16. Pokuta
Drodzy przyjaciele! Jeśli napotkacie biedaka, człowieka smutnego, z kapeluszem opadłym na tył głowy, który trzewiki niesie w ręku, gdyż nie szuka ochrony od żaru słońca i od kamieni, słowem, gdy napotkacie bezbronnego, co rozmyślnie wzywa na się wszelkie zło, ustąpcież, proszę, z drogi cicho i z szacunkiem. Jest to pokutnik wędrujący do świętego grobu.
Pokutnik ma grubą opończę na plecach, a żyje chlebem i wodą, choćby był królem. Iść musi, jechać mu nie wolno, żebrze i nic nie posiada. Śpi pośród ostów i suwa się na kolanach po kamieniach nagrobnych. Biczuje się węzłowatą nahajką, a rozkosz znajduje w cierpieniu i radość w męce.
Hrabina Elżbieta nosiła także niegdyś zgrzebną opończę i kroczyła ciernistą ścieżką. Serce oskarżało ją o grzechy. Pożądała nędzy i biedy, jak człek znużony pragnie ciepłej kąpieli, toteż zstępowała radośnie w cienie życia.
Mąż jej, młody człowiek o starej głowie, wrócił rano po owej nocy, kiedy rozszalały potok zniszczył młyn ekebijski i kuźnię. Hrabina Märta zawezwała go zaraz i opowiedziała dziwne rzeczy.
— Żona twa, Henryku, spędziła całą noc poza domem. Po wielogodzinnej nieobecności wróciła w towarzystwie pewnego mężczyzny. Słyszałam, jak mówił jej dobranoc. Wiem, kto to był. Słyszałam, kiedy wyszła i kiedy wróciła, choć wcale nie było to po jej myśli. Zwodzi cię, Henryku, owa pozornie święta kobieta, która zawiesza wszędzie siatkowe firanki po to tylko, by mi dokuczyć. Nigdy cię nie kochała, biedny chłopcze. Ojciec chciał ją dobrze wydać za mąż. Wzięła cię dla majątku jedynie.
Tak przedstawiła sprawę, a Henryka wzburzyło to niezmiernie. Chciał wnieść podanie o rozwód i odesłać żonę rodzicom.
— Nie, synu drogi! — oświadczyła matka. — To by ją doprowadziło do zupełnego upadku. Jest rozpieszczona i źle została wychowana. Ja się nią zajmę i sprowadzę na drogę obowiązku.
Hrabia polecił zawezwać żonę i oświadczył jej, że ma odtąd pełnić rozkazy teściowej. Nastąpiła przedziwna scena. Komedii tak lichej nie widziały chyba mury tego domu, smutkowi poświęconego.
Wiele złych słów usłyszała młoda kobieta z ust męża. Hrabia wznosząc ręce ku niebu, złorzeczył mu, że zezwoliło kobiecie bezwstydnej nurzać w błocie nazwisko jego. Groził jej pięścią i pytał, jaką karę uważa za odpowiednią wobec tak strasznej zbrodni.
Nie bała się wcale męża, pewna, że postąpiła dobrze. Odparła, iż straszliwy katar, jakiego się nabawiła, to kara dostateczna.
— Elżbieto! — zawołała hrabina Märta. — Z tego żartować nie wolno!
— Nie mogłyśmy się nigdy porozumieć — odparła — co brać należy poważnie, a co żartobliwie.
— Chyba przyznasz jednak — zauważyła teściowa — że uczciwa kobieta nie opuszcza domu nocą, by włóczyć się z osławionym awanturnikiem!
Hrabina Elżbieta zrozumiała teraz, że teściowa chce ją wpędzić w nieszczęście, i stanęła do walki z nią.
— Henryku — poprosiła — nie dozwól matce swej stawać pomiędzy nami! — Opowiem ci, jak się to wszystko stało. Jesteś sprawiedliwy i nie potępisz mnie niesłusznie. Przekonasz się, żem postąpiła według twych nauk.
