Rozdział XV
Cesarzowi samemu nie ustąpiłbym miejsca,
Królom z drogi nie zeszedłbym precz,
Przed Zwierzchnikiem Kościoła nie uchyliłbym czoła!
Ale teraz — to inna wszak rzecz!
Nie chcę walczyć przeciwko napowietrznym Potęgom —
Przejść mu dajcie, odźwierni gwardziści!
Most zwodzony niech spadnie: boć tu nami On władnie244,
Ów marzyciel, co w prawdę sen iścił.
Dwieście mil na północ od Chini, wśród sinych łupków Ladakhu, czatuje wesoły człek, sahib Yankling, wypatrując zawzięcie lunetą po górskich grzbietach, czy nie ujrzy choć śladu swego ulubionego tropiciela — człowieka z Ao-chung. Tymczasem ów zaprzaniec uzbrojony nowym karabinem systemu Mannlichera i dwustu nabojami chadza sobie kędyś daleko, polując, jako dostawca, na piżmowce... a sahib Yankling dowie się w następnym kwartale, jaki to był niegodziwiec.
Dolinami Bushahr pospiesza pewien Bengalczyk, niegdyś otyły i zdrową mający cerę, dziś wychudły i wyniszczony niepogodą; dalekowzroczne orły himalajskie zbaczają z drogi na widok jego niezwykłego parasola zdobnego w pasy błękitne i białe. Niedawno zacny ten człowiek otrzymał wiele podziękowań od dwóch dostojnych cudzoziemców, których nie bez zręczności przeprowadził do tunelu Machobra, skąd wiedzie droga do wielkiej i wesołej stolicy Indii. Nie było to jego winą, że zmylony wilgotnymi mgłami, ominął stację telegraficzną i kolonię europejską w Kotgarh. Nie było też jego winą, ale winą bogów, o których rozprawiał tak zajmująco, że wprowadził obu swych towarzyszów w granice Nahanu, gdzie miejscowy radża wziął ich przez pomyłkę za zbiegów z wojska angielskiego. Hurree Babu zaczął tedy opowiadać, jak wielkimi i sławnymi osobistościami byli jego towarzysze w swym własnym kraju, aż nareszcie rozjaśnił lice ociężałego królika. Głosił też to każdemu, kto go zapytał — wielokrotnie — buńczucznie — na różne sposoby. Napraszał się jadła, starał się o wszelkie wygody, dowodził, że zręcznie niczym felczer potrafi wyleczyć ból w pachwinie... ból od uderzenia wywołany stoczeniem się w ciemności ze zbocza górskiego, zasypanego złomem... słowem, był nieoceniony w każdej rzeczy. Uzasadniona jego życzliwość sprawiła, że darzono go zaufaniem; wszak on, wraz z milionami uciemiężonych braci, nauczył się uważać Rosję za wielką wybawicielkę z Północy. Był zaś człowiekiem bojaźliwym. Przerażało go to, że nie potrafił uchronić swych znakomitych dostojników przed gniewem wzburzonego chłopstwa. Jemu samemu byłoby wszystko jedno, obić czy nie obić jakiegoś tam świątka, ale... Był pełen głębokiej wdzięczności i szczerej radości, że uczynił choć tę troszkę, która była w jego mocy, by ich odważne przedsięwzięcie uwieńczyć (pominąwszy utratę bagażu) pomyślnym skutkiem. O uderzeniach już zapomniał i zaprzeczał temu, jakoby miały go spotkać jakiekolwiek cięgi w ową nieszczęsną pierwszą noc pod sosnami. Nie domagał się ani zapłaty, ani wynagrodzenia służbowego, lecz — jeżeli poczytują go za godnego — czy nie byliby łaskawi napisać mu zaświadczenia? Mogłoby mu się to bardzo przydać później, jeżeliby po nich jeszcze inni (ich przyjaciele) przechodzili przez wąwozy. Prosił, by pamiętali o nim i na przyszłość, gdy dobiją się wysokich godności, gdyż „wnosił delikatnie”, że on sam, właśnie on — Mohendro Lal Dutt, magister sztuk wyzwolonych uniwersytetu w Kalkucie, „oddał państwu pewne przysługi”.
No i dali mu zaświadczenie, w którym chwalili jego uprzejmość, usłużność i nieomylną zręczność w roli przewodnika. Włożył je do kalety i zaszlochał ze wzruszenia: wszak przeżyli razem tyle niebezpieczeństw! W samo południe poprowadził ich przez rojne podcienia simlańskie do Simlańskiego Banku Związkowego, gdzie chcieli uzyskać potwierdzenie swej tożsamości. Odtąd on już gdzieś znikł niby ranny obłok na Dżakko.
Patrzcie no! Oto ubrany za wykwintnie, by miał się pocić, zanadto spiesząc się, by miał zachwalać lekarstwa w małej skrzynce o mosiężnych skuwkach, wstępuje na zbocze Shamleghu ten człek, sprawiedliwy w całej doskonałości. Przypatrzcie Się, jak pozbył się swego babuństwa i siadłszy na tapczanie, kurzy sobie fajkę, korzystając z poobiedniej pory, a tymczasem jakaś kobieta w czepcu wysadzanym turkusami wskazuje ręką na południowy wschód, hań za te gołe hale. Lektyka (tak ci powiada ta niewiasta) nie wędruje tak prędko, jak człek idący w pojedynkę, ale te ptaki, które on ściga, pewnikiem już są na nizinach. Święty mąż nie chciał tu dłużej popasać, choć Lispeth nalegała nań gorąco... Babu wzdycha ciężko, przepasuje znów swe potężne lędźwie i rusza w dalszą drogę. Nie myśli wcale podróżować po zapadnięciu zmierzchu; natomiast marsze, jakie odbywa w ciągu dnia (nie masz nikogo, kto by uwiecznił je w księdze), zdumiałyby ludzi, którzy drwią sobie z jego rasy. Uprzejmi wieśniacy, pamiętając dobrze dakkańskiego olejkarza sprzed dwóch miesięcy, udzielają mu schronienia przed złymi duchami leśnymi. Tam śni o bogach bengalskich, o uniwersyteckich podręcznikach naukowych, o Towarzystwie Królewskim, o Londynie i Anglii. Nazajutrz o świcie dyndający się biało-niebieski parasol idzie znów dalej.
Na rubieży Doon, w sporej odległości od Mussoorie, a przed sobą mając równiny rozpościerające się w złotej poświetli245 słonecznej, odpoczywa stara lektyka, w której (wiadomo o tym w całych górach) leży stary lama szukający rzeki zbawienia. Wioski biły się niemal z sobą o zaszczytne prawo noszenia tej lektyki, bo nie dość, że lama obdarzał ich błogosławieństwami, ale i uczeń płacił sowicie pieniędzmi — aż trzecią część tego, co płacą sahibowie. Dooli przebywała dwanaście mil dziennie, o czym świadczą zatłuszczone i wytarte końce jej drągów, i to drogami, którymi pójdzie mało który sahib. Szła ona przez wąwóz Nilang w czasie zadymki, gdy tuman śniegowy wciskał się w każdy fałd chałatu niewrażliwego lamy; szła pośrodku czarnych turnic Raiengu, gdzie spomiędzy chmur słyszeli świst kozicy; czepiała się i słaniała po oślizgłych łupkach; podtrzymywano ją silnie ramieniem i zaciśniętą szczęką, gdy okrążano okropne zakręty gościńca kutego w skale pod Bhagirati; bujała i skrzypiała w jednostajnym żółwim pochodzie podczas schodzenia w Dolinę Wód; przyspieszała biegu na oparnych gładzinach onej kotliny i znów szła w górę i w górę na samą grań, by natknąć się na huczące fujawice246 nadlatujące od Kedarnathu; w godzinach południowych przysiadała w szarawym półmroku błogich lasów dębowych; szła niestrudzenie od wioski do wioski w mroźne przedświty, kiedy nawet ludziom nabożnym można było darować, że przeklinali niecierpliwych świątków, lub też przy blasku pochodni, gdy nawet człowiekowi nielękliwemu przywidzą się upiory... dooli szła i szła, aż oto przybyła na miejsce ostatniego postoju. Chudziny-górale, cali spoceni od łagodnego skwaru niższych Sewalików, skupiają i się dokoła kapłanów, czekając należnego im błogosławieństwa i zapłaty.
— Zyskaliście zasługę — mówi lama. — Zasługę większą, niż możecie pojąć. I powrócicie do gór... — tu westchnął.
— Jużci247. Aby ino248 prędzej do tych wysokich gór!
Tragarz rozciera sobie łopatki, żłopie wodę, znów ją wypluwa i przezuwa249 słomiane łapcie. Kim (twarz ma zmęczoną i wychudłą) płaci tą odrobiną grosiwa, którą ma w kalecie, wytacza z lektyki sakwę z żywnością, chowa jakowyś pakiecik ceratowy (są w nim święte pisma) za pazuchę i pomaga lamie stanąć na nogi. Oczy starca odzyskały znów spokój i nie lęka się on już, by góry spadły i przygniotły go sobą, jak się obawiał w ową straszną noc, gdy zostali zatrzymani przez wezbraną rzekę...
Górale podnoszą dooli i znikają między kępami zarośli.
Lama wznosi rękę w stronę, kędy sterczy wyniosły mur Himalajów.
— Nie pośród was, o przebłogie góry, upadła strzała naszego Pana! Nigdy już, nigdy nie będę oddychał waszym powietrzem!
— Ależ w zdrowym powietrzu tutejszym staniesz się dziesięciokrotnie silniejszy — mówi Kim, bo do jego stęsknionej duszy przemawiają urodzajne, pogodne niziny. — Tak, tutaj lub gdzieś w tych okolicach upadła owa strzała. Będziemy iść pomału, może jedną kos dziennie, bo poszukiwanie jest niezawodne, natomiast wór bardzo mi cięży.
— Tak, nasze poszukiwanie jest niezawodne. Pozbyłem się wielkiej pokusy.
Odtąd już nigdy nie uszli więcej jak dwie mile dziennie, a Kim dźwigał na barkach cały ich ciężar — brzemię ciała staruszka, brzemię ważkiej sakwy naładowanej żywnością i zamkniętymi tekami, pakiet pism złożony na sercu, a wreszcie wszelkie trudy dotyczące zwykłych porządków dziennych. O świcie chodził po prośbie i rozściełał derki dla lamy oddanego rozmyślaniom; w czasie skwaru poobiedniego trzymał na swych kolanach jego utrudzoną głowę i odganiał muchy, póki nie zabolało go w przegubie; wieczorami znów żebrał i rozcierał lamie stopy, za co ów odwdzięczał mu się obietnicą rychłego wyzwolenia... dziś, jutro lub co najdalej pojutrze.
— Nie było jeszcze nigdy takiego cheli. Powątpiewam niekiedy, czy Ananda wierniej niańczył naszego Pana. I tyżeś jest sahibem? Gdy byłem w pełni sił męskich... dawno temu... zapomniałem o tym. Teraz często ci się przypatruję i wciąż sobie przypominam, żeś ty jest sahibem. To rzecz dziwna.
— Sam przecież mówiłeś, że nie uznajesz różnicy między czarnymi i białymi. Czemuż mi dokuczasz taką mową, o święty? Pozwól, że ci rozetrę drugą nogę. To mi sprawia przykrość. Ja nie jestem sahibem. Jestem twoim chelą i czuję, że głowa cięży mi na ramionach.
— Jeszcze trochę cierpliwości! Obaj razem dostąpimy wyzwolenia. Wtedy na przeciwnym brzegu Rzeki będziemy, i ja, i ty, poglądać wstecz na nasze żywoty, jak w górach spoglądaliśmy na drogę przebytą w ciągu dnia. Może i ja kiedyś byłem sahibem.
— Przysięgnę, że nie było nigdy sahiba, co by był tobie podobny.
