... i całej zgrai dobrze płatnych, rozrzutnych i dokuczliwych pachołków? Jak oni mogą nam zaszkodzić? No, i cóż w tej kilcie?

— Nic... pełna jest ino pisanych słów... książek i papierów, na których pisali, i dziwnych przyrządów, jak gdyby do jakiegoś nabożeństwa.

— Wszystkie się znajdą na śmietniku w Shamlegh.

— A jakże! Ale cóż będzie, jeżeli w ten sposób obrazimy bóstwa sahibów? Nie lubię w ten sposób rzucać pisanego słowa. Zasię te ich bożki mosiężne, to już całkiem dla mnie niezrozumiałe. To nie powinno stawać się łupem prostych górali.

— Ten starzec jeszcze śpi. Pst! Zapytamy jego chelę! — i człowiek z Ao-chung ożywił się, pyszniąc się, że rej wodził pomiędzy kamraty222.

— Mamy tu — szepnął — kiltę, której zawartości nie znamy.

— Ale ja znam — rzekł Kim przezornie. Lama oddychał spokojnie przez sen, więc Kim już na chwilę przedtem rozmyślał o ostatnich słowach Hurreego, gdyż jako uczestnik wielkiej gry miał właśnie teraz obowiązek szanować jego wolę. — Jest to kilta o czerwonej pokrywie, pełna wielce osobliwych przedmiotów, których żaden głupiec nawet się tknąć nie powinien.

— Mówiłem ci! Mówiłem ci — krzyknął ten, co niósł jej brzemię. — Czy myślisz, że ona mogłaby nas zdradzić?

— Nie grozi wam to, jeżeli mnie ją oddacie. Wyciągnę z niej czary. Inaczej wyrządzi ona wiele szkody.

— Kapłan zawsze bierze swą dziesięcinę! — burknął człowiek z Ao-chung, na którego widocznie wódka działała znieprawiająco.

— Mnie to ani parzy, ani ziębi — odpowiedział Kim z iście hinduską przebiegłością — — Podzielcie to między siebie, a zobaczycie, co z tego wyniknie!

— Ani mi się nie śni. Ja tylko żartowałem. Rozkazuj nam! Każdemu okroi się aż nadto zdobyczy. Rankiem każdy z nas pójdzie z Shamlegh, gdzie go oczy poniosą!

Z dobrą godzinę tak pogwarzyli, układając sobie, to znów zmieniając różne drobne zamysły, a tymczasem Kim drżał z zimna i — z dumy. Zabawność całej sytuacji radowała jego na poły irlandzką, na poły wschodnią duszę. Oto wysłannicy potężnego mocarstwa północnego zapewne mający tyle znaczenia w swoim kraju, co u nas Mahbub lub pułkownik Creighton, zostali nagle ukarani i bezradni, a jeden z nich (był to osobisty sekret Kima) mógł być czas jakiś kaleką. Obiecywali królom złote góry — i oto w noc dzisiejszą leżą tam gdzieś w dole, nie mając mapy, żywności, namiotu, broni, a nawet przewodnika... oprócz Hurreego Babu. Zaś to niepowodzenie ich Wielkiej Gry (Kim zachodził w głowę, komu by oni mogli o tym meldować), ta paniczna ucieczka na łeb na szyję w pomrokę nocy — dokonały się nie dzięki podstępom Hurreego ani pomysłowości Kima, lecz ot tak sobie po prostu, pięknie i nieuchronnie, jak pojmanie fakirów, przyjaciół Mahbuba, przez służbistego młodego policjanta w Umballi.

„Zostali tam... bez niczego... a na Jowisza, mrozik dziś siarczysty! Ja tu mam wszystkie ich pakunki. O, muszą się też oni wściekać! Żal mi Hurreego Babu”.

