7. Skrzydlate Kołpaki

W sam raz nazajutrz było tak zwane „dzikie popołudnie”. Tatuś i mamusia poszli z wizytą, panna Blake urządziła sobie przejażdżkę na rowerze, więc dzieci zostały same aż do ósmej.

Grzecznie odprowadziły kochanych rodziców i drogą nauczycielkę poza zabudowania dworskie, po czym dostały od ogrodnika liść kapusty pełen agrestu, a od Helenki „dziko” przyrządzony podwieczorek. Agrest zjedli na poczekaniu, by się nie porozgniatał, a liść kapusty zamierzali podzielić między trzy krowy pasące się koło teatru. Ale po drodze znaleźli nieżywego jeża, którego, ma się rozumieć, musieli pogrzebać, przeto liść, jako rzecz użyteczna, nie mógł pójść na marne.

Potem podeszli do kuźni. Tam zastali starego ogrodnika Hobdena oraz jego syna, pszczelarczyka, który wprawdzie niezupełny miał porządek w głowie, ale za to umiał przenosić całe roje pszczół gołymi rękoma. Ten to pszczelarczyk wygłosił wierszyk o padalcu, gdzie były takie słowa:

I gdybym miał oczy większe cokolwiek,

nic by mi żaden nie zrobił człowiek.

Następnie wszyscy razem zjedli podwieczorek w pasiece. Stary Hobden przyznał, że placek dany im przez Helenkę jest prawie tak dobry jak ten, jaki piekła jego żona, następnie pokazał im, jak się zastawia sidła na zające; łapać króliki umieli już od dawna.

Potem wygramolili się długim parowem ku dolnemu brzegowi Dalekiego Boru. Ta połać leśna jest bardziej posępna i ciemniejsza niż Volaterrae, gdyż znajdował się tam dół po marglu, pełny czarnej wody, wokół którego sterczą kikuty wierzb i olszyn, obwieszone pokrowcami mokrego, kosmatego mchu. Atoli na uschniętych konarach nieraz przysiada ptactwo, a stary Hobden powiada, że gorzka woda wierzbowa jest jakby lekarstwem dla chorych zwierząt.

Siedli na zrąbanym pniu dębowym w cieniu brzozowego zagajnika i zaczęli skręcać sidła dane im przez Hobdena. Naraz stanął przed nimi Parnezjusz.

— Jak cicho przyszedłeś! — zawołała Una usuwając się, by zrobić mu miejsce. — A gdzie Puk?

— Właśnie przed chwilą naradzałem się z Faunem, czy mam opowiedzieć do końca moje dzieje, czy też pozostawić powieść nie dokończoną — odrzekł Parnezjusz.

— Mówiłem tylko, że jeżeli on wam będzie opowiadał wszystko tak, jak się zdarzyło, to wy nic nie zrozumiecie — ozwał się Puk wyskakując żwawo, niby wiewiórka, spoza leżącej kłody.

— Ja i tak nie rozumiem wszystkiego — rzekła Una — ale lubię słuchać opowiadań o małych Piktach.

— A ja tylko tego nie rozumiem — rzekł Dan — skąd Maximus miał tak dokładne wiadomości o Piktach, przebywając w Galii.

— Ten, kto zdobywa sobie godność cesarską, musi tym czy innym sposobem wypatrzyć wszędzie wszystko — odrzekł Parnezjusz. — Słyszałem to z własnych ust Maximusa po wielkich igrzyskach.

— Po igrzyskach? Jakie to były igrzyska? — zapytał Dan.

Parnezjusz wyprężył ramię i zwrócił wielki palec ku ziemi.

— Zapasy gladiatorów — odpowiedział. — Takie właśnie igrzyska urządzano przez dwa dni ku jego czci, gdy wylądował niespodzianie pod Segedunum, u wschodniego krańca Wału. Tak, nazajutrz po naszym spotkaniu z cesarzem odbyły się u nas dwudniowe igrzyska, ale mnie się wydaje, że największe niebezpieczeństwo groziło wtedy nie nieszczęsnym zapaśnikom na arenie, lecz Maximusowi. Minęły te czasy, kiedy legioniści nie śmieli odzywać się wobec imperatora. Gdy jego lektyka, kołysząc się, torowała sobie z trudem drogę wśród ciżby, wzdłuż całego Wału, aż hen, na zachód, biegł za nim nieprzerwany pomruk i wrzawa. Cała załoga stłoczyła się wokół niego, krzycząc, wyczyniając błazeńskie żarty, domagając się żołdu, lepszych kwater i tysiąca innych rzeczy, jakie tylko roiły się w głowach tych zdziczałych, rozwydrzonych ludzi. Lektyka była jako krucha łódka pośród bałwanów: raz po raz zanurzała się, niekiedy tonęła, ale nim człowiek zdołał zamknąć oczy z przerażenia, ona już wypływała na powierzchnię.

Parnezjusz trząsł się, gdy to mówił.

— Czy żołnierze byli źli na niego? — zapytał Dan.

— Źli? Nasrożyli się jak wilki w klatce, gdy pomiędzy nimi przechodzi dozorca. Gdyby na chwilę odwrócił się w tył albo na chwilę spuścił wzrok ku ziemi, już by na Wale w godzinę później obwołano nowego cesarza. Nieprawdaż, Faunie?

— Tak jest. Tak było i tak zawsze będzie! — odrzekł Puk.

— Późnym wieczorem przyszedł do nas goniec z wezwaniem do cesarza. Udaliśmy się za nim do świątyni Zwycięstwa, gdzie Maximus zamieszkiwał wraz z naczelnym komendantem Wału, Rutilianusem. Komendanta tego rzadko widywałem dawniejszymi czasy, ale dostawałem od niego urlop zawsze, ilekroć wybierałem się na wrzosowiska. Był to wielki żarłok, więc trzymał aż pięciu kucharzy sprowadzonych z Azji, a wspomnieć się godzi, że za przykładem całej swej rodziny wierzył wyroczniom. Gdyśmy weszli do jego kwatery, stoły były już sprzątnięte, ale jeszcze było czuć w powietrzu zapach jego wybornej wieczerzy, on zaś sam wypoczywał na sofie, za stołem. Maximus siadł na boku pomiędzy długimi zwojami rachunków. Drzwi wejściowe zamknięto, a Maximus zwrócił się do komendanta:

„Oto twoi ludzie!”