— Jestem przekonany, że opiekun wizerunków w Domu Cudów był w poprzednim życiu bardzo uczonym Opatem. Lecz nawet jego okulary nie dodają siły memu wzrokowi. Gdy patrzę dłużej, jakieś cienie spadają na moje oczy. Mniejsza z tym... znamy się już na psotach nędznego i głupiego cielska... które jest jeno cieniem zmieniającym się w inne cienie. Jestem jeszcze skrępowany złudą czasu i przestrzeni. Jak daleko zaszliśmy dziś naszym ciałem?
— Z jakie pół kos.
Trzy ćwierci mili — a i to było podróżą wielce uciążliwą.
— Pół kos... Ha! Duchem przebyłem dziesięćkroć razy tysiąc tysięcy. O, jakżeśmy wszyscy oplątani, skrępowani i spowici tymi błahostkami! — spojrzał na chudą dłoń pokrytą sinymi żyłkami, która z taką trudnością odnajdowała paciorki różańca. — Chelo, czy nie pragniesz kiedy mnie opuścić?
Kimowi przyszedł na myśl pakiet ceratowy oraz księgi spoczywające w sakwie. Jeżeliby tylko człek jakiś, należycie do tego upoważniony, mógł go uwolnić od tych szpargałów, byłoby mu już zgoła obojętne, jakby tam potoczyła się Wielka Gra. Był zmęczony i w głowie go paliło, a kaszel dobywający się aż z głębi brzucha dręczył go okropnie.
— Nie — rzekł prawie surowo. — Nie jestem psem ani żmiją, by kąsać, gdy nauczono mnie kochania.
— Jesteś dla mnie zanadto tkliwy.
— Wcale nie. Jedną sprawę rozstrzygnąłem, nie zasięgając twej rady. Przez tę kobietę, która dała nam dziś rano koziego mleka, posłałem parę słów do kobiety z Kulu, donosząc, żeś trochę zasłabł i że przydałaby się lektyka. Sam siebie biczuję w duchu za to, żem tego nie uczynił wtedy, gdyśmy wchodzili do Doon. Pozostaniemy na tym miejscu, póki nie nadejdzie lektyka.
— Rad jestem temu. Ta kobieta ma złote serce, jak sam powiadasz, ale gadulska... oj, kawał gaduły!
— Nie będzie ci się naprzykrzała. Postarałem się i o to. O święty, serce mnie bardzo boli, żem tyle razy nie myślał o tobie! — Spazmatyczny kurcz chwycił go za gardło. — Chodziłem z tobą za daleko; nie zawsze zdobywałem ci dobre jedzenie; nie zważałem na upał; zagadywałem ludzi po drodze i zostawiałem cię samego... Ja też... ja... Hai mai! Ale ja cię kocham... i to już wszystko za późno... Byłem dzieckiem... O, czemuż nie byłem mężczyzną!
Zmożony wysiłkiem, zmęczeniem i ciężarem nie na swoje lata, Kim runął, szlochając do stóp lamy.
— Na co te płacze? — ozwał się lama łagodnie. — Przecież nigdy ani na włosek nie odstąpiłeś od drogi posłuszeństwa. Tyś o mnie nie dbał? Dziecino, toż ja żyłem twą siłą, jak stare drzewo żyje dzięki spojeniom nowego podmurowania. Od czasu zejścia z Shamlegh dzień po dniu kradłem ci twe siły. Dlatego to, a nie z winy jakiegoś twojego grzechu jesteś tak osłabiony. To jeno ciało... głupie, niedołężne ciało... przemawia teraz przez ciebie... a nie ufności pełna dusza. Nabierz otuchy. Poznaj przynajmniej moce czartowskie, z którymi walczysz; zrodzone są z ziemi... są dziećmi ułudy. Pójdziemy do niewiasty kuluańskiej. Ona pozyska zasługę przez to, że nas ugości, a szczególnie, że będzie mnie pielęgnować. Ty pohasasz sobie swobodnie, póki znów siły nie powrócą. Zapomniałem o głupim ciele; jeżeli to zasługuje na naganę, biorę ją na siebie... atoli zanadtośmy już blisko bram zbawienia, by sobie ważyć naganę. Mógłbym cię chwalić, ale czy to potrzebne? Maluczko... maluczko, a znajdziemy się tam, gdzie już nie ma potrzeb.
Toteż hołubił i pocieszał Kima mądrymi przypowieściami i arcygłębokimi sentencjami dotyczącymi tego mało pojętnego stworzenia, jakim jest nasze ciało, które, będąc tylko marą, uporczywie udaje duszę, powodując zaćmienie Drogi i nieskończone rozmnażanie się niepożądanych biesów.
— Hej! hej! Pogwarzmy sobie o kobiecie z Kulu. Czy przypuszczasz, że ona znów będzie prosić o jakieś czary dla swych wnuków? Gdym był silnym mężczyzną (a było to dawno), dokuczały mi fochy takie i owakie, więc udałem się do pewnego przeora... był to człek wielce świątobliwy i poszukiwacz prawdy, choć mi o tym nie było wiadomo. Usiądź i słuchaj, o dziecię mej duszy! Opowiedziałem mu swoje dzieje, a on na to: „Zakarbuj sobie to w pamięci, mój chelo! Na świecie jest wiele kłamstwa i niemało kłamców, ale z wyjątkiem wrażeń cielesnych nie ma gorszych kłamców jak nasze ciała”. Rozważając to, doznałem ukojenia, on zaś w dowód wielkiej łaski pozwolił mi pić herbatę w swej obecności. Pozwól mi teraz napić się herbaty, bo mam pragnienie.
Kim, śmiejąc się przez łzy, ucałował stopy mistrza i zakrzątał się koło przyrządzenia herbaty.
— Ty opierasz się na mnie swym ciałem, o święty, ale ja opieram się na tobie w innych sprawach. Czy wiesz o tym?
— Może się domyśliłem — rzekł lama, mrugając oczami. — Musimy to zmienić.
Przeto gdy wśród bójek, zwad i gorączkowego nastroju służby przejętej ważnością sprawy przytarabanił się... cóż by innego jak ulubiony palankin sahiby poprzedzany przez tegoż ochmistrza, starego, szpakowatego Oriasa?... i skoro na koniec dostali się w niestateczny stateczek wydłużonego białego dworu, w ustroniu za Saharunpore — lama rozważył już, co mu czynić wypada.
Sahiba, powitawszy go, odezwała się wesoło z okna na pięterku:
— I na cóż się zdadzą rady dane starcowi przez starą kobietę? Mówiłam ci... mówiłam ci, o święty, ażebyś pilnował swego cheli. Jakeś się z tego wywiązał? Wcale nie potrzebujesz mi odpowiadać! Ja już wiem. Biegał za kobietami. Przypatrz się jego oczom... jak mu wpadły i zaklęsły... a ta zdradliwa rysa od nosa w dół! Wylazło szydło z worka! Fe, fe! I to ma być kapłan!
Kim, nazbyt zmęczony, by móc się uśmiechnąć, podniósł oczy i potrząsnął głową na znak zaprzeczenia.
— Nie żartuj z niego — rzekł lama — Te czasy już minęły! Byliśmy zajęci ważniejszymi sprawami. W górach chwyciła mnie choroba duszy, jego zaś choroba ciała. Od owej chwili żyłem jego siłą... objadałem go...
— Obaj jesteście dzieciaki... młody i stary... — parsknęła stara jejmość, ale dała już spokój nowym żartom. — Oby teraźniejsza gościna wróciła wam siły. Zatrzymajcie się na chwilę, a przyjdę do was pogawędzić o kochanych wysokich górach.
W porze wieczornej (jej zięć już był powrócił, więc nie potrzebowała chodzić wokoło i doglądać gospodarstwa) doszła do samego sedna rzeczy i jęła się wywnętrzać półgłosem przed lamą. Obie stare głowy poczęły kiwać się poważnie ku sobie. Kim już przedtem powlókł się do pokoju, gdzie znajdowało się wyrko, legł jak długi i spał jak kłoda. Lama nie pozwolił mu rozkładać derek ani przynosić jadła.
— Wiem... wiem. Kto jak nie ja? — trajkotała stara. — My, którzy już zstępujemy ku pogrzebnym popieliskom, chwytamy za ręce tych, którzy wychodzą znad rzeki żywota z dzbanami pełnymi wody... tak, dzbanami pełnymi po brzegi. Skrzywdziłam tego chłopaka. On więc użyczał ci siły? Prawda to, że stary zjada co dzień młodego. Powinniśmy go teraz pokrzepić.
— Zdobyłaś już wielokrotnie zasługę...
— Moja zasługa?... jakaż tam znowu? Cóż z tego, że ten stary worek kości przyrządza potrawy ludziom, którzy nawet nie zapytają: „Kto to zgotował?”. No, gdyby to zastawić memu wnukowi...
— Temu, którego bolał brzuszek?
— Pomyśleć, że też święty człowiek jeszcze o tym pamięta! Muszę to opowiedzieć jego matce. Toć to nadzwyczajny zaszczyt! „Ten, którego bolał brzuszek!”.... jak święty człowiek to pamiętał!... Ona będzie dumną z tego.
— Mój chela jest dla mnie tym, czym jest syn dla człowieka nieoświeconego.
— Powiedz raczej: wnuk. Matki nie mają jeszcze mądrości właściwej naszym latom. Jeżeli dziecko beczy, powiadają, że niebo się wali. Zaś babka, którą dość czasu dzieli od boleści porodu i od rozkoszy karmienia, potrafi wymiarkować, czy płacz pochodzi li tylko ze złości czy parcia w żołądku. A skoro znów mówisz o rozdęciu brzuszka, to może za ostatnią bytnością twoją u nas, mężu święty, obraziłam cię, domagając się czarów.
— Siostro — rzekł lama, nazywając ją tym mianem, jakim posługują się niekiedy mnisi buddyjscy w przemówieniach do mniszek — jeżeli czary są ci pomocne...
— Są lepsze niż dziesięć tysięcy doktorów.
— Powiadam więc, jeżeli są ci one pomocne, tedy ja, były przeor w Such-zen, zrobię ci ich tyle, ile zapragniesz. Nie widziałem nigdy twego oblicza...
— O, temu mogłyby być rade nawet małpy, które nam kradną pomarańcze. He, he, he!
— Lecz, jak słusznie powiedział ten, który tam śpi — tu ruchem głowy wskazał zamknięte drzwi pokoju gościnnego po drugiej stronie podwórza — ty masz naprawdę złote serce... A on jest mi w duchu prawdziwie „wnuczkiem”.
— Dobrze! Więc ja jestem krową świętego męża — był to zwrot hinduistyczny250, ale lama nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. — Jestem stara. Z ciała swego urodziłam synów. O, kiedyś umiałam podobać się ludziom! Teraz umiem ich leczyć. — (Lama usłyszał brzęk jej naramienników, jak gdyby zakasywała ręce, przygotowując się do roboty.) — Wezmę chłopca do siebie, będę mu dawała lekarstwa, pakowała w niego jedzenie, aż doprowadzę go do zdrowia. Hej! hej! Jeszcze my starzy przydamy się na coś w świecie!
Dlatego to, gdy Kim obolały we wszystkich stawach otworzył oczy i chciał udać się do izby czeladnej, by przyrządzić strawę dla swego nauczyciela, przekonał się, że otoczono go srogim rygorem, a jakaś stara, zakwefiona postać stojąca przy drzwiach w asyście szpakowatego sługi oznajmiła mu, jakich to rzeczy nie wolno mu robić.
— Musisz mieć... nie powinieneś mieć niczego. Co znowu? Zamkniętą skrzynkę, w której masz trzymać święte księgi? O, to całkiem inna sprawa. Niech mnie niebo uchowa, żebym miała odrywać kapłana od jego ksiąg! Przyniosą ci ją, a ty będziesz miał klucz u siebie...
Wsunęła mu pod tapczan kuferek, a Kim z westchnieniem ulgi zamknął w jego wnętrzu pistolet Mahbuba, ceratowy pakiecik z listami oraz teki i dzienniki. Z jakiejś niedorzecznej przyczyny mniejszym były mu one ciężarem dla ramion niż dla biednej łepetyny. Z ich powodu po całych nocach odczuwał ból w karku.