Hrabia przyzwolił skinieniem, a hrabina Elżbieta objaśniła, w jaki sposób pchnęła Göstę Berlinga na złą drogę. Opowiedziawszy, co zaszło w błękitnym gabinecie, zakończyła wyznaniem, że sumienie nakazało jej ratować człowieka, którego skrzywdziła.
— Nie miałam prawa potępiać go — oświadczyła — a mąż mój sam mnie nauczył, że nie ma zbyt wielkiej ofiary, gdy idzie o naprawienie zła! Wszak prawda, Henryku?
Henryk zwrócił się ku matce.
— Cóż ty na to, mamo? — spytał. Mała jego figurka zesztywniała od dostojeństwa, a na wąskim czole wystąpiły majestatyczne zmarszczki.
— Anna Stjärnhök — odpowiedziała hrabina Märta — to mądra dziewczyna i wiedziała dobrze, czemu opowiada Elżbiecie tę historię.
— Raczysz mnie, mamo, nie rozumieć! — rzekł Henryk. — Pytam, co sądzisz o tym, iż hrabina Märta Dohna starała się namówić mą siostrę, by została żoną wygnanego proboszcza?
Hrabina Märta milczała przez chwilę. Ach, jakże głupim był Henryk! Wszedł na całkiem mylny trop. Pies zaczął gonić myśliwego puszczając wolno zająca. Ale za moment opanowała zakłopotanie.
— Drogi synu — powiedziała wzruszając ramionami — mamy wszelkie powody, by rzucić zasłonę niepamięci na te stare historie. Chodzi o to, aby teraz uniknąć skandalu. Człowiek ten zginął prawdopodobnie ubiegłej nocy.
Powiedziała to łagodnie i złośliwie, ale nie było w tym słowa prawdy.
Elżbieta spała dziś długo i nie słyszała, że rozesłano ludzi na poszukiwanie pana Gösty Berlinga. Nie wrócił do Ekeby i zachodzi obawa, że utonął. Lód puścił dziś rano. O, patrzcie, burza strzaskała krę w kawałki.
Elżbieta wyjrzała. Jezioro było niemal wolne od lodu. Uczuła wstyd. Chciała ujść sprawiedliwości bożej, skłamała, jęła się obłudy i przywdziała szatę niewinności.
Zrozpaczona padła przed mężem na kolana, a z piersi jej wyrwało się wyznanie.
— Sądź mnie i odepchnij! Kochałam go! Wyrywam sobie włosy i drę suknię z rozpaczy. Wszystko mi niczym, gdy on nie żyje. Po cóż się bronić? Powiem całą prawdę. Odjęłam miłość swą mężowi i dałam obcemu. O, ja potępiona jako jedna z tych, które zwabiła niedozwolona miłość.
Młoda desperatka legła u stóp sędziów, mówiąc im wszystko, pożądając męczeństwa i hańby. Nie mogła jeno zmusić piorunu, by spadł na jej głowę.
O tak! Powiedz mężowi wszystko, powiedz jak cię przeraził napór namiętności i jakim drżałaś oburzeniem na nikczemność serca twego. Milsze by ci było spotkanie z duchami cmentarza niż z demonami własnej piersi.
Powiedz im, jak odepchnięta sprzed Bożego oblicza niegodna się czułaś chodzić po ziemi. Walczyłaś modląc się i płacząc, wołałaś o pomoc do Boga, przyzywałaś Syna Bożego, który wypędzał złe duchy, aby cię ocalił od zatraty.
Powiedz im też, żeś sądziła, iż najlepiej wszystko ukryć. Nikt by się nie dowiedział, jak zła jesteś, a nawet Bóg by to przebaczył, gdyż byłaś pewna, że pełnisz jego wolę śpiesząc na ratunek ukochanego. Nie wiedział o twej miłości, ty również nie wiedziałaś, co dobre, a co złe, sam Bóg to wiedział i wydał wyrok na twego umiłowanego. Wskazał ci drogę zbawczej pokuty.
