29. Susza
Rada by posiąść miłość rzeczy martwych, gdyby kochać umiały, gdyby ziemia i woda czyniły różnicę pomiędzy przyjaciółmi a wrogami. Chciałabym, by ziemi nie ciężyły kroki moje, by mi przebaczyła, iż ją kaleczę broną i pługiem, by się ochotnie kiedyś rozwarła przed mym martwym ciałem. Rada bym, by fala cierpliwie znosiła prucie mych wioseł, jak matka znosi cierpliwie wspinanie się ruchliwego dziecka, nie bacząc, że pogniecie jedwab sukni. Chciałabym być przyjaciółką czystego powietrza nad górami, słońca i gwiazd. Często wydaje mi się, że rzeczy nieożywione czują i cierpią wraz z istotami żywymi.
Nie taka je od nas dzieli przegroda, jak sądzą ludzie. Gdzież jest pyłek ziemi nie wciągnięty w obieg życia? Czyż kurz uliczny nie był ongiś włosem gładzonym mile, a woda w bruździe czyż nie płynęła jako krew przez tętniące serce?
Duch życia mieszka jeszcze w martwych rzeczach. Leżąc w śnie czujnym słyszy on głos boży — a czy baczy też na głos ludzi?
O wy, dzieci dzisiejszych czasów, czyż nie spostrzegłyście tego? Martwe rzeczy cierpią, ile razy niezgoda i zawiść ogarną świat. Fala staje się dzika jak włóczęga, a pole przypomina skąpca. Biada jednak temu, z powodu którego wzdycha las i płaczą góry!
Dziwny był, zaiste, rok panowania kawalerów. Niepokój ludzki ogarnął, zda się, rzeczy martwe. Nie wiem, jak nazwać tę zarazę szerzącą się po okolicy. Przypuścić trzeba chyba, że kawalerowie byli bogami ożywiającymi wszystko duchem swoim, duchem awanturniczości, beztroski i rozpasania.
Świat by się zdumiał, gdyby opowiedzieć wszystko, co zaszło w tym roku pośród ludzi nad Lövenem. Zbudziła się stara miłość i zapłonęła dawna nienawiść, rozgorzała żądza użycia, tańca i żartów, gry i pijaństwa, a wszystko, co najskrytsze w duszach, wyszło na jaw.
Zaraza niepokoju wyszła z Ekeby, ogarnęła kopalnie żelaza i osiedla, podniecając ludzi do nieprawości, do grzechu. Śledzić ją możemy dziś wśród większych posiadłości, gdyż starzy ludzie przechowali nam wspomnienia wydarzeń, natomiast nie sposób stwierdzić, jak szła od wsi do wsi i od chaty do chaty. Dość, że gdzie tlił występek, tam wybuchał całą siłą, każda rysa w stosunkach rodzinnych przemieniała się w przepaść, a wielkie cnoty czy silna wola wychodziły z ukrycia. Nie wszystko było bowiem złem w tym czasie. Ale dobro nabierało właściwości niszczących podobnie jak zło. Gdy burza szaleje, pada jodła za jodłą, pociągając się wzajem, a nikłe poszycie lasu niszczeje wraz z olbrzymami.
Szaleństwo zawładnęło chłopami i służbą folwarczną, wszystkim w głowach zaszumiało. Nigdy tak nie tańczono po rozstajach, nie opróżniano tak prędko beczki piwa, nigdy kocioł wódczany nie pochłonął tyle zboża, nie odbywano liczniejszych biesiad i nigdy tak krótkiej nie bywało przerwy pomiędzy ostrym słowem a ciosem noża.
Z odejściem majorowej zabrakło silnej ręki, więc upojeni wolnością ludzie zaczęli szaleć i niszczyć. Został im jeno pan i mistrz umiłowany, to jest wódka. Były to czasy, kiedy sądzono, że dla chłopów nie ma ratunku i że wódka wypleni ich doszczętnie.
