7. Stare pojazdy

Przyjaciele moi! Jeślibyście te słowa czytali przypadkowo nocą, podobnie jak ja je piszę w nocnej ciszy, nie odetchnijcież, proszę, w tym miejscu z ulgą, sądząc, że zacni kawalerowie legli spokojnie spać umieściwszy znalezioną Mariannę w łóżku, w najlepszym gościnnym pokoju, obok wielkiej sali.

Poszli istotnie spać i zasnęli nawet, ale nie było im dane spoczywać spokojnie do południa, choć zmęczeni byli okrutnie czuwaniem do czwartej nad ranem i wszystkie członki bolały ich z utrudzenia.

Nie zapominajmyż, że stara majorowa wędrowała tymczasem o kiju żebraczym po całej okolicy, a nie miała zwyczaju troszczyć się o spoczynek znużonych grzeszników. Dziś zaś zgoła się z tym nie liczyła, albowiem postanowiła wygnać tej nocy kawalerów z Ekeby.

Minęły czasy, gdy królowała w blaskach szczęścia i rozsiewała radość na ziemi, jak Bóg rozsiewa gwiazdy na niebie. Włóczyła się po gościńcach, a posiadłości strzegli rezydenci, tak jak wiatr strzeże popiołu lub promień słońca śniegu. Czasem spotykali ją pędząc saniami, przy brzęku janczarów, i nawet nie spuszczali przed nią oczu. Hałaśliwi zawadiacy grozili jej pięściami, nagłym zwrotem konia zmuszali uciekać w głębokie przydrożne zaspy, zaś major Fuchs, niedźwiedziobójca, spluwał zawsze trzykrotnie, by to spotkanie nie miało złych skutków.

Uważając ją za złośliwą czarownicę, nie mieli litości. Gdyby ją spotkało nieszczęście, nie trapiliby się tym, podobnie jak ktoś strzelający na Wielkanoc ze strzelby nabitej siekańcami nie zważa, czy trafi przypadkiem w przelatującą właśnie wiedźmę. Sądzili, że prześladując ją ratują własne dusze. Ludzie często bywali okrutni i katowali się wzajem straszliwie dla dobra dusz swoich.

Nieraz wyglądając oknem po pijatyce dla zbadania, czy noc spokojna i gwiaździsta, widywali w podwórzu cień i wiedzieli, że to majorowa przyszła się rozejrzeć po ukochanym osiedlu swoim. Wybuchało w takich chwilach całe skrzydło rezydenckie urągliwym śmiechem, a drwinki dolatywały aż do nieszczęśliwej kobiety.

Biedni awanturnicy zostali ludźmi pysznymi i bez serca, albowiem Sintram zasiał nienawiść w ich duszach. Zaprawdę, gdyby majorowa została spokojnie w Ekeby, zbawieniu ich nie mogłoby grozić większe niebezpieczeństwo. W ucieczce ginie zawsze więcej wojowników niźli w bitwie.

Majorowa nie gniewała się znów tak bardzo na szaleńców. Wróciwszy do władzy wychłostałaby ich jak niegrzeczne dzieci, a potem na nowo przypuściła do łask. Teraz atoli rządzili się w jej drogiej posiadłości jak wilki w owczarni, jak żurawie we wschodzącym zbożu.

Niejeden przeżył podobne zmartwienie. Nie sama jeno majorowa patrzyła na upadek swego domostwa. Wiemy, co to znaczy ujrzeć ruinę domu rodzinnego, strzeżonego ongiś z pieczołowitością. Wydaje się wówczas, że patrzy on na nas oczyma śmiertelnie ranionej sarny. Czujemy się zbrodniarzami na widok mchu i pleśni, obrastających drzewa, chwastów na ścieżkach i radzi byśmy klęknąć na polach ongiś pięknych, urodzajnych i prosić, by przebaczyły krzywdę. Odwracamy oczy od koni nie śmiąc im spojrzeć w oczy, nie mamy odwagi stanąć w bramie, gdy trzoda z pastwisk wraca. Żaden zakątek świata nie budzi tyle goryczy, co chylący się do upadku dom rodzinny.

Ach, proszę was wszystkich, którzy posiadacie pola, łąki, sady i rozkoszne ogrody kwietne, pielęgnujcież je starannie, wkładając miłość w tę pracę. Smutne to zaprawdę, gdy przyroda oskarża człowieka!

Myśląc o tym, jak cierpiało dumne Ekeby czasu gospodarki rezydentów, pragnę, by majorowa osiągnęła swój cel i wydarła im posiadłość swoją.

Nie zamierzała sama wrócić do władzy, chciała tylko oczyścić Ekeby, z tych szaleńców jak pole z szarańczy, po której najściu trawa rosnąć przestaje.

Wędrując i żebrząc myślała ciągle o matce i nabrała pewności, że nie wrócą dla niej lepsze czasy, dopóki klątwa nie zostanie zdjęta. Nie miała dotąd wieści o śmierci matki, więc staruszka chyba żyła jeszcze w odległych lasach swoich, zabiegając, mimo dziewięćdziesiątki i wyczerpania, latem koło mleka, zimą koło mielerzy i wyczekując z utęsknieniem dnia dokonania żywota.

Majorowa utwierdziła się też w przekonaniu, że stara żyje po to jeno, by zdjąć klątwę z córki, bowiem umrzeć nie może matka, która wpędziła dziecko własne w taką niedolę.

Postanowiła tedy iść tam, by obie odzyskały spokój, wędrować długo przez ciemne bory i wzdłuż rzeki aż do rodzinnego domu. Inaczej nie zazna spokoju. W tych ciężkich czasach niejeden ofiarował jej schron u siebie i wierną przyjaźń, ale nie dała się nigdzie zatrzymać. Szorstka i gniewna chodziła od osiedla do osiedla, z ciężarem klątwy matczynej.

Przed udaniem się do matki chciała jednak załatwić sprawę umiłowanego Ekeby. Za nic nie mogło ono dłużej zostawać w rękach lekkomyślnych nicponiów, niedołężnych pijaków i obojętnych marnotrawców daru bożego. Czyż miała iść, a za powrotem zastać zniszczenie, puste kuźnie, zagłodzone konie, rozbiegłą służbę? Nie, raz jeszcze chciała spróbować swej siły i wypędzić kawalerów!

Wiedziała dobrze, że męża raduje to marnowanie jej dziedzictwa, ale znając go pewna była, że po wypędzeniu szarańczy nie zdobędzie się na to, by sprowadzić inną plagę. Gdy kawalerowie raz znikną, wiedziała to dobrze, obejmie wszystko były jej oficjalista, stary rządca, i z pomocą parobków niebawem zaprowadzi dawny ład.

Dlatego też w ciągu długich nocy czarny cień majorowej włóczył się po wszystkich drogach otaczających huty i przecinających pola. Odwiedzała komorników, rozmawiała szeptem w wielkim młynie z młynarzem i jego czeladzią, obradowała w ciemnej węglarni z kowalami. Wszyscy przysięgli, że jej dopomogą. Zbyt wielki był splendor i znaczenie rozległych dóbr, by je zostawiać w ręku niedbałych kawalerów, którzy ich strzegli jak wiatr strzeże popiołu lub wilk stada owiec.

I tej to właśnie nocy, kiedy weseli rezydenci spali, wyczerpani tańcem i pijatyką, tejże właśnie nocy postanowiła przegnać ich precz. Pozwoliła wyszumieć się tym lekkoduchom. Spoglądając ponuro, siedziała w kuźni, aż bal się skończy; czekała dłużej jeszcze, aż kawalerowie wrócą z nocnej wycieczki, czekała w milczeniu do chwili, gdy zagasło ostatnie światło w rezydenckim skrzydle, zwiastując, że wszystko w wielkim dworzysku usnęło. Wówczas wstała i wyszła.

Majorowa kazała ludziom zebrać się pod rezydenckim skrzydłem, sama zaś weszła w podwórze, zbliżyła się do budynku głównego, zapukała i została wpuszczona przez córkę proboszcza z Brody, z której zrobiła dzielną służącą.

— Witam jaśnie panią! — powiedziała dziewczyna całując ją w rękę.

— Zgaś światło! — rozkazała. — Wszakże i po ciemku wszędzie trafię!

Zaczęła chodzić po cichym domu, od piwnicy do strychu jakby żegnając się z nim. Bezszelestnym krokiem szła z pokoju do pokoju.

Rozmawiała ze wspomnieniami, a służąca idąc za swą panią nie łkała, nie wzdychała, ale łza po łzie toczyła się z jej oczu. Majorowa kazała otworzyć szafę z płótnem i srebrem; wodziła dłonią po przepysznych, adamaszkowych obrusach i srebrnych dzbanach. W komorze z pościelą dotykała stosów pierzyn i poduszek puchowych, wszystkich sprzętów, warsztatów tkackich, kołowrotków i motków nici. Włożyła rękę w skrzynię z korzeniami, a potem przesunęła palcami po rzędach świec łojowych, zwisających ze stropu.

— Już suche! — powiedziała. — Można je zdjąć i schować.

W piwnicy opukiwała beczki z winem i wodziła dłonią po szeregach flaszek, weszła do spiżarni i kuchni badając wszystko i dotykając przedmiotów. Wyciągnęła ręce i żegnała się z domem swoim. W końcu poszła do jadalni i pogładziła płytę dużego stołu.

— Niejeden najadł się tu do syta! — powiedziała.

Chodziła po wszystkich pokojach. Odnajdywała na dawnym miejscu długie i szerokie kanapy, gładziła zimny marmur konsol o złoconych podstawach w kształcie gryfów, które dźwigały kosztowne zwierciadła, zwieńczone fryzem z tańczącymi boginkami.

— Bogaty dom! — mówiła. — Wspaniały to był człowiek, który mnie tu uczynił panią i władczynią.

W wielkiej sali, gdzie niedawno wirowały pary, stały już w zupełnym porządku pod ścianami fotele o wysokich oparciach.

Przystąpiła do fortepianu, uderzyła z lekka w klawisze.

— Za moich czasów nie brakło tu też wesela i zabawy! — powiedziała.

Weszła również do pokoju gościnnego. Było całkiem ciemno. Szła omackiem i nagle dotknęła palcami twarzy służącej.

— Płaczesz — spytała poczuwszy łzy na dłoni.

Dziewczyna załkała w głos.

— O pani! — zawołała. — Droga pani moja! Oni zniszczą wszystko! Czemuż odeszłaś i zostawiłaś, o pani, cały dom w ich rękach?

Majorowa odsunęła kotarę okienną i wskazała podwórze.

— Czyż cię uczyłam płakać i lamentować? — spytała. — Patrz, podwórze roi się od ludzi. Jutro nie będzie w Ekeby ani jednego rezydenta.

— A pani wróci? — spytała dziewczynka.

— Czas mój nie nadszedł jeszcze! — powiedziała majorowa. — Gościniec jest mym domem, rów przydrożny łożem. Ty jednak winnaś za mnie czuwać nad Ekeby, dziewczyno, dopóki nie powrócę.

Poszła dalej. Żadna nie wiedziała i nie pomyślała, że Marianna śpi w tym właśnie pokoju. Nie spała też. Była całkiem przytomna, słyszała i zrozumiała wszystko. Leżąc w łóżku śpiewała hymny ku czci miłości.

„O, ty cudowna — myślała — o, ty wspaniała, która raczyłaś podnieść mnie ku sobie. Niedolę straszną przemieniłaś mi w raj. Na żelaznej klamce rodzinnego domu poraniłam sobie ręce, na progu jego leżą łzy moje, ścięte w perły lodowe. Gniew wstrząsa mną chłodny, gdy wspomnę ciosy spadające na matkę moją. Chciałam przespać ten gniew w śnieżnej zaspie, ale ty przyszłaś ku mnie! O miłości, dziecię ognia, przyszłaś do mnie, przemarzniętej. Niczym zda się ta niedola, gdy ją porównam ze szczęściem, jakie z niej wykwitło. Opadły ze mnie wszystkie więzy, nie mam ojca, matki ni domu. Ludzie mnie posądzą o najgorsze i odwrócą się ode mnie. Niechże się spełni wola twoja, o miłości, czyż bowiem przystoi mi wywyższać się nad kochanka?

Pójdziemy w świat ręka w rękę. Biedna jest oblubienica Gösty Berlinga, znalazł ją w zaspie śnieżnej. Założymy sobie dom nie w pięknych salach, ale w chłopskiej chacie, na skraju lasu. Będę mu pomagała w leśnych węglarniach, wraz z nim zastawiała sieci na zające i cietrzewie, będę mu gotowała strawę i łatała odzież jego. O ukochany mój, będę się smuciła i tęskniła czekając na ciebie u skraju lasu. Wierzysz w to? Tak się stanie, tak się stanie! Ale nie będę się smuciła utratą bogactw ni tęskniła do nich, jeno ciebie będę wyglądała, będę wyczekiwała twoich kroków odgłosu po leśnej ścieżynie, twego śpiewu nasłuchiwała będę i czekała, rychło wrócisz z siekierą na ramieniu, o ukochany, o jedyny mój. Mogłabym tak czekać i tęsknić przez całe życie...”

Leżała nie śpiąc i nucąc hymny ku czci miłości, toteż nie zmrużyła jeszcze oczu, gdy weszła majorowa.

Po jej odejściu Marianna wstała i ubrała się. Raz jeszcze musiała włożyć czarną aksamitną suknię i cienkie balowe trzewiczki. Okryta kołdrą, jak szalem, wybiegła ponownie w czarną, straszną noc.

Cicho było, gwiazdy lśniły, zdawało się, że ta noc lutowa nigdy nie będzie miała końca, a mrok i mróz, jakie ta noc roztoczyła, długo trwały na ziemi, trwały, choć słońce wzeszło, trwały, choć zaspy, przez które brnęła Marianna, stopniały już, zmieniły się w wodę.

Wybiegła z Ekeby szukać pomocy. Nie mogła dopuścić, by wypędzono ludzi, którzy ją podnieśli ze śniegu i otwarli jej dom oraz serce swoje. Postanowiła iść do Sjö, do majora, a musiała się śpieszyć. Najprędzej za godzinę mogła być tu z powrotem.

Pożegnawszy się z domem swoim wyszła majorowa na podwórze do czekających na nią ludzi i zaraz zawrzała walka o skrzydło rezydenckie.

Majorowa ustawiła ludzi wokoło wysokiego, wąskiego budynku, gdzie na piętrze mieściła się słynna siedziba kawalerów. Spali w beztrosce zupełnej w wielkiej izbie o bielonych ścianach, gdzie stały czerwono malowane skrzynki wokoło wielkiego stołu, na którym pływały karty w kałużach wódki. Spali wszyscy w szerokich łóżkach osłonionych kraciastymi firankami i nie wiedzieli o niczym!

W stajni przy pełnych żłobach spały konie kawalerów, śniąc o jazdach odbywanych za młodu. O, jakże miło marzyć w dniach spokoju o czynach minionych, o wyprawach na jarmarki, kiedy to po całych dniach i nocach musiały stać pod gołym niebem, o wyścigach podczas powrotu z pasterki oraz jazdach próbnych przy sprzedaży koni, gdy szaleni kawalerowie, puściwszy wodze luzem, wychyleni z sanek niemal leżąc zwierzętom na grzbietach, wyrzucali rozgłośne przekleństwa. Słodko jest marzyć wiedząc, że nigdy już nie porzucą pełnych żłobów Ekeby!

W starej, na poły rozwalonej wozowni, pełnej nieużytecznych już wozów i wysłużonych sań, mieści się śmieszny zbiór starych pojazdów.

Stoją tam zielone malowane sanie koszykowe i czerwone lub żółte wozy o bokach z desek. Jest tam też pierwsza kariolka, jaką widziała Värmlandia, łup wojenny Beerencreutza z roku 1814. Stoją tu najróżnorodniejsze jednokonki, gigi na bujających, giętych w kształt łabędziej szyi resorach, karetki pocztowe, dziwaczne narzędzia męki. Można tam znaleźć wszystkie rozklekotane biedy, dorożki i pojazdy, które wytrząsały dziadków naszych po gościńcach. Widać tu także długie sanie mogące pomieścić wszystkich dwunastu kawalerów razem, karetowe sanie marznącego wiecznie kuma Kristofera, sanki rodzinne Orneclou z pociętą przez mole niedźwiedzią skórą i wyblakłym herbem rodowym na oparciu, widać też jednoosobowe sanie zakończone ostrym dziobem. Mnóstwo tu tych sań.

Dużo kawalerów żyło w Ekeby i wielu tu pomarło. Nazwiska ich zapomniał świat, nie mają też miejsca w sercach ludzi, ale majorowa przechowywała pojazdy, którymi przybyli do dworu. Zebrała je wszystkie w tej właśnie starej wozowni.

Stoją tam i śpią, a kurz osiada na nich grubą warstwą. Śruby i gwoździe tracą oparcie w zbutwiałym drzewie, farba łuszczy się i opada, a wyściółka poduszek wyłazi dziurami wygryzionymi przez mole. „Dajcież nam spać i rozpaść się — powiadają stare pojazdy. — Dość już długo podskakiwałyśmy po gościńcach nasiąkając deszczem i śniegiem. Dajcież nam spokój! Dawno minął czas, gdyśmy wiozły młodych panów na pierwszy bal, dawno już, jak wyczyszczone i lśniące ruszałyśmy w pierwszą przejażdżkę po śniegu lub niosłyśmy ochoczych bohaterów po rozmiękłych drogach na manewry w Trossnäc. Większość z nich śpi już snem wiecznym, ostatni zaś i najlepsi zamierzają nigdy już, nigdy nie opuścić Ekeby”.

Pęka skóra pokrycia, spadają obręcze z kół, sypią się zbutwiałe szprychy i śruby wylatują. Starym pojazdom już wcale na życiu nie zależy, chcą umrzeć, i koniec. Kurz leży na nich niby całun pogrzebny, a pod jego powłoką starość dojrzewa i zagarnia władzę. W niezmąconym próżniactwie stoją tu i rozpadają się powoli. Nikt ich nie używa, a jednak niszczeją. Raz do roku otwierają się drzwi i wchodzi nowy towarzysz, przybywający na stały pobyt w Ekeby, potem drzwi zapadają z powrotem, a nowo przybyłego ogarnia także znużenie, sen i starczy uwiąd. Rzucają się na niego szczury, mole, robaki i inne rabusie, on zaś rdzewieje i rozpada się w ciszy bezsennej a niezmąconej.