Powiedz im też, że wiesz, iż zbawienia nie ma w zatajeniu. Demony lubią ciemność. Niechże sędziowie twoi ujmą pletnię, kara będzie ci balsamem na rany grzechu, a serce twe pożąda cierpienia. Powiedz im to wszystko klęcząc i łamiąc ręce, głosem rozpaczy składając wyznanie i dzikim śmiechem witając karę i hańbę. Czyń tak, aż mąż podniesie cię z ziemi.
Henryk rzekł:
— Zachowaj się, jak przystało hrabinie Dohnie, inaczej zmuszony będę poprosić matkę, by cię ukarała.
— Czyń ze mną, co chcesz!
Na te słowa zapadł wyrok hrabiego:
— Matka moja ujęła się za tobą, przeto pozwalam ci mieszkać w domu moim. W przyszłości jednak ona będzie rozkazywała, ty zaś musisz słuchać.
Oto droga pokuty!
Młoda hrabina została najostatniejszą ze służebnic.
Lecz na jak długo?
Jakże długo zdoła uginać się dumne serce, jak długo milczeć będą niecierpliwe usta, a porywcza dłoń hamować się potrafi.
Miła nad wyraz jest niedola upokorzenia. Gdy grzbiet boli od ciężkiej pracy, milczy serce, a sen ogarnia rychło ludzi na twardym posłaniu.
Elżbieta sławiła starą hrabinę jako dobrodziejkę, choć się zmieniła raczej w szatana-dręczyciela. Zło bowiem nie wygasło w niej jeszcze. To nic, że ją budziła o czwartej, śmiertelnie znużoną, i zmuszała, niewprawną, do zbyt ciężkiej pracy u warsztatu tkackiego! Pokutnica nie miałaby dość siły sama władać tak żwawo pletnią.
Podczas wielkiego prania wiosennego musiała hrabina stanąć u cebra pralni, a teściowa doglądała jej roboty.
— Wystygła już woda! — powiada. Czerpie z kotła i leje wrzątek na obnażone ręce Elżbiety.
Innym znów razem, w dzień chłodny płukać musiała wraz z praczkami bieliznę nad brzegiem jeziora. Na deszczu przemokła do nitki, a suknie ciążyły ołowiem. Przy tym od żmudnej pracy uderzania kijanką popękała jej skóra na rękach i krew tryskała spod delikatnych paznokci.
Ale nie żaliła się nigdy, chwaląc jeno Boga, a cierpienie było rozkoszą dla jej pokutniczego serca. Twarde węzły pletni jak listki róży spadały na jej plecy.
Dowiedziała się rychło, że Gösta Berling żyje. Teściowa chciała ją tylko zmusić do wyznania. Ale widać taka była wola Boga! W ten sposób skierował on grzesznicę na drogę pokuty. Niepokoiło ją tylko, co się stanie z teściową, której serce z jej właśnie przyczyny Bóg uczynił twardym. Ale przypuszczała, że będzie sądzona łagodnie, albowiem musiała być zła, by dopomóc grzesznicy w odzyskaniu miłości bożej.
Elżbieta nie wiedziała, że okrucieństwo stanowi często rozkosz dla duszy, która wyczerpała wszystkie inne rozkosze. Popędliwy, w ciemni żyjący człowiek, który czuje brak pochlebstw, pieszczot, upojeń tańca czy gry, zstępuje w ponurą głąb swej istoty i sięga po okrucieństwo, które stanowi źródło uciechy dla stępiałych nerwów. Człowiek taki dręczy zwierzęta i ludzi.
Hrabina Märta nie wiedziała, jak bardzo jest zła, sądziła jeno, że karze lekkomyślną małżonkę, i nieraz nocą wynajdowała coraz to nowe męki. Przemieniała wszelkie dobrodziejstwo pracy w udrękę, w karę.
Pewnego wieczoru obchodziła cały dom, a Elżbieta szła za nią ze świecą w ręku bez lichtarza.
— Świeca dopaliła się! — powiedziała Elżbieta.
— Jeśli tak, to niech się teraz pali lichtarz! — odparła teściowa.
Poszły dalej, aż knot zagasł w popalonej dłoni Elżbiety.