„Rozpoznam ich zawsze, Cezarze” — odrzekł Kutilianus przetarłszy kąty oczu wykrzywionymi palcami i wpatrując się w nas rybim wzrokiem.

„Doskonale! — odrzekł Maximus. — A teraz słuchaj! Nie wolno ci rozporządzać się ani jednym żołnierzem, ani jedną tarczą na Wale, o ile ci chłopcy nie upoważnią cię do tego. Bez ich pozwolenia wolno ci tylko jeść... i nic więcej. Oni są głową i rękami, ty tylko — brzuchem...”

„Niech się dzieje wola Cezara — mruknął poczciwiec. — Jeżeli nie uszczuplisz mej płacy i mych dochodów, to ustanawiaj sobie kogo zechcesz moim zwierzchnikiem... choćby wyrocznię moich przodków. Przeszły... przeszły świetne czasy Rzymu!” — To rzekłszy przewrócił się na drugi bok i zasnął.

„Ma, czego pragnął — rzekł Maximus. — A teraz zajmijmy się tym, co mnie potrzebne!”

Rozwinął zwoje pergaminu, zawierające pełny rejestr wszelkich wojsk regularnych i posiłkowych, znajdujących się na Wale, włączając w to nawet listę chorych przebywających dnia tego w szpitalu w Hurmo. Ach, ależ wzdychałem ciężko, gdy jego pióro skreślało nam oddział za oddziałem naszych najlepszych... a raczej najmniej złych żołnierzy. Ogołocił nam dwie wieże z załogi scytyjskiej, z dwóch wież zabrał posiłkowe oddziały północnych Brytańczyków, wziął też dwie kohorty numidzkie, wszystkich Daków i połowę Belgów. Podobny był do orła szarpiącego ścierwo.

„A teraz mi powiedzcie, ile macie katapult”.

I już się zabierał do przeglądania nowego rejestru, gdy Pertinax dłonią zasłonił mu rękopis.

„Nie, Cezarze! — zawołał. — Nie kuś bogów za bardzo. Bierz ludzi albo maszyny... ale nie jedno i drugie... Inaczej i my wypowiemy ci służbę”.

— Maszyny? — zdziwiła się Una.

— Tak, maszyny oblężnicze... olbrzymie katapulty, czyli kusze, wysokie na stóp czterdzieści, sypiące całymi pękami ostrych kamieni albo kowanych grotów. Nic im się nie oprze. Maximus w końcu zostawił nam te katapulty, ale zabrał bez pardonu iście cesarską część naszej załogi. Gdy zwijał z powrotem rejestry, przy nas pozostał jedynie szkielet naszego wojska!

„Cześć, Cezarze! Pozdrawiają cię ludzie idący na śmierć! — zaśmiał się Pertinax. — Jeżeli teraz jaki wróg oprze się o Wał... zwali go bez wysiłku”.

„Dajcie mi trzy lata zwłoki, o których mówił Allo — odpowiedział Maximus — a będziecie tu mieli dwadzieścia tysięcy doborowych żołnierzy... wybór ich wam pozostawię. Ale teraz zaczyna się wielki hazard... gra przeciw bogom... Stawkami są Brytania, Galia, a może i Rzym. Chcecie być moimi partnerami?”

„Będziemy twoimi partnerami, Cezarze” — odpowiedziałem bez wahania, bo nigdy mi się nie zdarzyło spotkać równego jemu człowieka.

„Dobrze. Jutro wobec całego wojska zamianuję was naczelnikami Wału”.

Wyszliśmy z kwatery na oblane światłem księżycowym boisko, gdzie uprzątano ślady niedawnych igrzysk. Obaczyliśmy wielki posąg bogini Romy stojący na szczycie Wału; szron lśnił na jej szyszaku, a włócznia mierzyła w stronę gwiazdy północnej. Przyglądaliśmy się migotaniu ognisk wzdłuż wież strażniczych oraz szeregowi czarnych katapult, coraz malejących, w miarę jakeśmy się od nich oddalali. Wszystko to znane nam było do znudzenia, ale w ową noc wydawało się nam czymś jakby nowym i nieznanym, ponieważ wiedzieliśmy, że nazajutrz obejmiemy nad tym zwierzchnictwo...

Żołnierze radośnie powitali wiadomość o naszym mianowaniu... ale gdy Maximus odjechał, zabierając z sobą połowę sił naszych, gdy musieliśmy zająć stanowiska w opuszczonych wieżach, gdy mieszkańcy miasta zaczęli się uskarżać na upadek handlu, gdy nastały burze jesienne... O, wówczas ciężkie dni nadeszły dla nas obu! Odtąd Pertinax był czymś więcej niż moją prawą ręką. Urodzony i wychowany niegdyś w wielkim dworze w Galii, wiedział, jakimi słowy przemawiać do każdego z żołnierzy: od rdzennie rzymskich centurionów aż do nikczemnych psów libijskich z trzeciej kohorty. Z każdym z nich tak rozmawiał, jak gdyby ten człowiek zupełnie mu dorównywał poziomem wykształcenia i umysłu. Co się mnie tyczy, wiedziałem doskonale, co należy czynić, ale przy tym wszystkim zapomniałem, że spełnić rzecz każdą można tylko w miarę sił ludzkich. Był to wielki błąd z mej strony.