Tej jednak nocy lutowej kazała majorowa otworzyć na oścież drzwi starej wozowni. Wyciągnięto przy świetle latarń i świec stare pojazdy, będące własnością żyjących dziś w Ekeby rezydentów, starą kariolkę Beerencreutza, herbowe sanki Orneclou i wąską karetę kuma Kristofera, w której siadywał skulony. Majorowa nie zważa, czy to pojazdy letnie, czy zimowe, idzie jej o to jeno, by każdy dostał swoją własność z powrotem.

W stajni pobudzono też stare konie rezydentów, śpiące przy pełnych żłobach. Raz jeszcze marzenia wasze się ziszczą o, beztroskie rumaki! Znowu popróbujecie stromych zjazdów. Będziecie jadły stęchłe siano po stajniach karczem, będziecie drżały pod razami nahajek pijanych handlarzy i szalonym pędem biegły po lśniącym lodzie, na który aż strach wstąpić.

Ładnie wyglądają teraz stare pojazdy! Małe, szare koniki góralskie zaprzęgają parobcy do kościstego piętrowego giga, a długonogie wierzchowce do niskich, jednoosobowych sań. Stare zwierzęta parskają i rżą, gdy się im zakłada twarde wędzidła w bezzębne pyski, a stare pojazdy trzeszczą i skrzypią. Należałoby tych starców niedołężnych zostawić w spokoju, niechby spali do końca świata. Niestety, dobyte zostają na światło dzienne sztywne kolana, porażone przednie nogi, łogawość17 i nosacizna18.

Z niemałym wysiłkiem parobcy zaprzęgają konie, potem zaś pytają majorową, jaki pojazd dać Göście Berlingowi, który, jak Bogu i wszystkim wiadomo, przybył do Ekeby na dwukolnej biedce węglowej razem z majorową.

— Zaprzęgać Don Juana do najlepszych sanek, dać mu skórę niedźwiedzią ze srebrnymi zaponami! — rzekła. Gdy zaś parobek stajenny jął szemrać, dodała: — Nie ma konia, którego bym nie dała za to, by się pozbyć tego człowieka! Zapamiętajcież to sobie!

Zbudzono tedy pojazdy i konie, ale kawalerowie śpią dalej. Teraz zostaną wyprowadzeni na dwór, w czarną noc zimową. Ale zaatakować kawalerów w łóżkach — większe to, zaprawdę, zuchwalstwo niż sprawa z kulawymi końmi i zmurszałymi pojazdami. To śmiali, mocni, niebezpieczni mężowie, zahartowani w setkach przygód. Gotowi bronić się do ostatka, niełatwo tedy dobyć ich z łóżek wbrew woli i sprowadzić do pojazdów.

Majorowa kazała podpalić stertę słomy stojącą tak blisko dworu, że łuna musiałaby obudzić śpiących kawalerów.

— Ta sterta moja, całe Ekeby jest moje! — powiedziała, gdy słoma buchnęła jasnym płomieniem. — Budźcież ich teraz.

Kawalerowie śpią jednak dalej, drzwi zaryglowawszy, a chociaż czereda ludzi woła gromko: — Gore! Gore! — śpią niefrasobliwie.

Ciężki młot kowala dudni w drzwi, a oni śpią.

Twardo ugnieciona kula śnieżna rozbija szybę, wpada do pokoju i odbija się o firankę łóżka. Oni śpią smacznie.

Śni im się, że piękna dziewczyna rzuciła im chustkę, śnią o oklaskach po zapuszczeniu kurtyny, śnią o hałaśliwej pijatyce po północy, o wesołym śmiechu. Trzeba by armatniego strzału i morza lodowatej wody, by ich zbudzić. Tańczyli, grali, śpiewali, urządzali widowisko. Opici winem, do cna wyczerpani, zapadli w sen głęboki jak śmierć.

Ten sen błogosławiony byłby ich nawet ocalił. Parobkom zaczyna się zdawać, że ta cisza to podstęp. Za każdą ramą okienną stoi może rezydent z bronią w ręku, gotów położyć trupem każdego, kto by się wejść poważył! To chytrzy i wojowniczy ludzie, tedy milczenie ich musi coś oznaczać. Któż mógłby przypuścić, że dadzą się wziąć jak niedźwiedź w jamie.

Ludzie krzyczą: — Gore! Gore! — krzyczą raz po razie, ale nadaremnie.

Wobec tego, że nikt nie ma odwagi, porywa majorowa siekierę i rozbija drzwi wejściowe, potem biegnie schodami, otwiera drzwi pokoju i woła: — Gore! Gore!

Ten głos znajduje lepszy oddźwięk niż ryki parobków. Nawykli słuchać go, zrywają się wszyscy kawalerowie z łóżek, ubierają śpiesznie i zbiegają na podwórze.

Niestety, u wejścia stoi olbrzymi kowal oraz dwu tęgich w garści młynarczyków i wielka hańba spotyka kawalerów. Jednego po drugim łapią parobcy, obalają, wiążą ręce i nogi i niosą każdego do przeznaczonego dlań pojazdu. Żaden nie uszedł, wszyscy zostali pokonani, zarówno szorstki pułkownik Beerencreutz, jak silny kapitan Chrystian Bergh i filozof, wuj Eberhard. Schwytano nawet niezwyciężonego Göstę Berlinga. Powiódł się tedy zamach majorowej, bo mocarniejsza jest ona, zaprawdę, od wszystkich kawalerów.

Litość zbiera patrzeć, jak siedzą związani w starych, roztrzęsionych pojazdach. Pospuszczali głowy zerkając spode łba, a podwórze huczy od wściekłości, klątw i wybuchów bezsilnego gniewu.

Majorowa chodzi od jednego do drugiego, mówiąc:

— Przysięgnij, że nie wrócisz do Ekeby!

— Niech cię piekło pochłonie, czarownico!

— Przysięgnij! — powtarza. — Inaczej wrzucę cię związanego do izby, gdzie się usmażysz, albowiem postanowiłam spalić tej nocy całe skrzydło rezydenckie. Wiedz o tym!

— Nie odważy się pani tego uczynić!

— Nie odważę się! Wszakże całe Ekeby jest moją własnością! Ty gałganie! Czy sądzisz, żem zapomniała, jakeś szydził ze mnie na gościńcu! Należałoby cię spalić razem z innymi! Czyś ruszył bodaj palcem w mej obronie, gdy mnie wypędzano z domu? Przysięgaj!

Majorowa wygląda groźnie, chociaż może udaje większy gniew, niż go odczuwa naprawdę, koło niej zaś mnóstwo ludzi z ostrymi toporami, toteż kawalerowie zmuszeni są przysięgać, by nie stało się jeszcze większe nieszczęście.

Potem majorowa poleca znieść ich odzież i skrzynie i rozluźnić im więzy. Na koniec włożyć im wodze do rąk.

Tymczasem jednak upłynęło dość czasu, by Marianna dotarła do Sjö. Major wstawał przed brzaskiem, zastała go na dworze, gdyż dopiero co zaniósł śniadanie niedźwiedziom. Nie tracąc wielu słów, major wrócił do niedźwiedzi, nałożył im kagańce, wyprowadził je i podążył do Ekeby.

Marianna ruszyła wraz z nim. Padała niemal ze zmęczenia, a gdy ujrzała łunę nad Ekeby, wstrząsnęła nią śmiertelna trwoga.

Cóż to za noc! Mąż bije żonę, ojciec skazuje własne dziecko na zamarznięcie. Czyżby faktycznie miała teraz jeszcze ta kobieta spalić nieprzyjaciół swoich, a stary major puścić swoje niedźwiedzie na własną czeladź?

Przezwyciężyła znużenie, wyprzedziła majora, pędem biegła do Ekeby. Wyprzedziła go znacznie. Utorowała sobie drogę przez zebrany na dziedzińcu tłum. A stanąwszy twarzą w twarz z majorową, zawołała co sił:

— Idzie major z niedźwiedziami!

Przerażenie ogarnęło ludzi. Wszystkie oczy zwróciły się na majorową.

— Tyś go, widzę, sprowadziła! — rzekła do Marianny.

— Uciekajcie, na miłość boską! — zawołała dziewczyna. — Nie wiem, co major zamierza, ale zabrał wszystkie niedźwiedzie.

Wszyscy umilkli, zapatrzeni w majorową.

— Dziękuję wam za pomoc, dzieci moje! — powiedziała spokojnie do ludzi. — Wszystko, co zaszło tej nocy, tak zostało urządzone, że nikt z tego powodu nie będzie odpowiadał i krzywda się nikomu nie stanie. Idźcież teraz do domu! Nie chcę, by tu ktoś zabijał lub został zabity! Idźcież co prędzej!

Ale ludzie stali dalej.

Majorowa powiedziała Mariannie:

— Wiem, że jesteś zakochana. Działasz w szale miłosnym. Oby nie nadszedł dzień, w którym obaczysz, bezsilna, upadek twego domu! Życzę ci, byś władała zawsze językiem i dłonią, gdy gniew przepoi ci duszę! Odejdźcież, drodzy moi, co prędzej! — zwróciła się ponownie do ludzi. — Teraz Bóg stanie na straży Ekeby, ja bowiem idę do matki mojej. Ach, Marianno — dodała — gdy odzyskasz zmysły, Ekeby legnie w gruzach, a na całą okolicę przyjdzie niedola, wówczas wspomnij, coś zrobiła tej nocy, i pośpiesz z pomocą biedakom.

Potem odeszła, a za nią ruszyli jej ludzie.

Major nie zastał w podwórzu żywej duszy prócz Marianny i długiego korowodu pojazdów i koni. Smutny to był orszak, bo pojazdy, konie i właściciele jednako byli wycieńczeni.

Marianna rozwiązywała jednego jeńca po drugim. Gryźli wargi i odwracali w bok głowy, wstydząc się jak nigdy dotąd. Hańby takiej nie zaznali jeszcze w życiu.

— I ze mną było nie lepiej — mówiła Marianna — gdym przed paru godzinami klęczała na schodach rodzicielskiego domu.

Nie mam zamiaru, czytelnicy moi, opowiadać, co się dalej działo tej nocy, dość że pojazdy wróciły do wozowni, konie do stajni, a kawalerowie do mieszkań. Niebawem zaróżowiło się niebo od wschodniej strony ponad górami i nadszedł dzień pogodny, spokojny. O ileż spokojniejsze są, zaiste, dni słoneczne od ciemnych nocy, pod których osłoną żerują dzikie zwierzęta i wrzeszczą sowy.

Dodam tylko, że kawalerowie zastali jeszcze w pokoju trochę ponczu w wazie, tak że mogli napełnić szklanki, i zaraz odzyskali fantazję.

— Niech żyje majorowa! — krzyknęli. — Hura!

To niezwykła kobieta! Cóż lepszego jak służyć jej i wielbić ją? Smutne tylko, że szatan nią owładnął i że czyniła wszystko co mogła, by dusze kawalerów posyłać do piekła.

8. O wielkim niedźwiedziu z Gurlity

W ciemni lasu żyją złowrogie zwierzęta o szczękach zbrojnych w lśniące zęby lub ostre dzioby, o oczach łyskających chęcią mordu — drapieżniki żądne zatopić swe szpony w szyję, co ciepłą, czerwoną krwią tętni.

Wilki wychodzą na łup nocą i pędzą za saniami chłopa, aż matka musi wziąć dziecko od łona i rzucić im, by ocalić życie własne i męża.

Żyje tam ryś zwany u ludu „gepa”, gdyż właściwego imienia nie należy wymawiać — zwłaszcza w lesie — a ten, kto to uczyni, winien wieczorem dobrze zamknąć drzwi i wszelkie otwory owczarni, gdyż inaczej gepa przybędzie na pewno. Niczym mu stroma ściana, bo ma pazury niby ostre haki stalowe, a zwinny jest tak, że lada otwór starczy, by wcisnął się do owczarni. Gepa wbija zęby w szyję, ssie krew, szarpie, rozbija i nie ustanie, aż zabraknie łupu, aż ostatnia owca legnie trupem. Nazajutrz znajduje gospodarz wszystko wyniszczone, bo ryś nie zwykł zostawiać po sobie nic żywego.

W borach żyje też sowa hukająca nocą, a jeśli hukniesz w odpowiedzi, to przyleci cicho jak mara i wykłuje ci oczy, bowiem nie jest to ptak prawdziwy, ale zaklęty zły duch.

Najgorszym jednak mieszkańcem lasu jest niedźwiedź, silny niczym dwunastu chłopa. To „niedźwiołak”, odporny na zwykłe strzały, zabić go mogą tylko srebrne kule. Taki go strach otacza, jak żadne inne zwierzę, bo tylko srebrna kula daje mu radę. Moc w nim wielka żywie i czyni tak odpornym, że zwykły ołów na nic. Dzieci nie śpią długo leżąc w łóżeczkach i wzdrygają się na wspomnienie tego potwora, którego wspomagają piekielne moce.

Kto by napotkał przypadkiem w lesie takiego niedźwiołaka, wielkiego i potężnego jak wędrująca skała, niechże nie zmyka i nie broni się, ale legnie plackiem, jakby nie żył. Nieraz dzieci wyobrażały sobie, że tak leżą, a niedźwiedź pochyla się nad nimi; czują gorący, straszny oddech zwierza, on zaś przewraca je łapami, a potem kopie dół, by je tam włożyć. Dzieci wstają wówczas po cichutku i przemykają zręcznie przez gąszcz, zrazu wolno, potem zaś biegną co sił w nóżętach, byle dalej.

Strach pomyśleć, co by było, gdyby niedźwiedź domyślił się, że któreś nie umarło naprawdę, albo gdyby je nadżarł z wielkiego głodu, albo spostrzegł, że wstało, i pobiegł za biedactwem!... Boże!

Strach jest to czarownik, co siedzi w ciemności i śpiewa człowiekowi do ucha pieśni czarodziejskie, a serce napełnia przeraźliwymi myślami. Stąd się bierze owo przygnębienie, co tłumi radość życia i przyćmiewa blask pól i niw. Natura zła jest i podstępna jak śpiący wąż i dowierzać jej nie trzeba. Zaliż nie piękny jest Löven o lśniących wodach, a przecież czyha na żer i rok w rok zabiera topielców. Wszak wabi spokojem las, a wierzyć mu nie sposób, bo mają tam swe siedlisko okrutne zwierzęta, opętane przez duchy czarownic i krwiożerczych rozbójników.

Strzeż się potoku szumiącego o przejrzystej wodzie. Przyniesie ci chorobę i śmierć, gdy brodzić w nim będziesz po zachodzie słońca. Kukułka wesoło kuka z wiosną... Prawda? Ale na jesieni przemienia się w jastrzębia o bystrych oczach i ostrych szponach. Nie dowierzaj też mchowi, wrzosom ni górze! Natura zła jest i opętana przez moce piekielne, nienawidzące człowieka. Stopy bezpiecznie postawić nie możesz nigdzie i dziw zaiste, jak może ujść tym zakusom słabe plemię ludzkie.

Czy strach-czarownik siedzi jeszcze w ciemni värmlandzkich lasów i śpiewa zaklęte pieśni? Czy ciągle jeszcze przyćmiewa blask niw i pól i poraża radość życia? Moc jego była wielka, wiem to, zaprawdę, gdyż w kołysce swej czułam stal, a w kąpieli węgle żarzące. Wiem, bo znam jego żelazną dłoń, zaciskającą się wokół serca.

Zresztą nie sądźcie, iż chcę opowiedzieć coś strasznego.

To jeno stara historia o wielkim niedźwiedziu z Gurlity i może sobie wierzyć w nią, kto chce, jak to bywa zawsze w opowiadaniach myśliwskich.

Niedźwiedź mieszkał na szczycie wspaniałej grani, zwanej Gurlitą, stromo i niedostępnie sterczącej znad Lövenu, w górnej jego części. Wykrot obalonej jodły, na której korzeniach wisiały płaty mchu, był ścianą oraz dachem jego siedliska, gałęzie i krzewina osłaniały je, a szpary uszczelniał śnieg. Spać sobie tam mógł spokojnie od lata do lata.

Czyliż poetą i marzycielem jest ten kudłaty król lasów, kosooki zbój? Czyliż przespać chce mroźne noce i szare dni zimowe, a zbudzić się od szumu potoków i świergotu ptactwa? Leżeć chce pewnie, śniąc o wzgórzach pełnych czerwieniejących borówek, o mrowiskach smakowitych brązowych stworzeń i białych jagniętach na zboczach gór. Chce ujść zimie życia, szczęśliwiec!

Wicher dmie i przemiata pomiędzy jodłami, szaleni od głodu myszkują wilk i lis, czyż jeno misiowi wolno spać? Niechby wstał i poczuł, jak kąsa mróz, jak ciężko grzęznąć w śniegu... Niechby wylazł z jamy!

Usłał sobie dobre leże, niby królewna z bajki, i jak ją królewicz zbudził pocałunkiem, tak jego wiosna obudzi. Chce, by go ze snu cucił promień słońca, padający na koniec pyska, lub kropla topniejącego śniegu, co przenika futro. Biada temu, kto mu przedwcześnie sen przerwie.

Ale nie każdy liczy się z życzeniami pana lasów! Nagle spada nań chmara ołowianych kulek, które kłują niby komary natrętne! Słychać krzyki, wrzawę, strzały. Miś otrząsa się, przeciąga i usunąwszy na bok krzaki patrzy, co to takiego. Niezłą pracę będzie miał stary zawadiaka! To nie wiosna hałasuje wokół legowiska, nie wiatr obala jodły i śniegiem wiruje, to rezydenci, kawalerowie z Ekeby.

Znani są dobrze królowi lasów. Pamięta dokładnie tę noc, kiedy to Beerencreutz i Fuchs zaczaili się nań w stodole chłopskiej, gdzie miał przyjść. Właśnie zdrzemnęli się nad kieliszkiem, gdy wpełzł ostrożnie przez sitowiany dach, a kiedy dobywał spoza przegrody ubitą krowę, runęli nań ze strzelbami i nożami. Zabrali mu krowę, pozbawili ślepska jednego, ale uszedł żywy.