Niepokój ludzki przeszedł także na wszelki twór żywy. Nigdy groźniejsze nie były wilki i niedźwiedzie, lisy i sowy nie darły się gorzej i nie rabowały zuchwalej, nigdy nie ginęły tak zabłąkane w lesie owce, nigdy też więcej chorób nie trapiło cennego bydła.
Kto chce spostrzec wzajemny związek rzeczy, winien opuścić miasto i zamieszkać w samotnej chacie pod lasem. Winien on nocami doglądać mielerza lub żyć cały miesiąc na tratwie płynącej wolno po jeziorze Väner. Wtedy spostrzeże znaki przyrody i pozna, jak są zależne rzeczy martwe od żywych, jak znika ich spokój, gdy zamieszanie powstaje na ziemi. Wiedzą to chłopi. W takim czasie złe duchy gaszą mielerze, wodnice psują łódź, a zaraza przychodzi na ludzi i bydło. Tak się też działo onego roku. Nigdy roztopy wiosenne nie narobiły tylu szkód. Młyn ekebijski i kuźnia zniszczały. Małe potoczki, które dawniej w razie przyboru zdołały co najwyżej zabrać pustą szopę, rzucały się teraz na całe zagrody i osiedla, rozbijając je w puch. Przed Janem narobiły szkód większych niż w inne lata, zaś potem nastała susza.
Podczas długich dni lata nie spadła ni kropla deszczu. Od połowy czerwca do początku września słońce prażyło całą okolicę.
Deszcz nie chciał upaść, ziemia odmówiła pożywienia, wiatry nie wiały. Słońce paliło ziemię. Trudno źle mówić o słońcu! Podobne jest do miłości, któż nie zna atoli jej występków i któż ich nie przebaczy? Słońce podobne jest do Gösty Berlinga — raduje ludzi i dlatego milczą o złem, które im czyni.
Susza poświętojańska nie wywołała może nigdzie takiej klęski jak w Värmlandii. Wiosna się opóźniła, trawa wyróść nie zdołała, żyto zaś nie miało pożywki w czasie okwitu i plonowania. Zboża jare, które wówczas najwięcej chleba dostarczały, miały małe, chude kłoski i niskie były wielce. Późno zasiane buraki nie urosły, a z twardej jak kamień ziemi nawet ziemniaki nie zdołały dobyć pożywienia.
Zaniepokoiło to mieszkańców leśnych szałasów i wieść smutna poszła z gór na doliny, ku spokojniejszej ludności.
— Ręka boża szuka kogoś! — jęli powtarzać chłopi.
Każdy bił się w pierś i pytał:
— Czyż to ja... matko naturo, może to ja właśnie jestem wszystkiemu winien? Może z mego powodu deszcz nie pada? Może ze złości na mnie stwardniała ziemia? Może na moją to głowę słońce gromadzi żarzące węgle z bezchmurnego nieba. A jeśli nie jam winien, kogóż szuka ręka boża?
Dziwne rozmowy krążyły po okolicy, gdy marniały żyta i ziemniaki, gdy bydło o zaognionych oczach, chwytając z trudem powietrze, stało u pustych studzien, a serca ludzi ściskał strach.
— Taka klęska nie może być bez przyczyny! — powiadano sobie. — Kogóż to szuka ręka boża?
Pewnej niedzieli sierpniowej, po nabożeństwie, szli ludzie grupami wzdłuż spieczonej drogi. Jak okiem sięgnąć, widzieli popalone lasy i nieurodzaj. Żyto już zebrano, ale było bardzo nikłe. Łatwo było tego roku użyźnić pole przez palenie, ale nieraz zajmowały się od tego suche lasy. Co ocalało od ognia, zjadło robactwo, a jodły bez szpilek stały nagie jak liściaste drzewa jesienią. Liście brzóz wisiały wystrzępione, z wystającymi żebrami, na poły zjedzone.