— Taka choroba, jak twoja, nieczęsto przytrafia się tegoczesnej młodzieży... odkąd młodziki przestały darzyć starszych pieczołowitością. Środkiem na nią jest sen i pewne lekarstwa — tak mówiła sahiba; a Kim z całą lubością oddawał się bezczynności, która była dlań jednocześnie przyczyną lęku i ukojeniem.
Przesiadując w tajemniczej izbie, która w domu Azjatów odpowiada destylarni, sahiba gotowała przedziwne odwary... iście końskie lekarstwa, co miały woń odrażającą, a smak jeszcze gorszy. Stała nad Kimem, dopóki wstępowały one w niego, a następnie badała go aż do znudzenia, gdy z niego wystąpiły. Na podwórze rzuciła tabu251, a chcąc wzmocnić skuteczność tegoż, ustawiła ponadto zbrojnego pachołka. Prawda, że ów miał siedemdziesiąt lat z okładem, że jego miecz schowany w pochwie kończył się na rękojeści, w każdym razie jednak był wyobrażeniem władzy sahiby, a tym samym utrzymywał w przyzwoitej odległości od owego miejsca wszelkie ładowne wozy, gadatliwą służbę, cielęta, psy, kury i tym podobną gawiedź. Na domiar wszystkiego, gdy ciało Kima się przeczyściło, wyszukała z całej masy biednych krewnych zaludniających czworaki dworskie — takie osóbki nazywają u nas brysiami podwórzowymi — wyszukała więc wdowę po ciotecznym bracie, doświadczoną w tym, co nie znając się na rzeczy Europejczycy nazywają masażem; po czym obie kobiety, położywszy go w kierunku od wschodu na zachód (ażeby tajemne prądy ziemskie, przenikające glinę naszego ciała, mogły pomagać, a nie przeszkadzać), skubały go po kawałku przez całe długie popołudnie — kość po kości, ścięgno za ścięgnem, staw po stawie, a na koniec i nerw za nerwem. Ugnieciony na jakąś nieokreśloną miazgę, na wpół zahipnotyzowany ciągłym chwianiem się i poprawianiem niewygodnych chudderów zasłaniających im oczy, Kim uleciał na dziewięć tysięcy mil w krainę snu... Trwał ów sen trzydzieści sześć godzin, a wsiąkł w duszę Kima jak deszcz po długiej posusze.
Potem jęła252 go odżywiać, a cały dom aż zadudniał od jej nawoływań. Kazała zabić kurczęta, posłała po jarzyny, a poważny, wolno myślący ogrodnik, prawie tak stary jak ona, zwijał się jak piskorz w ukropie; brała korzenie, mleko, cebulę, a także małe rybki z potoków — niebawem zaś cytrynki do szerbetu (chłodnik turecki), przepiórki świeżo schwytane w sidła, potem wątróbki kurczęce na drewnianych szpikulcach, obłożone imbirem pokrajanym w plasterki.
— Widziałam i ja trochę świata — mówiła, stojąc nad pozastawianymi tacami — i przekonałam się, że są na nim dwa rodzaje kobiet: takie, które pozbawiają mężczyznę siły, i takie, co mu znów jej dodają. Niegdyś należałam do pierwszych, teraz zaś do drugich. Nie... nie udawaj klechy przede mną! Był to tylko żart z mej strony. Jeżeli teraz nie zrobi ci się dobrze, to w każdym razie później, gdy znów wyruszysz w drogę. Kuzynko — zwróciła się do ubogiej krewniaczki, która nieznużenie wysławiała swą opiekunkę za jej miłosierdzie — jego skóra nabrała połysku skóry końskiej świeżo wyczyszczonej zgrzebłem. Nasza praca podobna jest do szlifowania drogich kamieni... w tym celu, by je później rzucić tancerce... hę?
Kim siadł i uśmiechnął się. Straszliwa słabość spadła zeń niby zdarty bucik. Świerzbiał go znów język do swobodnej pogawędki, a przecież dopiero tydzień temu najmniejsze słówko szło mu jak po grudzie. Ból w karku (musiał go się nabawić od dźwigania lamy) ustąpił bez śladu wraz z ciężkimi bólami febrycznymi i gorzkim posmakiem w ustach. Obie staruszki, troszkę bardziej teraz uważające na swe welony, gdakały sobie wesoło jak te kwoczki, co dziobiąc ziarna weszły przez otwarte drzwi do pokoju.
— Gdzie jest mój świątek? — zapytał Kim.
— Słyszycie go!... Twój święty ma się dobrze! — fuknęła gniewnie. — Chociaż nie jest to jego zasługą. Gdybym znała jakieś czary, od których by on zmądrzał, sprzedałabym wszystkie me drogocenności, byle je kupić. Gdy ktoś gardzi doskonałymi potrawami, które sama gotowałam... gdy przez dwie noce błąka się na czczo po polach... i w końcu wpada do strumienia... ty nazywasz to świętością? A potem, gdy omal nie skruszył tej resztki mego serca, jaka pozostała po tych obawach o ciebie... opowiada ci mi on najspokojniej, że zdobył zasługę. O jakże są jednacy wszyscy mężczyźni! Nie, to nie tak było... on opowiada, że jest zbawiony od wszelkiego grzechu. Ja mogłabym mu powiedzieć to samo, zanim jeszcze przemoczył się do suchej nitki! Obecnie czuje się całkiem dobrze... owa przygoda zdarzyła się tydzień temu... ale niech gromy biją taką świątobliwość! Trzyletni smarkacz lepiej by sobie postąpił. Nie obruszaj się na świętego. Wpatruje się wciąż w ciebie jak w tęczę... o ile nie brodzi po naszych strumieniach.
— Nie pamiętam, bym go tu widział. Pamiętam jeno, że dnie i noce migały mi to biało, to czarno, niby otwierająca się i znów zamykająca zapora. Nie byłem chory. Byłem tylko zmęczony.
— Był to letarg, jaki siłą rzeczy przychodzi w kilkadziesiąt lat później. Lecz obecnie już to przeszło.
— Maharanee (królowo)... — zaczął Kim, lecz spojrzawszy w jej oczy, zastąpił ten przydomek nazwaniem pełnym tkliwej miłości: — matko, zawdzięczam ci życie. Jakże ci się wywdzięczę? Dziesięć tysięcy błogosławieństw na twój dom i...
— Dom ten nie jest błogosławion... — (Nie podobna przytoczyć dosłownie wyrażenia starej jejmości). — Bogom, jeżeli ci się podoba, dziękuj po kapłańsku, ale mnie, jeśli ci o to chodzi, dziękuj jak syn matce. O niebiosa nad nami! Czyż na tom cię piastowała, przebierała, na tom klepała i miętosiła każdy z dziesięciu palców na twych nogach, byś w zamian cisnął parę zaklęć na moją głowę? Przecież musiałeś mieć kiedyś matkę, co cię urodziła ku swemu utrapieniu? Na cóżeś ty jej się przydał... synku?
— Nie miałem matki, moja matko — odrzekł Kim. — Opowiadano mi, że umarła, gdy byłem młody.
— Hej-mej! Wobec tego nikt nie powie, żem jej odebrała jakiekolwiek prawa macierzyńskie, jeżeli... gdy ruszysz znów w podróż, a ten dom będzie tylko jednym z tysiąca domów, w których gościłeś, by później puścić je w niepamięć, rzuciwszy im naprędce błogosławieństwo. Ale to fraszka. Mnie nie potrzeba błogosławieństwa, tylko... tylko... — tupnęła nogą na biedną krewniaczkę — Odnieś te tace do mieszkania! Na cóż ty trzymasz w pokoju zatęchłe jedzenie, ty złowieszcza babo!
— Ja... ja t... też miałam kiedyś syna, ale zmarł niebożątko! — jęła chlipać schylona postać siostrzana, okryta zasłoną. — Wszak wiesz, że umarł! Czekałam tylko na rozkaz, bym mogła zabrać tacę.
— To ja jestem złowróżbną babą!... — rozbeczała się ze skruchą stara gospodyni. — My, które już zstępujemy do chattrisów253, z całej siły chwytamy tych, którzy niosą chatti254. Gdy już nie można pląsać na zabawie, trzeba poprzestawać na wyglądaniu przez okno, a niańczenie wnuków staje się całym zajęciem kobiety. Twój mistrz daje mi wszelkie czary, jakich tylko teraz zażądam dla pierworodnego syna mej córki, ponieważ... czy tak?... jest wolny zupełnie od grzechu. Hakim bardzo podupadł ostatnimi czasy, a w braku lepszych pacjentów truje mi ciągle moją służbę.
— Jaki to hakim, matko?
— Ten sam dakkańczyk, co dał mi tę pigułkę, która o mało co nie rozdarła mnie na trzy części. Przywlókł się tu przed tygodniem niby zbłąkane wielbłądzisko, klnąc się na wszystkie świętości, żeś ty z nim żył jak z bratem rodzonym przez całą drogę do Kulu, i udaje, że się wielce niepokoi o twe zdrowie. Był bardzo wycieńczony i zgłodniały, więc dałam rozkaz, żeby go napasiono... jego i jego niepokój...
— Chciałbym się z nim widzieć, o ile on się tu znajduje.
— On tu jada pięć razy dziennie i przecina wrzody moim chłopom, by uchronić się od apopleksji. Tak jest pełen obawy o twe zdrowie, że cięgiem tkwi jak przylepiony koło drzwi kuchennych i napycha się ochłapami. On tu jeszcze posiedzi; nigdy nie zdołamy go stąd wykurzyć.
— Przyślij go tu, matko — Kim mrugnął okiem, które mu zabłysło z radości — a spróbuję tego dokazać.
— Przyślę go, lecz wypędzać go byłoby dowodem wielkiej niewdzięczności. Miał on przynajmniej tyle przytomności, że wyłowił świętego ze strumienia i zdobył sobie zasługę... choć święty tego nie powiedział...
— Jest to hakim wielce uczony. Przyślij go, matko.
— Kapłan wychwala kapłana? Co za dziwo? Jeżeli on ci jest jakimś kmotrem (darliście z sobą koty, gdyście tu byli za ostatnim razem), przyciągnę go tu postronkami i... i dam mu potem obiad, jak przystoi jego kaście, mój synu... Wstawaj i spojrzyj na świat! Ta bezczynność, ta mitręga na barłogu jest matką siedemdziesięciu diabłów... mój synu! Mój synu!
Podreptała na dwór, by rozpętać całą burzę w izbie czeladnej, a niebawem tuż za jej cieniem wtoczył się babu udrapowany płaszczem zarzuconym na barki, niby u jakiegoś cesarza rzymskiego, opasły na gębie niczym Tytus, z odsłoniętą głową, obuty w nowe buciki z patentowanej skóry — słowem w całym rozkwicie dobrobytu i tuszy, rozlewny w radości i w powitaniach.
— Na Jowisza, panie O’Haro, ależ ja jestem nad wyraz szczęśliwy, że cię widzę. Pozwolisz, że zamknę drzwi. Szkoda, że jesteś chory. Czy bardzo źle się czujesz?
— Papiery... papiery z kilty. Mapy i murasla! — i niecierpliwie podał mu klucz, gdyż obecnie jedynym pragnieniem, jakie miał w duszy, było pozbyć się zdobyczy.
— Masz całkowitą słuszność. Co to znaczy być człowiekiem! Zdobyłeś co?
— Wziąłem wszystkie rękopisy, jakie były w kilcie. Resztę rzuciłem w przepaść.
Posłyszał zgrzyt klucza w zamku, kleiste trzeszczenie rozdzieranej z wolna ceraty i szybkie szeleszczenie papierami. W ciągu bezczynnych dni przewlekłej choroby dręczył się bez najmniejszego uzasadnienia świadomością, że one tam leżą pod nim... jako ciężar, którego nie podobna zanieść na miejsce przeznaczenia. Toteż zatętniła mu krew w całym ciele, gdy Hurree, czyniąc słoniowate podrygi, zatarł znów ręce.