Ho, ho, znają się dobrze miś z rezydentami. Napadli nań innym razem, kiedy zagospodarował się na zimę wraz z małżonką, i dziećmi tu, na królewskim dworzyszczu Gurlity, i napadli zgoła niespodzianie. Uciekł, co prawda, zmiótł, co stało w drodze, i pognał kul nie bacząc, ale poraził go strzał w łopatkę i gdy wrócił do domu, zobaczył farbę na śniegu. Dostojną jejmość ubito, a dziatki uprowadzono do ludzkich osiedli, by tam służyły człowiekowi i były mu przyjaciółmi.

Dudni ziemia, rozpada się zaspa kryjąca wnijście do jamy i wypada z niej wielki niedźwiedź, wróg rezydentów. Miejcież się na baczności, mości Fuchsie, łowco niedźwiedzi, i pułkowniku Beerencreutz, mistrzu gry w karty, i ty, Gösto Berlingu, bohaterze stu przygód.

Biada poetom, marzycielom, zdobywcom serc! Gösta stoi z bronią gotową do strzału, a miś sadzi prosto na niego. Czemuż nie strzela i o czymże rozmyśla? Reszta właśnie dlatego strzelać nie może. Czyżby sądził, że trzeba stać na baczność przed królem lasów?

Gösta w istocie stał rozmyślając o Mariannie złożonej w Ekeby chorobą po owej nocy w śniegu spędzonej. Padła i ona ofiarą nienawiści ciążącej na całej ziemi, a nim wstrząsa odraza do samego siebie, że wyszedł tropić i zabijać.

Niedźwiedź wali na niego. Ślepy jest od noża jednego z rezydentów, chromy od kuli drugiego, rozsrożony, skudłaczony i samotny od czasu postradania żony i dzieci, a Gösta patrzy nań. Nie chce odbierać życia biednemu, ściganemu zwierzęciu, rabować reszty tego, co obrabowanemu przez ludzi pozostało.

„Niechże mnie zabije, nie ja jego!” — pomyślał.

Niedźwiedź już o kilka kroków, Gösta stoi jak na baczność, a potem nagle ustępuje z drogi i prezentuje broń przed królem ostępu.

Niedźwiedź pognał dalej, dobrze wiedząc, że nie ma ani chwili do stracenia, wpadł w las, przedarł się przez zaspy wysokości człowieka, zbiegł karkołomnymi żlebami na dół i znikł bez śladu. Wszyscy stali z odwiedzionymi kurkami, zamierzając wypalić, i teraz dopiero oddali strzał.

Ale wszystko na nic, krąg został przerwany, niedźwiedź uszedł... Fuchs beszta, Beerencreutz klnie, a Gösta śmieje się jeno wesoło. Czy przypuszczali, że człowiek tak szczęśliwy jak on może uczynić krzywdę drugiemu stworzeniu boskiemu!

Wielki niedźwiedź z Gurlity ocalał tedy, ale zbudzony ze snu postanowił zalać chłopom sadła za skórę. Żaden niedźwiedź nie umie zręczniej rozszarpywać dachów na niskich oborach i uchodzić przemyślniejszym zasadzkom.

Mieszkańcy okolic górnego Lövenu nie wiedzą już, jak obronić się przed rabusiem i posyłają raz po raz do rezydentów, by przyjechali wreszcie z nim skończyć.

Przez cały luty szukali go kawalerowie dzień po dniu, noc po nocy, ale wymykał się łącząc z chytrością lisa rączość wilka. Gdy czyhali w jednym osiedlu, grasował w drugim, gdy go tropili po lesie, ścigał jadących przez lód chłopów. Był to najzuchwalszy rabuś! Właził na strychy, wyjadał z garnków miód gospodyniom i zwalał konie gospodarzy wprost u sanek.

Dumając nad tym wszystkim dorozumiano się wreszcie, co to jest za niedźwiedź i dlaczego Gösta nie mógł doń strzelić. Niesamowicie gadać o tym, a strasznie pomyśleć, ale nie był to, zaprawdę, zwykły niedźwiedź i nikt, kto by nie miał srebrnej kuli w lufie, zabić go nie mógł. Kula, odlana ze srebra i spiżu dzwonu w noc czwartkową o nowiu księżyca, w wieży kościelnej, tak by nie wiedział o tym proboszcz ni kościelny, zabiłaby go z pewnością, lecz jakże trudno o taką kulę!

Żył w Ekeby człowiek bardziej niż inni zgryziony tym wszystkim, oczywiście Andres Fuchs, wielki niedźwiedziobójca. Nie jadł i nie spał, trawiony rozpaczą, że nie może go dostać, i doszedł w końcu także do przekonania, że poradzi tu jeno owa srebrna kula.

Szorstki był w zachowaniu major Fuchs i wcale niepiękny. Ciało miał niezdarne, szeroką, czerwoną twarz o policzkach obwisłych i kilka podbródków. Górną, grubą wargę obsiadła mu czarna szczeć wąsów, a głowę sztywne, czarne włosy. Przy tym nie marnował słów i był żarłokiem. Kobietom nie słał wabnych uśmiechów ni spojrzeń. One też nie wychodziły mu naprzeciw promienne i z otwartymi ramionami. A że pewne było, iż nigdy nie znajdzie podobającej mu się niewiasty, dalekie mu było wszystko, co do miłosnych rojeń przynależy.

Lecz w pewien wieczór czwartkowy, kiedy wąski na dwa palce sierp księżyca pokazuje się przez parę godzin na niebie zaraz po zachodzie słońca, major Fuchs ruszył nic nie mówiąc w Ekeby, wziął do torby myśliwskiej stalowe krzesiwo, formę do kul i strzelbę. Poszedł wprost do broeńskiego kościoła, by wypróbować, czy szczęście zechce skłonić się ku zacnemu jak on człowiekowi.

Kościół stał na wschodnim brzegu cieśniny, pomiędzy górnym a dolnym Lövenem, major Fuchs musiał więc przejść przez most. Kroczył zadumany nie patrząc na wzgórza brobijskie, odcięte ostrym konturem na pogodnym niebie, ani też na skałę Gurlity o okrągłym wierzchołku. Patrząc w ziemię roztrząsał pytanie, w jaki sposób posiądzie klucz od bramy kościelnej, tak by nikt tego nie spostrzegł.

Wchodząc na most usłyszał rozpaczne wrzaski i podniósł oczy.

Onego czasu mały Niemiec, Faber, był organistą w Broby. Człek niski, sucherlawy i nikły pod każdym względem. Kościelny, Jan Larsson, tęgim był za to chłopcem, ale go bieda gniotła, gdyż proboszcz brobijski zabrał mu podstępnie pięćset talarów przy dziale majątkowym spuścizny ojcowskiej.

Kościelny zalecał się do siostry organisty, młodej Fabrówny, ale organista nie chciał przyzwolić na małżeństwo. Toteż nie byli wielkimi przyjaciółmi. Właśnie tego wieczora zdybał kościelny organistę na moście i rzucił się nań. Chwyciwszy go za piersi, trzymał w wyciągniętych rękach w powietrzu poza poręczą, klnąc na wszystko, że go ciśnie do wody, jeśli mu nie da nadobnej dziewicy za żonę. Ale Niemczura nie dawał za wygraną i oponował wytrwale, mimo że widział przed sobą czarną czeluść wodną pomiędzy białymi brzegami.

— Nie! Nie! — wrzeszczał co sił.

Kto wie, czyby kościelny nie wykonał pogróżki, gdyby w tej chwili nie wszedł na most major Fuchs. Przerażony kościelny posadził organistę na moście i wziął nogi za pas.

Faber padł majorowi na szyję, dziękując za uratowanie mu życia, ale major strząsnął go z siebie z odrazą. Nie miał żadnego upodobania w Niemcach od czasu, kiedy kwaterował w Putbusie na Rugii podczas wojny pomorskiej. Nigdy jeszcze śmierć głodowa nie zajrzała mu tak z bliska w oczy jak wówczas.

Mały Faber chciał biec do naczelnika Scharlinga, by oskarżyć kościelnego o zamach morderczy, ale major objaśnił go, że nie warto chodzić, gdyż w tej okolicy za zabicie Niemca nie ma żadnej kary.

To uspokoiło całkiem małego Fabera, tak że zaprosił wybawcę do siebie na kiszkę smażoną i wystałe piwo.

Major Fuchs przystał pomyślawszy, że organista ma chyba w domu klucz od kościoła, i poszli ku wzgórzu, na którym stał kościół, plebania oraz domki kościelnego i organisty.

— Proszę wybaczyć! — powiedział Faber wprowadzając majora do izby. — Nie bardzo dziś u nas porządnie, ale było dużo roboty, gdyż właśnie razem z siostrą zarżnęliśmy koguta.

— Pi! pi! pi! — wykrzyknął major.

Zaraz też wniosła ponętna Faberówna odleżałe piwo w wielkich dzbanach glinianych. Wiadomo, że major niechętnym okiem patrzył na kobiety, ale ta dziewczyna wzbudziła w nim pewną życzliwość. Uroczo wyglądała w staniczku i czepeczku. Jasne, gładko zaczesane miała włosy, a samodziałowa sukienka była czyściuteńka. Krzątała się tak żywo i miała tak rumiane, krągłe policzki, że majorowi przyszło do głowy, iż niezwłocznie zacząłby konkury, gdyby dwadzieścia pięć lat temu spotkał dziewczynę jak ta właśnie. Ale mimo ruchliwości i ponęt wielu Faberówna miała zapłakane oczy i może to właśnie usposobiło łagodnie majora.

Mężczyźni jedli i pili, ona biegała tam i sam, potem zaś podeszła, dygnęła i spytała brata:

— Jakże każecie, panie bracie, ustawić krowy w oborze?

— Umieścić Dwanaście po prawej, Jedenaście po lewej, tak by się bóść nie mogły! — odparł mały Faber.

— Oj, do licha! — zawołał major. — Widzę, że macie, mości Faber, sporo dobytku!

Organista miał właściwie tylko dwie krowy, a nazwał jedną „Dwanaście”, zaś drugą „Jedenaście”, by wspanialej brzmiało, gdy o nich wspomni. Dowiedział się też przy tym major, że organista przebudowuje oborę, przeto krowy chodzą za dnia po polu, a nocują w drwalni.

Dziewczyna przystąpiła za chwilę ponownie do brata i rzekła z dygiem, że cieśla zapytuje, jak wysoka ma być obora.

— Zmierz krowy! — rozkazał. — Zmierz krowy!

Spodobała się majorowi ta odpowiedź.

W toku rozmowy spytał major organisty, czemu oczy siostry jego są tak czerwone, i dowiedział się, że dziewczyna płacze, gdyż jej nie pozwala wyjść za kościelnego, który jest biedny i zadłużony.

Coraz to większa zaduma ogarnęła majora, spijał dzban piwa po dzbanie i jadł kiszkę za kiszką całkiem bezwiednie, a organista patrzył z przerażeniem na ten apetyt. Ale im więcej jadł i pił major, tym jaśniej robiło mu się w głowie i coraz to większej nabierał ochoty, by przysłużyć się małej Faberównie.

Przy tym wszystkim nie spuszczał oczu z wiszącego na ścianie klucza kościelnego o powyginanym uchu, a gdy tylko Fabera, który musiał dotrzymywać towarzystwa w piciu majorowi, zmorzyło ciężkie piwsko, tak że położył głowę na stole i chrapnął smacznie, major chwycił klucz, sięgnął po czapkę i wyszedł.

Wylazł zaraz omackiem na schody wieży kościelnej i dotarł przy pomocy rogowej latarki do dzwonów rozdziawiających nad nim olbrzymie paszcze. Zdrapał pilnikiem trochę spiżu z dzwonu, dobył krzesiwa i formy do lania kul, ale nagle spostrzegł z przerażeniem, iż zapomniał całkiem o srebrze, co było rzeczą najważniejszą. Jeśli kula miała posiadać siłę, musiał ją ulać tu, we wieży. Wszystko dobrze, jest czwartek na nowiu i nikt nie wie, że tu siedzi, niestety, bezradny całkiem. Major zaklął, aż jękły dzwony.

Zaraz potem usłyszał czyjeś kroki na schodach. Tak, w istocie, ktoś szedł na górę ciężko stąpając.

Major stał i klął, aż dzwony wtórowały, ale zrobiło mu się nieswojo i jął dumać, kim mógł być ów nieproszony pomocnik chcący wraz z nim lać kulę. Kroki zbliżały się. Ktoś szedł widocznie prosto na wieżę.

Major skrył się wśród belek rusztowania, zgasił latarkę i czekał. Nie czuł strachu, ale gniewało go, że wszystko będzie na nic, gdy zostanie spostrzeżony. Ledwo się schował, czyjaś twarz ukazała się nad podłogą.

Poznał zaraz twarz skąpego proboszcza z Broby. Oszalały niemal z chciwości, krył swe skarby po miejscach najdziwniejszych. Niósł w ręku paczkę banknotów, a sądząc, że nikt nie patrzy, podniósł deskę podłogi, położył pieniądze i odszedł zaraz śpiesznie.

Poskoczył major do skrytki. Cóż za masa pieniędzy! Paczka przy paczce, a pomiędzy nimi brunatne woreczki skórzane ze srebrem. Major wziął tyle jeno, by starczyło na kulę, resztę zostawił.

Zeszedł niebawem ze srebrną kulą w lufie i jął rozmyślać, czy mu ta noc czwartkowa przyniesie jeszcze więcej pomyślności. Dziwy dzieją się wielkie w takie noce. Skierował kroki naprzód do mieszkania organisty dumając, czy przeklęty niedźwiedź wie, że krowy Fabera stoją dziś w nędznej drewutni, tak prawie jak w szczerym polu.

Tak... zaprawdę! Oto nadchodzi właśnie coś wielkiego, czarnego i zmierza na przełaj prosto do koleby. To na pewno niedźwiedź!

Major podniósł broń do oka i chciał strzelać, ale w ostatniej chwili rozmyślił się. Przywiódł sobie na pamięć zapłakane oczy Faberówny. Wspomniał, że ma dopomóc jej i kościelnemu, ale wielką było to dlań ofiarą zrezygnować z zabicia niedźwiedzia, władcy Gurlity. Mawiał potem często, że nic mu w życiu nie przyszło z takim trudem, ponieważ jednak dziewczyna była zgrabna, mała i ponętna, musiał to uczynić.

Pobiegł co prędzej do kościelnego, wyciągnął na pół nagiego z łóżka i rozkazał strzelić do niedźwiedzia myszkującego wokoło drewutni organisty.

— Zastrzel niedźwiedzia, a organista da ci na pewno siostrę! — powiedział. — Zyskasz także ogólny szacunek, nie jest to bowiem zwierz zwyczajny i najwybitniejsi ludzie w okolicy uważaliby za zaszczyt ubicie go.

Wcisnął mu w rękę własną broń z kulą srebrną i spiżową, odlaną na wieży w czwartkową noc, na nowiu, a przy tym dygotał z zazdrości, że nie on, lecz ktoś inny położy trupem króla lasów z Gurlity.

Kościelny zmierzył w niedźwiedzia — miły Boże! Mógłby raczej, mierząc tak, trafić w Wielką Niedźwiedzicę na niebie, nie zaś w zwierza włażącego już na dach Faberowskiej koleby. Strzał huknął, aż Gurlita odpowiedziała echem.

Jak mierzył, tak mierzył kościelny, dość że niedźwiedź padł na miejscu. Tak bywa zawsze ze srebrną kulą. Można strzelać do Wielkiego Wozu na niebie, a trafia się zwierzynę w serce.

Wybiegli ludzie z domów i zagród, ciekawi, co zaszło, gdyż żaden jeszcze strzał nie grzmotnął jak ten i nie zbudził takiego echa. Wszyscy zaczęli wysławiać kościelnego, gdyż niedźwiedź był istną plagą okolicy.

Wyjrzał też i mały Faber, ale major Fuchs zawiódł się na nim srodze. Mimo że wszyscy wychwalają kościelnego i że ponadto ocalił krowy organisty, mały Faber nie czuje wcale podziwu ni wdzięczności, nie rozwiera ramion i nie wita zwycięzcy jako bohatera i szwagra.

Namarszczył się major, zaczął tupać, rozwścieczony taką nikczemnością i jął tłumaczyć małemu człowiekowi o ciasnym sercu doniosłość czynu. Ale słowa utykały mu w ustach z gniewu, że nadaremnie zrzekł się zaszczytu ubicia niedźwiedzia. Pojąć nie mógł, by człowiek, który dokonał takiego bohaterstwa, nie zasługiwał na najdumniejszą oblubienicę świata.

Kościelny oraz paru parobczaków poszli po nóż i zaczęli go ostrzyć, a major Fuchs został sam, przy martwym niedźwiedziu.

Nagle pędzi raz jeszcze do kościoła, otwiera bramę, włazi po stromych schodach budząc uśpione gołębie i dociera do dzwonów.

Potem, gdy pod dozorem majora zdejmowano z niedźwiedzia skórę, znaleziono w jego paszczy zwitek banknotów. Suma wynosiła okrągło pięćset talarów. Nie sposób wyjaśnić, jak się tam dostały. Ale był to widać niedźwiedź niezwykły! Skoro kościelny go ubił, pieniądze przyznano bez oporu pogromcy.

Wieść rozeszła się zaraz rano, a mały Faber oprzytomniał jakoś, zrozumiał bez trudu doniosłość bohaterskiego czynu i oświadczył, że dumny będzie, jeśli nazwie kościelnego swoim szwagrem.

Major wrócił do Ekeby w piątek, po obfitej uczcie u kościelnego z okazji mistrzowskiego strzału i zaręczyn u organisty. Ale był smutny, nie odczuwał żadnego wesela ze zwycięstwa nad wrogiem i nie cieszyła go wspaniała skóra otrzymana od kościelnego w podarku.

Sądziłby ktoś, że żal mu było powabnej dziewczyny? O nie, nie ten był powód żałoby. Bolało go jeno, że potężny, jednooki władca Gurlity padł nie z jego ręki.

Wróciwszy do rezydenckiego skrzydła, cisnął bez słowa skórę pomiędzy siedzących u komina kawalerów. Nie wtajemniczył ich wcale w swe przygody i dopiero o wiele, wiele później wydobyli zeń prawdę. Nie zdradził też schowka brobijskiego proboszcza, który być może nie odkrył nigdy kradzieży.

Rezydenci obejrzeli dokładnie skórę.

— Pyszna jest! — zawyrokował Beerencreutz. — Chciałbym wiedzieć, w jaki sposób zbudzono tego draba ze snu zimowego? — A może ubiłeś go w jaskini?