Niepotrzebnie Kim się litował, bo choć w tej chwili Bengalczyk był wielce obolały na całym ciele, to jednak duszę rozpierała mu fantazja i buta. O jaką milę poniżej, na stoku góry, dwaj na wpół skostniali mężczyźni, z których jeden doznawał straszliwych cierpień, na przemian to obrzucali się wzajemnymi wyrzutami, to w sposób wielce uszczypliwy wymyślali Hurreemu, który prawie omdlewał ze strachu. Domagali się od niego, by im wyjaśnił, co mają czynić. Odpowiedział, że powinni niebu dziękować, iż wyszli cało; że kulisi, o ile na nich nie dybią, uciekli już nieodwołalnie; że radża, któremu on podlegał, znajdował się stąd o dziewięćdziesiąt mil i że nie tylko nie użyczyłby im pieniędzy i eskorty na drogę do Simli, ale nawet na pewno wtrąciłby ich do więzienia, gdyby posłyszał, że znieważyli kapłana. Rozwodził się nad tym przestępstwem i jego skutkami, póki nie nakazali mu, by zmienił przedmiot rozmowy. Przeto mówił, że jedynym ich ratunkiem będzie przemykanie się niepostrzeżenie od wioski do wioski, póki nie zajdą w okolice cywilizowane; po czym po raz setny, rozpływając się w łzach, zapytywał gwiazdy na niebie, czemu sahibowie „uderzyli człowieka świętego”.

Gdyby Hurree zechciał postąpić tylko dziesięć kroków dalej, znalazłby się w nieprzebytych ciemnościach, gdzie już ci dwaj ludzie nie mogliby go dosięgnąć, a w najbliższej wiosce, gdzie rzadkością bywają wymowni lekarze, znalazłby dach nad głową i strawę. On jednak wolał znosić mróz, kurcze żołądka, obelgi, a czasem i szturchańce, dla towarzystwa swych czcigodnych dostojników. Przytulony do pnia drzewa wzdychał boleściwie.

— A czy pomyślałeś o tym — mówił z zapalczywością ten, który nie poniósł okaleczeń — jakie to będziemy ze siebie robić widowisko, włócząc się po tych górach, wśród tych dzikusów?

Hurree Babu myślał właśnie o tym niemal ustawicznie od kilku godzin, ale ta uwaga była skierowana nie do niego.

— Nie możemy iść! Ja ledwo mogę chodzić — jęczała ofiara Kima.

Sar, może ów święty przebaczy wspaniałomyślnie, bo inaczej...

— Zapowiadam, że z całą przyjemnością wpakuję wszystkie kule mego rewolweru temu młodemu bonzie, skoro tylko go spotkamy! — brzmiała niechrześcijańska odpowiedź.

— Rewolwery! Zemsta! Bonzowie! Tobie tylko to w głowie! — zaczęła się na nowo sprzeczka, aż Hurree przygiął się jeszcze niżej. — Czy nie zastanowisz się nad naszą stratą? Nasze pakunki! Pakunki! — (Hurree słyszał, jak ten, który to mówił, wprost ciskał się po trawie). — Wszystko, cośmy przenosili! Wszystko, czegośmy tak pilnowali! Ośmiomiesięczne zachody! Wiesz, co to znaczy? „Ma się rozumieć, tylko my wiemy, jak postępować z ludźmi Wschodu!...” Niechże cię!... Ładnieś się spisał!

I tak sobie dogryzali w kilku językach, a Hurree tylko się uśmiechał. Kilty były w ręku Kima, a w kiltach spoczywały plony ośmiomiesięcznych zabiegów dyplomatycznych. Nie było sposobów, by porozumieć się z chłopcem, ale można było na nim polegać. Zresztą łatwo było tak zainscenizować przeprawę przez góry, że w Hilàs, w Bunàr i po wszystkich traktach górskich na czterysta mil wokoło mogła o tym przejść opowieść aż do następnego pokolenia. Ludzie, którzy nie umieją w garści utrzymać swych kulisów, nie cieszą się w górach poważaniem, a górale mają bardzo żywe poczucie humoru.

„Nie mogło stać się lepiej — myślał sobie Hurree — choćbym nawet ja sam sprawą tą pokierował... a, na Jowisza, teraz przychodzi mi na myśl, że to właściwie ja tym wszystkim pokierowałem. Jakże byłem obrotny! Nawet gdym zbiegał z góry, myślałem, co należy czynić! Zniewaga lamy była przypadkiem, lecz ty-ylko ja potrafiłem ją wyzyskać... ach... bo to się też diabelnie udało! Pomyśleć sobie, jaki to wpływ mo-oralny na tych głuptasków! Nie mają ani jednego tra-aktatu... ani jednego papieru... w ogóle żadnych doku-umentów na piśmie... a ja służę im za tłumacza! Jakże się uśmiejemy obaj z pułkownikiem! Chciałbym mieć z sobą też te ich papiery; ale nie można jednocześnie zajmować dwóch miejsc w przestrzeni... to jest pewnik”.