— To ślicznie! O prześlicznie, panie O’Haro! Tyś... Ha, ha, ha!... tyś mi dychnął cały wór różnych szachrajstw... wszystkie ich materiały i tajniki... wszystko, jak się patrzy! Zwierzali mi się, że ośmiomiesięczna robota poszła na marne! Na Jowisza, jak mnie oni tłukli!... Patrz, oto list od radży Hilàs! — wyrecytował parę wierszy pisanych językiem dworu perskiego, bo tą mową posługuje się urzędowa i nieurzędowa dyplomacja na Wschodzie. — Mości radża sahib już wdepnął w pułapkę. Będzie musiał się tłumaczyć, czemu to, u kroćset diabłów, pisuje listy miłosne do cara. A tu jakie doskonałe mapy... a oto kilku ministrów z tych krajów też dało się uwikłać w tę korespondencję. Na Boga, sar! Rząd angielski zmieni prawo następstwa tronu w Hilàs i Bunàr i zamianuje nowych dziedziców korony. „Co robisz zdra-dziecko, to najbardziej nieprawe255... ale ty nie rozumiesz, hę?
— Czy już masz w rękach te szpargały? — zapytał Kim, którego poza tą jedyną myślą nic nie obchodziło.
— Może chcesz się ze mną założyć, czy je mam? — i powtykał wszystko, co znalazł, w przestwory swych szat dokoła całego ciała, jak to umieją tylko ludzie Wschodu. — Co więcej, wszystko to już idzie do biura. Stara jejmość myśli, że będę tu wiekuistą przylepą; tymczasem ja wyruszę z całą zdobyczą prosto, jak strzelił — i to natychmiast. Pan Lurgan będzie dumny. Urzędo-ownie jesteś moim podwładnym, ale ja wspomnę o tobie w rap-porcie ustnym. My Bengalczycy odznaczamy się dokła-adnością wiadomości.
Szastnął kluczem i pokazał puste dno skrzynki.
— Dobrze. Dobrześ zrobił. Byłem bardzo zmęczony. Mój święty też chorował. Podobno wpadł do...
— Oo tak! Jestem mu z całej duszy przyjacielem, słowo ci daję. Gdym przybył tu za wami, on zachowywał się jak ostatni dziwak, więc mi przychodziło na myśl, że może to on przechowuje te papiery. Towarzyszyłem mu w czasie rozmyślań, po trosze w tym celu, by roztrząsać kwestie et-tnologiczne. Jak widzisz, jestem tu teraz mało znaczącą osobistością wobec jego przeróżnych czarów. Na Jowisza, O’Haro, czy wiesz, że on miewa czasem paroksyzmy?... i to kat-taleptyczne, jeśli nie epileptyczne! W takim stanie zdybałem go raz pod drzewem in articulo mortis256; naraz podskoczył i dalejże brnąć przez strumień... gdyby nie ja, byłby się utopił. Wyciągnąłem go na brzeg.
— To dlatego, że mnie tam nie było! — rzekł Kim. — On przecie mógł umrzeć.
— Tak, niewiele mu brakowało... ale teraz już się wysuszył i utrzymuje, że przebył transfigurację. — Tu babu stuknął się znacząco w czoło. — Z jego dowodzeń porobiłem wyciągi dla Towarzystwa Królewskiego... in posse257. Musisz czym prędzej wyzdrowieć i przyjechać do Simli, a u Lurgana opowiem ci wszystkie swe przygody. Pyszny był to kawał. Nogawki spodni zdarły się im doszczętnie, a stary radża Nahan wziął ich za zbiegłych żołnierzy europejskich.
— Aha! Ci Moskale? Dokądże to oni trzymali się ciebie?
— Jeden z nich był Francuzem. Ach, byłoż tych dni i dni, i dni! Teraz cała ludność górska jest święcie przekonana, że wszyscy Moskale są ostatnimi dziadami! Na Jowisza! Nie było takiej mordęgi, jakiej bym ich nie nabawił! A com naopowiadał ludziom prostym... ach, jakie bujdy i dykterie! Opowiem ci to wszystko, gdy zawitasz do starego Lurgana. Będziemy mieli o czym gadać... ach!... przez noc całą! Mamy się obaj czym szczycić! Taak... a oni mi jeszcze za to wydali list uwierzytelniający! Ależ to wyśmienity psikus! Trzeba ci było ich widzieć, jak stwierdzali swą tożsamość w Banku Związkowym! Dzięki Wszechmocnemu, że tak pięknie zdobyłeś te papiery! Teraz nie ba-ardzo się śmiejesz, ale będziesz się śmiał, gdy wyzdrowiejesz. Teraz idę wprost na kolej i... wio! Odniesiesz z tej gry swojej wiele różnych korzyści. Bardzośmy z ciebie dumni, choć nabawiłeś nas wielkich strachów. Tyczy się to zwłaszcza Mahbuba.
— A jakże, Mahbub! Gdzież on teraz bawi?
— Sprzedaje konie tu w sąsiedztwie... jakżeby inaczej?
— Tutaj? Po co? Mów powoli. W głowie mi się jeszcze wciąż kręci.
Babu skromnie spuścił w dół oczy.
— No widzisz, ja jestem człek bojaźliwy i boję się odpowiedzialności. Ty, widzisz, byłeś chory, a ja nie wiedziałem gdzie, do kroćset diasków, znajdują się papiery i ile ich ta jest. Toteż ledwom tu przybył, wysłałem poufny telegram do Mahbuba (był właśnie w Meerut na wyścigach) i opowiedziałem mu, jak rzeczy stoją. On w te pędy przyjeżdża z ludźmi, pokumał się z lamą, potem nazwał mnie durniem i był bardzo opryskli-wy...
— Ale z jakiejże przyczyny?
— Właśnie o to ja się pytam. Ja tylko miałem to na myśli, że jeżeli ktoś ukradł te papiery, to przydałoby mi się kilku mocnych i dzielnych chłopa, by wywalczyć je z powrotem. Sam wiesz, że są one niezmiernie ważne, a Mahbub Ali nie wiedział, gdzie ty się znajdujesz.
— Mahbub Ali miał splądrować dom sahiby? Zwariowałeś, babu! — ozwał się Kim z oburzeniem.
— Potrzeba mu było papierów. A przypuśćmy, że ona je skradła? Był to pomysł jedynie praktyczny, moim zdaniem. Nie podoba ci się... hę?
Przysłowie ludowe — nie dające się powtórzyć — ujawniło całą krańcowość odmiennych zapatrywań Kima.
— No, niech ci będzie! — rzekł Hurree, ruszając ramionami — trudno tu liczyć się z gu-ustem. Mahbub też się rozeźlił. Posprzedawał tu naokoło wszystkie swe konie, a powiada, że stara jejmość jest pukka (mocno, tęgo, całkiem) starego pokroju i nie dopuściłaby się tak nieszlachetnych sprawek. Ja o to nie dbam. Zdobyłem papiery i byłem rad moralnej pomocy ze strony Mahbuba. Powtarzam ci, że jestem człek bojaźliwy, ale im większego mam pietra, zawsze tak czy inaczej wpadam w gorsze tarapaty. Dlatego to cieszyłem się, że poszliście ze mną do Chini, a teraz cieszę się, że Mahbub był tuż koło mnie. Stara jejmość często odnosi się w sposób wielce grubiański do mnie i moich świetnych pigułek.
— Niechże się Allach zmiłuje! — rozweselił się Kim wsparty na łokciu. — Jakąż to dziwną bestyją jest taki sobie babu! I ten to człowiek szedł sam jeden... jeżeli szedł... w towarzystwie dwóch obrabowanych i rozjuszonych cudzoziemców!
— Oo! To był-ło błahostką... skoro mnie już zaprzestali bić. Ale gdybym zgubił papiery, byłaby to sprawa nader poważna. Mahbub o mało co też mnie nie obił, a potem poszedł do lamy i bez końca świecił mu bakę258. Odtąd już poświęcę się całkiem badaniom et-tnologicznym. A teraz do widzenia, panie O’Haro. Przy dobrym pośpiechu zdążę jeszcze na pociąg odjeżdżający do Umballi o 4.25 po południu. Będzie to beczka śmiechu, gdy zejdziemy się u pana Lurgana i zaczniemy opowiadać nasze przygody. Lepiej może, gdybym zameldował cię oficja-alnie. Do widzenia, kochany mój koleżko, a na przyszły raz, gdy cię porwie pas-sja, bądź łaskaw nie używać wyrażeń mahometańskich, mając na sobie strój tybetański.
Uścisnął mu dwukrotnie prawicę — prawdziwy babu po same obcasy — i otworzył drzwi. Zaledwie na jego jeszcze triumfującą twarz upadły promienie słoneczne — przeobraził się z powrotem w skromnego olejkarza dakkańskiego.
„On ich złupił... — myślał Kim, zapominając o własnym uczestnictwie w tej grze. — Wywiódł ich w pole! Łgał im w żywe oczy, jak to potrafi Bengalczyk. Oni mu dali czit (zaświadczenie). Kpił sobie z nich, choć mógł lada chwila przypłacić to życiem (ja za nic w świecie nie poszedłbym do nich po owej strzelaninie z pistoletów)... A mimo tego on powiada, że jest człowiekiem bojaźliwym. Muszę wydostać się znowu na świat”.
Zrazu nogi mu się uginały jak kiepskie cybuchy, a struga powietrza rozedrganego blaskami słonecznymi prawie go oszołomiła. Przykucnął pod bielonym murem i jął rozpamiętywać bezładnie zdarzenia z czasów długiej podróży na dooli; przychodziły mu na myśl wszystkie zasłabnięcia lamy, następnie zaś, gdy przeminęło podniecenie wywołane rozmową, rozczulił się nad sobą samym, do czego, jak każdy chory, bardzo był teraz skłonny. Rozpętana myśl rwała się na wszystkie strony jak nieujeżdżony koń, co raz ukłuty ostrogą, narowi się od niej. Wystarczyło mu, aż nadto wystarczyło, że zdobyczna zawartość kilty już nie była w jego rękach ani pod jego opieką... że poszła sobie precz. Próbował myśleć o lamie... dociec, w jakim celu rzucił się do strumienia... lecz wielkość świata widzianego przez podwórzowe furty zatarła wszelkie skojarzenia myśli. Wówczas jął się przyglądać drzewom i rozległym niwom, kędy wśród zbóż dostałych259 kryły się chałupy poszyte słomą... przyglądał się zdziwionymi oczyma, niezdolnymi pojąć rozmiarów, ustosunkowań i przeznaczenia poszczególnych przedmiotów... Wytrzeszczał tak oczy w cichości przez dobre pół godziny. Przez cały ten czas doznawał uczucia — niedającego się wyrazić słowami — że dusza jego zatraciła łączność ze swym otoczeniem... była takim sobie kółkiem zębatym niepołączonym z żadną maszynerią, zupełnie jak to leżące bezczynnie w kącie koło zębate od lichej sieczkarni beheeańskiej, która służyła do miażdżenia trzciny cukrowej. Wachlowały go wietrzyki, papużki go nawoływały, tuż za nim rozbrzmiewały hałasy ludnego domostwa: kłótnie, rozkazy i wymyślania... wszystko to na próżno uderzało o jego niby martwe uszy.
„Jestem Kim. Jestem Kim. A kimże jest Kim?” — powtarzała jego dusza raz po raz, bez ustanku.