— Zabito go na polach broeńskich!

— Hm... — zauważył Gösta. — Był to zwierz, co się zowie, ale nie tak wielki jak niedźwiedź z Gurlity.

— Gdyby był jednooki — dodał Kevenhüller — sądziłbym, żeś naprawdę ubił gurlitskiego króla lasów, ale ten nie miał ani śladu ropy ni blizny na oku, toteż nie jest chyba niedźwiołakiem.

Major zaklął z gniewu na głupotę swoją, ale po chwili rozpromienił się tak, że mu twarz niemal wypiękniała. A więc jednak król lasów nie padł z innej ręki!

— Boże! Jakże jesteś dobry! — szepnął major i złożył ręce.

9. Wyprzedaż w Björne

Nieraz będąc dziećmi dziwowaliśmy się opowiadaniom starszych.

— Czyż każdego dnia bywały bale za waszych lat młodych? — pytaliśmy. — Czy całe życie było jedną jeno przygodą? Czy w czasach owych każda dama była piękna i godna miłości? Czy po każdym balu porywał jedną z nich Gösta Berling?

Starcy potrząsali czcigodnymi głowami i zaczynali opowiadać, jak to warkotały kołowrotki i trzaskały warsztaty tkackie, jak się krzątano w kuchni, młócono na klepisku i rąbano drzewo po lasach. Zaraz jednak wpadali z powrotem w dawny ton. Sanki zajeżdżały przed ganek, weseli młodzi ludzie mknęli przez ciemne bory, wirował taniec, aż pękały struny skrzypiec. Z hukiem i łoskotem, w pędzie odbywała się gonitwa dokoła jeziora Löven. Z dala słychać było jej gromkie odgłosy. Z dala dolatywał huk walących się drzew, od rozpętania żywiołów wybuchały pożary, wzbierały potoki, a wilki wyjąc ścigały się dokoła osiedli. Pęd ośmionogich rumaków19 rozbijał w puch wszelaką szczęśliwość, kędy przebiegły, dzikość rozjarzała się w sercach mężczyzn, a blade kobiety uciekały z domów i zagród.

My, dzieci, siedzieliśmy, bywało, zdumieni, trwożni i radośni zarazem.

„Co za ludzie! — myśleliśmy. — Takich dziś nie uświadczyć w świecie”.

— Czyż nie myśleli nad tym, co czynią, ludzie czasów onych? — pytaliśmy.

— Myśleli... myśleli, czemużby nie? — brzmiała odpowiedź starców.

— Chyba nie tak jak my — stwierdziliśmy chórem, a starzy nie wiedzieli zgoła, o co nam idzie.

Mieliśmy na myśli onego ducha samokrytyki, tę stworę, która w nas już obrała siedlisko, o lodowatych oczach i długich szponiastych dłoniach, co siedząc w najciemniejszym kącie rozskubuje nas, jak stare baby skubią szarpie z wełny czy jedwabiu.

Rozskubały zaiste te palce kościane całe nasze ja na kupę strzępów, niwecząc najszczytniejsze uczucia i myśli bezpośrednie. Wszystko, co powiedziano czy czyniono, wszystko zbadała ta stwora niesamowita, przeniknęła lodowatymi oczyma i wykrzywiając szyderczo bezzębne usta szeptała raz po raz:

— Patrzcież! Same strzępy... łachmany... nic więcej!

Zdarzali się jednak i w tamtych czasach ludzie, co chętnie otwierali duszę onemu lodookiemu straszydłu. Rozsiadło się w nich badając źródła czynów i drwiąc z dobra i zła. Wszystko rozumiało, niczego nie potępiało, węsząc jeno wokół, mieląc na otręby każde drgnienie serca i mrożąc siły.

Piękna Marianna miała w sobie tego demona samokrytyki i czuła na każdym kroku i przy każdym słowie jego lodowate oczy i szyderczy śmiech. Życie jej zmieniło się w przedstawienie, którego jedynym widzem był duch samokrytyki. Przestała być człowiekiem, nie czuła, nie radowała się i nie kochała, jeno grała rolę Marianny Sinclaire, a samokrytyka siedząc na widowni śledziła jej grę lodowymi, nieruchomymi oczyma i skubała ciągle pracowicie palcami.

W duszy pięknej dziewczyny mieszkały jak gdyby dwie różne istoty. Jedna, blada i drwiąca, spoglądała obojętnie na to, co czyni druga, nie dająca jej nigdy życzliwego słowa.

Gdzież był atoli blady strażnik jej poczynań owej nocy, kiedy poznała miłość życia? Gdzież był, gdy całowała Göstę wobec stu świadków, gdzież był, gdy padła z rozpaczą w śnieg, by umrzeć? Lodowe oczy jego mgłą zaszły, a śmiech szyderczy sczezł od żaru namiętności, który zapalił duszę. Tętent czarodziejskiej gonitwy duchów zgłuszył wszystko, i onej straszliwej nocy Marianna była człowiekiem prawdziwym.

Kiedy z niezmiernym wysiłkiem podniosła w końcu ramiona, by objąć Göstę za szyję, o ty, bóstwo samozaprzeczenia, musiałoś chyba, jak to uczynił Beerencreutz, odwrócić wzrok od ziemi i podnieść go na gwiazdy; tej nocy sił ci zbrakło. Leżałoś martwe, gdy Marianna śpiewała hymny miłości, gdy biegła do Sjö po majora i gdy ujrzała czerwień łuny nad wierzchołkami lasu.

Potężne ptaki, orły namiętności, poszybowały na skrzydłach ognistych, spadły ci na kark, wbiły szpony i cisnęły cię, duchu lodowaty, w nieznaną dal. Ległeś martwy i rozbity. A dumne, potężne ptaki, poleciały dalej szlakiem, którego obliczyć i wyśledzić nikt nie zdoła. Ale niebawem dźwignął się duch samokrytyki z odmętu i zawładnął jak dawniej duszą Marianny.

Przez cały luty leżała w Ekeby chora, zaraziwszy się ospą w Sjö. Wyczerpaną, przeziębłą napadło i zwyciężyło łatwo owo straszne choróbsko, śmierci już była bliska, ale pod koniec miesiąca zaczęło jej wracać zdrowie. Słaba była i oszpecona, tak że nikt jej już piękną Marianną nie mógł nazwać.

Sama jednak tylko Marianna i pielęgniarka o tym wiedziały. Nie wiedzieli kawalerowie, nie dopuszczani, oczywiście, do chorej na ospę.

Kiedyż atoli silniejszą jest samokrytyka, jak nie w czasie powolnego wracania do zdrowia? Siedzi wytrwale, wytrzeszcza lodowate ślepia i skubie wszystko suchymi, kościstymi palcami, a jeśli się lepiej przypatrzeć, to przeziera przez tę stworę bladą druga, jeszcze bledsza, która też patrzy w osłupienieniu i śmieje się drwiąco, przez drugą trzecia i dużo innych, a wszystkie śmieją się z siebie wzajem i z całego świata.

Marianna leżała patrząc na siebie tym mnóstwem lodowatych, tępych oczu, a wszystkie prawdziwe uczucia zamarły w niej.

Leżała grając rolę chorej, nieszczęśliwej, zakochanej i rolę mścicielki. Była tym wszystkim, a jednak wszystko to było tylko rolą.

Spojrzenie lodowatych oczu zmieniało wszystko w igraszkę. Czuwały nad nią wiedząc, że nad nimi czuwają drugie... trzecie i tak dalej, w nieskończoność.

Zapadły w sen czarodziejski mocne siły życia. Przez jedną jeno noc zdolna była nienawidzić płomiennie i oddać się miłości — nie dłużej. Teraz nie wiedziała nawet, czy kocha Göstę. Pragnęła go zobaczyć z ciekawości, czy też on sprawi, by zapomniała samą siebie.

Przez ciąg trwania choroby jedną miała jeno myśl jasną, to jest, by zataić swą chorobę. Nie chciała widzieć rodziców, nie chciała zgody z ojcem, przypuszczając, że pożałuje on swego czynu na wieść o ciężkim schorzeniu. Poleciła tedy powiedzieć rodzicom i wszystkim, że cierpi, jak nieraz w Björne, na oczy, i dlatego musi siedzieć przy zapuszczonych firankach. Zabroniła pielęgniarce mówić, na co chora, a rezydentom nie dozwoliła sprowadzić lekarza z Karlstadu. Umotywowała to lekkim przebiegiem choroby i tym, że apteczka podręczna w Ekeby posiada wszelkie potrzebne środki.

Nie przyszło jej do głowy, że może umrzeć, leżała tylko, czekając wyzdrowienia, by jechać z Göstą do proboszcza i dać na zapowiedzi.

Minęła teraz gorączka i choroba, wrócił chłód i równowaga: nabrała przekonania, że w tym świecie głupców jest jedyną mądrą osobą. Nie czuła nienawiści ni miłości. Rozumiała ojca i wszystkich, a rozumienie wyklucza nienawiść.

Doszła ją wieść, że Melchior Sinclaire urządza wyprzedaż w Björne, by zniszczyć całe mienie i nic jej nie zostawić w spadku. Mówiono, że zamierza przeprowadzić to gruntownie, naprzód sprzedać wszystkie meble i sprzęty domowe, potem bydło i narzędzia gospodarskie, a w końcu pozbyć się majątku ziemskiego, pieniądze złożyć w wielki wór i zatopić w Lövenie. W dziedzictwie miała otrzymać ruinę zupełną. Na wieść o tym skinęła głową z uśmiechem i uznała, że stosownie do swego charakteru ojciec nie mógł postąpić inaczej.

Dziwiło ją wielce, iż mogła nucić kiedyś hymn miłości. Marzyła niedawno o chatce wieśniaczej i sercu ukochanego — teraz nie mogła pojąć tego nawet.

Wzdychała do szczerości. Dość już tej wiecznej gry. Nie doznała nigdy mocnych, prawdziwych uczuć. Niemal obojętna była jej utrata piękności, ale drżała przed cudzą litością.

Choć na sekundę zapomnieć o sobie! Jeden jakiś bodaj czyn, jeden gest wolny od wyrachowania!

Pewnego dnia, gdy wywietrzono pokój i oczyszczono z zarazy, legła ubrana na sofie i kazała poprosić do siebie Göstę. Zawiadomiono ją, że pojechał do Björne na wyprzedaż.

Była to, zaprawdę, rzecz niezwykła! Miano wyprzedać stary, zamożny dom, toteż z daleka zjechali kupcy.

Potężny Melchior Sinclaire zrzucił cały dobytek na kupę w wielkiej sali. Tysiące przeróżnych rzeczy leżały górami aż po sufit. On sam jak anioł zniszczenia krążył po domu i znosił wszystko, co można było sprzedać. Zostawił w spokoju tylko czarne garnki kuchenne, drewniane stołki, cynowe dzbany i miedziane rondle, to bowiem nie przypominało Marianny. Ale były to jedyne przedmioty, które gniew jego oszczędził.

Wtargnąwszy do pokoju córki przewrócił do góry nogami wszystko. Wyrzucił szafkę z lalkami, półki na książki, mały stołeczek, umyślnie dla niej zrobiony, drobiazgi, suknie, sofkę i łóżko.

Potem zaczął chodzić z pokoju do pokoju porywając i wlokąc do sali aukcyjnej przedmioty, które mu się nie podobały. Dźwigał je, stękał pod ciężarem kanap, stołów marmurowych, ale nie ustawał. W sali piętrzył się coraz to wyżej pstry stos, on zaś rozbijał szafy, wywlekał stare, cenne srebra rodzinne i ciskał na kupę. Marianna dotykała ich! Precz z tym! Znosił naręcza śnieżnych adamaszków i gładkie prześcieradła z szeroką na dłoń mereżką, plon pracy kobiecej, gromadzony latami w rodzinie. Precz z tym! Marianna nie była godna posiadania tych rzeczy!... Stawiał góry porcelany tłukąc tuzinami talerze i stare, cenne filiżanki z wypalonymi herbami. Precz z tym! Rosły pod sufit stosy pierzyn i poduszek puchowych, w których tonęło się jak w fali. Precz z tym! Marianna spała na tej pościeli.

Spozierał wściekle po starych meblach. Nie było jednego fotela, na którym by nie siadywała, obrazu, na który by nie patrzyła, świecznika, który by jej nie oświetlał, zwierciadła, w którym by się nie przezierała. Zaciskał pięści grożąc onym wspomnieniom. Porozbijałby to wszystko chętnie w trzaski maczugą.

Umyślił jednak dotkliwszą zemstę, mianowicie wyprzedaż zupełną. Niechże biorą to obcy! Niech zostanie uwalane rękami wyrobników, niech padnie ofiarą obojętnych, dalekich ludzi. Widywał nieraz po chłopskich chatach takie kupione graty zbezczeszczone jak córka jego. Precz z nimi! Niech stoją z podartymi poduszkami, wyłażącą ze środka wyściółką, startym złoceniem, chwiejnymi nogami i poplamionymi blatami, połamane i spękane, niech tęsknią do domu! Precz! Na wszystkie świata strony chciał je rozproszyć, by tego żadna ręka zgromadzić na powrót nie mogła.

Zaczęto na koniec licytację w przepełnionej chaotycznie sali.

Ustawiono w poprzek długi stół, sprzedający zajął miejsce i zaczął wywoływać. U stołu siedzieli pisarze i notowali wszystko, a obok nich rozparł się Melchior Sinclaire postawiwszy przy sobie baryłkę wódki.

W drugim końcu sali, w sieni i w podwórzu tłoczyli się kupujący.

Rozgwar panował wesoły, wybuchały śmiechy, padały oferty i licytacja toczyła się żywo. Melchior Sinclaire siedział przy baryłce, pośród stosów własności swojej, na pół pijany, na pół oszalały, z włosami zjeżonymi wokół czerwonej twarzy, a zakrwawione oczy biegały groźnie. Wykrzykiwał i śmiał się jakby w najlepszym humorze, a każdego, kto złożył dobrą ofertę, wołał do siebie i częstował wódką.

Widział go też Gösta wmieszany w ciżbę, ale unikał zbliżenia. Widok to był niesamowity, a serce ściskało się w przeczuciu nieszczęścia.

Dziwiło go, że nigdzie nie dostrzega matki Marianny, i w końcu ruszył bezwiednie na poszukiwanie, jakby pchnięty nakazem losu.

Minął wiele drzwi, zanim ją znalazł. Mocny władca Björne był niecierpliwy, nie znosił żalów ni łez kobiecych. Znudziło go szlochanie żony opłakującej ruinę domu. Wściekły, że rozpacza nad bielizną, kiedy straciła nierównie więcej, bo samą córkę, ścigał ją, zacisnąwszy pięści, po całym domu, aż do kuchni, aż do spiżarni.

Dalej kobiecina nie miała gdzie uciec, dał więc spokój, a zobaczywszy, że siedzi pod schodami czekając bicia czy nawet śmierci, zostawił ją tam, zamknął i klucz schował do kieszeni. Nie mogła zginąć z głodu, więc postanowił, że tu czekać ma końca licytacji. Nie będzie mu już drażniła uszu skargami.

Zamknięta w spiżarni, wylazła po czymś wysoko, do małego okienka pod powałą i zobaczyła twarz Gösty przechodzącego kuchennym korytarzem. I on zobaczył panią Gustawę.

— Co tam ciocia robi? — spytał.

— Zamknął mnie — odparła.

— Mąż?

— Tak! Myślałam już, że mnie zabije. Idźże, Gösto, wyjmij klucz z ciężkich drzwi wielkiej sali. Nadaje się do tego zamka. Wypuść mnie!

Gösta spełnił rozkaz i niebawem znaleźli się oboje w pustej kuchni.

— Czemuż ciocia nie kazała którejś ze służących otworzyć? — spytał Gösta.

— Nie myślę zdradzać tajemnicy klucza od drzwi spiżarni, nie miałabym bowiem chwili spokoju! Zresztą uporządkowałam tymczasem górne półki, bo straszny był tam nieład. Nie wiem doprawdy, jak mogłam pozwolić, by się tyle rupieci nazbierało.

— Ciocia ma tak wiele zajęcia! — powiedział na jej usprawiedliwienie.

— To prawda! — odparła. — Gdybym sama nie przypilnowała, w całym domu ani jedno wrzeciono, ani jeden kołowrotek nie pracowałby jak należy...

Urwała nagle i otarła łzę.

— Ach, miły Boże! — wstchnęła. — Gadam tu na wiatr, a pewnie nie będę miała za chwilę żadnego zajęcia. Sprzedaje wszystko, co posiadamy.

— Wielkie to nieszczęście! — odparł Gösta.

— Pamiętasz pewnie, Gösto, wielkie zwierciadło w salonie. Rzecz śliczna, z jednej tafli bez skazy, na ramie ni plamy w złoceniach. Dostałam je od matki, ale on i to chce sprzedać!

— Oszalał!

— Tak... to prawda! Oszalał i pewnie nie ustanie, aż znajdziemy się na gościńcu, zmuszeni żebrać jak majorowa.

— Nie dojdzie do tego chyba! — powiedział.

— O tak, Gösto! Odchodząc z Ekeby przepowiedziała nam to majorowa. Sprawdza się nieszczęście. Nie dopuściłaby za nic do tego szaleństwa, gdyby tu była... Wyobraź sobie... sprzedaje porcelanę, rodzinne filiżanki... Majorowa z pewnością nie dopuściłaby do tego.

— Cóż mu się stało? — spytał Gösta.

— Wściekł się, że Marianna nie wróciła do domu. Czekał i czekał. Chodził po alei całymi dniami i czekał. Tęsknił tak bardzo, że chyba stracił zmysły. Ale nie wolno mi tak mówić.

— Marianna myśli, że się na nią gniewa.

— Nie myśli tak, zna go, ale duma nie pozwala jej uczynić pierwszego kroku. Oboje są twardzi i butni, a na mnie odbija się wszystko. Jestem jakby między dwoma młyńskimi kamieniami.

— Ciocia wie chyba, że Marianna chce mnie poślubić.

— Ach, Gösto. Nie uczyni tego nigdy. Mówi tak tylko, by ojca drażnić. Jest zbyt rozpieszczona, aby wychodzić za człowieka biednego, i zanadto dumna. Idź i powiedz, by zaraz wracała, gdyż inaczej straci całą ojcowiznę. Stary sprzedaje wszystko za bezcen i nic chyba nie zostanie.