Ze strony Piktów nie obawiałem się niczego, przynajmniej na czas jednego roku, ale Allo ostrzegł mnie, że Skrzydlate Kołpaki niebawem przypłyną i z dwóch stron uderzą na Wał, by pokazać Piktom naszą słabość. Zacząłem więc pośpiesznie przygotowywać się do obrony, a pośpiech ten bynajmniej nie był przedwczesny. Na krańcach Wału umieściłem najlepszych żołnierzy, jakich mieliśmy, a na wybrzeżu ustawiłem osłonięte katapulty. Spodziewaliśmy się, iż Skrzydlate Kołpaki nadlecą — jak to było w ich zwyczaju — wraz z zamiecią śnieżną, po dziesięć do dwudziestu statków naraz, i zależnie od wiatru zawiną bądź koło Segedunum, bądź koło Ituny.

Otóż gdy okręt przybija do brzegu, załoga musi zwijać żagiel. Trzeba więc wypatrzyć chwilę, gdy ludzie podciągają w górę dolny brzeg żagla, a wtedy katapulty winny cisnąć nań całą siatkę pełną potłuczonych kamieni (żelaznych grotów nie używa się w tym wypadku, gdyż mogłyby podziurawić płótno). Żagiel, jak worek, napełnia się kamieniami, przeważając na bok okręt; ten wali się w morze, a ono już go wyprzątnie do czysta. Garstka ludzi czasami dostanie się na ląd, ale bardzo nieliczna... Gdyby nie czatowanie na brzegu wśród zawiei śniegu i siekącego piasku, nie można by tej roboty uważać za uciążliwą. Tak to broniliśmy się przed Skrzydlatymi Kołpakami w ową zimę.

Wczesną wiosną, gdy wiatry wschodnie tną człowieka ostro po twarzy, niby noże, wiele okrętów nieprzyjacielskich zebrało się znowu pod Segedunum. Allo zapowiedział mi, że wrogowie nasi nie spoczną, póki w otwartej walce nie zdobędą choćby jednej wieży. Istotnie walczyli w otwartym polu. Mieliśmy z nimi ciężką pracę od świtu do nocy... Gdy już się bój zakończył, ujrzeliśmy jakiegoś człowieka, który wynurzył się spośród szczątków rozbitego statku i zaczął płynąć ku wybrzeżu. Jąłem mu się przyglądać. Po chwili fala wyrzuciła go tuż pod moje stopy.

Pochyliwszy się nad nim, spostrzegłem na szyi jego taki sam medalik, jaki ja noszę — to mówiąc Parnezjusz sięgnął ręką ku szyi. — Przeto, gdy odzyskał mowę, zadałem mu pewne pytanie, na które można było odpowiedzieć w pewien określony sposób. On w odpowiedzi wyrzekł mi właśnie potrzebne słowo... słowo, które jest hasłem stopnia Gryfów w tajemnej wiedzy mego boga, Mithrasa. Osłoniłem go przeto tarczą, póki nie odzyskał sił. Jak widzicie, nie jestem ułomek, ale on był o głowę wyższy ode mnie. Powstawszy zapytał: „A cóż teraz będzie?” „Zrób, co ci się podoba, mój bracie — odpowiedziałem. — Wolno ci odejść albo pozostać”.

Spojrzał na morze huczące spienioną kipielą. Widać tam było jeden jeszcze statek nie uszkodzony, stojący poza dosięgiem strzału naszych katapult. Kazałem zaniechać strzelania, rozbitek zaś dał znak ręką w stronę owego statku. Statek podjechał natychmiast, jak pies przybywa na skinienie swego pana. Gdy przybliżył się na sto kroków do wybrzeża, on odgarnął w tył włosy i rzucił się w morze. Wciągnięto go na pokład i statek oddalił się. Wiedziałem, że pomiędzy wszystkimi narodami jest wielu wyznawców Mithrasa, przeto nie myślałem już więcej o tym zdarzeniu.

W miesiąc później, gdym znajdował się koło świątyni Pana, mości Faunie, obaczyłem Alla nadjeżdżającego z końmi i otrzymałem od niego wielki złoty naszyjnik wysadzany koralami. Zrazu myślałem, że to łapówka od jakiegoś kupca z miasta, przeznaczona dla starego Rutilianusa. „O nie! — zaprzeczył Allo temu przypuszczeniu. — To podarek od Amala, Skrzydlatego Kołpaka, którego wyratowałeś pod Segedunum. Mówi o tobie, że jesteś prawdziwym mężczyzną”.

„I on też jest dzielnym mężczyzną. Powiedz mu, iż będę nosił ten podarek” — odrzekłem.

„E, Amal jest jeszcze młody i nierozważny, ale my możemy pogadać jak ludzie rozsądni. Otóż wasz cesarz dokonywa tak wielkich czynów w Galii, że Skrzydlate Kołpaki zapragnęły zostać jego przyjaciółmi, a raczej przyjaciółmi sług jego. Mniemają, że ty i Pertinax możecie prowadzić ich do zwycięstw”. Tu Allo spojrzał na mnie z ukosa, jak kruk jednooki.

„Wszak mówiłeś, Allo — odparłem — że jesteś ziarnem pomiędzy dwoma kamieniami młyńskimi. Bądź więc zadowolony, że mielą równo, i nie wtykaj między nie ręki”.

„Ja? — zawołał Allo. — Jednakową nienawiść czuję dla Rzymu, jak dla Skrzydlatych Kołpaków. Jeżeli jednak Skrzydlate Kołpaki dojdą do przekonania, że ty i Pertinax połączycie się kiedyś z nimi przeciwko Maximusowi, to zostawią was na jakiś czas w spokoju, póki się nie namyślicie. A przecie pewna zwłoka potrzebna jest i wam, i mnie, i Maximusowi. Jeżeli wasza wola, zaniosę pomyślną odpowiedź Skrzydlatym Kołpakom... coś takiego, nad czym będą musieli długo się namyślać. My, barbarzyńcy, jesteśmy wszyscy jednacy. Siedzimy przez pół nocy, roztrząsając każde słówko, jakie powie ktoś z Rzymian. Nieprawdaż?”

„Nie mamy ludzi, więc musimy walczyć słowami — rzekł Pertinax posłyszawszy, o co idzie. — Zdaj całą sprawę na mnie i na Alla”.