Wszystko to były jednak drobiazgi. Hrabina Märta wymyślała tortury duszy przewyższające znacznie mękę ciała. Zaprosiła gości i kazała Elżbiecie obsługiwać ich u własnego stołu.
Był to wielki dzień pokuty. Obcy ujrzeli jej poniżenie, przekonali się, że nie ma już prawa do miejsca u stołu męża. Sądziła, że patrzyć na nią będą z zimną pogardą. Ale milczeli i byli zakłopotani wszyscy, zarówno mężczyźni jak i kobiety.
Palił ją wstyd jak żarzące węgle. Czyż zgrzeszyła aż tak bardzo? Czyż hańbi wszystkich swoją obecnością? — pytała siebie.
Nagle przyszła pokusa, Anna Stjärnhök, dawna przyjaciółka i sędzia z Munkerudu siedzący obok niej, objęli ją, gdy do nich podeszła, odebrali półmisek, podsunęli krzesło i puścić nie chcieli.
— Usiądź przy nas, drogie dziecko! — rzekł sędzia. — Nie uczyniłaś przecie nic złego.
Wszyscy goście oświadczyli jednogłośnie, słysząc to, że opuszczą dom, jeśli Elżbieta nie usiądzie przy stole. Oburzali się na hrabinę Märtę i mówili, że wcale nie chcą tańczyć, jak ona im zagra. Błaznami tak łatwo ich nie zrobi, jak głupiego syna!
— Drodzy przyjaciele! Nie bądźcież tak niemiłosierni! — powiedziała Elżbieta. — Zmuszacie mnie, bym głosiła grzech własny. Pokochałam innego człowieka!
— Ależ dziecko! — odparli. — Nie wiesz nawet, co znaczy grzech, i nie wiesz, jak jesteś niewinna. Gösta Berling nie wiedział zgoła o twej miłości. Zajmij przynależne ci w domu miejsce, nic bowiem złego nie uczyniłaś!
Podtrzymywali przez czas pewien jej odwagę i weselili się jak dzieci, a śmiech i żarty rozbrzmiewały wokoło. Porywczy, łatwo popadający w rozczulenie ludzie byli dobrzy, ale mimo to stanowili narzędzie kusiciela. Wmawiali w nią, że jest męczennicą, i nazywali hrabinę Märtę starą wiedźmą. Nie rozumieli jednak, że dusza Elżbiety pożąda oczyszczenia i że serce skłania pokutnicę, by szukała ostrych kamieni na drodze i palącego żaru słońca.
Czasem musiała Elżbieta siedzieć przez cały dzień przy krosnach, a hrabina Märta opowiada jej o Göście Berlingu, wygnanym proboszczu i awanturniku. Gdy nie stało wspomnień, wymyślała różności, bacząc jeno, by imię jego brzmiało cały dzień w uszach synowej. Elżbieta bała się tego najbardziej i w dni takie czuła całe brzemię pokuty. Uświadamiała też sobie, że miłość jej nie zamiera i że prędzej chyba sama umrze. Siły ją opuszczały i często zapadała na zdrowiu.
— Gdzież się chowa twój rycerz? — pytała teściowa urągliwie. — Co dnia spodziewam się, że przybędzie na czele kawalerów. Czemuż nie zdobędzie pałacu, nie posadzi cię na tronie, a mnie i męża twego nie wtrąci do lochu? Czyżby już zapomniał o tobie?
Odczuwała niemal chęć, by go bronić i wyznać, że sama zakazała mu śpieszyć z pomocą, ale nie przerywała milczenia, bo lepiej jest milczeć i cierpieć.
Z dniem każdym żarła ją coraz to bardziej gorączka, a słabły siły, tak że ledwo mogła utrzymać się na nogach, i zapragnęła śmierci. Miłość i radość — największe moce życia — wyjrzeć nie śmiały, spętane i potępione, a Elżbieta nie odczuwała już nawet strachu przed męką.
Mąż jak gdyby zapomniał o jej istnieniu. Po całych dniach zamknięty u siebie studiował nieczytelne rękopisy i stare, zaplamione druki.