Te słowa rozgniewały Göstę. Siedząc na kuchennym stole pani Gustawa myślała tylko o porcelanie i zwierciadle.

— Powinna by się ciocia wstydzić! — zawołał. — Naprzód wypędzacie córkę z domu, potem zaś sądzicie, że nie wraca przez złość! Posądzacie ją też, że porzuci tego, którego kocha, tylko dlatego że jej niszczycie dziedzictwo.

— Drogi Gösto! — odparła. — Nie gniewajże się jeszcze i ty w dodatku! Nie wiem doprawdy już, co mówię. Chciałam otworzyć drzwi Mariannie, ale odciągnął mnie przemocą. Ciągle mi teraz wszyscy powtarzają, że nic nie rozumiem. Chętnie oddałabym ci Mariannę, gdybym wiedziała, że ją uszczęśliwisz. Ale niełatwa to rzecz uszczęśliwić kobietę, drogi Gösto!

Spojrzał na nią. Jakże mógł przemawiać szorstko do pani Gustawy! Była zastraszona i wyczerpana, ale miała dobre serce.

— Ciocia nie pyta wcale o Mariannę? — powiedział.

Wybuchła łzami.

— A nie pogniewasz się, jeśli spytam? Od pierwszej zaraz chwili chciałam pytać. Wiem tylko, że żyje. Nie dostałam nawet słowa podzięki, kiedym jej posłała ubranie, więc sądziłam, żeście oboje postanowili, by mi nie dać znać o niczym.

Gösta nie mógł dłużej wytrzymać. Był człowiekiem szalonym, popędliwym i Bóg musiał czasem wysyłać za nim w pościgu wilki swoje, by go utrzymać w ryzach, ale łzy tej starowiny gorsze były od wilków. Opowiedział tedy wszystko.

— Marianna przez cały czas chorowała na ospę. Dziś miała po raz pierwszy przejść z łóżka na kanapę. Nie widziałem jej od owej pierwszej nocy.

Pani Gustawa skoczyła na równe nogi. Zostawiła Göstę i pobiegła, nie rzekłszy słowa, do męża.

Zebrani w sali spostrzegli, że mu coś żywo szepce do ucha. Poczerwieniał bardziej jeszcze i odkręcił kurek beczułki, tak że strumień wódki wyciekał na podłogę.

Pani Gustawa przyniosła widać ważne wieści, gdyż licytacja utknęła nagle. Młotek sprzedawcy przestał spadać, ścichło skrobanie piór pisarzy i nie słychać było ofert kupców.

Po chwili ocknął się Melchior Sinclaire z zadumy i zawołał:

— No... prędzej!

I licytacja poszła dalej swoim trybem.

Zapłakana pani Gustawa wróciła do czekającego w kuchni Gösty.

— Nie pomogło nic a nic! — zawołała. — Myślałam, że da pokój, dowiedziawszy się o chorobie Marianny, ale sprzedaje dalej. Czyni to jednak teraz tylko dlatego, że mu wstyd przerwać.

Gösta wzruszył ramionami, pożegnał ją i wyszedł. W sieni napotkał Sintrama.

— Diabelnie zabawna historia! — wykrzyknął Sintram zacierając ręce. — Mistrz z ciebie prawdziwy, Gösto! Czegożeś narobił!

— Niedługo będzie tu jeszcze zabawniej! — szepnął mu Gösta. — Proboszcz z Broby przywiózł pełne sanie pieniędzy. Chce podobno kupić całe Björne za gotówkę. Zobaczymy, jaką minę zrobi potężny Melchior.

Sintram wciągnął głowę w ramiona i śmiał się długo, bez dźwięku, potem zaś poszedł do sali i przystąpił do Melchiora.

— Jeśli chcesz wódki, Sintramie — powiedział doń Melchior — to poprośże, u diaska, naprzód!

— Masz zawsze szczęście, braciszku! — rzekł mu Sintram. — Pewien człowiek przywiózł właśnie pełne sanie pieniędzy, chce kupić Björne wraz z inwentarzem żywym i martwym. Inni zań licytują, on zaś siedzi przyczajony w kątku, bo taki jest układ, że pokaże się dopiero po licytacji.

— Dam ci kieliszek, ale powiedz najpierw, kto to taki!

Sintram ujął kieliszek, ale zanim dał odpowiedź, cofnął się o kilka kroków.

— Podobno proboszcz z Broby, braciszku!

Melchior Sinclaire miał lepszych od proboszcza przyjaciół. Od lat wiedli ze sobą spory. Krążyły wieści, że Melchior czatował nieraz po ciemku na drogach i wracający proboszcz dostawał niezłe cięgi kijem z rąk właściciela Björne, który nie cierpiał łupieżcy chłopów i skąpca.

Sintram odstąpił przezornie na bok, ale nie całkiem uszedł zemście Melchiora, bowiem dostał w czoło kieliszkiem, a beczułka ciśnięta pod nogi omal go nie obaliła na ziemię. Potem jednak nastąpiło coś, co serce jego jeszcze długo radowało.

— Proboszcz z Broby chce kupić Björne? — zaryczał Sinclaire. — A wy stoicie tu i wyłapujecie dlań jedną rzecz po drugiej? Wstydźcie się, ludzie!

Chwycił lichtarz i kałamarz i cisnął w tłum. Cała gorycz serca wyzwoliła się teraz. Wygrażał kupującym pięściami, wył i ciskał w nich wszystkim, co miał pod ręką. Kieliszki i butelki od wódki zawirowały w powietrzu.

— Licytacja skończona! — ryczał. — Jak długo ja żyję, proboszcz nie dostanie w pazury mego Björne! Precz! Wynoście się wszyscy! Nauczę was, co znaczy kupować dla proboszcza z Broby!

Przyskoczył do sprzedającego i pisarzy, oni zaś uciekli obalając w pośpiechu stół, a Melchior zaczął miotać się jak szalony w ciżbie.

Nastało zamieszanie wielkie. Paręset ludzi cisnęło się w popłochu do drzwi przed jednym, oszalałym Melchiorem. Stał teraz w miejscu powtarzając grzmiąco:

— Precz! Precz!

Miotał obelgi i kręcił nad głową stołkiem niby maczugą bojową.

Potem ruszył naprzód, wyparł tłum do sieni, gdy zaś ostatni z przybyszów znalazł się na schodach, wrócił do sali, zamknął drzwi, wyciągnął ze sterty rupieci materac, kilka poduszek, legł i zasnął. Zbudził się dopiero następnego dnia.

Wróciwszy do domu dowiedział się Gösta, że Marianna chce z nim mówić. Było mu to na rękę, gdyż właśnie dumał, jakby się z nią zobaczyć.

Gdy go wprowadzono do ciemnego pokoju, stał chwilę przy drzwiach nie mogąc jej dojrzeć.

— Zostań, gdzie jesteś, Gösto! — powiedziała. — Zbliżać się do mnie niebezpiecznie.

Ale Gösta, który biegł tu po schodach drżąc z niecierpliwości i tęsknoty, nie zważał na możliwość zarazy. Pałał ochotą zobaczenia ukochanej.

Była tak piękna! Żadna nie miała tak miękkich włosów, tak jasnego, promiennego czoła, szlachetnych rysów, żywej, zachwycającej mimiki.

Wspomniał brwi ostro zarysowane, śmiały orli nos, łukiem wygięte usta, owal policzków i brody. Uprzytomnił sobie delikatną płeć, matowy blask skóry i błękit źrenic w bieli oczu, wspomniał, jak uroczy kontrast tworzyły ciemne brwi i jasne włosy Marianny.

Cudna była umiłowana Gösty! A jakież serce gorące kryła jej pierś. Pod wytworną powierzchownością i dumnymi słowy taił się bezmiar oddania i ofiary. Sam widok jej sprawiał rozkosz niewysłowioną.

Przybiegł tu co sił, a ona sądziła, że będzie stał u drzwi. Za chwilę znalazł się przy niej i padł na kolana obok kanapy.

Chciał ją zobaczyć, ucałować i pożegnać. Kochał ją, czuł, że nigdy kochać nie przestanie, ale serce jego nawykło już do tego, że po nim deptano.

Gdzież miał szukać róży pozbawionej podpory i korzeni, którą by mógł wziąć i nazwać swoją? Zaprawdę, nie danym mu będzie zatrzymać dla siebie nawet tej, którą znalazł porzuconą i na poły martwą pośród drogi. Kiedyż miłość jego zanuci pieśń tak szczytną, że nie zmąci jej żaden ton fałszu, kiedyż uda mu się zbudować szczęście na pewnym gruncie, tak by nikt nie pożądał go z niepokojem i tęsknotą?

Dumał, jak ma się z nią pożegnać.

„Wielka troska zapanowała w domu twoim! — chciał powiedzieć. — Serce mi krwawi na tę myśl. Musisz wracać do domu i doprowadzić ojca do rozsądku. Matce zagraża ciągłe niebezpieczeństwo! Musisz wracać, ukochana!”

Miał na ustach takie słowa wyrzeczenia się, ale nie zostały wypowiedziane.

Padł na kolana przy łożu, ujął w obie dłonie jej głowę i ucałował. Nie mógł wyrzec słowa. Serce zaczęło bić, jakby chciało rozsadzić pierś.

Ospa zeszpeciła piękne oblicze Marianny, skóra zgrubiała, osypana dziobami i bliznami. Krew nie miała już nigdy zabarwić rumieńcem policzków, a błękitne żyłki ze skroni znikły na zawsze. Oczy przygasłe, przysłonięte nabrzmiałymi powiekami. Ni śladu brwi nie zostało, a biała emalia oczu pożółkła.

Wszystko zniszczało. Śmiałe rysy zgrubiały strasznie.

Wielu opłakiwało potem utratę piękności Marianny Sinclaire, ale pierwszy człowiek, który zobaczył to zniszczenie, nie poddał się bólowi. Niewysłowione uczucia przepoiły mu duszę, im dłużej patrzył, tym gorącej biło mu serce, a miłość wzbierała niby rzeka na wiosnę. Płomienne jej fale wystąpiły na oczach jako łzy, jako westchnienie na ustach; trzęsły mu się ręce i drżał całym ciałem.

Zapragnął bronić jej, nagrodzić wszystko, być jej niewolnikiem i opiekunem!

Jakże silna jest miłość po przejściu ogniowego chrztu cierpienia. Nie mógł teraz mówić o rezygnacji i rozstaniu. Chciał jej oddać życie i gotów był popełnić dla niej śmiertelny grzech.

Nie rzekł jednego rozsądnego słowa, płakał tylko i całował ją długo, aż stara pielęgniarka oświadczyła, że czas mu odejść.

Gdy poszedł, Marianna leżała bez ruchu i myślała o nim i o tym, jaki był wzruszony:

„Dobrze jest być aż tak kochaną”.

Tak kochaną? Cóż jednak czuła ona sama? Ach... nic! Mniej nawet niż nic!

Czyż zmarła miłość jej, czy uciekła dokądś, czy może ukryła się w sercu? Może siedziała tam, w najciemniejszym kątku i drżała od mrozu lodowatych oczu i śmiechu wzgardy, na poły zadławiona kościstymi palcami potwora.

— Miłość moja! — westchnęła. — Dziecko serca mego, zali żyjesz jeszcze, czy zmarłeś wraz z pięknością?

Następnego dnia wczesnym rankiem wszedł do żony i powiedział:

— Postaraj się zrobić porządek w domu, Gustawo! Jadę po Mariannę!

— Dobrze, drogi Melchiorze! Zrobię porządek! — odrzekła.

Tak więc zapanowała znowu zgoda między małżonkami, a w godzinę potem jechał potężny pan z Björne do Ekeby.

Trudno sobie wyobrazić wspanialszego i uprzejmiejszego ziemianina nad Melchiora, kiedy tak siedział w otwartych saniach karetowych, przybrany w najlepsze futro i najpiękniejszy szal. Włosy miał przyczesane gładko i rozdzielone na głowie, ale twarz bladą, a rysy zapadłe.

Niezrównanym blaskiem lśniło wszystko tego pogodnego dnia lutowego. Śnieg migotał jak oczy młodych dziewcząt, gdy muzyka zagra do tańca. Brzozy czerwonawymi delikatnymi niby koronki gałązkami sięgały w niebo, a z niektórych zwisały małe, przejrzyste sople.

Nastrój panował świąteczny, konie tańczyły i wyrzucały przednie nogi, woźnica radośnie strzelał z bata.

Niebawem sanie stanęły przed bramą ekebijskiego pałacu. Służący wybiegł na podjazd.

— Czy są w domu panowie? — spytał Melchior Sinclaire.

— Pojechali tropić wielkiego niedźwiedzia na Gurlitę.

— Wszyscy razem?

— Wszyscy, jaśnie panie! Jednych zwabił niedźwiedź, a drugich prowiant wzięty na drogę.

Dziedzic Björne zaśmiał się, aż echo poszło po pustym dziedzińcu, i dał służącemu talara za sprytną odpowiedź.

— Powiedzże córce mojej, proszę, że przyjechałem po nią! Niech się nie boi mrozu, postawi się budę, mam też wilczurę.

— Może jaśnie pan raczy wstąpić?

— Nie, wolę tu!

Służący poszedł, a Melchior przysposobił się na czekanie. Był dziś tak rozpromieniony, że nic go wytrącić nie mogło z tego nastroju. Z góry wiedział, że będzie chyba musiał nieco poczekać, gdyż Marianna na pewno nie wstała jeszcze. Dla rozrywki jął spoglądać wokoło.

U szczytu dachu wisiał duży sopel, z którym borykało się słońce. Zaczynało od góry, chcąc, by kropla zbiegła po soplu i spadła, ale zaledwo odbyła połowę drogi, kostniała na nowo. Słońce wysilało się nadaremnie. Nagle jeden zuchwały promyk wziął na kieł, ni stąd, ni zowąd zaczął prażyć w sam koniec sopla i udało mu się — za chwilę spadła na ziemię mała kropelka.

Dziedzic śmiał się i rzekł do promyka:

— Wcale mądra z ciebie szelma!

Podwórze było ciche i puste, z domu nie dolatywał najlżejszy szmer. Ale Melchior czekał cierpliwie, wiedząc, ile czasu potrzeba kobiecie na ubranie.

Siedział i spoglądał na gołębnik. Był okratowany na zimę, aby jastrząb nie mógł porywać gołębi. Od czasu do czasu któryś z ptaków wyścibiał biały łebek przez oczka kraty.

— Czeka wiosny! — powiedział Melchior. — Ale musi być cierpliwy.

Gołąb podchodził do kraty tak regularnie, że czekający dobył zegarka i zaczął liczyć. Punktualnie co trzy minuty jawił się łeb ptaka.

— O nie, mój drogi! — powiedział Melchior. — Wiosna nie może nadejść za trzy minuty! Musisz się nauczyć cierpliwości.

I on musiał czekać, ale miał pod dostatkiem czasu.

Konie grzebały zrazu kopytami w śniegu, lecz znużone staniem i słońcem, zazierającym im w oczy, zetknęły się głowami i zasnęły. Stangret siedział na koźle wyprostowany, sztywny, z biczem i lejcami w rękach i spał, głośno chrapiąc.

Ale dziedzic nie spał. Nigdy mu się mniej niż dziś spać nie chciało i czuł się wyśmienicie, czekając wesoło. Marianna była chora, przyjść prędzej nie mogła, ale nadejdzie zaraz. Oczywiście, przyjdzie i wszystko będzie znowu dobrze.

Przekonała się, że ojciec nie czuje gniewu, bo wszakże przybył osobiście, i to karetowymi saniami, parą koni.

U wylotu ula mała sikorka urządziła szatańską wprost zasadzkę. Chcąc zdobyć coś na obiad usiadła i pukała dziobem po deszczułce. Wewnątrz ula wisiały pszczoły wielkim, czarnym gronem u stropu, ale panował tu porządek wzorowy. Szafarze wydzielali porcje, a podczaszowie krążyli z nektarami i ambrozją od ust do ust. Pszczoły tkwiące w środku wyłaziły raz po raz na wierzch ustępując następnym ciepłego zakątka.

Nagle usłyszały pukanie i ogarnęła je ciekawość. Czy to wróg, czy przyjaciel? A może zagraża państwu jakieś niebezpieczeństwo? Królowa uczuła wyrzuty sumienia i nie chciała czekać. A może to pukają duchy pomordowanych trutni? „Idź i zobacz!”, rozkazała odźwiernej. Ta wydawszy okrzyk: „Niech żyje królowa!” wyleciała i... pac... schwyciła ją sikorka w dziób. Wyciągnęła szyję, smakowała, rozkoszowała się strawą, a potem jęła pukać na nowo. Widząc, że wysłanka nie wraca z wieścią, wysyłała królowa jedną furtiankę po drugiej, ale ginęły wszystkie. Nie wiadomo, kto puka! Hu! Bardzo nieprzyjemnie zrobiło się w ulu. Pewnie duchy pomsty grasują wokoło. Ach, gdybyż nie słyszeć, móc poskromić ciekawość i czekać cierpliwie!

Potężny dziedzic śmiał się do łez z głupich pszczół i chytrego ptaszka na desce siedzącego.

Nie sztuka czekać będąc pewnym swego i mogąc się rozerwać różnymi rzeczami.

Nadchodzi wielki brytan. Stąpa niedbale, oczy w ziemię spuszczone, ogonem kręci lekko, jakby się gdzieś udawał w najobojętniejszej sprawie. Nagle jednak zaczyna gorliwie rozgrzebywać śnieg. Stary szelma, najwidoczniej ukrył tu jakieś bezprawnie zdobyte dobro.

Ale właśnie gdy podnosi łeb, by rozejrzeć się, czy może je spożyć w spokoju, słupieje ze zdumienia, widząc przed sobą dwie sroki.

— Złodziejska melina! — mówią sroki, a wyglądają jak samo sumienie. — Jesteśmy służbowo, z policji. Dawaj tu, coś ukradł!

— Cicho mi być, cwaniaczki! Ja tu jestem rządcą!

— Właśnie! Akurat! — drwią.

Pies rzuca się na nie, sroki odfruwają, ociężale bijąc skrzydłami. Pies goni, podskakuje, szczeka, ale gdy jedną ściga, druga przez ten czas wraca. Sfruwa na jamę, szarpie ochłap mięsa, nie może go jednak udźwignąć. Pies wyrywa jej mięso i wgryza się w nie, przytrzymując je łapami. Sroki sadowią się tuż przed nim i dogadują paskudnie. Pies je łypiąc ponuro, a gdy już zbyt dokuczają, zrywa się i przepędza sroki.