Przeto Allo zaniósł Skrzydlatym Kołpakom odpowiedź, iż nie będziemy z nimi walczyć, jeżeli oni nas zostawią w spokoju. Niewątpliwie byli nieco wyczerpani stratami, jakie ponieśli w bitwach na morzu, bo rychło zgodzili się na rozejm. Przypuszczam, że Allo, który jak każdy koniarz lubił łgarstwa, opowiedział im, że my pewnego dnia zamierzamy powstać przeciw Maximusowi, jak Maximus powstał przeciw Rzymowi.

Jakoż w ciągu najbliższych miesięcy przepuścili bez szwanku okręty ze zbożem, które posyłałem Piktom drogą północną. Przeto Piktowie byli syci przez całą zimę, a jam był rad temu, bo uważałem ich niemal za swoje dzieci. Wszystkiego wojska na Wale mieliśmy ledwie dwa tysiące, toteż pisałem wiele razy do Maximusa i prosiłem go... błagałem nawet... by przysłał mi choć jedną kohortę z moich dawnych wojsk północnobrytańskich. Ale on nie mógł się obejść bez nich. Były mu potrzebne do coraz to nowych zwycięstw w Galii.

Potem nadeszły o nim wieści, że pokonał i zgładził cesarza Gracjana. Wówczas, sądząc, że już mu teraz nie potrzeba pomocy, napisałem doń znowu, domagając się przysłania ludzi. Odpisał mi w te słowa: „Z tego listu dowiesz się, że na koniec załatwiłem porachunki z tym szczeniakiem Gracjanem. Nie zginąłby, gdyby się nie stropił i nie stracił głowy, co zawsze jest nieodpowiednią rzeczą dla cesarza. Donieś swemu ojcu, iż poprzestanę na kierowaniu dwoma mułami, gdyż o ile syn dawnego mego zwierzchnika nie uroi sobie, że powinien skruszyć mą potęgę, utwierdzę się na stanowisku cesarza Galii i Brytanii, a wtenczas wy, dzieci moje, dostaniecie tylu żołnierzy, ilu tylko wam będzie potrzeba. W chwili obecnej nie mogę wam przysłać ani jednego”.

— Kogo on miał na myśli, pisząc o synu swego zwierzchnika? — zapytał Dan.

— Myślał o Teodozjuszu, cesarzu rzymskim, synu owego Teodozjusza, pod którego rozkazami walczył niegdyś w czasie wojny z Piktami. Dwaj ci ludzie nigdy się nie lubili, a gdy Gracjan zamianował młodszego Teodozjusza cesarzem Wschodu (przynajmniej takie mnie doszły słuchy), Maximus rozpoczął wojnę z synem swego zwierzchnika. To było jego fatum153 i przyczyną jego upadku. Ale cesarz Teodozjusz, o ile mi wiadomo, to dobry człowiek.

Parnezjusz zamilkł na chwilę, a potem znów podjął opowieść:

— Odpisałem Maximusowi, że choć na razie mamy na Wale spokój, jednak byłbym wielce rad, gdybym miał nieco więcej ludzi i kilka nowych katapult. On mi na to odpowiedział: „Musicie jeszcze czas jakiś poczekać w cieniu mych laurów, póki nie zmiarkuję, co zamierza młody Teodozjusz. Może powita we mnie kolegę-cesarza, ale być też może, że zbroi się przeciwko mnie. Tak czy owak, nie mogę w chwili obecnej dać wam ani jednego żołnierza”.

— Ależ on zawsze to samo pisał — zauważyła Una.

— To prawda. Nie usprawiedliwiał się przed nami i powiadał, że dzięki wieściom o jego zwycięstwach mieliśmy przez długi, długi czas zapewniony spokój na Wale. Piktowie wypaśli się jak ich własne owce na wrzosowiskach, a garstka żołnierzy, jaka przy mnie została, wyćwiczyła się doskonale w sztuce wojennej. Zresztą i Wał miał wygląd obronny i warowny. Ja jednak zdawałem sobie sprawę, jak słabi jesteśmy w istocie. Wiedziałem, że gdyby nawet fałszywa wieść o jakiejś klęsce Maximusa dotarła do Skrzydlatych Kołpaków, oni by tu na pewno zawitali z poważniejszą siłą, a wtedy... a wtedy... Wał musiałby runąć! Na Piktów nie zważałem wcale, ale w ciągu lat ubiegłych zapoznałem się po trosze z siłą Skrzydlatych Kołpaków. Siła ta rosła z dniem każdym, ja natomiast nie mogłem powiększyć liczby mych żołnierzy... Maximus ogołocił z ludzi Brytanię na naszych tyłach, a ja sam czułem się jako człowiek stojący ze spróchniałym kijem przed połamaną zagrodą i zamierzający odpędzać rozjuszone byki... Takie, moi drodzy, mieliśmy życie na Wale... oczekując, oczekując i oczekując posiłków, których Maximus ani myślał nam przysyłać. Nagle doniósł nam, że przygotowuje armię przeciwko Teodozjuszowi. Takie to słowa odczytał mi przez ramię Pertinax, gdyśmy byli razem na naszej kwaterze: „Powiedz ojcu, że fatum zmusza mnie do tego, bym poganiał trzy muły, bo inaczej one rozedrą mnie na strzępy. Mam nadzieję, że w ciągu roku uporam się raz na zawsze z Teodozjuszem, synem Teodozjusza. Wówczas ty dostaniesz w zarząd Brytanię, a Pertinax, jeśli będzie miał ochotę, zostanie namiestnikiem Galii. Dziś chciałbym mieć was przy sobie, byście zaprowadzili ład w moich wojskach posiłkowych. Proszę was, nie dawajcie wiary pogłoskom o mej chorobie. Wprawdzie jakieś tam drobne licho siedzi w mym cielsku, ale wyleczę się żwawą konną przejażdżką do samego Rzymu”.