Nie brakło smutnym ludziom tematu do rozmowy. Wspominano klęski roku 1808 i 1809, a także ostrą zimę 1812, kiedy to martwe wróble spadały z dachów. Znali oni głód i patrzyli nieraz w jego straszną twarz. Umieli też piec chleb z kory i przyuczać krowy do jedzenia mchu.
Jedna z kobiet spróbowała upiec chleb z jagód i jęczmiennej mąki, dawała go ludziom próbować i dumna się czuła z tego odkrycia.
Wszystkich niepokoiła jedna myśl i wszyscy pytali:
— Kogóż, o Panie, szuka ręka twoja? Któż to, o sędzio surowy, odmówił ci ofiary modlitwy i dobrych czynów, przecz nam odmawiasz nędznego chleba?
Pewien człowiek spośród ponurej gromady ludzi, ciągnącej przez wzgórza Broby w kierunku Sundbron przystanął opodal mieszkania skąpego proboszcza, podniósł z ziemi suchą gałązkę i rzucił ją na drogę wiodącą do plebanii.
— Suche jako ta gałąź były modły jego! — powiedział.
Idący za nim zatrzymał się też, dorzucił gałązkę i rzekł:
— Jaki pleban, taka ofiara.
Trzeci poszedł za ich przykładem.
— Był on jak ta susza. Zostawił nam jeno suche konary i słomę.
Czwarty dodał:
— Oddajmyż mu te dary!
Piąty zawołał:
— Na wieczną hańbę rzucam mu ten patyk! Niech zeschnie jako ta gałąź!
— Sucha strawa dla proboszcza, który na nas suszę sprowadził.
Ludzie inni nadeszli, a słysząc i widząc wszystko, pojęli to, o co pytali ludzie przedtem.
— Dajcie wszyscy, co się należy temu, który sprowadził suszę! — zaczęto powtarzać.
Na rozdrożu wyrosła rychło kupa suszu i słomy ku hańbie proboszcza z Broby.
Była to jedyna zemsta ludności. Nikt nie rzekł mu w twarz złego słowa, nikt nie podniósł nań ręki, ale sercom ulżyło to rzucanie suchych gałęzi. Nie wykonywali sami pomsty wskazując jeno sprawiedliwości boskiej tego, któremu należy się odpłata.
— Jeśliśmy ci nie służyli, jako trzeba, to z winy tego człowieka! — mówili. — Bądź miłościwy, Panie, i ukarz jego samego. Piętnujemy go hańbą i pozbawiamy czci. Nie jesteśmy jak on.
Bardzo rychło weszło w zwyczaj, że każdy przechodzień rzucał suchą gałąź na znak hańby, mówiąc:
— Niechże to widzi Bóg i widzą ludzie. Ja także pogardzam człowiekiem, który ściągnął na nas gniew boży.
Stary skąpiec spostrzegł zaraz stertę gałęzi i kazał ją usunąć. Mówiono, że użył jej na opał. Ale nazajutrz wyrosła na tym samym miejscu nowa kupa i tak było ciągle. Suche gałęzie leżały, mówiąc:
„Hańba! Hańba księdzu proboszczowi brobijskiemu!”
Ciężkie, gorące, przesycone odorem spalenizny powietrze zmroczyło umysły, tak że proboszcza uznano za demona suszy. Chłopom wydało się, że ten skąpiec stary pilnuje śluz niebieskich.
Niedługo zrozumiał proboszcz zamiar gminy. Pojął, że piętnują go jako sprawcę zła. Bóg, gniewny nań, nękał ziemię. Załoga okrętu, znajdująca się w niebezpieczeństwie na pełnym morzu, rzuciła kości i jego skazała na rzucenie w wodę. Zrazu śmiał się z suchych gałęzi, ale po tygodniu zamilkł. To przecież dziecinada! Cóż mogły mu zrobić suche gałęzie? Wiedział, że w ten sposób wyładowywała się wieloletnia nienawiść. I cóż stąd? Nie nawykł do miłości!