Słońce zaczęło staczać się ku zachodowi. Melchior Sinclaire spojrzał na zegarek. Była trzecia, a matka czekała z obiadem od dwunastej.

W tej właśnie chwili nadszedł służący i powiedział, że panna Marianna prosi jaśnie pana. Melchior Sinclaire wziął wilczurę na ramię i wszedł rozpromieniony na schody.

Marianna słysząc ciężkie kroki ojca nie wiedziała jeszcze, czy pojedzie z nim. Chciała jeno położyć kres czekaniu.

Sądziła, że kawalerowie wrócą, ale nie wracali, musiała teraz sama zadecydować, gdyż znieść nie mogła dłużej zwłoki.

Pewna była, że ojciec odjedzie po dziesięciu minutach rozwścieczony, albo wyważy drzwi i podpali dom.

On jednak czekał uśmiechnięty. Nie czuła doń nienawiści ni miłości, tylko głos wewnętrzny ostrzegał ją przed popadnięciem w jego moc na nowo. Chciała też dotrzymać słowa Göście.

Gdybyż choć zasnął, gdyby krzyczał, okazał zdenerwowanie lub wątpliwość, czy podjechał w cień! Nie, czekał pełen radości, całkiem pewny wygranej. Wiedział, że postawi na swoim.

Mariannę rozbolała głowa i nerwy jej dokuczać zaczęły. Nie mogła zaznać spokoju, jak długo czekał. Wydało jej się, że wolą swoją ściąga ją ze schodów na dół.

Postanowiła rozmówić się z nim przynajmniej.

Kazała podnieść story i legła tak, by światło padało prosto na twarz. Był to rodzaj próby. Ale dnia tego Melchior Sinclaire był wprost dziwnym człowiekiem.

Zobaczywszy córkę nie drgnął, nie wydał okrzyku, jakby nie dostrzegł w niej najmniejszej zmiany. Wiedziała, jak dumny był z jej piękności, a mimo to nie przejawił w niczym rozczarowania. Zapanował nad sobą, by jej nie zasmucić. To ją wzruszyło do głębi i zrozumiała, czemu matka kochała mimo wszystko tego człowieka.

Nie zdradził jakiegokolwiek wahania. Nie rzekł też słowa wyrzutu ni usprawiedliwienia.

— Okryję cię wilczurą, Marianno! — powiedział. — Ciepła jest, bo leżała przez cały czas na mych kolanach.

Mimo to podszedł do kominka i grzał futro. Potem pomógł jej wstać, okrył, zarzucił na głowę szal i skrzyżowawszy go na piersiach związał z tyłu końce.

Poddawała się bez oporu czując, jak miło dać się pielęgnować i ochraniać. Jakże to wygodnie nie pragnąć niczego samej. Dogadzało to jej w tym stanie rozstroju i udręki, wszak sądziła osobie, że nie posiada jednego uczucia ni własnej woli i myśli.

Potężny ziemianin wziął ją na ręce, zniósł do sań, zaciągnął budę, otulił ją wilczurą i odjechał z Ekeby.

Zamknąwszy oczy westchnęła, po trosze w poczuciu ulgi, a także smutku. Brała rozbrat z życiem rzeczywistym. Ale powinno jej to być obojętne, bo przecież nie umiała żyć, jeno grać komedię.

W kilka dni później matka umożliwiła Mariannie rozmowę z Göstą. Gdy mąż wybrał się w dłuższą drogę, by dozorować drwali, posłała po Göstę do Ekeby i wprowadziła go do pokoju córki.

Gösta wszedł, ale nie powitał Marianny ani nie wyrzekł słowa. Stojąc u drzwi milczał jak uparty wyrostek.

— Gösto! — zawołała ze swego fotela trochę ubawiona.

— Tak się zowię! — odparł.

— Chodźże do mnie, Gösto, chodź blisko!

Podszedł nie podnosząc oczu.

— Bliżej... bliżej! Uklęknij tu, przy mnie!

— Cóż to wszystko ma znaczyć, na miły Bóg? — powiedział, ale spełnił polecenie.

— Chcę ci tylko powiedzieć, Gösto, że dobrze się stało, iż wróciłam do domu.

— Miejmyż nadzieję, że panna Marianna nie zostanie ponownie wyrzucona na śnieg!

— Ach, Gösto! Czyż mnie już nie kochasz! Wydaję ci się pewnie za brzydka?

Przyciągnął do siebie jej głowę i pocałował, ale pozostał nadal chłodny.

Bawiło ją w gruncie rzeczy, że był zazdrosny o rodziców. Ale pomyślała, że to minie. Rada była zdobyć go z powrotem, nie wiedząc po co. Pamiętała, że zdołał uwolnić ją od siebie samej, i czuła, że jest to jedyny człowiek, któremu by się to raz jeszcze powieść mogło.

Zaczęła tedy mówić, pragnąc go odzyskać. Powiedziała, że nie ma zamiaru porzucać go na stałe, jednakże przez czas pewien, dla zachowania pozorów — nie mogą się widywać. Wskazała na to, że sam uznał ojca za wpółoszalałego, że wyraził obawę o matkę, powinien więc zrozumieć, że była zmuszona wrócić do domu.

Wysłuchawszy, Gösta dał upust złości swojej. Oświadczył Mariannie wprost, że już może zaprzestać komedii, gdyż nie ma zamiaru być dalej jej pajacem. Opuściła go w tej samej chwili, gdy otwarły jej się bramy domu, tedy kochać jej nie może. Wróciwszy z polowania nie zastał ni jej samej, ni słowa pożegnania czy bodaj zawiadomienia, tak że zdrętwiał i omal nie padł na miejscu trupem. Osoby, zdolnej tak ranić, kochać nie sposób. Nie kochała go też nigdy, ale jest po prostu kokietką i chciała mieć pod ręką kogoś, kto by ją całował i pieścił.

Spytała, czy naprawdę wierzy, by z nawyku pieściła się i całowała z mężczyznami?

Odparł, że wierzy, bo kobiety nie są tak święte, jak z pozoru sądzić można. Samolubstwo i kokieteria to cała ich treść! Ponownie wspomniał, czego doznał wróciwszy z polowania. Wydało mu się, że brodzi po lodowatej wodzie, i tego bólu nie zapomni nigdy. Nigdy, już nigdy nie będzie człowiekiem jak inni.

Starała się wyjaśnić przebieg wszystkiego i dowieść, że była i jest mu wierna.

Odparł, że to rzecz obojętna, gdyż jej już nie kocha. Przejrzał ją. Jest egoistką. Jako egoistka nie kochała go nigdy i odeszła bez słowa pożegnania.

Wracał do tego ciągle, a ją to niemal bawiło. Rozumiała gniew jego i nie brała mu go za złe. Zrazu nie obawiała się też rzeczywistego zerwania, ale potem ogarnął ją niepokój. Czyżby nastąpiła w nim istotnie taka zmiana, że już jej kochać nie mógł?

— Gösto! Czyż byłam egoistką idąc do Sjö po majora? — spytała. — Wiedziałam przecież, że panuje tam ospa. Zaprawdę, nie jest też wcale miło brnąć po śniegu w cienkich trzewikach balowych.

— Miłość żyje miłością, nie przysługami i dobrodziejstwem! — odparł Gösta.

— Chcesz przeto, byśmy sobie byli w przyszłości całkiem obcy?

— Tak, chcę tego!

— Gösta Berling jest bardzo kapryśny.

— Tak powiadają.

Był zimny jak lód i nie chciał odtajać. Marianna była też w gruncie rzeczy równie zimna, a samokrytyka drwiła z jej usiłowań, by grać rolę zakochanej.

— Gösto! — powiedziała czyniąc ostatni wysiłek. — Nie skrzywdziłam cię nigdy rozmyślnie, choć ci się tak zdawało. Proszę, przebacz mi!

— Nie mogę przebaczyć.

Wiedziała, że mogłaby go odzyskać okazując wielkie, prawdziwe uczucie. Zagrała namiętną. Lodowate oczy samokrytyki szydziły wprawdzie dalej, ale spróbowała na wszelki wypadek; nie chciała go utracić.

— Gösto! Nie odchodź zagniewany! Zważ, jak jestem oszpecona! Nikt mnie już kochać nie zechce!

— I ja cię już nie kocham! — odpowiedział. — Musisz, jak inni, pogodzić się z tym, że serce twe zostanie zdeptane.

— Gösto! Nie kochałam nikogo prócz ciebie! Przebacz i nie opuszczaj mnie! Jesteś jedynym człowiekiem, który może ocalić mnie od samej siebie!

Odsunął się porywczo.

— Nie mówisz prawdy! — rzekł z lodowatym spokojem. — Nie wiem, czego ode mnie chcesz, ale czuję, że kłamiesz! Czemuż to usiłujesz mnie przytrzymać? Jesteś tak bogata, że ci nigdy nie zabraknie konkurentów.

Rzekłszy to wyszedł.

Ledwie zapadły drzwi, serce Marianny zapałało tęsknotą oraz bólem wielkim i dostojnym.

Miłość, dziecię jej serca, wypełzło z zakamarków duszy, gdzie tkwiła obezwładniona lodowatymi oczyma. Teraz wyszła na jaw z tęsknotą oczekiwania, teraz, kiedy było za późno. Poważna była, prawdziwa, potężna, a ból i żałość dźwigały jej płaszcz królewski.

Uświadomiwszy sobie, że Gösta opuścił ją naprawdę, uczuła Marianna ból wprost fizyczny, a tak gwałtowny, że ją niemal oszołomił. Przycisnęła rękami serce i siedziała długo bez ruchu, walcząc z bólem i nie płacząc wcale.

Cierpiała teraz nie aktorka, ale ona sama.

Czemuż ojciec ją zabrał, czemu rozłączył z Göstą, skoro miłość jej nie zmarła, tylko skutkiem choroby utraciła swą moc.

Boże! Boże! Czemuż go utraciła! Czemuż ocknęła się poniewczasie!

Był jedynym władcą jej serca i od niego wszystko znieść była gotowa. Okrucieństwo i gniewne słowa czyniły jeno pokorniejszą jej miłość. Gdyby ją bił, całowałaby mu ręce wijąc się jak pies.

Nie wiedziała, co począć, by doznać ulgi w straszliwym cierpieniu.

Chwyciła pióro i zaczęła pisać gorączkowo. Zrazu pisała o miłości i jej utracie, potem błagała, by wrócił lub choćby zlitował się. Stworzyło się coś w rodzaju wiersza.

Skończywszy, pomyślała, że gdyby to przeczytał, uwierzyłby, że go kocha. Czemuż tedy nie posłać? Postanowiła to uczynić nazajutrz, pewna, że go skłoni do powrotu.

Dnia następnego walczyła i pasowała się ze sobą. To, co napisała, wydało jej się bardzo liche, a nawet głupie. Gdzież rym i rytm? Zwyczajna proza i nic więcej! Wyśmiałby na pewno te wiersze. Zbudziła się też duma. Jeśli jej nie kochał, poniżyłaby się żebrząc miłości.

Rozsądek podniósł również głowę i oświadczył, że winna cieszyć się z zerwania stosunków z Göstą, gdyż smutny byłby ich wynik.

Ale serce tak cierpiało, że dała pierwszeństwo uczuciu. Trzeciego dnia po uświadomieniu sobie miłości włożyła wiersz w kopertę i nakreśliła na niej nazwisko Gösty. Ale nie wysłała listu, gdyż zanim się zdecydowała, doszły ją wieści o Göście, które wzbudziły w niej przekonanie, iż za późno już, by go odzyskać.

Do końca życia gnębiła ją myśl, że się spóźniła, że nie wysłała w porę wierszy. W bólu swym wracała ciągle do jednego i tego samego punktu:

— Ach, czemuż czekałam przez tyle dni!

Napisane słowa miały jej zdobyć szczęście lub przynajmniej prawdziwe życie. Pewna była, że zdołałaby przywieść Göstę z powrotem.

Ale cierpienie oddało jej tę samą przysługę co miłość. Dojrzała, stając się teraz człowiekiem prawdziwym, rozumiejącym, zdolnym do oddania się złej czy dobrej woli. Płomienne uczucia popłynęły swobodnie przez jej duszę, nie tamowane już lodowatym chłodem samokrytyki.

Toteż mimo oszpecenia wielu darzyło ją miłością swoją.

Podobno nie mogła jednak nigdy zapomnieć całkiem Gösty i pozostał w niej żal jak po roztrwonionym życiu.

Dawno poszły już w niepamięć wiersze jej, swego czasu czytywane powszechnie. Leżą oto przede mną, spisane gęstym drobnym pismem na pożółkłym papierze, wyblakłym atramentem. Doznaję na ich widok dziwnego wzruszenia. Słowa te wyrażają wyrzeczenie całego życia i odpisuję je z drżeniem, jakby posiadały tajemniczą siłę.

Przeczytajcie je, proszę, i pomyślcie nad nimi. Któż wie, jaki by odniosły skutek, gdyby zostały wysłane. Są tak namiętne, że świadczą o prawdziwym uczuciu.

Wzruszają mimo niezdarnej formy, ale któż by chciał je widzieć zakute w rymy i rytmy! A jednak, jakże boleśnie pomyśleć, że właśnie ta wada spowodowała, iż nie zostały wysłane.

Przeczytajcież, proszę, i pokochajcie je. Pisał to człowiek w chwili wielkiego cierpienia.

Kochałaś, moje dziecię, lecz już nigdy

Nie zaznasz szczęścia miłości.

Drżałaś wśród nawałnicy zmysłów —

Teraz bądź rada, żeś znalazła ciszę.

W niebo nie wzniesiesz się radosnym krzykiem.

Teraz spokojny twój duch...

Nigdy ci straszny ból nie zmrozi serca —

Nigdy, już nigdy...

Kochałaś, moje dziecię, lecz już nigdy

Dusza miłosnym nie spłonie ci żarem...

Płonęłaś niby trawa w słonecznej pożodze.

Lecz cóż! — płonęłaś jedną tylko chwilkę...

Od żaru iskier, od gryzących dymów

Z głośnym pokrzykiem odleciało ptactwo...

Wracaj spokojna... Teraz już nie płoniesz

I nigdy już nie zapłoniesz...

Kochałaś, moje dziecię, lecz już nigdy

Nie zawoła cię głos miłości,

Moce twej duszy, jak znużone dzieci.

Które ktoś wtłoczył w twardą, szkolną ławkę,

Rwą się do zabaw, rwą się do wolności.

A przecież nikt ich nie woła...

Jak zapomniany wartownik, gdzieś, w polu,

Którego nikt nie zawoła...

Odszedł, tak, moje dziecię, odszedł twój jedyny,

Odeszła z nim miłość i szczęście.

Kochałaś go, dziecię, jakby cię nauczył

Na skrzydłach szczęścia wzbijać się ku niebu.

Kochałaś go, jakby ci dał w podarunku

Jedyną przystań w straszny czas powodzi...

I oto odszedł — on, który tak umiał,

Jedyny — znaleźć klucz do twego serca...

O jedno, mój ukochany, błagam cię z głębi serca:

Nie każ mi nienawidzić!

Wszak serce ludzkie jest chyba najsłodsze

Z wszystkiego, co jest słabe...

Jakżeby mogło żyć z tą straszną myślą,

Że jest dla kogoś udręką!

O, ukochany — jeśli chcesz mnie zabić,

Nie bierz sztyletu, trucizny ni sznura —

Tylko mi powiedz, że powinnam zniknąć

Z powierzchni ziemi i spośród żyjących.

A rychło zejść w mogiłę!

Dałeś mi życie, wiem, dałeś mi miłość,

Teraz odbierasz swe dary... Niechże i tak będzie.

Lecz nie zamieniaj ich w nienawiść!

Chciałabym jeszcze trochę żyć, pamiętaj!

Lecz pod ciężarem nienawiści

Przyjdzie mi rychło zginąć.

10. O młodej hrabinie

Młoda hrabina sypiała do dziesiątej i chciała mieć codziennie świeże pieczywo do śniadania. Młoda hrabina haftowała i czytała wiersze. Nie znała się na kuchni ni krosnach. Była rozpieszczonym dzieckiem.

Ale młoda hrabina była wesoła i jej promienna pogoda udzielała się wszystkim. Wybaczano jej długi sen i świeże pieczywo, gdyż była wprost rozrzutna w obdarowywaniu ubogich i uprzejma dla każdego.

Ojciec młodej hrabiny, szlachcic szwedzki, osiadł na stałe we Włoszech ulegając czarowi kraju i jego pięknych kobiet.

Hrabia Henryk Dohna podczas podróży poznał córki owego szlachcica i przywiózł sobie jedną z nich do domu jako żonę.

Hrabina znała szwedzki język od dziecka, a w domu rodzinnym nauczono ją kochać wszystko, co szwedzkie, toteż czuła się doskonale w kraju niedźwiedzi. Namiętnie lubiła taniec i wszystkie rozrywki zwyczajne na wybrzeżach Lövenu, jakby tu przyszła na świat. Jednego jej tylko brakło — nie umiała być hrabiną. Młodej, wesołej hrabinie brakowało całkiem sztywności i pogardliwego dostojeństwa.

Starsi zwłaszcza panowie zachwycali się nią niezmiernie. Ile razy była na balu, zawsze mawiali potem do swych żon — sędzia z Munkerudu, dziekan z Bro, Melchior Sinclaire lub kapitan z Bergi — i to w największym zaufaniu, że gdyby napotkali hrabinę jakieś czterdzieści lub trzydzieści lat temu, to...

— Ach, w czasach tych nie było jej jeszcze na świecie! — odpowiadały starsze panie, a ujrzawszy hrabinę czyniły jej żartobliwe wymówki, że im odbiera serca mężów.

Starsze panie spoglądały na młodą kobietę z pewnym zatroskaniem, wspominając hrabinę Märtę. Przybywszy do Borgu była równie wesoła, dobra i lubiana, później jednak stała się próżną i żądną zabawy kokietką, która rozrywki przenosiła nad wszystko.

— Szkoda, że nie ma męża, który by ją posadził do roboty! — mówiły między sobą.

— Szkoda, że nie ma pojęcia o pracy w warsztacie tkackim. To zajęcie, wymagające skupienia wszystkich myśli, bywa pociechą w różnych troskach i uratowało już niejedną kobietę.