Wówczas rzekł Pertinax: „Z Maximusem już kaput! Pisze jak człek obłąkany. Widzę to dobrze, bom sam już ogarnięty rozpaczą. A cóż to on zamieścił w dopisku? »Powiedz Pertinaxowi, że spotkałem się z nieboszczykiem jego wujem, duumwirem w Divio, i że otrzymałem od niego dokładne wyrachowanie z pieniędzy należących się jego matce. Wyprawiłem ją z odpowiednią eskortą, jako matkę bohatera, do Nicei, gdzie klimat jest cieplejszy«”.

„Oto masz dowód — rzekł Pertinax. — Nicea154 jest już niedaleko od Rzymu. W razie wojny matka może wsiąść na okręt i uciec do Rzymu. Tak jest, Maximus przewiduje śmierć rychłą i dlatego spełnia kolejno wszystkie swoje obietnice! W każdym razie cieszę się, że wuj mój się z nim spotkał”.

„Czy dziś napastują cię czarne myśli?” — zapytałem.

„Czarne czy nie czarne, ale prawdziwe — odrzekł Pertinax. — Bogom sprzykrzyła się ta gra, którą wiedliśmy przeciw nim. Teodozjusz rozbije Maximusa. Wszystko skończone!”

„Czy mu to napiszesz?” — zapytałem.

„Patrz, co mu napiszę!” — odrzekł i wziąwszy pióro, napisał list radosny jak pogodny dzień, czuły jak list kobiecy, a pełen żartów. Nawet ja, czytając przez ramię, nabierałem otuchy... póki... póki... nie obaczyłem jego twarzy!

„A teraz — rzekł zapieczętowując pismo — obaj jesteśmy już nieboszczykami, mój bracie. Chodźmy do świątyni”.

Modliliśmy się przez chwilę do Mithrasa w miejscu, gdzie tylekroć zasyłaliśmy doń modły. Odtąd dzień za dniem upływał nam wśród ponurych wieści. Tak doczekaliśmy się zimy...

Pewnego poranku, gdy wyjechaliśmy konno na wschodnie wybrzeże, znaleźliśmy tam na piasku jasnowłosego mężczyznę, na pół zmarzniętego, przywiązanego do kilku strzaskanych desek. Przewróciwszy go, poznaliśmy po sprzączce u pasa, że był to Got z jednego ze wschodnich legionów. W pewnej chwili człowiek ten otworzył oczy i krzyknął głośno: „On już nie żyje! Miałem przy sobie listy, ale Skrzydlate Kołpaki zatopiły okręt!” To rzekłszy skonał nam na rękach.

Nie pytaliśmy, kto już nie żyje. Wiedzieliśmy doskonale! Gnani śnieżną zawieruchą, popędziliśmy do Hunno, myśląc, że Allo może się tam znajduje. Był już tam istotnie, czekał w naszej stajni. Po twarzach naszych zmiarkował, jaką otrzymaliśmy wiadomość.

„Stało się to w namiocie nad brzegiem morza... — wyjąkał. — Został ścięty przez Teodozjusza. Wysłał list do was, pisany w przededniu stracenia. Skrzydlate Kołpaki list ten przejęły, rozbiwszy okręt, na którym jechał posłaniec. Wieść rozszerza się jak pożar po wrzosowiskach. Nie miejcie do mnie żalu! Już nie potrafię utrzymać naszych młodzieńców na wodzy”.

„Obym mógł to samo powiedzieć o naszych żołnierzach — odrzekł ze śmiechem Pertinax. — Ale oni nie potrafią uciec, za co niech Bogom będą dzięki!”

„Cóż poczniecie? — zapytał Allo. — Przynoszę wam rozkaz... a raczej zlecenie... od Skrzydlatych Kołpaków, byście przystali do nich wraz z waszymi ludźmi i wyruszyli na południe grabić Brytanię”.

„Bardzo mi przykro — odrzekł Pertinax. — Ale nas tu postawiono właśnie w tym celu, żeby zapobiec ich najazdowi i grabieży”.

„Zabiją mnie, jeżeli im zaniosę tę odpowiedź — rzekł Allo. — Zawsze obiecywałem Skrzydlatym Kołpakom, że zbuntujecie się, gdy Maximus upadnie. Ja... ja nigdy nie przypuszczałem, by on mógł upaść...”

„Niestety, stało się tak, mój biedny barbarzyńco! — odrzekł Pertinax śmiejąc się ciągle. — No, no! Nie miej strachu! Za dużo dobrych koni kupiliśmy od ciebie, byśmy cię mieli rzucić na pastwę twoim przyjaciołom. Jesteś wprawdzie posłem, ale my cię uwięzimy”.

„Tak, to będzie najlepsze — rzekł Allo wyciągając jeden z postronków. Związaliśmy go lekko, bacząc na sędziwy wiek poczciwca.

„Teraz Skrzydlate Kołpaki mogą ciebie szukać; my przez to tylko zyskamy na czasie! Patrzcie no, jak liczenie na zwłokę staje się z wolna nałogiem człowieka!” — zauważył Pertinax zawiązując postronek.

„Nie — odpowiedziałem. — Zwłoka istotnie może nam pomóc. Skoro Maximus napisał do nas list w więzieniu, to nie kto inny, tylko Teodozjusz wyprawił ów okręt, który miał nam przywieźć to pismo. Jeżeli zaś mógł przysłać statek, tedy może przysłać i posiłki”.

„Cóż nam z tego przyjdzie? — odburknął Pertinax. — Służymy Maximusowi, a nie Teodozjuszowi. Nawet gdyby jakimś cudem bożym Teodozjusz przysłał wojsko i ocalił Wał, nie możemy oczekiwać czego innego niż takiej śmierci, jaką poniósł Maximus”.

„Naszą rzeczą jest bronić Wału, bez względu na to, który cesarz umiera, a który innych zabija” — odpowiedziałem.

„Słowa te godne są brata twego, filozofa — ofuknął mnie Pertinax. — Co do mnie, jestem człowiekiem bez nadziei, więc nie gadam tak uroczyście i od rzeczy! Zbudź załogę!”