Nie miał ochoty beczeć (nigdy w życiu nie odczuwał nawet potrzeby wybeczenia się) — ale naraz ni stąd ni zowąd zaczęły mu ciec po nosie niewymuszone, dziecinne łzy i poczuł, że kółka jego istoty z prawie dosłyszalnym tyktaniem260 jęły zaczepiać się na nowo o świat zewnętrzny. Przedmioty, które przed chwilą mknęły niby niedorzeczne majaki przed jego źrenicą, teraz wróciły do właściwych celów i wymiarów. Zaczął zdawać sobie sprawę, że drogi są na to, by nimi chodzić, domy na to, by w nich mieszkać, bydło — by je gnać, pola — by je uprawiać, a mężczyźni i kobiety — by z nimi gwarzyć. Wszystko to stało się prawdziwe i rzeczywiste... silnie postawione na nogach... całkiem zrozumiałe... z tej samej, co on, gliny — ni mniej ni więcej... Otrząsnął się, jak pies ukąszony w ucho przez pchłę i dunął w świat przez furtę. Sahiba, której bacznemu wzrokowi nie uszły te wagary, rzekła na to:
— Niechże se idzie. Zrobiłam, co do mnie należało; matka Ziemia powinna dokonać reszty. Gdy mąż święty wróci z rozmyślań, opowiedzcież mu o tym.
O jakie pół mili dalej, na wzgórku, stał pusty wasąg261, do jakich zaprzęgają bawoły — oparty o młode drzewo figi indyjskiej, które stało tu niejako na straży ponad kilku świeżo zoranymi spłachciami roli. W miarę, jak Kim zbliżał się ku niemu, zaczęły mu coraz bardziej ciężyć źrenice skąpane w łagodnym powietrzu. Gleba tu była dobra, czysta i sypka — nie była to młoda ruń, która żyjąc, obumiera już na poły, lecz pełen nadziei pył, który kryje w sobie zarodki wszelkiego życia. Czuł go między palcami swych nóg, głaskał go dłońmi, aż na koniec, układając wśród rozkosznych westchnień członek za członkiem, legł jak długi w cieniu wasąga zbijanego drewnianymi kołkami.
A macierz-Ziemia była tak wierna jak sahiba. Przesycała go swym tchnieniem, by przywrócić mu równowagę, którą był utracił, leżąc tak długo na tapczanie, w odcięciu od jej dobroczynnych prądów. Głowa jego spoczęła bezwładnie na Jej piersi, a rozłożone ręce poddawały się Jej sile. Silnie rozgałęzione drzewo nad jego głową262, a nawet to martwe, przez człowieka ociosane drewno, znajdujące się tuż przy nim, wiedziało, czego Kim poszukiwał, choć on sam sobie tego nie uświadamiał. Leżał tak godzinę za godziną pogrążony w bezruchu głębszym od snu.
Pod wieczór, gdy kurz wzbity przez powracające bydło przesłonił szarymi kłębami cały widnokrąg wokoło, nadciągnęli lama i Mahbub Ali, obaj pieszo. Szli z wolna i uważnie, bo w domu opowiedziano im, gdzie podążył chłopak.
— Allach! Co za głupi pomysł tak się bawić na otwartym polu! — mruczał koniarz. — Mogli go tu zastrzelić ze sto razy... ale to nie pogranicze!
— Dodam — mówił lama, powtarzając po raz setny jedną i tę samą śpiewkę — że nigdy nie było takiego cheli. Wstrzemięźliwy, łagodny, rozsądny, nieżywiący zawiści, wesoły w drodze, pamiętający o wszystkim, uczony, prawdomówny, uprzejmy. Wielka będzie jego zapłata.
— Znam tego chłopca... Jużem o tym mówił.
— I miał on te przymioty?
— Niektóre... ale nie znam jeszcze takiego czaru twojego, Czerwony Kapeluchu, który by go uczynił całkowicie prawdomównym. Zapewne go tu dobrze pielęgnowano.
— Sahiba ma złote serce — rzekł lama poważnie. — Ona czuwa nad nim jak nad rodzonym synem.
— Hm! Pół Hindu (Indii), zdaje się, podziela jej uczucie. Ja ze swej strony chciałbym się tylko przekonać, że chłopakowi nie stało się nic złego i że działał na własną rękę. Jak ci wiadomo, byłem mu z dawna przyjacielem, jeszcze w początkach waszej wspólnej pielgrzymki.
— To właśnie jest węzłem pomiędzy nami — mówił lama, siadając. — Jesteśmy już u kresu pielgrzymki.
— Nie sobie masz to do zawdzięczenia, że twoja pielgrzymka nie zakończyła się raz na zawsze... tydzień temu. Słyszałem, co ci powiedziała sahiba, gdyśmy cię przynieśli do łóżka.
Mahbub roześmiał się i szarpnął świeżo malowaną brodę.
— Rozmyślałem wówczas o innych sprawach. To hakim dakkański przerwał mi rozmyślania.
— W razie przeciwnym — (powiedział to w języku pashtu, gwoli263 przyzwoitości) — zakończyłbyś swe rozmyślania w smolnych czeluściach piekła... bo przy całej dziecięcej prostocie jesteś niewierny i bałwochwalca. Ale cóż teraz począć, Czerwony Kapcylindrze?
— Oto jeszcze tej nocy — wychodziły z wolna słowa drgające triumfem — oto jeszcze tej nocy on będzie, tak jak i ja, wolny od wszelkiej zmazy grzechu... i opuściwszy to ciało, będzie, tak jak i ja, pewny wyzwolenia od Koła Zjawisk. Mam znak — tu złożył obie ręce na piersi, gdzie w zanadrzu spoczywało rozdarte malowidło — że moje życie potrwa już niedługo, ale jego powinienem zabezpieczyć na całe lata. Przypomnij sobie, że pozyskałem Świadomość... jakem ci to opowiadał przed trzema dniami.
— Musi być prawdą to, co powiedział kapłan w Tirah, gdym wykradł żonę jego kuzyna... żem jest sufi (wolnomyślny). Bo, jak tu siedzę... — mówił Mahbub do siebie, upajając się bluźnierstwami niedającymi się pomyśleć — ...pamiętam tę opowieść. Sądząc więc z tego, on pójdzie do Dżanatu l’Adn (ogrodów rajskich). Ale teraz? Czy chcesz go zabić, czy utopić go w tej cudownej rzece, z której wyciągnął cię babu?
— Nie wyciągano mnie z żadnej rzeki — rzekł lama prostodusznie. — Zapomniałeś, jak to się stało. Znalazłem ją dzięki Świadomości.
— Ach, tak! Prawda — bełkotał Mahbub miotany pospołu wielkim oburzeniem i niebywałą wesołością. — Wyszedł mi z pamięci dokładny przebieg całego zdarzenia. Tyś znalazł ją świadomie.
— A mówić, że chcę mu odebrać życie, jest... nie grzechem, ale po prostu szaleństwem. Mój chela pomógł mi odnaleźć tę rzekę, zatem ma prawo obmyć się z grzechu... wraz ze mną.
— Tak, jemu potrzebne jest oczyszczenie. Ale potem, staruszku, cóż potem?
— Cóż ci na tym zależy, o nieba! On jest już pewny Nibbanu... oświecony jak i ja.
— Dobrze mówisz. Bałem się, że on może dosiadzie Mahometowego rumaka i uleci na koniec świata.
— Nie... on powinien iść w świat jako nauczyciel.
— Aha! Teraz widzę, o co idzie! Niezła to przechadzka dla tego źrebięcia. Jużci, że powinien iść w świat jako nauczyciel. Na ten przykład bardzo by się przydał jako pisarz w służbie państwowej.
— Do tego zawodu go przysposabiano. Zdobyłem sobie zasługę tym, że dałem nieco grosza na jego kształcenie. Dobry czyn nie idzie na marne. On w zamian pomagał mi w moich poszukiwaniach, ja zaś w jego zachodach. Sprawiedliwe jest Koło, o handlarzu koni z północy. Niech sobie będzie nauczycielem czy pisarzem... o cóż ci chodzi? I tak w końcu uzyska wyzwolenie. Reszta jest mamidłem.
— O co chodzi? Przecież muszę go mieć przy sobie przez sześć miesięcy za Balkh! Przybyłem tu z dziesięciu kulawymi szkapami i trzema barczystymi chłopami... za przyczyną tego tchórzliwego babu... ażeby przemocą wyrwać chorego chłopaka z domu starej kobyły. Zdaje się, że doczekam się tego, iż za sprawą starego Czerwonego Kapcylindra młody sahib zostanie uniesiony do jakiegoś tam (Allachowi to jeno wiadomo) pogańskiego nieba... i pomyśleć, że uważano mnie w Grze za nie byle jakiego partnera. Ale ten wariat kocha tego chłopca, a ja też chyba musiałem do cna postradać zmysły!
— Co to za modlitwa? — zagadnął lama, gdy chropawa gwara pashtu burczała w gęstwie czerwonej brody.
— O, to zgoła nic ważnego; ale odkąd zrozumiałem, że chłopak, pewny raju, może wstąpić w służbę rządową, zrobiło mi się lżej na duszy. Muszę się udać do swych koni. Już robi się ciemno. Nie budź go. Nie pragnę słyszeć, że nazywa cię on swym mistrzem.
— Ależ on jest naprawdę mym uczniem. Jakżeby nie?
— Opowiadał mi o tym — odrzekł Mahbub, tłumiąc w sobie uczucie nudy i powstał, śmiejąc się. — Wyznaję zgoła inną wiarę niż ty. Czerwony Kapcylindrze... jeżeli taka błahostka cię obchodzi.
— To nic — rzekł lama.
— Myślę, że nic. Przeto cię to nie wzruszy, człowiecze bezgrzeszny, świeżo wymyty i w dodatku o mało nie utopiony, gdy nazwę cię poczciwcem... wielkim poczciwcem. Nagadaliśmy się z sobą przez cztery czy pięć wieczorów, a choć jestem szkapowłókiem, to jednak potrafię, jak to mówią, dojrzeć świętość poza końskimi kulasami; ba, nawet potrafię wymiarkować, czemu to Przyjaciel całego świata przede wszystkim tobą się tak zajmuje. Obchodź się z nim dobrze i pozwól mu puścić się znów w świat jako nauczycielowi, skoro... opłuczesz mu już nogi, jeżeli to ma być odpowiednią kuracją dla tego źrebięcia.
— Czemu nie pójdziesz sam drogą zbawienia, by w ten sposób towarzyszyć chłopcu?
Mahbub wybałuszył oczy zdumiony niezwykłą bezczelnością tego zapytania, za które po drugiej stronie granicy zapłaciłby czymś więcej niż uderzeniem. Wnet jednak cała zabawność słów powyższych poruszyła jego zgoła świecką duszę.
— Pomalutku... pomalutku... jedną nóżką na raz, tak jak doszedł do celu kulawy wałach na wyścigach w Umballi. Wolę dojść do raju nieco później... tymczasem mam jeszcze wiele zajęć... wielkie wyprawy... i zawdzięczam je twojej prostoduszności. Tyś nigdy nie kłamał?
— Na cóż się to przyda?
— Słuchaj go, o Allachu! „Na cóż to się przyda”... na tym świecie, który stworzyłeś!?... I nigdy nie wyrządziłeś nikomu krzywdy?
— Raz... i to piórnikiem... zanim jeszcze doszedłem do rozumu.
— Tak? Mam o tobie tym lepsze wyobrażenie. Twoje nauki są dobre. Zawróciłeś pewnego znajomego mi człowieka z drogi niesnasek — tu roześmiał się na całe gardło. — Człek ten przybył tu w szczerym zamiarze dopuszczenia się dacoity (rozboju). Taki chciał rżnąć, grabić, zabijać i uprowadzać, czego dusza zapragnie.
— Jakże wielka to głupota!
— O! I do tego niestarta hańba! Tak sobie pomyślał ów człowiek, gdy zobaczył się z tobą... i z kilku innymi osobami, zarówno rodzaju męskiego jak i żeńskiego. Przeto poniechał tego zamiaru, a teraz postanowił obić sążnistego264 a miąższego265 babu.
— Nie rozumiem.
— Uchowaj, Allachu! Niektórzy ludzie mocni są rozumem, Czerwony Kapcylindrze, ale twoja moc jeszcze więcej znaczy. Zachowaj ją... sądzę, że to uczynisz. Jeżeliby chłopak niedobrze ci służył, natrzyj mu porządnie uszu.