Młoda hrabina rada by zostać dzielną gospodynią. Uważa, że nie ma nic piękniejszego, jak być szczęśliwą małżonką i sprawnie zawiadywać domem. W towarzystwie trzyma się też chętnie starszych pań.

— Henryk chce, bym się wyrobiła na zapobiegliwą panią domu — mawiała — jaką była jego matka. Nauczcież mnie tedy tkactwa!

Starsze panie westchnęły dwukrotnie na te słowa. Po pierwsze, jak Henryk mógł mówić, że matka jego była dzielną panią domu, a po wtóre, jakże trudno wtajemniczać to nieświadome dziecko w tak zawiłą sztukę! Już same techniczne nazwy różnych części wywołują u niej zawrót głowy, a cóż dopiero gdy się zacznie mówić o „sieraczku”, „samodziale” i „drelichu”.

Dziwuje się każdy, kto ujrzy hrabinę, że mogła poślubić głupiego hrabiego Henryka.

Straszna bieda głupiemu w każdej okoliczności i miejscu, ale najbardziej doskwiera głupcom los — w Värmlandii.

Mimo że minęło mu dopiero dwadzieścia lat, mnóstwo historyjek krąży o głupocie hrabiego Henryka. Powtarzają na przykład jego rozmowę z Anną Stjärnhök podczas jazdy sankami.

— Jesteś piękna, Anno! — powiedział.

— Ach głupstwo, Henryku!

— Jesteś najpiękniejsza w całej Värmlandii!

— Wcale nie!

— Ale najpiękniejsza na tym kuligu jednak jesteś?

— Wcale nie.

— Jesteś w każdym razie najpiękniejsza w tych sankach! Nie zaprzeczysz chyba?

W istocie zaprzeczyć nie mogła, gdyż hrabia Henryk był równie brzydki jak głupi. Powiadano, że głowa jego przechodziła przez paręset lat z jednego członka rodziny na drugiego i dlatego mózg został do tego stopnia zużyty przez przodków.

To zupełnie oczywiste — mówili ludzie — nie ma własnej głowy, lecz pożyczoną od ojca swego. Boi się schylić, by mu nie spadła. I cerę ma całkiem żółtą i pomarszczone czoło. Jeśli tą samą głową posługiwał się choćby tylko dziad i ojciec jego, zrozumieć łatwo, dlaczego ma tak rzadkie włosy, podbródek tak ostry, a wargi tak cienkie i bezkrwiste.

Otaczali go dowcipnisie wyciągając na głupstwa i puszczając je dalej w obieg w poprawionym i upiększonym wydaniu. Na szczęście nie spostrzegał tego, był nieustannie uroczysty, pełen namaszczenia i dziwiło go, czemu wszyscy nie są tacy sami. Powaga była mu wrodzona, poruszał się miarowo, kroczył sztywnie, a chcąc obrócić głowę, obracał się całym ciałem.

Przed kilku laty wybrał się z wizytą do sędziego Munkerudu. Przybył konno, w żółtych spodniach, lśniących butach i wysokim kapeluszu. Siedział w siodle sztywny i dumny. Zrazu wszystko szło gładko. Ale w drodze powrotnej jakaś zwisająca gałąź w alei brzozowej strąciła mu kapelusz z głowy. Hrabia zsiadł z konia i włożywszy kapelusz przejechał po raz drugi pod tą samą gałęzią. Nakrycie głowy spadło ponownie. Powtórzyło się to cztery razy.

Wreszcie sędzia podszedł ku hrabiemu i rzekł:

— Czy nie mógłbyś jednak ominąć tej gałęzi, bracie Henryku?

Za piątym razem przejechał jakoś szczęśliwie.

Jednak mimo jego starodawnej głowy kochała go żona. Poznawszy hrabiego w Rzymie nie wiedziała, że w swojej ojczyźnie jest takim męczennikiem głupoty. Owiewał go wówczas czar młodości, a znajomość ich miała tło nader romantyczne. Opowiadała nieraz, jakiego hałasu narobiło porwanie jej przez hrabiego Henryka. Kardynałowie i mnisi byli rozwściekleni, że wyrzekła się wiary swej matki, będącej dotąd i jej wiarą, i postanowiła przejść na protestantyzm. Wzburzony tłum obległ pałac ojca, Henryka ścigali bandyci, a siostry i matka błagały, by zaniechała tego związku. Ojciec zawrzał gniewem wobec uroszczeń włoskiej bandy; oświadczył, że może dać córkę, komu chce, i polecił Henrykowi porwać ją. Nie mogąc wziąć ślubu w domu, schronili się, idąc chyłkiem ciasnymi uliczkami, do szwedzkiego konsulatu. Tam hrabina oświadczyła, że wyrzeka się wiary katolickiej, po czym natychmiast udzielono im ślubu i wyprawiono na północ w zamkniętym powozie, zaprzężonym w ogniste rumaki.

— Nie mieliśmy w ogóle czasu na zapowiedzi — mawiała hrabina — i bardzo smutny wydał mi się ten ślub w biurze, zamiast w którymś z pięknych kościołów, ale inaczej nie zostałabym żoną Henryka. Tam, we Włoszech, wszyscy są tak popędliwi, zarówno ojciec, jak mama, kardynałowie i mnisi. Musieliśmy się kryć, gdyż zabito by nas oboje jedynie w celu zbawienia mojej duszy. Henryka uważano już i tak za straconego.

Hrabina kochała męża żyjąc z nim spokojnie w ojczyźnie, w borgijskim pałacu. Miły był jej blask starego nazwiska, długi szereg słynnych przodków, a także to, że przy niej Henryk zatracał sztywność, a głos jego nabierał miękkiego, łagodnego brzmienia. Zresztą kochał ją, rozpieszczał i wreszcie była przecież żoną jego, a żona zdaniem hrabiny powinna kochać męża swego.

Odpowiadał poza tym poniekąd jej ideałowi mężczyzny, był uczciwy, prawdomówny i zawsze dotrzymywał danego słowa. Hrabina uważała go za prawdziwego szlachcica.

Dnia ósmego marca obchodził urodziny sędzia Scharling. W domu jego pełno było gości. Ze wschodu i zachodu nadciągali znajomi i nieznajomi, proszeni i nie proszeni, wszyscy mile witani. Starczyło dla wszystkich jadła i napitku, a sala taneczna pomieścić mogła zwolenników pląsów z siedmiu parafii.

Oczywiście przybyła także młoda hrabina, której nie zabrakło nigdy, gdy szło o tańce i rozrywki.

Ale opuściła ją zwykła wesołość, jakby przeczuwała, że i na nią przyszła kolej porzucić ciche życie, że i ona zostanie porwana dzikim wirem wypadków. Jadąc na przyjęcie widziała słońce zachodzące na bezchmurnym niebie, szary zmierzch słał się wszędzie, a zimny wiatr gnał po polach. Zapatrzyła się w tę walkę dnia z nocą, która napawała strachem każdą żywą istotę. Konie rwały z kopyta, by się czym prędzej znaleźć pod dachem, rębacze śpieszyli z lasu, dziewczęta folwarczne porzucały robotę. W gęstwie lasu porykiwały dzikie zwierzęta. Pokonany został jasny dzień, ulubieniec ludzi.

Barwy nikły, światłość gasła. Wszystko, na co padł jej wzrok, wydało się hrabinie zimne i brzydkie. Sny, miłość, wszystko, co zdziałała, utonęło jak gdyby w szarym mroku. Młoda kobieta odczuwała wespół z przyrodą chwile znużenia, niemocy, klęski. Pomyślała, że serce jej, teraz wezbrane radością, strojące życie w złoto i purpurę, kiedyś, być może, także utraci swą moc rozjaśniania świata.

„O biedne, omdlałe serce moje! — myślała. — Ogarnia cię i zdusi mrok głuchy i zostanie twym władcą. Życie wyda mi się wówczas brzydkie i ponure, jakim jest może w istocie, włosy posiwieją, grzbiet się skrzywi, mózg stępieje”.

W tej chwili sanki skręciły w podwórze domu sędziego, a spojrzenie hrabiny padło na zakratowane okienko w bocznym budynku, z którego wyzierała twarz o złych oczach.

Była to majorowa z Ekeby. Młoda kobieta uczuła, że przepadła na dziś cała jej radość. Można się radować, gdy troska i ból dalekie są i mgliste niby duchy w obcym kraju, dużo trudniej jednak zachować wesołość spojrzawszy im w twarz.

Hrabina wiedziała, że sędzia uwięził majorową z powodu gwałtu popełnionego pamiętnej nocy w Ekeby i że ma być sądzona. Nie przypuszczała jednak, że ją trzymają tutaj w domu, tak blisko balowej sali, iż można z okien patrzyć w głąb jej więzienia, i że winowajczyni słyszy muzykę i rozgwar zabawy. Myśl o niej pozbawiła hrabinę wszelakiej radości.

Tańczyła wprawdzie walce i kadryle, menuety i anglezy, ale pomiędzy jednym tańcem a drugim podchodziła do okna i spoglądała na budynek przeciwległy. W stancyjce majorowej było światło, tak że widziała, jak chodzi tam i z powrotem, bez końca. Za każdym takim spojrzeniem nogi hrabiny posuwały się wolniej w tańcu, a uśmiech zamierał jej w piersi.

Pani domu spostrzegła, że hrabina przeciera zamglone szyby i wygląda, więc zbliżyła się do niej.

— Ach, cóż za nieszczęście! — szepnęła hrabinie.

— Tak, nie mogę wprost tańczyć dzisiaj — odparła hrabina również cicho.

— Nie chciałam też wcale tego balu wydawać, gdy ona tu siedzi uwięziona — powiedziała pani Scharling. — Trzymano ją dotąd w Karlstadzie, ale ma się niedługo odbyć rozprawa, więc ją tu dzisiaj przywieźli. Nie mogliśmy jej umieszczać przecież w zwykłej celi więziennej i dlatego zamknął ją mąż w tkalni, w oficynie. Byłabym jej oddała najlepszy pokój, ale goście zajęli cały dom. Pani hrabina nie zna jej, ale dla nas wszystkich była jakby matką i królową. Cóż sobie teraz myśli o naszych tańcach, będąc sama w takiej niedoli? Na szczęście mało kto wie, że tu jest.

— Jakże można było ją aresztować? — spytała młoda hrabina ostro.

— Zupełna racja, pani hrabino! Ale musieliśmy to zrobić dla zapobieżenia większemu jeszcze nieszczęściu. Wolno jej, oczywiście, podpalić własny bróg słomy i wygnać rezydentów, ale major zaczął po prostu polować na nią i kto wie, co by zaszło, gdyby nie została zamknięta. Mąż miał sporo nieprzyjemności z tego powodu w Karlstadzie, dano mu wyraźnie do poznania, że powinien patrzeć przez palce na to, co się stało w Ekeby, ale wedle sumienia nie mógł postąpić inaczej.

— Pewnie zostanie teraz zasądzona? — spytała hrabina.

— O nie, uwolnią ją na pewno, ale straszne miała przejścia w ostatnich czasach. Oby tylko nie pomieszało jej to w głowie. Proszę pomyśleć, potężna pani na Ekeby, a teraz zbrodniarka! Zdaniem moim, najlepiej byłoby ją puścić albo dać sposobność ucieczki.

— Niechże jej to pani ułatwi! — powiedziała hrabina.

— Każdemu innemu przystoi to uczynić, ale nie sędziemu i jego żonie! — szepnęła pani Scharling. — Wszakże my musimy jej pilnować. Zwłaszcza dzisiejszej nocy, kiedy jest u nas tylu jej przyjaciół, musieliśmy postawić straż i zaryglować drzwi. Cieszyłoby nas jednak oboje bardzo, gdyby jej ktoś dopomógł do ucieczki.

— Czy mogłabym pójść do niej? — spytała hrabina.

Pani Scharling ujęła ją żywo za rękę i pociągnęła za sobą. W sieni okryły się szalami i ruszyły śpiesznie przez podwórze.

— Może nie zechce nawet mówić z nami! — powiedziała sędzina. — Ale będzie przynajmniej wiedziała, żeśmy o niej nie zapomniały.

Minąwszy pierwszą izbę, gdzie dwaj strażnicy stojąc na warcie pilnie strzegli zaryglowanych drzwi, dotarły bez przeszkód do uwięzionej majorowej. Zamknięto ją w dużej izbie pełnej krosien i rozmaitych narzędzi. Była to właściwie tkalnia, ale miała okratowane okna i mocne zamki u drzwi i w razie potrzeby służyła za więzienie.

Nie bacząc na przybyłe, majorowa chodzi po izbie tam i z powrotem. Długą odbyła drogę w tych dniach. Wyobraziła sobie, że musi przejść trzydzieści mil dzielących ją od matki, która czeka na nią w lasach Älvdalen. Nie miała czasu spoczywać. Matka liczy już dziewięćdziesiąt lat i długo pewnie nie pożyje.

Wymierzyła na łokcie rozmiary izby i chodząc liczy je. Potem łokcie przerachowuje na węzły, a węzły na mile.

Długa i przykra wydała jej się ta droga, a jednak spoczywać nie chciała. Brodziła po głębokich zaspach, słyszała poszum wiekuistych lasów, nocowała w kurnych chatach fińskich i szałasach węglarzy. Często też, nie napotkawszy ludzkich osiedli, musiała łamać gałęzie na legowisko i spać między korzeniami obalonej jodły.

Na koniec dotarła do celu, przebyła trzydzieści mil, las się rozwarł, zobaczyła czerwono pomalowane budynki, posłyszała szum wodospadu i ten znany dźwięk powiedział jej, że dotarła do rodzinnego domu.

Ujrzała ją matka, a widząc, że jest — jak chciała tego sama — żebraczką, ruszyła córce naprzeciw...

Doszedłszy w myślach do tego punktu podnosi majorowa głowę, rozgląda się, spostrzega zamknięte drzwi i uświadamia sobie, gdzie jest.

Zadaje pytanie, czy to początki obłędu, i siada, by dumać i wypoczywać. Za chwilę jednak rusza dalej, licząc łokcie, węzły, mile, nocując w chatach i nie spoczywając po całych dniach, aż przebędzie owe trzydzieści mil.

Przez cały niemal czas pobytu w więzieniu nie spała.

Przybyłe kobiety spojrzały ze strachem na majorową. Hrabina nie zapomni tego widoku i nieraz obudzi się w nocy zapłakana, z jękiem na ustach.

Straszne zaszły zmiany w starej kobiecie. Włosy jej zrzedły, a cienkie kosmyki zastąpiły dawne warkocze. Twarz zapadła i nabrała ostrego wyrazu, odzież jest brudna i poszarpana. Mimo to nie opuściły jej cechy wielkiej damy, tak że budzi nie tylko litość, lecz i szacunek.

Hrabinę uderzyły ponad wszystko oczy zapadłe i jakby ku wnętrzu zwrócone, nie pozbawione jeszcze przytomności. Ale rychło mogły zajść mgłą szaleństwa i lęk ogarniał, czy majorowa nie rzuci się za chwilę na obie kobiety i nie zacznie gryźć i drapać.

Stały przez pewien czas, milcząc i czekając, aż majorowa zatrzymała się nagle przed hrabiną i spojrzała na nią surowo. Hrabina cofnęła się i chwyciła za ramię panią Scharling.

Wyraz twarzy majorowej ożył nagle, a oczy błysnęły przytomnie.

— Nie... nie — powiedziała uśmiechając się — tak źle nie jest ze mną jeszcze, droga moja pani.

Poprosiła, by zajęły miejsca, sama usiadła przybierając pozę staroświeckiej matrony, jak ongiś na balach w Ekeby czy przyjęciach dworskich w Karlstadzie. Obie panie zapominają zupełnie o łachmanach i więzieniu i widzą na nowo najdumniejszą i najbogatszą kobietę Värmlandii.

— Droga hrabino — mówi majorowa — cóż panią skłoniło do opuszczenia balu i przyjścia do starej, samotnej kobiety? Zaprawdę, zbyt pani łaskawa.

Hrabina Elżbieta nie może głosu dobyć ze wzruszenia i nic nie odpowiada, a pani Scharling oświadcza za nią, że tańczyć nie może na myśl o losie majorowej.

— Droga pani Scharling! — mówi majorowa. — Więc do tego doszło, że przeszkadzam młodym w uciesze? Nie płacz nade mną, droga, kochana hrabino! — dodaje. — Jestem złą, starą kobietą, zasłużyłam na swój los. Wszakże uzna pani chyba, że nie wolno bić własnej matki?

— Tak, ale...

Majorowa przerywa jej i rzecze gładząc jasne, kędzierzawe włosy młodej kobiety.

— Dziecko, ty dziecko! Jakżeż mogłaś wyjść za tego głupiego Henryka Dohnę?

— Kocham go!

— Rozumiem, rozumiem! — powiada majorowa. — Jesteś jeno dobre dziecko i nic więcej. Płaczesz wraz ze smutnymi, a śmiejesz się z wesołymi. Zjawia się pierwszy lepszy ze słowami: „Kocham cię!”, a ty przystajesz. Tak... tak! Idź pani, idź dalej tańczyć. Tańcz, droga hrabino, i raduj się. W pani nie ma śladu zła!

— Chciałabym czymś dopomóc pani majorowej!

— Dziecko! — odpowiada uroczyście. — Żyła swego czasu w Ekeby stara kobieta, która dzierżyła wichury niebios w garści. Teraz siedzi w więzieniu, i wichry hulają swobodnie. Czyż więc dziwne, że po całym kraju szaleją burze?

Jestem stara, hrabino, i znam się na burzach. Wiem, że często nadciąga wielki huragan boży. Niszczy raz wielkie, drugi raz małe państwa nie zapominając o żadnym, gdy nań przyjdzie czas. Burza ta goni zarówno mocnych, jak słabszych. Przedziwna to rzecz widzieć bożą pomstę.

Wiejże, wiej po ziemi, burzo Pańska! Rozebrzmijcież, powietrze i wody, głosami struchlałymi! Uczyńcież huragan przeraźliwym jeszcze! Niech drżą chwiejące się ściany, niech pękają zardzewiałe zamki i padają w gruz zbutwiałe domy!

Postrach ogarnia kraj cały. Gniazdka ptasie zlecą z drzew. Krogulcze gniazdo runie z trzaskiem, a wszystko aż do gniazda sowiego w szczelinie skalnej zwieje sykliwy język wichru.