Nie złagodniał też wcale. Po odwiedzinach starej panny nabrał, co prawda, ochoty do przemiany, ale teraz właśnie nie mógł przymusić się i być lepszym.
Z czasem jednak stos gałęzi zaczął mu dokuczać. Zapatrywanie ogółu zapuściło w nim korzenie. Rzucanie suchych gałęzi wydało mu się okropne. Patrzył na stertę, liczył dokładnie gałęzie, a myśl ta wyparła z wolna wszystkie inne. Stos zwyciężył go.
Z każdym dniem przyznawał większą rację ludziom. Pochylił się, zestarzał w ciągu paru tygodni, miał ciągle wyrzuty sumienia i niemal zachorzał. Wszystko to łączył teraz z ową stertą, pewny, że wraz z jej zniknięciem odzyska siły i przestanie go trapić sumienie.
W końcu siadł przy drodze i pilnował stosu przez cały dzień. Ale miłosierni ludzie dorzucali gałęzi nocą.
Pewnego dnia jechał drogą Gösta Berling i zobaczył proboszcza nad rowem skulonego i pokrytego kurzem. Wyciągał suche gałęzie i układał je w kupki i rzędy, bawiąc się jak dziecko. Göście żal się zrobiło proboszcza.
— Cóż to ksiądz robi, księże proboszczu? — spytał zeskakując z wozu.
— Siedzę i układam gałęzie! — odparł. — Właściwie nic nie robię.
— Powinien by ksiądz wrócić do domu, a nie siedzieć w kurzu gościńca.
— Najlepiej mi tu.
Gösta usiadł przy nim.
— Niełatwa to rzecz być proboszczem — zauważył po chwili.
— Tutaj, na nizinach jeszcze jako tako pośród ludzi — odparł proboszcz — ale w górach źle.
Gösta wiedział, co znaczą te słowa. Znał parafie północnej Värmlandii, bez mieszkań dla proboszczów, w wielkich lasach, gdzie żyją Finowie w kurnych chatach, rzadko rozsiani i gdzie proboszcz jest jedynym cywilizowanym człowiekiem. W jednej z takich parafii spędził proboszcz brobijski lat dwadzieścia.
— Posyłają nas tam za młodu! — powiedział Gösta. — Ale nie sposób tego życia znieść i człowiek się wypacza. Niejeden przez to zmarniał.
— Tak — rzekł proboszcz. — Samotność wypacza ludzi.
— Przybywamy — wpadł mu żywo w słowo Gösta — mówimy, napominamy, uczymy i zdaje nam się, że gmina rychło wkroczy na lepsze tory.
— Tak, tak!
— Ale szybko przekonujemy się, że słowa nasze nie znaczą nic. Nędza stoi na przeszkodzie i nie dopuszcza do poprawy.
— Nędza! — powtórzył proboszcz. — Nędza zniweczyła życie moje.
— Młody proboszcz — ciągnął dalej Gösta — powiada pijakowi: „Nie pij!”
— A pijak odpowiada — przerwał mu proboszcz — „Dajże mi coś lepszego od wódki! Wódka w zimie grzeje, a w lecie chłodzi! To ciepła izba i miękkie łoże! Daj mi to wszystko, a pić przestanę”.
— Potem — mówił dalej Gösta — powiada młody proboszcz do złodzieja: „Nie kradnij”, do złego męża mówi: „Nie bij żony swojej”, a do zabobonnego: „Wierz w Boga, a nie w gusła, duchy i upiory!” Złodziej odpowiada: „Daj mi chleba!” Zły mąż odpowiada: „Zrób nas bogatymi, a zaprzestaniemy swarów!” A zabobonny odpowiada: „Naucz mnie czegoś lepszego!” Któż im jednak może pomóc bez pieniędzy?