To rzekłszy, Pathan obcisnął na sobie szeroki pas bokhariocki i junacko zadarłszy głowę, zaczął się oddalać w wieczornym półmroku; lama na tyle zstąpił ze swych obłoków, że dostrzegł jeszcze jego rozrosłe plecy.
— Temu człowiekowi brak ogłady, a przy tym daje się on uwodzić majakom pozorów. Ale mówił dobrze o moim cheli, który właśnie dostąpi nagrody. Trzeba zmówić pacierze... Zbudź się, o najszczęśliwszy z synów niewieścich! Zbudź się! Znalazło się, czegośmy szukali!
Kim jął wydobywać się z onych bezdennych czeluści, a lama posłyszał jego rozkoszne ziewanie; strzyknął palcami, by odpędzić złe duchy.
— Spałem ze sto lat. Gdzie...? O święty, czy od dawna tu jesteś? Wyszedłem, by cię poszukać! Ale... — uśmiechnął się ociężale — zasnąłem po drodze. Jestem już zdrów jak ryba. Czyś co jadł? Chodźmy do domu! Już od wielu dni nie opiekowałem się tobą. A czy sahiba żywiła cię porządnie? Kto nacierał ci nogi? Jak tam z twoimi dolegliwościami: żołądkiem, karkiem i szumem w uszach?
— Przeszło... wszystko przeszło. Czy nie wiesz?...
— Nie wiem o niczym, prócz tego, że nie widziałem cię przez małpie lata266. Co mam wiedzieć?
— Dziwne, że wiadomość ta nie dotarła do ciebie, gdy wszystkie myśli moje ku tobie były skierowane.
— Nie potrafię dostrzec twej twarzy, ale głos twój rozbrzmiewa jak gong. Czy sahiba odmłodziła cię swymi smakołykami?
Świdrował oczyma przykucniętą postać, co czarną jak smoła sylwetą rysowała się na tle żółtawej poświetli. W takiej postawie siedzi kamienny Bodhisat, który patrzy z pogardą na patentowane, automatyczne drzwi obrotowe w muzeum lahorskim...
Lama zachowywał spokój. Otuliła ich i spowiła łagodna, mgława cisza indyjskiego wieczoru, przerywana jedynie chrzęstem różańca oraz cichnącym tupu-tupu stóp oddalającego się Mahbuba.
— Posłuchaj mnie! Przynoszę nowinę...
— Ale chodźmy...
Wyciągnęła się długa, żółta ręka, nakazując milczenie. Kim posłusznie zwinął nogi pod rąbek swej szaty.
— Posłuchaj mnie! Przynoszę nowinę! Poszukiwanie skończone. Teraz nadchodzi zapłata... A mianowicie. Gdyśmy byli wśród gór, żyłem z twej siły, aż młoda gałązka zgięła się i omal nie złamała. Gdyśmy wyszli z gór, niepokoiłem się o ciebie i o inne sprawy zawarte w mym sercu. Łódź mej duszy pozbawiona była kierownictwa; nie umiałem wejrzeć w Przyczynę Rzeczy. Przeto powierzyłem cię całkowicie tej cnotliwej niewieście. Nie przyjmowałem pokarmu, nie piłem wody... ale jeszczem nie obaczył Drogi. Zaczęto mnie zmuszać do jadła i robiono hałas pod zamkniętymi drzwiami mego pokoju... więc przeniosłem się do jamy pod pewnym drzewem. Nie brałem pokarmu, nie piłem wody, jenom przesiedział na rozmyślaniu dwa dni i dwie noce, odrywając myśl od rzeczy doczesnych, wdychając i wydychając powietrze według wymaganego sposobu... W drugą noc (tak wielką była ma nagroda) rozumna dusza odłączyła się od nierozumnego ciała i poszła swobodnie. Takiego stanu nigdym jeszcze nie osiągnął, chociażem już stał na jego przedprożu. Rozważ to dobrze, boć to cud!
— Cud w istocie! Dwa dni i dwie noce bez pożywienia! Gdzież była sahiba? — ozwał się Kim, westchnąwszy.
— Tak! Moja dusza uleciała swobodnie na wolność i kołując niby orzeł przekonała się niezbicie, że nie było wcale ani lamy Teshoo, ani zgoła innej duszy. Jak kropla ciągnie ku wodzie, tak moja dusza coraz to zlewała się w jedno z Wielką Duszą, która jest poza wszelkim jestestwem... W ową chwilę, uniesiony zachwyceniem, widziałem cały Hind od nadmorskiego Cejlonu aż do gór, a także moje rodzinne Kraśne Skały w Such-zen; widziałem co do jednego wszystkie obozowiska i sioła, kędym popasał. Widziałem je wszystkie jednocześnie i w jednym miejscu; albowiem one były we wnętrzu owej duszy. Dzięki temu poznałem, że Dusza wydobyła się ze złudy Czasu, Przestrzeni i Kształtów. Dzięki temu poznałem, żem jest wolny. Widziałem cię leżącego na tapczanie i widziałem cię, jak staczałeś się ze spadzistości górskiej przywalony przez onego bezbożnika... widziałem to i tamto, w jednym czasie, w jednym miejscu, w mej duszy, która, jak ci mówię, zetknęła się z Wielką Duszą. Widziałem również nierozumne ciało lamy Teshoo leżące na ziemi; obok niego zaś klęczał hakim dakkariski, krzycząc mu coś do ucha. Potem moja dusza została samiuteńka i nie widziałem już niczego, bo stałem się wszystkim, dotarłszy do Wielkiej Duszy. Potem jakiś głos krzyknął; „Co stanie się z chłopcem, gdy ty umrzesz?”. Więc zaczęła mną miotać litość nad tobą i rzekłem: „Powrócę do mego cheli, ażeby nie zbłądził z Drogi”. Na to moja dusza, to jest dusza lamy Teshoo, wyrwała się z Wielkiej Duszy — wśród niewymownych borykań, tęsknot, oszołomień i męczarni. Jak ikra z ryby, jak ryba z wody, jak woda z chmury, jak chmura z gęstego powietrza, tak wydarła się, tak wyskoczyła, tak wylała się, tak wyparowała z Wielkiej Duszy dusza lamy Teshoo. Potem jakiś głos zawołał: „Rzeka! Uważaj na rzekę!”. Spojrzałem na cały świat, który był taki, jak widziałem go poprzednio: jeden w czasie i jeden w miejscu... i pod mymi stopami ujrzałem wyraźnie Rzekę Strzały! W ową godzinę dusza moja była spętana jakowymś grzechem, od którego nie zdołałem się był oczyścić całkowicie; kładł się on na mych ramionach i okręcał dokoła mej piersi, ale odtrąciłem go od siebie i lotem orła pomknąłem na samo miejsce, gdzie płynęła rzeka; roztrącałem świat za światem wiedzion jeno myślą o tobie. Zobaczyłem pod sobą rzekę... Rzekę Strzały... a jej wody, w miarę jak szedłem, zwierały się nade mną. I patrz, otom był z powrotem w ciele lamy Teshoo, ale wolny już od grzechu, a hakim z Dakki wydobywał mą głowę z nurtów Rzeki. Ona jest tutaj! Ona jest tutaj za gajem mangowym... właśnie tutaj!...
— Allach Kerim! O, jak to dobrze, że babu był w pobliżu! Czy bardzo się zamoczyłeś?
— Czyż mogłem na to zważać? Przypominam sobie, że hakim bardzo się troszczył o ciało lamy Teshoo. Wyciągnął je własnoręcznie ze świętej wody, potem zaś przybył twój koniarz, rodem z Północy, sprowadził łóżko polowe i ludzi; złożyli ciało na łóżku i zanieśli do domu sahiby.
— Cóż na to sahiba?
— Rozmyślałem w owym ciele, przetom nie słyszał. Tak więc skończyło się poszukiwanie... Za zasługę, jaką zdobyłem, znalazłem tu Rzekę Strzały. Wytrysła, jak przepowiadałem, pod naszymi stopami. Jam ją znalazł! Synu mej duszy, zawróciłem swą duszę od progu wolności, by wyzwolić ciebie od wszelkiej winy... jakom ja jest wolny i bez grzechu. Sprawiedliwe jest Koło! Pewne jest nasze oswobodzenie. Chodź!
Skrzyżował ręce na łonie i uśmiechnął się, jak potrafi się uśmiechać człowiek, który pozyskał Zbawienie — dla siebie i dla osoby umiłowanej.
Przypisy:
1. buddyjczyk — dziś: buddysta. [przypis edytorski]
2. akcyj — dziś forma D.lm: akcji. [przypis edytorski]
3. pono (daw.) — podobno. [przypis edytorski]
4. zostawuje (daw.) — dziś popr. forma 3 os.lp: zostawia. [przypis edytorski]
5. andrus — łobuziak, psotnik. [przypis edytorski]
6. tracz — robotnik zajmujący się piłowaniem kłód drzewa za pomocą ręcznej piły. [przypis edytorski]
7. deodar — gatunek cedru. [przypis redakcyjny]
8. sążnisty — ogromny, potężny, wysoki; sążeń: daw. miara długości wynosząca w różnych okresach i różnych krajach od 176 do 2,15 m. [przypis edytorski]
9. szych — nitka owinięta drucikiem (daw. złotym a. srebrnym), używana do haftów i wyrobów pasmanteryjnych. [przypis edytorski]
10. stopa — miara długości, równa ok. 30,5 cm. [przypis edytorski]
11. przypodobnić — tu: dopasować. [przypis edytorski]
12. jużci a. juści (gw.) — pewnie, oczywiście. [przypis edytorski]
13. iść w pąci — tzn. iść jako pątnik; pielgrzymować. [przypis edytorski]
14. przeważny — dziś: przeważający; stanowiący większość. [przypis edytorski]
15. w leciech (daw.) — w latach. [przypis edytorski]
16. popasać — robić postój w podróży. [przypis edytorski]
17. czuł się starym, porzuconym — daw. konstrukcja z przym w N., dziś w B.: czuł się stary, porzucony. [przypis edytorski]
18. ciewy (gw.) — też coś. [przypis edytorski]
19. kramika — dziś: kramiku. [przypis edytorski]
20. wiórko — dziś: wiórek. [przypis edytorski]
21. marmelada — dziś: marmolada. [przypis edytorski]
22. targowica — tu: targowisko. [przypis edytorski]
23. kleszczowina — roślina, z której wyrabiają znany olejek rycynowy. [przypis tłumacza]
24. snadny (daw.) — łatwy. [przypis edytorski]
25. dźwierze (daw.) — drzwi. [przypis edytorski]
26. koszlawy — dziś: koślawy; krzywy, niezgrabny. [przypis edytorski]
27. hookah — długa fajka z chłodnicą. [przypis redakcyjny]
28. popasać — robić postój w podróży. [przypis edytorski]
29. wolnym czasem — dziś: w wolnym czasie. [przypis edytorski]
30. kajsi (gw.) — gdzieś. [przypis edytorski]
31. podobien — dziś: podobny. [przypis edytorski]
32. sprzedawacz — dziś: sprzedawca. [przypis edytorski]
33. te-rain — przekręcone z ang. train: pociąg. [przypis redakcyjny]
34. porękawiczne — opłata dla pośrednika, przez którego ręce (stąd nazwa) przechodzi transakcja między dwiema innymi osobami. [przypis edytorski]
35. namitka — kobiece nakrycie głowy, chusta okrywająca całą głowę wraz z czołem i ramionami. [przypis edytorski]
36. wasąg — prosty, czterokołowy powóz odkryty używany przez chłopów, bez resorów lub na półresorach poprzecznych, z nadwoziem drabinkowym opartym bezpośrednio na osiach. [przypis edytorski]
37. oszelmować — okaleczyć; tu: okraść. [przypis edytorski]
38. tikkut — przekręcony wyraz ang. ticket: bilet. [przypis redakcyjny]
39. albo cię pociąg odjedzie — albo ci pociąg odjedzie. [przypis edytorski]
40. na piechty — dziś: na piechotę. [przypis edytorski]
41. zabrzękły — dziś: zabrzęczały. [przypis edytorski]
42. krawczyk — zwany tkaczem, ptak żyjący w Indiach i sporządzający sobie gniazdka z pozszywanych liści. [przypis tłumacza]
43. kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]