Powołaliśmy wszystkich pod broń i cały Wał od końca do końca obsadziliśmy zbrojnymi ludźmi. Starszyźnie oznajmiliśmy, że rozeszła się pogłoska o zgonie Maximusa, która może na nas ściągnąć najazd Skrzydlatych Kołpaków, lecz gdyby nawet owa pogłoska okazała się prawdziwą, można być pewnym, że Teodozjusz, chcąc ocalić Brytanię, przyśle nam pomoc... przeto powinniśmy trwać niezłomnie na posterunku... Wierzcie mi, moi drodzy, aż dziw bierze, gdy się widzi, jak ludzie znoszą złe wieści! Nieraz najsilniejszy człowiek staje się wówczas słaby jak mucha, a słaby głowę podnosi i bogom siłę zabiera. Tak było i z nami. Ostatecznie jednak Pertinax dzięki swym żartom, swej uprzejmości i pracowitości wlał odwagę i karność w nasze szczupłe zastępy — w większym stopniu, niż mogłem się spodziewać. Nawet nasza kohorta libijska — nieznośne „trzeciaki” — stała spokojnie w podbitych kirysach i nie utyskiwała na zmęczenie.

Po trzech dniach zjawiło się u nas siedmiu wodzów i przedniejszych rycerzy z narodu Skrzydlatych Kołpaków. Wśród nich był też i Amal, ów wysoki młodzian, którego spotkałem był niegdyś na wybrzeżu. Uśmiechnął się obaczywszy mój naszyjnik. Pozdrowiliśmy ich uprzejmie, jako posłów, po czym pokazaliśmy im Alla, żywego, ale związanego. Byli przekonani, żeśmy go zabili, i widziałem, że nie bardzo byliby się tym zmartwili. Allo też to spostrzegł i minę miał skwaszoną. Potem zeszliśmy się na naradę w naszej kwaterze w Hunno155. Posłowie oświadczyli, że Rzym już upada i że powinniśmy zawrzeć z nimi przymierze. Oddawali mi w zarząd całą południową Brytanię, ale wpierw żądali z niej haraczu.

„Cierpliwości! — odparłem. — Tego Wału nie kupuje się za byle co, niby pierwszą lepszą rzecz zrabowaną. Dajcie mi dowód, że mój wódz nie żyje”.

„Hola! — rzekł jeden ze starszyzny. — Dowiedźcie nam wpierw, że on żyje”. A drugi dodał przebiegle: „Co nam dacie, jeżeli przeczytamy wam jego ostatnie słowa?

„Nie jesteśmy kupcami, by się targować! — zawołał Amal. — Zresztą temu człowiekowi zawdzięczam życie. Oto dowód, jakiego żąda”. I cisnął ku mnie list jakiś. Poznałem pieczęć: był to list Maximusa.

„Znaleźliśmy to pismo na okręcie, któryśmy zatopili! — zawołał. — Nie umiem czytać, ale rozpoznałem jeden znak, który każe mi wierzyć owej pogłosce”. I wskazał mi na grzbiecie rękopisu ciemną plamę; z ciężkim sercem stwierdziłem, iż był to ślad bohaterskiej krwi Maximusa.

„Przeczytaj! — rzekł Amal. — Przeczytaj, a przekonamy się, czyimi jesteście sługami”.

Pertinax, rzuciwszy okiem na pismo, odezwał się cichym głosem: „Słuchajcie, barbarzyńcy! Przeczytam wam wszystko!” I przeczytał to, co od tej chwili noszę stale na sercu.

To mówiąc Parnezjusz wydobył z zanadrza zwinięty i poplamiony kawałek pergaminu i jął czytać ściszonym głosem:

— „Maximus, niegdyś cesarz Galii i Brytanii, a obecnie więzień, oczekujący śmierci w Teodozjuszowym obozie nad morzem, przesyła Parnezjuszowi i Pertinaxowi, dzielnym komendantom rzymskiego Wału, pozdrowienie i pożegnanie”.

„Wystarczy! — zawołał młody Amal. — Oto dowód, któregoście żądali! Teraz musicie do nas przystać!

Pertinax spoglądał nań przez długi czas w milczeniu, a jasnowłosy młodzian zawstydził się i zarumienił jak młoda dziewczyna. Pertinax zaś czytał dalej:

„»Z przyjemnością wyrządziłem w mym życiu niejedno zło tym wszystkim, którzy mi źle życzyli, ale jeżeli kiedy skrzywdziłem was dwóch, żałuję tego i proszę, byście mi przebaczyli. Trzy muły, które usiłowałem prowadzić, rozszarpały mnie na sztuki, jak przepowiedział mi twój ojciec, Parnezjuszu. Nagie miecze czyhają u wnijścia namiotu, by zadać mi śmierć, jaką zadałem był Gracjanowi. Przeto ja, wasz wódz i cesarz, daję wam zwolnienie i chlubne świadectwo tej służby, którąście u mnie pełnili nie dla grosza i dla dostojeństwa, ale, jak miło mi przypuszczać, z miłości dla mnie!«”

„Na światłość słoneczną! — przerwał Amal. — To był człowiek niezwykły! Zdaje się, że mieliśmy mylne mniemanie o jego sługach!”

A Pertinax czytał dalej: „»Daliście mi termin, jakiego żądałem. Nie narzekajcie, jeżelim nie umiał go wyzyskać. Graliśmy wspaniale przeciwko bogom, ale oni dobrze znają wagę swoich kostek, przeto mnie przyszło płacić przegraną. Pamiętajcie, że jam był, ale Rzym jest i będzie. Powiedz Pertinaxowi, że jego matka przebywa bezpiecznie w Nicei, a jej pieniądze znajdują się pod opieką prefekta w Antipolis. Wspomnij o mnie ojcu twojemu i matce, których przyjaźń bardzo ceniłem. Moim małym Piktom i Skrzydlatym Kołpakom daj takie zlecenie, iżby mogły je zrozumieć ich tępe głowy. Gdyby wszystko poszło po mej myśli, dziś bym jeszcze posłał wam trzy legiony. Nie zapominajcie o mnie. Pracowaliśmy razem. Bądźcie zdrowi! Bądźcie zdrowi! Bądźcie zdrowi!«” Taki był list ostatni mojego cesarza!...