Odczytywał dyplomy szlacheckie na pergaminie, opatrzone wielkimi pięczęciami z czerwonego wosku, przechowane w toczonych puszkach drewnianych. Odcyfrowywał znaki herbowe z liliami w białym i gryfami w niebieskim polu. Znał się na tym i umiał wszystko wyjaśnić. Czytał mowy pogrzebowe i dokumenty osobiste hrabiowskiego rodu Dohnów oraz opisy czynów, w których porównywano ich z bohaterami Izraela i bogami Grecji.
Lubował się zawsze w starożytnościach. O młodej żonie przestał teraz myśleć zupełnie.
Słowa hrabiny zabiły w nim wszelką miłość. „Wzięła cię tylko dla majątku!” Tego nie zniesie żaden mężczyzna, to musi wszelkie uczucia zgładzić. Obojętne mu było, co się z nią dzieje. Wiedział, że matka zawróciła Elżbietę na drogę obowiązku. Więc podziwiał matkę.
Niedola Elżbiety trwała przez miesiąc, ale nie był to tak burzliwy okres, jak wygląda w skrócie na papierze. Zachowywała zewnętrzny spokój i raz tylko wybuchła na wieść o śmierci Gösty, ale takie ją trapiły wyrzuty sumienia z powodu niedochowania miłości mężowi, że dałaby się na śmierć zadręczyć teściowej, gdyby nie słowa starej klucznicy, która powiedziała jej pewnego wieczoru:
— Pani hrabina musi koniecznie pomówić z panem hrabią! — zachęcała ją stara. — Pani hrabina takie dziecko jeszcze! Nie wie pani sama, co ją czeka, ale ja widzę dobrze, jak z panią jest!
Tego jednak właśnie nie mogła wyznać mężowi, wszak żywił tak ciężkie podejrzenie.
Tejże nocy wstała cicho i wyszła z domu. Ubrana była jak dziewczyna wiejska, z zawiniątkiem pod pachą. Chciała uciec i nie wrócić już nigdy, ale nie z powodu udręczeń, jeno dlatego, że jak sądziła, Bóg dał jej znak, iż może iść, by zachować zdrowie i siły ciała.
Nie ruszyła na zachód, przez jezioro, gdzie mieszkał ukochany, a także nie ku północy, gdzie miała licznych przyjaciół. Nie zwróciła się na południe, kędy daleko był jej dom rodzicielski, ale na wschód, gdzie nie było przyjaciela, znajomego, pomocy, ochrony ni żadnej pociechy.
Nielekko szła i nieswawolnie, gdyż nie czuła się pogodzona z Bogiem, ale miło jej było, że odtąd pośród obcych dźwigać będzie brzemię swego grzechu. Pragnęła spojrzeń obojętnych, które, niby zimna stal przyłożona na obrzmiały członek, koiłyby jej ból.
Chciała iść tak długo, aż napotka nędzną chatkę na skraju lasu. Miała zamiar powiedzieć:
— Widzicie, jak ze mną jest, rodzice mnie wygnali. Przytulcie mnie, aż zdołam zarobić na życie. Mam trochę pieniędzy.
Wędrowała jasną nocą czerwcową. Maj cały ubiegł jej na ciężkich utrapieniach, maj rozkoszny, kiedy to jasna zieleń brzóz miesza się z ciemnością jodłowych lasów, a poprzez jezioro płynie z dala wiatr ciepłem przesycony.
Wydam się wam mniej wdzięczna od innych, gdyż ani jednym słowem nie uczciłam tego pięknego miesiąca, niosącego tyle darów.
Kochany, jasny maju! Czyś widział dziecko na łonie matki, słuchające bajek? Jak długo matka opowiada o straszliwych walkach i wielkich udręczeniach pięknych królewien, dziecko uważa i trzyma główkę do góry, gdy jednak zaczyna o słońcu i szczęściu, zamyka oczy, pochyla się na pierś matki i zasypia.
Otóż ja jestem takim dzieckiem, piękny maju! Niechże inni słuchają o kwiatach i pogodzie, ja wolę ciemną noc, pełną duchów i przygód, twarde losy i smutku pełne namiętności zbłąkanego serca.