14. Kum Kristofer

Na górze, w skrzydle kawalerskim, żył stary ptak drapieżny. Siedział zawsze przy kominku i pilnował, by ogień nie zagasł. Był rozczochrany i szpakowaty. Mała głowa o wielkim nosie i zagasłych na poły oczach pochylała się smutnie na długiej, chudej szyi, ujętej w futrzany kołnierz. Dziki ten ptak nosił zimą i latem futro.

Ongiś należał do stada, które w orszaku wielkiego cesarza przewaliło się przez Europę, dziś atoli nikt już nie mógł odgadnąć, jakie wówczas nosił imię i rangę. W Värmlandii wiedziano tylko, że brał udział w wielkiej wojnie, że odznaczył się w krwawych bitwach i opuścił po roku 1815 niewdzięczną ojczyznę swoją. Szwedzki następca tronu wziął go w opiekę i poradził, by znikł w dalekiej Värmlandii. Czasy nastały takie, że zwolennicy męża, przed którym drżała Europa, radzi byli, że nikt nie zna ich nazwiska.

Dał on słowo następcy tronu, że nie opuści, bez konieczności, miejsca pobytu i nie powie, kim jest, po czym zjawił się w Ekeby z listem arcyksięcia do majora i został ulokowany w rezydenckim skrzydle.

Łamano sobie zrazu głowę, jaka to znana osobistość kryje się pod przybranym nazwiskiem, z biegiem czasu atoli stał się prawdziwym Värmlandczykiem i rezydentem. Zwano go kumem Kristoferem, nie wiedząc dobrze, skąd się wzięło to miano.

Niełatwa to jednak rzecz dla drapieżnego ptaka żyć w klatce. Nawykł do czegoś innego niźli skakanie ze szczebla na szczebel i jedzenie z ręki karmiciela. Krew jego, podniecona niegdyś grozą śmierci i grzmotem bitew, znieść nie mogła sennego pokoju.

Co prawda, inni kawalerowie nie byli także obłaskawionym ptactwem, nikt jednak nie burzył się jak kum Kristofer. Czasem tylko polowanie na niedźwiedzia — i kobieta, jedna, jedyna kobieta, mogła w nim ożywić ducha.

Odżył po raz ostatni przed dziesięciu laty, zobaczywszy hrabinę Märtę, podówczas już wdowę, kobietę niebezpieczną i zwodniczą jak wojna, podniecającą jak śmierć, pełną werwy i życia. Pokochał ją.

Oto minęło lat pięć od czasu, jak ją po raz ostatni widział. Siedział samotny, starzał się i siwiał obumierając z wolna niby orzeł w niewoli i nie mógł jej wziąć za żonę. Z każdym rokiem stawał się chudszy, a zimno coraz bardziej mu dokuczało. Wciąż głębiej właził w futro i przysuwał się do ognia.

Siedzi i teraz przemarzły, rozczochrany, siwy. Jest ranek tego dnia, w którym wieczorem oddane zostaną strzały wielkanocne, i spalona słomiana kukła. Wszyscy kawalerowie wyjechali, on został przy piecu.

Ach, kumie Kristoferze, czyż nic nie wiesz?

Wszakże nadeszła wiosna, uśmiechnięta, kusząca!

Przyroda zbudziła się z ołowianego snu, a w niebieskawych obłokach wirują istotki lekkoskrzydłe, igrające powabnie. Twarzyczki ich, przytulone do siebie, wyglądają z chmur jak kwiecie dzikiej róży i wołają na wszystkie świata strony: „Radujcie się wszyscy, nadeszła wiosna!”

Matka-ziemia znów ożyła. Wyłania się jak swawolne dziecko z wiosennych powodzi i deszczów. Kamienie na roli lśnią z rozkosznego zadowolenia. „Nuże, włączmy się w obieg życia — wołają wesoło najdrobniejsze atomy. — Będziemy jako skrzydła unosić się w czystym powietrzu. Będziemy błyszczeć na zapłonionych liczkach młodych dziewcząt”.

Wesołe wiosenne duszki wnikają wraz z wodą i powietrzem do krwi, trzepocą się jak węgorze i wprawiają serce w ruch. Wszędzie rozbrzmiewa ten sam ton. Lekkoskrzydłe istoty lgną mocno do serc, do kwiatów, do wszystkiego, co się porusza i drga, i głosem jak dźwięk tysiąca dzwonów oznajmiają światu wesołą nowinę:

„Radość i uciecha! Radość i uciecha! Przyszła luba wiosna!”

Ale kum Kristofer siedzi nieruchomy i o niczym nie wie. Głowę pochylił na kościste, zesztywniałe dłonie i śni o deszczu kul oraz drzewie sławy, co rośnie na polu bitwy. Róże mu kwitną i wawrzyny w duszy, nie potrzebujące słodyczy maja.

Biedny stary wygnaniec mieszka w rezydenckim skrzydle, z dala od swej ziemi i narodu, nie słysząc ni słowa w ojczystym języku; losem jego grób bezimienny na broeńskim cmentarzu! Cóż winien, że jest orłem zrodzonym po to, by ścigać i zabijać?

Kumie Kristoferze! Zbyt długo siedziałeś i marzyłeś w skrzydle rezydentów! Wstań i wychyl pieniący się puchar życia! Wszakże dziś właśnie nadszedł list królewski ze szwedzką pieczęcią pod adresem majora, ale treść jego ciebie dotyczy. Dziwnie wyglądałeś, ptaku drapieżny, czytając list ten, oczy ci rozbłysły, a głowa podniosła się w górę. Klatka otwarta, masz przed sobą świat cały i skrzydła rozpostrzeć możesz.