— To prawda! To prawda! — zawołał proboszcz. — Słowo w słowo prawda! Wierzyli oni w Boga, ale silniej jeszcze w diabła, czary i gusła! Wszystko zboże szło na wódkę i końca nie było niedoli. W większej części brudnych chat panowała stale nędza, ciągła troska czyniła kobiety kłótliwymi, a złe stosunki domowe popychały mężczyzn do pijaństwa. Nie umieli uprawiać pola ni hodować bydła. Bali się szlachcica, a drwili z proboszcza. Cóż miałem robić, skoro nie rozumieli, co do nich mówię z kazalnicy, i nie wierzyli naukom moim. Przy tym nie miałem się kogo poradzić ani nikt mi nie dodał otuchy.
— Niektórzy księża wytrzymali takie życie! — rzekł Gösta. — Bóg sprawił, że niektórzy wrócili nie złamani. Starczyło im sił, by znieść samotność, przetrzymać nędzę i beznadzieję, nie popaść w rozpacz. Byli i są jeszcze ludzie tacy. To bohaterowie. Czcić ich będę do śmierci. Ja nie byłbym zdolny do czegoś podobnego.
— Ja także nie zdołałem! — rzekł proboszcz.
— Taki ksiądz — ciągnął dalej w zamyśleniu Gösta — postanawia zostać bogatym, bardzo bogatym, gdyż wie, że w biedzie nie zwalczy zła. I zaczyna zbierać pieniądze.
— Gdyby nie zbierał pieniędzy, zacząłby pić! — odparł proboszcz. — Widzi tyle nędzy!
— Albo utraciłby siły i zobojętniał! — rzekł Gösta. — Niebezpiecznie w owych stronach człowiekowi, który się tam nie urodził.
— Taki człowiek — zauważył proboszcz — musi być twardy dla siebie i innych. Zrazu udaje tylko, a potem zbieranie pieniędzy staje się nawykiem.
— Musi być twardy! — przyznał Gösta. — Trudna to rzecz oszczędzać. Trzeba znosić nienawiść, pogardę, marznąć, głodować i pilnować swego serca. Z czasem człowiek taki zapomina, po co zaczął zbierać majątek.
Proboszcz spojrzał nań nieufnie. Wydało mu się, że Gösta zeń drwi. Ale Gösta mówił poważnie i z zapałem, jakby we własnej sprawie.
— Tak się stało i ze mną! — rzekł proboszcz z cicha.
— Ale Bóg czuwa nad tym człowiekiem — mówi dalej Gösta — i budzi dawne myśli, gdy już dość naskładał. Daje proboszczowi znak, że go potrzebuje.
— A jeśli proboszcz nie usłucha tego znaku, cóż wtedy, Gösto?
— Nie zdoła się oprzeć! — odparł rozpromieniony Gösta. — Zbyt kusząca jest myśl, że pomoże biedakom w budowie ciepłych chat.
Proboszcz spoglądał na kupki gałęzi, a im dłużej słuchał, tym większego nabierał przekonania, że Gösta ma słuszność. Zawsze pragnął zacząć czynić dobrze, gdy dość naskłada. W końcu uczepił się tej myśli, pewny, że miał ją zawsze.
— Czemuż proboszcz taki nie buduje chat? — spytał nieśmiało.
— Wstydzi się! Można go bowiem posądzić, że nie spełnia własnego pragnienia, ale czyni to zniewolony przez ludzi.
— Nie może znieść myśli, że można by go przyniewolić! Oto cały powód!
— Może jednak działać potajemnie. W tym roku pomoc jest bardzo potrzebna. Może rozdzielić swe dary przez kogoś. Znam się na tym! — zawołał Gösta z błyszczącymi oczyma. — W tym roku tysiące bochenków chleba ludzie dostać powinni od tego, któremu urągali!
— Tak będzie Gösto!
Ci dwaj, którzy nie umieli spełnić dobrowolnie wziętych na siebie obowiązków, popadli w rozmarzenie. Odżyła w nich młodzieńcza ochota służenia Bogu i ludziom. Zaczęli fantazjować na temat przyszłych dobrodziejstw, które będą świadczyć ubogim. Gösta miał zostać pomocnikiem proboszcza.