(Tu dzieci posłyszały chrzęst pergaminowej karty, którą Parnezjusz chował z powrotem w zanadrze).

„Omyliłem się — rzekł Amal. — Słudzy takiego męża nie sprzedadzą niczego inaczej jak za cenę miecza. Rad jestem temu!” — to mówiąc wyciągnął rękę do mnie.

„Ależ Maximus zwolnił was ze służby! — ozwał się jeden z posłów. — Macie teraz prawo służyć lub rozkazywać... komu tylko zechcecie. Jeżeli nie macie ochoty nam podlegać, to zawrzyjcie z nami przymierze!”

„Dziękujemy wam — odrzekł Pertinax — przypomnijcie sobie jednak, że Maximus przykazał nam, byśmy dali wam takie zlecenia, które będą (wybaczcie, iż przytaczam jego słowa)... które będą dla waszych tępych głów zrozumiałe”. To mówiąc pokazał im przez otwarte drzwi katapultę przygotowaną do strzału.

„Rozumiemy — rzekł jeden z posłów. — Tedy zdobycie Wału nie obejdzie się bez ofiar?”

„Bardzo mi przykro — odrzekł Pertinax śmiejąc się. — Ale tylko tym sposobem można go zdobyć!” I poczęstował ich najlepszym winem południowym, jakie mieliśmy w piwnicy. Wypili, w milczeniu obtarli ryże brody i powstali zabierając się do odejścia.

Amal, przeciągając się rubasznie (wszak mieliśmy do czynienia z barbarzyńcami), przemówił: „Tak nam było miło w tym towarzystwie... a ciekawy jestem, jak się do niejednego z nas dobierać będą kruki i rekiny, jeszcze nim te śniegi stopnieją!”

„Myśl raczej o tym, jakie wojska przyśle Teodozjusz” — odpowiedziałem. Zaśmiali się, ale widziałem, że rzucony od niechcenia pocisk trafił w samo sedno.

Odeszli skwaszeni. Jeden tylko Allo ociągał się nieco.

„Widzicie — ozwał się łypiąc i mrugając oczyma — nie jestem dla nich niczym więcej jak psem... i jak psa mnie kopną, gdy wskażę ich wojownikom tajne przejścia przez nasze trzęsawiska”.

„Wobec tego ja na twoim miejscu nie śpieszyłbym się zanadto z pokazywaniem owych dróg tajemnych, póki bym się nie upewnił, że Rzymianie nie zdołają obronić Wału”.

„Tak myślisz?... O biadaż mi! — zawołał starowina. — Jam chciał tylko zapewnić pokój memu ludowi!” I pobiegł za wysokimi postaciami Skrzydlatych Kołpaków potykając się i zataczając w śniegu.

W ten to sposób, z wolna, dzień za dniem (co najgorszą bywa rzeczą dla wojsk żyjących w niepewności), zbliżała się do nas wojna. Najpierw Skrzydlate Kołpaki wtargnęły do nas od strony morza, jak to bywało dawniejszymi czasy, a my też przywitaliśmy ich po staremu... katapultami. Ponieśli ciężkie straty, jednakże przez długi czas nie ufali snadź swym kaczym nogom, bo nie pojawiali się od strony lądu. Przypuszczam, że gdy doszło do próbowania tej drogi, Drobny Lud bał się albo wstydził pokazywać im tajne przejścia wśród wrzosowisk. Tak przynajmniej wymiarkowałem z zeznań jednego z jeńców piktyjskich. Mieliśmy wśród nich zarówno szpiegów, jak i wrogów, bo Skrzydlate Kołpaki uciskały ich, ograbiając doszczętnie z zimowych zapasów. Głupie, małe plemię!

Potem Skrzydlate Kołpaki zaczęły nas naciskać z obu stron Wału. Wysłałem gońców na południe, by dowiedzieć się, co słychać w Brytanii, ale po opustoszałych stanicach, gdzie dawniej przebywało wojsko, rozpanoszyły się w ową zimę wilki, toteż nie powrócił do nas żaden z wysłańców. Poza tym mieliśmy wiele kłopotu z paszą dla koni. Trzymałem ich dziesięć, tyleż miał i Pertinax. Dnie i noce spędzaliśmy w siodle, jeżdżąc to na wschód, to na zachód, a żywiliśmy się mięsem wybrakowanych koni. Ludność miejska też nam przyczyniała niemało zgryzoty, więc spędziliśmy ją całą do jednej kwatery za Hurmo. Wznieśliśmy mur po obu jej stronach, tworząc coś w rodzaju fortecy. Nasi ludzie lepiej walczyli w zwartym szyku.

Pod koniec drugiego miesiąca pogrążyliśmy się w wojnie tak głęboko, jak człowiek pogrąża się w sen lub zaspę śniegową. Zdaje mi się, żeśmy walczyli i we śnie. Wiem tylko, żem chodził tam i z powrotem po Wale, nie mogąc sobie nic poza tym przypomnieć, choć gardło mi ochrypło od dawania rozkazów, a miecz, jak miarkowałem, pracował uporczywie.

Skrzydlate Kołpaki walczyły jak wilki — gromadą. A gdzie ponosili największe straty, tam właśnie nacierali najzażarciej. Ta więc okoliczność, choć utrudniała nam obronę, nie pozwoliła im na wtargnięcie do Brytanii.

W owych to dniach wypisywałem wraz z Pertinaxem na bruku przed cegielnym łukiem wiodącym do Walencji nazwę każdej ze zwalonych wież oraz datę jej runięcia; pragnęliśmy mieć jakąś pamiątkę...