44. psy pariaskie — pariaskimi nazywają w Indiach włóczęgowskie kundle, rasy niekształtnej, a maści żółtawej. [przypis tłumacza]
45. ino (gw.) — tylko. [przypis edytorski]
46. ponik — strumyk. [przypis edytorski]
47. rel — przekręcone z ang. rail: kolej. [przypis edytorski]
48. ujawiać się — dziś: ujawniać się a. przejawiać się. [przypis edytorski]
49. dyć (gw.) — przecież. [przypis edytorski]
50. powstanie — oczywiście, mowa o powstaniu sipajów; [tj. masowych antybrytyjskich wystąpieniach zbrojnych w Indiach w latach 1857–1859, zainicjowanych przez wojskowych wywodzących się z miejscowej ludności, czyli tzw. sipajów; red. WL]. [przypis tłumacza]
51. pais a. paisa — drobny pieniądz indyjski (miedziany), stanowiący ćwierć anny. [przypis tłumacza]
52. sążnisty — ogromny, bardzo długi; sążeń: daw. miara długości wynosząca w różnych okresach i różnych krajach od 176 do 2,15 m. [przypis edytorski]
53. kraj — tu: kraniec, kres. [przypis edytorski]
54. mango — (wyraz tamilski) owocowe drzewo rosnące w Indiach, a rodzące jadalne owoce, bardzo soczyste, o żywicznym zapachu. [przypis tłumacza]
55. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]
56. ciewy (gw.) — a to dopiero; też coś. [przypis edytorski]
57. memsahib — z ang. madam, ma’am: pani i hind. sahib. [przypis redakcyjny]
58. Berittish India — przekręcone z British India: Indie angielskie. [przypis tłumacza]
59. ressaldar (z hind. risalah: szwadron, chorągiew) — rotmistrz w pułku rekrutującym się z krajowców. [przypis tłumacza]
60. pomierny — umiarkowany. [przypis edytorski]
61. ślipięta — od: ślepia; oczy. [przypis edytorski]
62. ghi — masło z mleka bawolic. [przypis redakcyjny]
63. kędy — gdzie. [przypis edytorski]
64. ciewy (gw.) — a to dopiero; też coś. [przypis edytorski]
65. podwika (daw.) — dziewczyna. [przypis edytorski]
66. sążeń — daw. miara długości wynosząca w różnych okresach i różnych krajach od 176 do 2,15 m. [przypis edytorski]
67. sążeń — daw. miara długości wynosząca w różnych okresach i różnych krajach od 176 do 2,15 m. [przypis edytorski]
68. sikhowie — odłam Hindusów [tj. hinduizmu; red. WL], tworzący sektę monoteistyczną założoną w Pendżabie około r. 1500; część ich została w r. 1849 przyłączona do Indii angielskich. [przypis tłumacza]
69. pono — podobno, prawdopodobnie; tu: zapewne. [przypis edytorski]
70. Radżputowie — rycerska kasta hinduska, szczycąca się pochodzeniem od Ksiastriasów (wojowników). [przypis tłumacza]
71. omieszkać — zaniechać czego; przestać coś robić. [przypis edytorski]
72. słychiwać — forma cz. przesz. czasownika dotycząca czynności powtarzanej; dziś tylko: słyszał (wielokrotnie). [przypis edytorski]
73. sążeń — daw. miara długości wynosząca w różnych okresach i różnych krajach od 176 do 2,15 m. [przypis edytorski]
74. kauri — (w pisowni ang. cowrie) oznacza po hindusku małą skorupkę mięczaka używaną zamiast monety zdawkowej. „Ani kauri”: tyle co u nas „ani złamanego szeląga”. [przypis tłumacza]
75. namitka — kobiece nakrycie głowy, chusta okrywająca całą głowę wraz z czołem i ramionami. [przypis edytorski]
76. zenana — (od zen: żona, kobieta) gineceum, alkierz, część domu przeznaczona dla kobiet. [przypis tłumacza]
77. jeno — tylko. [przypis edytorski]
78. ino (gw.) — jedynie; tylko. [przypis edytorski]
79. samowtór (daw.) — sam z towarzyszem; we dwóch. [przypis edytorski]
80. ferashowie — przekręcone z ang. forager: furażer. [przypis tłumacza]
81. atoli (daw.) — jednakże. [przypis edytorski]
82. chynąć — zanurzyć się; por. dziś: wychynąć skądś. [przypis edytorski]
83. być pysznym „ptaszkiem” — w oryginale ang. lark, co oznacza skowronka lub psikusa. Celem zachowania gry słowa, w przekładzie użyłem pokrewnego wyrażenia, wziętego z gwary ulicznej (puścić komuś ptaka, tyle co: splatać figla). [przypis tłumacza]
84. Aj-riszti (...) irlandzki — po ang. Irish (czytaj: ajrisz). [przypis tłumacza]
85. kseres — białe wino hiszpańskie. [przypis edytorski]
86. apage (gr.) — idź precz; tu: urwana formuła egzorcystyczna apage, Satanas: precz, Szatanie. [przypis edytorski]
87. pukka (czyt. pakka) — tęgi, mocny, dobrze zbudowany. [przypis tłumacza]
88. Eurazjata — Eurazyjczykami nazywa się mieszańców krwi europejskiej z azjatycką. [przypis tłumacza]
89. kismet (...) równie dobrze mógłby mówić o Mezopotamii — kismeth właśc. gismat: fatum, przeznaczenie; jest to wyraz arabski, używany przez mahometan, zatem zgoła obcy teologicznym i językowym wiadomościom lamy. Było to dlań jakby „tureckie kazanie”. [przypis tłumacza]
90. pono (gw., daw.) — prawdopodobnie, zapewne. [przypis edytorski]
91. lusus naturae (łac.) — igraszką przyrody, cudownym dzieckiem. [przypis tłumacza]
92. Parsowie — (zwani pospolicie czcicielami ognia), sekta religii Zaratustry, która przed prześladowaniem ze strony mahometan uciekła w w. VII do Indii. [przypis tłumacza]
93. targowica — tu: targowisko; targ. [przypis edytorski]
94. skrybent — pisarz. [przypis edytorski]
95. pedają (gw.) — powiadają. [przypis edytorski]
96. hoondie — bank prywatny. [przypis redakcyjny]
97. imieniem — dziś: w imieniu. [przypis edytorski]
98. szyruty (tamil. szuruttu) — rodzaj cygar przyciętych na obu końcach. [przypis tłumacza]
99. wraży (daw.) — obcy, wrogi, zły. [przypis edytorski]
100. targowica — tu: targowisko, targ. [przypis edytorski]
101. pono (gw., daw.) — prawdopodobnie, zapewne. [przypis edytorski]
102. klepał starca po (...) stopach — tak oddaje się w Indiach cześć rodzicom, starszym braciom, przełożonym i w ogóle ludziom starszym. [przypis tłumacza]
103. rêl — przekręcone z ang. railway: kolej. [przypis redakcyjny]
104. ciewy (gw.) — a to dopiero; też coś. [przypis edytorski]
105. Eblis — „Eblis albo Iblis, albo Garazael jest to Lucyfer u mahometanów”. (Objaśnienie Mickiewicza do Sonetów krymskich). [przypis redakcyjny]
106. bhang — rodzaj konopi rosnących w Indiach, a używanych jako narkotyk, do żucia lub palenia. [przypis tłumacza]
107. wyżeną (daw., gw.) — wygnają. [przypis edytorski]
108. dewanee — szaleństwo lub sprawa przed sądem cywilnym, dwuznacznika tego można używać obosiecznie. [przypis autorski]
109. jain — dżajnowie jest to sekta zbliżona do buddyzmu. [przypis tłumacza]
110. sunici — tradycjonaliści mahometańscy w przeciwieństwie do szyitów. [przypis tłumacza]
111. tonga a. tanga — lekka bidka, dwukolna dryndulka [tj. bryczka; red. WL] używana w Indiach. [przypis tłumacza]
112. riksza (z jap. dżin-riki-sza: wóz o sile ludzkiej) — lekki wózek dwukolny, zazwyczaj kryty, używany w Japonii, Chinach, Syberii wschodniej i Indiach. [przypis tłumacza]
113. fugas chrustas — przekręcone z łac. i pol.; żart.: ucieczka w krzaki. [przypis edytorski]
114. juści (gw.) — pewnie, oczywiście. [przypis edytorski]
115. spanoszony — zachowujący się jak pan sytuacji; po pańsku. [przypis edytorski]
116. pono (gw., daw.) — prawdopodobnie, zapewne. [przypis edytorski]
117. babu (hind.: pan) — nadaje się ten tytuł najczęściej Hindusom na pół zangliczałym. [przypis tłumacza]
118. tekka (ang. teak) — drzewo rosnące w Indiach, odznaczające się niezwykłą twardością i trwałością, używane zwłaszcza do budowy okrętów. [przypis tłumacza]
119. namitka — kobiece nakrycie głowy, chusta okrywająca całą głowę wraz z czołem i ramionami. [przypis edytorski]
120. ugodzić kogo do służby — przyjąć kogo do pracy (służby). [przypis edytorski]
121. juści (gw.) — oczywiście, pewnie. [przypis edytorski]
122. a ino (gw.) — no pewnie. [przypis edytorski]
123. vakil — dosłow. ambasador, dworzanin; tytuł ten nadaje się w Indiach adwokatom lub posłom-krajowcom. [przypis tłumacza]
124. Wycieczki Wordswortha — chodzi o dziewięcioczęściowy poemat ang. poety romantycznego, Williama Wordswortha (1770–1850) The Excursion z 1814, wydany pośmiertnie. [przypis edytorski]
125. ad interim (łac.) — tymczasem, póki co. [przypis edytorski]
126. betel — Piper Betle; roślina, której liście Hindusi palą albo też żują z orzechami areki (odmiana palmy); przez pomyłkę zwykło się i owe orzeszki nazywać betelowymi. Ową mieszaninę nazywa się powszechnie pan, nazwa ta często określa i sam betel. [przypis tłumacza]
127. pali a. bhasa — język używany w świętych księgach buddyjskich [przypis tłumacza]
128. zdolen — dziś: zdolny. [przypis edytorski]
129. Dżataka — w buddyzmie: pouczająca opowieść mająca cechy bajki, legendy i przypowieści. [przypis edytorski]
130. skowany — dziś: skuty. [przypis edytorski]
131. sowitaż — konstrukcja z partykułą -ż; tu: w funkcji wzmacniającej; sowity: obfity, wielki. [przypis edytorski]
132. se (gw.) — sobie. [przypis edytorski]
133. kiejś (gw.) — gdzieś. [przypis edytorski]
134. dyć (gw.) — przecież. [przypis edytorski]
135. kopa (daw.) — sześćdziesiąt sztuk; przen.: mnóstwo. [przypis edytorski]
136. nimeśmy go pojmali — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika: nim go pojmaliśmy. [przypis edytorski]
137. wierę (daw.) — zaprawdę, zaiste. [przypis edytorski]
138. bych go posiadał (daw.) — gdybym go posiadał. [przypis edytorski]
139. miasto (daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
140. puściłbych (daw.) — puściłbym. [przypis edytorski]
141. dhow a. dow — arabski statek jednomasztowy, używany zwłaszcza przez handlarzy niewolnikami. [przypis tłumacza]
142. luka — otwór w pokładzie. [przypis tłumacza]
143. monsuny — wiatry wiejące latem z południowego zachodu, a zimą z północnego wschodu; „porą monsunową” nazywa się porę deszczową. [przypis tłumacza]
144. lakh (sanskr. lakhsza) — sto tysięcy; krocie. [przypis tłumacza]
145. naści (daw., gw.) — masz, weź. [przypis edytorski]
146. kal. — kaliber. [przypis edytorski]
147. F. R. S. — Fellow of Royal Society; członek Królewskiego Tow. Naukowego, założonego w r. 1622 celem popierania nauk, zwł. przyrodniczych. [przypis tłumacza]