— Musimy przede wszystkim postarać się o chleb! — rzekł proboszcz.
— I o nauczycieli! Sprowadzimy mierników, którzy rozdzielą ziemię. Potem nauczy się ludzi uprawy pola i hodowli bydła.
— Wytyczymy nowe drogi i ugory zamienimy w urodzajną ziemię.
— Zamkniemy wodospad bergijski śluzami, tak że z Lövenu przejechać będzie można wprost na jezioro Väner.
— Bogactwo naszych lasów da podwójne zyski, gdy osiągniemy dostęp do morza.
— Błogosławieństwo spłynie na naszą głowę! — zawołał Gösta.
Proboszcz podniósł wzrok. Czytali sobie wzajem w twarzach taki sam zapał. Ale po chwili oczy ich napotkały stertę gałęzi.
— Gösto! — rzekł proboszcz. — To wszystko wymaga sił wielkich, a ja jestem bliski śmierci. Wiesz przecież, co mnie wpędza do grobu.
— Usuń to!
— W jaki sposób?
Gösta przystąpił doń, spojrzał ostro w oczy i rzekł:
— Proś Boga o deszcz! W niedzielnym kazaniu niech ksiądz prosi Boga o deszcz!
Proboszcz skulił się przerażony.
— Jeśli prawdą jest, że nie sprowadziłeś suszy, jeśli chcesz służyć Bogu szczerym sercem, to proś o deszcz! To będzie dla nas znak. Poznamy, czy Bóg udzieli błogosławieństwa naszemu przedsięwzięciu.
Zjeżdżając z brobijskiego wzgórza Gösta dziwił się własnemu zapałowi. Wspaniałe mogło być życie! Tak, tylko nie dla niego. Od niego nie chcieli ci w górze przyjmować usług.
Skończyło się kazanie w brobijskim kościele, odmówiono zwykłe modlitwy. Proboszcz miał zejść z kazalnicy, ale wahał się. W końcu padł na kolana i jął błagać o deszcz.
Modlił się jak człowiek zrozpaczony, w niewielu urywanych słowach bez związku:
— Jeśli grzech mój obudził twój gniew, o Panie, to ukarz mnie samego. Jeśli jesteś Bogiem miłosierdzia, to ześlij deszcz! Zdejm ze mnie hańbę! Daj, aby na prośbę moją spadł deszcz! Niech orzeźwi pola biedaków! Daj chleba ludowi twemu!
Dzień był upalny i parny wielce. Wierni siedzieli drzemiąc na poły. Ale zbudziły ich te rozpaczne, urywane dźwięki.
— Jeśli jest dla mnie jeszcze droga powrotu, to spuść deszcz, o Panie!...
Umilkł. Drzwi były otwarte. Nagle uderzył wicher potężny, wpędzając do wnętrza chmurę kurzu, gałęzi i słomy. Proboszcz nie mógł mówić i zszedł chwiejnie z kazalnicy.
Ludzie drgnęli. Czy miała to być odpowiedź?
Wicher był zwiastunem burzy. Nadciągnęła z szybkością niepojętą. Gdy śpiew umilkł, a proboszcz stał przed ołtarzem, zamigotały błyskawice i grzmot przygłuszył jego słowa. Kiedy organista kończył ostatnie akordy, wielkie krople siec zaczęły po oknach kościelnych, a wszyscy wybiegli patrzeć na deszcz. Nie poprzestając na samym patrzeniu, płakali, śmiali się i kąpali w ulewie. Ach, jakże wielka była ich niedola! Ale Bóg dobry zesłał deszcz! Cóż za radość, cóż za radość!
Jeden tylko proboszcz brobijski nie wyszedł na ulewę. Leżał na stopniach ołtarza i nie wstawał. Umarł z nadmiaru radości.