Kum Kristofer sięga na samo dno skrzyni. Dobywa starannie przechowany uniform haftowany złotem i ubiera się weń. Na głowę wdziewa zdobny piórami kapelusz i odjeżdża z Ekeby na wspaniałym białym rumaku.

To całkiem co innego, niż marznąć i siedzieć nieruchomo za piecem. Kum Kristofer uczuł, że nadeszła wiosna.

Wspina się w strzemionach i zmusza konia do galopu. Dolman23 podszyty futrem polata z wiatrem i powiewają pióra. Odmłodniał jak ziemia, zbudził się po długim śnie zimowym. Stare złoto połyska. Pod trójgraniastym kapeluszem błyszczy dumą zuchowata twarz.

Przedziwna to jazda! Pod stopami jego wytryskają źródła i kwitną zawilce. Przelotne ptaki krzyczą i cieszą się jego wolnością. Cała przyroda raduje się wraz z Kristoferem.

Jedzie wspaniały zwycięzca. Wiosna pędzi przodem na lotnej chmurze. Lekka i wesoła, dmie w róg rozradowana, podskakuje w siodle. A wokół kuma Kristofera tłoczy się cała gromada dawnych towarzyszy broni. Szczęście stoi za nim w strzemionach, chwała jedzie na dumnym wierzchowcu i miłość na ognistym arabie.

Przedziwna to, zaprawdę, jazda i przedziwny jeździec. Tuż nad nim woła drozd leśny, znający mowę ludzką:

— Dokądże to zdążasz, kumie Kristoferze? Dokądże pędzisz?

— Do Borgu! W konkury! — odpowiada.

— Nie jedź do Borgu! Nie jedź tam! Bezżenni nie mają trosk na głowie! — woła za nim drozd.

Ale on nie baczy na przestrogi. Pędzi na przełaj, na łeb, na szyję, aż stanął u celu. Zeskakuje z siodła, wiodą go do hrabiny.

Wszystko dzieje się po myśli. Hrabina Märta wita go uprzejmie. Kum Kristofer czuje, że zgodziłaby się nosić jego dumne nazwisko i osiąść w jego zamku. Siedzi, nie mówi nic i zwleka z pokazaniem królewskiego listu. Raduje go ta zwłoka.

Rozmawiają, hrabina opowiada mu różne historie, on zaś śmieje się i podziwia wszystko. Siedzą właśnie w komnacie, gdzie hrabina Elżbieta zawiesiła siatkowe firanki mamzel24 Marii. Więc mu hrabina opowiada ich historię. Opowiada najzabawniej w świecie.

— Otóż tak zła jestem, spójrz pan! — kończy. — Tu wiszą owe firanki jako pokuta dla mnie. By mi wciąż przypominać mój grzech. Szkaradna robota siatkowa! Pokuta moja nie ma granic.

Wielki wojownik, kum Kristofer, patrzy na nią błyszczącymi oczyma.

— Ja także jestem biedny i stary! — powiada. — Przez lat dziesięć siedziałem pod piecem i tęskniłem za ukochaną. Czy jaśnie pani i z tego także raczy drwić?

— O nie! To całkiem inna sprawa! — odpowiada hrabina.

— Bóg mi zabrał szczęście i ojczyznę i musiałem jeść chleb obcych ludzi! — rzekł kum Kristofer poważnym głosem. — Od tego czasu nauczyłem się szanować biedę.

— Pan także? — zawołała hrabina podnosząc ręce ze zgrozą. — O, jakże cnotliwi są dziś ludzie, Boże drogi, jakże cnotliwi stali się wszyscy!

— Tak! — rzekł kum Kristofer. — Proszę zapamiętać me słowa. Jeśliby mi Bóg przywrócił władzę i bogactwo, uczynię zeń lepszy użytek, niżbym miał je dzielić z damą światową, z osobą umalowaną, a bez serca, która urąga nędzy.

— Ma pan rację, kumie Kristoferze! — przyznała.

Potem wstał i odjechał do Ekeby. Ale nie leciały już za nim duchy ni wołanie drozda i nie widział już wiosny roześmianej. Przybył do Ekeby w chwili, kiedy oddawano strzały wielkanocne i palono „czarownicę”. Tak zwana czarownica wielkanocna to wielka słomiana kukła z głową szmacianą i rysami twarzy nakreślonymi węglem. Ubrana w łachmany biednej komornicy, ma przy boku długie cęgi od ognia i miotłę, zaś na szyi róg z maścią. Gotowa jechać na Blakullę25.

Major Fuchs raz po raz nabijał strzelbę i palił w powietrze. Potem zbudowano wielki stos chrustu, rzucono nań czarownicę i spalono. Kawalerowie czynili wszystko, co mogli, by starym zwyczajem zniweczyć siłę złego ducha.

Kum Kristofer patrzył ponuro chwilę, potem dobył spoza wyłogu rękawa wielki list królewski i cisnął go w płomienie. Czemu to uczynił, nie wiadomo. Wyobraził sobie może, że na stosie spłonęła hrabina Märta. Może też pomyślał, że już nic nie pozostało na ziemi cennego, skoro kobieta, którą kochał przez tyle lat, była jeno kukłą ze słomy i łachmanów.

Wrócił do skrzydła rezydenckiego, zapalił świecę i schował uniform. Usiadł przy piecu jak przedtem. Z dniem każdym był bardziej rozczochrany i siwy. Obumierał z wolna jak stary ptak drapieżny w niewoli.

Niewola jego skończyła się, ale nie chciał używać swobody. Świat mu stanął otworem, mógł ruszyć na pole sławy i zacząć nowe życie, ale zabrakło już siły do rozpostarcia skrzydeł.