148. pukka — dosł. mocny, pewny, stały; tu: „etatowy”. [przypis tłumacza]
149. pódzi (gw.) — pójdź. [przypis edytorski]
150. dżinny (arab.) — według wierzeń mahometańskich, są to duchy mogące przybierać postać ludzką lub zwierzęcą. [przypis tłumacza]
151. zawrzasła — dziś: zawrzasnęła. [przypis edytorski]
152. wśród pantofli wiernego pospólstwa — wiadomo, że do meczetów nie wolno wchodzić w obuwiu. [przypis tłumacza]
153. kar a. kaffir (arab.) — niewierny, to samo co giafir lub giaur; nb. pierwsze dwie nazwy często stosowane i do Murzynów bantuańskich określanych jako Kafrowie. [przypis tłumacza]
154. przódziej — wcześniej; por. daw. wprzódy. [przypis edytorski]
155. All raight — przekręcone z [ang.] all right [tj. dobrze; red. WL]. [przypis tłumacza]
156. Samadż — oznacza kongregację, kościół lub sektę religijną w Indiach. [przypis tłumacza]
157. Tantra (sanskr.) — późno sanskryckie dzieła religijne, zajmujące się przeważnie gusłami. [przypis tłumacza]
158. wnętrzny — dziś: wewnętrzny. [przypis edytorski]
159. ongi (daw., gw.) — dawniej, niegdyś. [przypis edytorski]
160. dyć (gw.) — przecież. [przypis edytorski]
161. a ino (gw.) — oczywiście; no pewnie. [przypis edytorski]
162. Sakyamuni — twórca buddyzmu (V w. przed Chr.); nadano mu tytuł Budda, tj. oświecony, rozjaśniony. [przypis tłumacza]
163. ciewy (gw.) — a niech to. [przypis edytorski]
164. maża — wóz, zwykle zaprzężony w woły. [przypis edytorski]
165. karri — indyjska potrawa z mięsa i jarzyn, zaprawna korzeniami; coś w rodzaju naszego bigosu. [przypis tłumacza]
166. chybaj (gw.) — idź. [przypis edytorski]
167. ino (gw.) — tylko. [przypis edytorski]
168. pódźcież ino (gw.) — chodźcie tylko. [przypis edytorski]
169. hing — hing-dyfeldrek, czarcie-łajno, asafetyda. [przypis tłumacza]
170. kędy (gw., daw.) — gdzie. [przypis edytorski]
171. dyć (gw.) — przecież. [przypis edytorski]
172. Mahratta a. Marhatta — wojownicze plemię w Dekanie. [przypis tłumacza]
173. wasąg — prosty, czterokołowy powóz odkryty używany przez chłopów; bez resorów lub na półresorach poprzecznych, z nadwoziem drabinkowym opartym bezpośrednio na osiach. [przypis edytorski]
174. uwadzić — tu: zawadzić. [przypis edytorski]
175. kurkuma — żółcień (ang. turmeric, fr. terre-mérite); odmiana indyjskiego imbiru, używana jako barwnik lub przyprawa. [przypis tłumacza]
176. Saddhu — pokutnicy bramińscy noszą na biodrach kunsztowny fartuszek, zazwyczaj z wyszytą torebką, zresztą całe ciało mają nagie. Na czole mają znamię malowane zwykle mułem Gangesu. [przypis tłumacza]
177. sąsiek — pomieszczenie do przechowywania zboża. [przypis edytorski]
178. niewód — rodzaj sieci. [przypis edytorski]
179. lżyciel — ten, który lży; rzuca obelgi. [przypis edytorski]
180. niewiadomość — tu: nieświadomość. [przypis edytorski]
181. bougainvillia — roślina podzwrotnikowa, nazwana na czcić Bougainville’a, podróżnika francuskiego XVIII w. [przypis tłumacza]
182. być nie od czegoś — nie mieć nic przeciwko czemuś. [przypis edytorski]
183. salep kabulski — odżywka wyrabiana z kłączy roślin storczykowatych. [przypis tłumacza]
184. infant — następca tronu; dziecko, potomek. [przypis edytorski]
185. F.A — First Arts; dyplom wykształcenia niższego. [przypis edytorski]
186. księżyca (...) na młodziku — tzn. w nowiu. [przypis edytorski]
187. jąć — zacząć. [przypis edytorski]
188. cui bono (łac.) — dosł. na czyją korzyść; tu: konsekwencje. [przypis edytorski]
189. There is no hurry for Hurree (ang.) — Hurree nie potrzebuje się spieszyć. Kalamburu tego po polsku oddać nie podobna, więc zostawiłem go w brzmieniu oryginalnym. [przypis tłumacza]
190. modry — niebieski. [przypis edytorski]
191. krzyw — nieprzychylny, nieżyczliwy, nieprzyjazny. [przypis edytorski]
192. nikiej (gw.) — niczym, niby; tak jak. [przypis edytorski]
193. namitka — kobiece nakrycie głowy, chusta okrywająca całą głowę wraz z czołem i ramionami. [przypis edytorski]
194. wierch — szczyt, wierzchołek. [przypis edytorski]
195. se (gw.) — sobie. [przypis edytorski]
196. ino (gw.) — tylko. [przypis edytorski]
197. bukszpryt — inaczej: dziobak; drzewce wystające poziomo a. lekko wznosząco do przodu z dziobu żaglowca. [przypis edytorski]
198. paść — przepaść a. pułapka. [przypis edytorski]
199. wżdy (daw.) — przecież, jednak; w końcu. [przypis edytorski]
200. wystrzyganka — wycinanka. [przypis edytorski]
201. króle — dziś popr. forma M.lm: królowie. [przypis edytorski]
202. pustać — pustkowie. [przypis edytorski]
203. hruby — gruby, bogaty; tu: wspaniały, potężny. [przypis edytorski]
204. gunia — męskie odzienie wierzchnie górali karpackich; płaszcz o kroju poncza z szerokimi rękawami, wykonany z grubego, spilśnionego sukna. [przypis edytorski]
205. piarg — rumowisko skalne; okruchy skalne nagromadzone u wylotu żlebu u podnóża stromych, skalistych stoków. [przypis edytorski]
206. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]
207. gronik — szczyt, wzgórze. [przypis edytorski]
208. koliba — szałas pasterski w górach. [przypis edytorski]
209. płasienka — mała płaśń, tj. taras. [przypis edytorski]
210. krzesanica — urwisko. [przypis edytorski]
211. snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski]
212. haw a. hawok (gw.) — tu. [przypis edytorski]
213. pono — podobno, prawdopodobnie. [przypis edytorski]
214. pali-bhasa — język kanonicznych ksiąg buddyjskich. [przypis tłumacza]
215. siklawa (gw.) — wodospad. [przypis edytorski]
216. młaka — powierzchniowy, nieskupiony wypływ wód podziemnych, także wokół źródła, zwykle zatorfiony lub zabagniony wskutek utrudnionego odpływu wody. [przypis edytorski]
217. in petto (wł.) — dosł. w piersi; w sekrecie, prywatnie. [przypis edytorski]
218. zawdy (gw., daw.) — zawsze. [przypis edytorski]
219. druzga — drzazga. [przypis edytorski]
220. krzyna — odrobina. [przypis edytorski]
221. ciewy (gw.) — też coś; a to dopiero. [przypis edytorski]
222. pomiędzy kamraty — dziś: pomiędzy kamratami. [przypis edytorski]
223. jużci a. juści (gw.) — oczywiście, pewnie. [przypis edytorski]
224. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]
225. jużci a. juści (gw.) — oczywiście, pewnie. [przypis edytorski]
226. chybaj (gw.) — idź. [przypis edytorski]
227. ciewy (gw.) — a to dopiero; też coś. [przypis edytorski]
228. szczeciaty — dziś: szczeciniasty. [przypis edytorski]
229. De-czen — klasztor buddyjski; po buriacku i mongolsku nazywa się dacan. [przypis tłumacza]
230. głazny — tu: usypany z głazów. [przypis edytorski]
231. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
232. siklawa (gw.) — wodospad. [przypis edytorski]
233. słychiwać — forma cz. przesz.: słyszeć od czasu do czasu. [przypis edytorski]
234. ino (gw.) — tylko, jedynie. [przypis edytorski]
235. jak — długowłosy, garbaty wół, żyjący w Tybecie. [przypis tłumacza]
236. krówski — krowi. [przypis edytorski]
237. przódziej — wcześniej. [przypis edytorski]
238. pianno (...) heatthen — mieszkańcy Indii, używając wyrazów angielskich, mają zwyczaj podwajania głosek. Wyrazy tu przytoczone brzmią po angielsku piano (fortepian) i heathen (poganin). [przypis tłumacza]
239. węgar — element architektoniczny stanowiący wzmocnienie ościeżnicy w otworze okiennym a. drzwiowym oraz służący uszczelnieniu otworu, wysunięcie ściany wzdłuż pionowej krawędzi. [przypis edytorski]
240. dźwierze (daw.) — drzwi. [przypis edytorski]
241. ciewy (gw.) — też coś; a to dopiero. [przypis edytorski]
242. strąga — zagroda do dojenia owiec w górach. [przypis edytorski]
243. ino (gw.) — tylko. [przypis edytorski]
244. władnie (daw.) — dziś popr. forma: włada. [przypis edytorski]
245. poświetla — dziś: poświata. [przypis edytorski]
246. fujawica a. dujawica (gw.) — zadymka, zawierucha śnieżna. [przypis edytorski]
247. jużci a. juści (gw.) — oczywiście; pewnie. [przypis edytorski]
248. ino (gw.) — tylko. [przypis edytorski]
249. przezuwać — poprawiać obuwie; zakładać raz jeszcze obuwie. [przypis edytorski]
250. hinduizm — religia hinduska, politeistyczna, oparta na pojęciach kastowych. [przypis tłumacza]
251. tabu — wyraz polinezyjski, oznacza urok, wyodrębnienie rzeczy świętych lub przeklętych, coś jakby zaczarowane koło. [przypis tłumacza]
252. jąć (daw.) — zacząć; tu: forma 3 os.lp r.ż.: jęła (zaczęła). [przypis edytorski]
253. chattri — wielki parasol nad krematorium, gdzie kapłani odprawiają ostatnie obrzędy. [przypis autorski]
254. chatti — dzban na wodę; kobieta ma tu na myśli młodzieńców pełnych życiowego rozmachu, ale koncept jest niezręczny. (Obj. Kiplinga.) Przenośnia, tu zastosowana, poniekąd przypomina polskie przysłowie: „Dopóty dzban wodę nosi...”. [przypis tłumacza]
255. Co robisz zdradziecko, to najbardziej nieprawe — Hurree Babu, wielki zawsze amator kalamburów, wyraża to z kiepska po angielsku: Trea-son most base, [tj.] czyniąc ze zdrady (treason) syna (son). [przypis tłumacza]
256. in articulo mortis (łac.) — w obliczu śmierci; tu: w stanie przedśmiertnym. [przypis edytorski]
257. in posse (łac.) — potencjalnie. [przypis edytorski]
258. świecić bakę (daw.) — schlebiać, nadskakiwać komuś. [przypis edytorski]
259. dostały (daw.) — dojrzały. [przypis edytorski]
260. tyktanie — dziś: tykanie. [przypis edytorski]
261. wasąg — wóz używany na wsi zarówno do przewozu osób, jak towarów. [przypis edytorski]
262. silnie rozgałęzione drzewo — figa indyjska (banyan) odznacza się niebywałą długością gałęzi [przypis tłumacza]
263. gwoli (daw.) — dla; w celu. [przypis edytorski]
264. sążnisty — ogromny; por. sążeń: daw. miara długości, równa ok. 2 m. [przypis edytorski]
265. miąższy (daw.) — gruby, tłusty. [przypis edytorski]
266. małpie lata — zwrot taki mniej więcej, jak nasz „ruski miesiąc”. [przypis tłumacza]