A walka? Najzawzięciej walczono zazwyczaj po obu stronach posągu bogini Romy, tuż obok domu Rutilianusa. Na światłość słoneczną! Ten stary grubas, któregośmy w ogóle nie brali pod uwagę, nagle ocknął się i odmłodniał wśród grania surm bojowych! Przypominam sobie, iż twierdził, jakoby miecz jego był wyrocznią! „Poradźmy się wyroczni! — mawiał, przykładając jego rękojeść do ucha, i kiwał poważnie głową. — Dziś jeszcze pozwolono żyć Rutilianowi!” — powiadał i podkasując płaszcz, sapiąc i dysząc, stawał mężnie do walki. Tak, tak! Mieliśmy spory zapas żartów i figlików... które nam miały zastępować topniejące z każdym dniem zapasy żywności...

Tak wytrzymaliśmy dwa miesiące i dni siedemnaście. Nacierano na nas coraz ciaśniejszym pierścieniem... coraz mniej miejsca nam pozostawało. Kilka razy Allo przysyłał nam wiadomość, że odsiecz już nadciąga. Nie wierzyliśmy tym wieściom, ale nasi żołnierze czerpali z nich otuchę.

Przyszedł wreszcie i koniec... nie wśród radosnych okrzyków, ale, podobnie do wszystkich poprzednich wypadków, jakby we śnie... Skrzydlate Kołpaki ni stąd, ni zowąd pozostawiły nas w spokoju przez całą noc, a potem przez dzień cały... Zbyt długa to była przerwa dla ludzi wycieńczonych do ostatka. Spaliśmy zrazu lekkim snem, gotowi zerwać się każdej chwili, potem jednak straciliśmy wszelką świadomość ileżeliśmy bezwładnie jak kłody. Oby nigdy wam nie zdarzyło się spać snem takim! Gdyśmy się obudzili, nasze wieże były pełne obcych, zbrojnych ludzi, którzy przyglądali się nam, chrapiącym w najlepsze. Zbudziłem Pertinaxa i zerwaliśmy się razem na równe nogi.

„I cóż? — zawołał jakiś młodzian w błyszczącej zbroi. — Czy chcecie walczyć przeciw Teodozjuszowi?... Patrzcie!”

Spojrzeliśmy na północ... Jak zasięgnąć wzrokiem, śnieg czerwienił się od krwi, a Skrzydlatych Kołpaków nie było ani śladu. Spojrzeliśmy na południe: na białym śniegu — o dziwo! — widać było orły dwóch legionów stojących w pełnej liczbie obozem. Na wschód i na zachód od nas widać było walkę i pożogę, ale koło Hunno panowała cisza zupełna.

„Nie trwóżcie się! — rzekł ów młodzian. — Długie jest ramię Rzymu! Ale gdzież są naczelnicy tego Wału?”

„My nimi jesteśmy” — brzmiała nasza odpowiedź.

„Ależ wy jesteście starzy i siwowłosi! — zawołał nieznajomy. — Maximus powiadał, że oni są jeszcze młokosami!”

„Tak, było to prawdą parę lat temu — odparł Pertinax. — Nie mógłbyś nam powiedzieć, jaki nas los czeka, wytworny i dobrze wykarmiony dzieciaku?”

„Jestem Ambrozjusz, zaufany sługa cesarza — odpowiedział. — Pokażcie mi pewien list, pisany przez Maximusa w namiocie pod Akwileją, a może wam uwierzę”.

Wyjąłem list z zanadrza. Ambrozjusz przeczytał go, pozdrowił nas po wojskowemu i rzekł: „Los wasz od was zależy. Jeżeli zechcecie służyć Teodozjuszowi, otrzymacie odeń dowództwo legionu. Jeżeli zaś wolicie wrócić do domu, urządzimy wam triumf okazały”.

„Wolałbym łaźnię, wino, brzytwę, mydło, oliwę i wonności” — zaśmiał się Pertinax.

„O, teraz widzę, że jesteś młodzikiem! — zawołał Ambrozjusz. — A ty?” — zwrócił się do mnie.

„Nie żywimy złych zamiarów względem Teodozjusza, ale na wojnie...” — zacząłem.

„Na wojnie tak jak w miłości — przerwał Pertinax. — Wszystko, co się ma najlepszego, oddaje się tylko jednej, wybranej... mniejsza z tym, czy to zła, czy dobra osoba. Gdy już się raz to dało, nie pozostaje nic takiego, co by było godnym ofiarowania lub przyjęcia”.

„To prawda — odrzekł Ambrozjusz. — Byłem u Maximusa przed jego śmiercią. Uprzedzał Teodozjusza, że nie zechcecie mu służyć... a powiem wam szczerze, że współczuję mojemu cesarzowi”.

„Niech się tym pocieszy, że ma Rzym — odparł Pertinax. — Proszę cię, bądź łaskaw nam pozwolić, byśmy wrócili do domu i pozbyli się tego zapachu, który nas tu otacza”.

Nie przeszkodziło to jednak, że urządzono nam triumf...

— A był to triumf dobrze zasłużony! — ozwał się Puk, rzucając kilka listków w głąb marglowego dołu. Czarne, kleiste koła rozpełzły się na cichej wodzie przed oczyma dzieci.

— Ach, chcielibyśmy dowiedzieć się tylu jeszcze rzeczy! — zawołał Dan. — Co się stało ze starym Allem? Czy Skrzydlate Kołpaki jeszcze kiedy zawitały w te strony? A co porabiał Amal?

— I co się stało z tym grubym starym wodzem, co miał pięciu kucharzy? — zapytała Una. — A co powiedziała matka, gdy przyszedłeś do domu?...

— Powiedziałaby pewnikiem, że za długo siedzicie nad tym starym dołem... i to jeszcze tak późno — ozwał się za nimi głos starego Hobdena, a potem jego szept:

— Psst!

Dzieci ujrzały starego ogrodnika, jak stanął niby skamieniały, gdyż o kilkanaście kroków od nich siedział na tylnych łapach okazały lis i przyglądał się dzieciom, jak gdyby był z dawien dawna ich przyjacielem.

— Tuś mi, mości mykito! — mruknął półgłosem Hobden. — Kiejbym tak umiał wybadać, co się mieści w twoim łebku, tobym niejedną piękną rzecz wiedział. Chodźcie ze mną, paniczu i panienko, bo właśnie będę zamykał kurnik.