Sądzimy, że u nas wszystko idzie dobrze, ale to nieprawda! Trzeba nam bardzo wichru bożego. Rozumiem to i nie żalę się. Teraz jednak pora mi już iść do matki.

Osunęła się nagle wyczerpana na krzesło.

— Żegnam, żegnam, droga pani! — powiada. — Nie mam czasu, iść muszę. Ale strzeż się tych, którzy przylecą na skrzydłach wichru!

Zaczyna znowu chodzić, rysy jej wiotczeją, spojrzenie cofa się w głąb. Hrabina i pani Scharling zrozumiały, że muszą odejść.

Wróciwszy na salę taneczną podeszła hrabina wprost do Gösty i powiedziała:

— Przynoszę panu pozdrowienie od majorowej. Ma ona nadzieję, że ją pan wyzwoli z więzienia.

— Złudna to nadzieja, pani hrabino!

— Ach, dopomóż jej pan!

Gösta spochmurniał.

— Nie! — rzekł stanowczo. — Z jakiegoż to powodu miałbym jej dopomagać? Czyż winienem jej wdzięczność? Wszystko, co dla mnie uczyniła, obróciło się na moją zgubę.

— Ależ panie Berling...

— Gdyby nie ona — zawołał porywczo — spałbym teraz w wieczystych lasach! Czyż mam dla niej ważyć życie za to, że mnie zrobiła rezydentem w Ekeby? Zaprawdę, nie jest to zbyt dostojne stanowisko.

Młoda hrabina odwróciła się bez słowa. Gniew ją ogarnął. Poszła na swoje miejsce, gorzko dumając o rezydentach. Przybyli tu z puzonem i skrzypcami i grają, aż zda się struny pękną, nie myśląc o tym, że uwięziona to słyszy w swym nędznym pomieszczeniu. Przybyli tańczyć, aż zedrą trzewiki, niebaczni, że dawna dobrodziejka widzi ich cienie przemykające przez zapocone szyby!

Ach, jakiż ten świat marny i brzydki! Niedole i oschłość serca przysłoniły smutkiem duszę młodej kobiety!

Po chwili zbliżył się Gösta i poprosił ją do tańca. Powiedziała krótko: „Nie!”

— Pani hrabina nie chce tańczyć ze mną? — spytał zapłoniony.

— Ani z panem tańczyć nie będę, ani z żadnym kawalerem z Ekeby — odparła.

— Czyż niegodni jesteśmy tego zaszczytu?

— To nie zaszczyt, panie Berling! Nie sprawia mi jednak przyjemności tańczyć z ludźmi, którzy zapomnieli obowiązku grzeczności.

Gösta obrócił się na obcasie i odszedł, nim skończyła.

Wiele osób słyszało te słowa i wszyscy przyznali słuszność hrabinie. Niewdzięczność i obojętność kawalerów wobec majorowej wywoływały z dawna ogólne oburzenie.

Ale Gösta Berling przeżywa zły okres. Jest bardziej niebezpieczny niż dziki zwierz leśny. Odkąd nie zastał, za powrotem z polowania, Marianny, nosił w sercu krwawiącą ranę. Rad by był skrzywdzić kogoś brutalnie i szerzyć cierpienie i ból wokoło.

„Jeśli chce koniecznie, stanie się zadość jej woli — pomyślał. — Ale nie będę jej szczędził. Hrabina lubi porywanie, niechże ma tę uciechę”.

Göście była na rękę awantura. Wszakże już przez tydzień opłakiwał utratę kobiety! Aż nadto żałoby! Przywołał Beerencreutza, Chrystiana Bergha oraz powolnego, ale nie leniwego do przygód kuma Kristofera i zaczęli wszyscy radzić, jakby wziąć pomstę za zniewagę honoru rezydentów.

Zabawa dobiegała końca. Długi szereg sań zajechał przed dwór. Panowie wdziewali futra, a damy szukały rozpaczliwie okryć w chaosie szatni.

Hrabinie pilno było opuścić niemiły bal, więc wyprzedziła inne kobiety. Właśnie stała na środku pokoju, spoglądając z uśmiechem na bieganinę innych, gdy w progu zjawił się Gösta.

Żadnemu mężczyźnie nie wolno w takiej chwili wchodzić tam, gdzie damy właśnie podpinają wysoko suknie i chronią od zmięcia pod futrami sztywne hafty i lamówki.

Nie bacząc na ostrzegawczy wykrzyk skoczył Gösta ku hrabinie, porwał ją na ręce i wybiegł do sieni, a stamtąd na schody. Mimo krzyków pań śpieszących za nim, wsadził zdobycz w sanki. Widziały, jak wskakuje, usłyszały trzask bata i para znikła. Poznały w woźnicy Beerencreutza, poznały też konia... Don Juana! Przerażone wielce, przywołały mężczyzn na pomoc.

Wszyscy rzucają się pędem do sanek. Z hrabią na czele puszczają się w pogoń za rabusiami.

Gösta atoli siedział w sankach przytrzymując młodą hrabinę i śpiewał na całe gardło pieśń o miłości i różach. Zapomniał wszelkiej troski, porwany szaloną uciechą. Przyciskał hrabinę, która się nie broniła, ale tuliła bladą, jakby skamieniałą twarz do niego.

Cóż ma czynić mężczyzna, kiedy widzi na swych piersiach bladą twarzyczkę kobiecą, jasne włosy odrzucone w tył i powieki opadłe na swawolne oczy?

Musi oczywiście całować blade usta, zamknięte oczy i białe czoło!

Zbudziło to młodą kobietę; elastycznie niby sprężyna rzuciła się w bok, chcąc wyskoczyć. Musiał wytężyć wszystkie siły, by jej przeszkodzić i wcisnąć pokonaną i drżącą w kąt sanek.

— Widzisz! — zawołał potem spokojnie do Beerencreutza. — Pani hrabina jest trzecią damą, którą tej zimy uwozi Don Juan. Ale tamte wieszały mi się na szyi, całowały, ona zaś nie chce, bym ją całował ni tańczył z nią. Czy możesz się rozeznać w kobietach, Beerencreutz?

Kiedy Gösta porywał hrabinę, gdy panie krzyczały, panowie klęli, dzwonki u sań dzwoniły, bicze trzaskały i wszędzie panował hałas i zamieszanie, jakoś dziwnie nieswojo zrobiło się strażnikom majorowej.

— Cóż to znaczy? — pytali się wzajem. — Czemuż wszyscy krzyczą?

Nagle ktoś rozwarł drzwi i krzyknął:

— Uciekła! Porwali ją rezydenci!

Oszaleli strażnicy pobiegli nie badając, czy porwano majorową, czy kogoś innego.

Mieli szczęście, znaleźli dobre miejsce w jednych z odjeżdżających sań i ujechali dobry kawał, zanim się spostrzegli, kogo ścigają.

Tymczasem Bergh i kum Kristofer poszli najspokojniej do drzwi więzienia, rozbili zamek i wypuścili majorową, po czym stanęli po obu stronach drzwi jak słupy, nie patrząc na nią.

— Czekają zaprzężone sanki! — powiedzieli.

Wyszła, wsiadła do sań i odjechała nie ścigana przez nikogo. Nikt też nie wiedział, dokąd zmierza.

Don Juan wpadł tymczasem ze wzgórza brobijskiego na lód Lövenu i pędził w cwał, a lodowaty podmuch wiatru ciął i rumienił policzki jadących. Brzęczały janczary. Na niebie lśnił księżyc i gwiazdy. Sinobiały śnieg migotał przedziwnie.

Göstę ogarnął nastrój poetycki.

— Takie to już jest życie, mój Beerencreutz! — powiedział. — Podobnie jak Don Juan z tą damą, ucieka też czas z ludźmi. Ty jesteś gorzką koniecznością, dzierżącą cugle. Ja jestem pożądanie, które więzi wolę i ściąga ją bezwładem coraz to niżej i niżej.

— Nie gadaj tyle! — ryknął Beerencreutz. — Już nam depczą po piętach.

Rzekłszy to śmignął Don Juana, a koń pomknął jak szalony.

— Tam wilki, a tu zdobycz! — zawołał Gösta. — Don Juanie, drogi przyjacielu, wyobraź sobie, że jesteś młodym łosiem. Pędź przez gęstwę, bródź po bagniskach, skacz w wodę z urwiska, przepływaj jezioro z dumnie podniesioną głową i uchodź do zbawczej ciemni jodłowego lasu. Don Juanie, stary łowco kobiet, pędź jak młody łoś!

Dzikie serce Gösty aż skakało z radości wśród tej błyskawicznej jazdy, a krzyk pościgu był mu pieśnią triumfu. Nie posiadał się z uciechy, widząc, że hrabina drży ze strachu, aż jej zęby szczękają.

Nagle puścił ją, wstał i krzyknął powiewając czapką:

— Jam jest Gösta Berling! Pan tysięcy pocałunków i trzynastu tysięcy listów miłosnych! Hura! Niech żyje Gösta Berling! Łapaj, trzymaj, kto zdoła!

Za chwilę szeptał hrabinie:

— Czyż nie cudna to jazda? Czyż nie królewska? Za Lövenem jest jezioro Väner, poza nim morze. Wszędzie bezkres równi, siny lód, a dalej jeszcze świat pełen blasków. Grzmi lód i pęka, za nami wrzaski pogoni, z nieba spadają gwiazdy, brzęczą janczary... Naprzód! Naprzód! Wszakże miło pani jechać tak ze mną, hrabino?

Puścił ją, ona zaś odepchnęła go gwałtownie.

Za moment padł jej do nóg.

— Jestem nędznik! Ale czemuż drażniłaś mnie, hrabino? Byłaś tak pyszna i sądziłaś, że cię ręka rezydencka dosięgnąć nie zdoła. Wszystko panią kocha, ziemia i niebo. Czemuż obciążyłaś jeszcze kamieniem tego, kim ziemia i niebo gardzi?

Ujął jej rękę i przyłożył sobie do twarzy.

— Ach! — powiedział. — Gdybyś pani wiedziała, co znaczy czuć się wyklętym! Takiemu wszystko jedno, co czyni.

W tej chwili zauważył, że hrabina ma obnażone ręce, dobył więc wielkich futrzanych rękawic i nałożył je. Uspokoił się nagle, usiadł jak najdalej mógł i powiedział:

— Proszę się nie bać, pani hrabino. Spójrz sama i przekonaj się, dokąd jedziemy. Zrozumie pani zaraz, że nie ma mowy o żadnym niebezpieczeństwie.

Była dotąd niemal bezprzytomna ze strachu, ale w tej chwili spostrzegła, że jadą po lodzie, a niedługo zadyszany Don Juan zaczął wdzierać się na wzgórze w Borg. W końcu stanęli u podjazdu pałacu i pomogli hrabinie wysiąść.

Spostrzegłszy służbę oprzytomniała i opanowała się.

— Odprowadź konia, Andersson! — powiedziała do stangreta. — Panowie byli uprzejmi odwieźć mnie do domu i zapewne zechcą wstąpić na chwilę. Hrabia zaraz nadejdzie.

— Służymy pani hrabinie! — powiedział Gösta i wysiadł zaraz. Beerencreutz rzucił bez namysłu lejce służącemu. Hrabina poszła przodem i wprowadziła gości, źle maskując radość swą z pochwycenia kawalerów w pułapkę.

Pewna była, że zawahają się przed perspektywą spotkania z jej mężem. A więc nie wiedzą, jaki jest surowy i sprawiedliwy? Nie boją się kary za to, że ją porwali i zmusili do jazdy z nimi. Cieszyła się, że mąż jej zabroni im raz na zawsze wstępu do swego domu, że ich wobec służby napiętnuje zakazując otwierać im bramy Borgu. Czekała na to, że mąż potępi postępowanie wobec niej i majorowej, ich dobrodziejki. Pewna była, że człowiek tak czuły dla żony wywrze słuszny gniew na prześladowcach, a miłość rozpłomieni jego słowa. Jakżeby mógł pozwolić porywać ją jastrzębiom niby wróbla. Dygotała żądzą zemsty.

Pułkownik Beerencreutz o siwych wąsach wszedł hałaśliwie, bez ceremonii do jadalni i jął grzać się przy kominku, na którym mimo później godziny płonął suty ogień, jak zwykle, gdy hrabina wracała z zabawy do domu.

Gösta trzymał się na uboczu w cieniu i patrzył na hrabinę, z której służący zdejmował futro. Uczuł nagle wesołość nie zaznaną od lat całych i nie wiedząc, gdzie zrobił to odkrycie, nabrał pewności, że w tej uroczej postaci mieszka przepiękna dusza.

Dusza ta jest jeszcze wprawdzie uśpiona, ale wyjrzy kiedyś na światłość dnia. Gösta był rad bardzo, że odkrył jej niewinność, czystość i nieświadomość złego. Omal nie roześmiał się widząc, jak hrabina jest zagniewana, czerwona i jak marszczy czoło.

„Sama nie wiesz, jaka jesteś dobra i łagodna! — pomyślał. — Zewnętrzna strona twej jaźni nie oceni nigdy w pełni strony wewnętrznej”. Uczuł, że od tej chwili musi zostać jej czcicielem i służyć jej, jak wszystkiemu, co piękne i boskie. Ale nie żałował ostrego z nią postąpienia, bo gdyby się nie bała, nie odpychała go i nie objawiała oburzenia z powodu jego brutalności, nie dowiedziałby się nigdy, jak szlachetny duch w niej mieszka.

Uważał ją za oddaną wyłącznie tańcom i rozrywce, a fakt, że wyszła za mąż za głupiego hrabiego Henryka, nie świadczył o niej najlepiej.

Postanowił, że odtąd będzie aż do śmierci jej psem i niewolnikiem, jak zwykł był mawiać kapitan Chrystian.

Gösta ze złożonymi rękami siedział w pobliżu drzwi i odprawiał coś w rodzaju nabożeństwa. Tak podniosłego nastroju nie przeżył od chwili owego płomiennego natchnienia w kościele. Nie zwrócił nawet uwagi, że do sali wszedł hrabia Dohna wraz z czeredą innych panów, którzy klęli i wyrzekali na głupie żarty kawalerów.

Zostawił Beerencreutzowi przyjemność pierwszego starcia, gdyż sam miał co innego do roboty. Pułkownik, rycerz stu przygód, stał spokojnie przy kominku oparłszy łokieć i jedną stopę o kratę i patrzył spod oka na wpadających do sali.

— Cóż to wszystko znaczy? — zaryczał mały hrabia zwracając się do niego.

— To znaczy — odparł pułkownik — że odkąd istnieją kobiety, nie brak im durniów, których za nos wodzą.

Mały hrabia spąsowiał.

— Pytam, co to znaczy? — powtórzył.

— I ja o to pytam! — oświadczył Beerencreutz. — Otóż pozwolę sobie prosić o wyjaśnienie, czemu małżonka hrabiego Henryka Dohny nie chce tańczyć z Göstą Berlingiem?

Hrabia spojrzał pytająco na żonę.

— Nie mogłam, Henryku! — zawołała. — Nie mogłam tańczyć z żadnym z kawalerów, gdyż opuścili majorową i pozwolili jej marnieć w więzieniu.

Mały hrabia wyprostował się jeszcze bardziej, odrzucając w tył starodawną głowę swoją.

— My, kawalerowie — rzekł Beerencreutz — nie pozwalamy sobie urągać. Kto z nami nie chce tańczyć, musi z nami zażyć sanny. Zresztą pani hrabinie włos z głowy nie spadł i należałoby na tym sprawę zakończyć.

— Nie! — zawołał hrabia. — Nie należy zakończyć na tym. Odpowiadam za postępki mej żony, toteż pytam, czemu Gösta Berling nie zażądał ode mnie satysfakcji, kiedy został obrażony?

Beerencreutz uśmiechnął się.

— Pytam — powtórzył hrabia.

— Któż prosi o pozwolenie lisa, gdy mu chce ściągnąć skórę? — rzekł Beerencreutz.

Hrabia położył dłoń na wąskiej piersi.

— Powiadają, że jestem człowiek sprawiedliwy — oświadczył. — Często sądzę służbę swoją. Czemużbym nie miał odbyć sądu nad żoną? Kawalerom nie przysługuje prawo karania i dlatego unieważniam karę, którą jej wymierzyli... Czy rozumiecie, łaskawi panowie?... Kary tej po prostu nie było!

Hrabia wykrzyknął to doniosłym falsetem.

Beerencreutz rzucił spojrzenie po sali i spostrzegł, że wszyscy śmieją się po kryjomu z głupiego hrabiego, wszyscy, a głównie Sintram, Daniel Bendix i Dahlberg.

Hrabina nie od razu zrozumiała słowa męża. Cóż to właśnie unieważniał? Czyż jej strach, twarde uściski kawalera obejmującego jej wątłe ciało, dzikie śpiewy, słowa, ogniste pocałunki... czyż to wszystko miało się nie liczyć? Czyż tego wieczora wszystko było pod władzą szarej bogini mroku?

— Ależ Henryku...

— Umilknij — powiedział i wyprostował się do kazania moralnego. — Biada ci, kobieto — zaczął — iżeś się uczynić chciała sędzią mężczyzn! Biada ci także, kobieto, będąca żoną moją, iże obrażasz tych, których dłoń ściskam ja, twój mąż. Cóż ci do tego, że kawalerowie wtrącili majorową do więzienia? Czyż nie mieli prawa? Nie pojmiesz nigdy, jak to rani serce każdego mężczyzny, gdy się dowie o wiarołomstwie kobiety. Czyż zamierzasz także pójść tą śliską drogą, że ją bierzesz w obronę?

— Ależ Henryku!...

Żaliła się jak dziecko i wyciągała ramiona, jak gdyby odpędzając szkaradne słowa, jakich nigdy dotąd nie słyszała. Była bezbronna pośród tych twardych mężczyzn, a jedyny obrońca zwracał się przeciwko niej. Ach, serce jej już nigdy chyba nie będzie miało mocy rozjaśniania świata!

— Ależ Henryku, miałeś mnie przecież bronić! — zawołała.

Teraz, kiedy było za późno, zbudził się Gösta, ale nie wiedząc, jak sprawa stoi, mimo wielkiej chęci okazania pomocy, nie chciał stawać pomiędzy mężem a żoną.

— Gdzie jest Gösta Berling? — spytał hrabia.

— Tu jestem! — odparł i spróbował wszystko obrócić w żart. — Pan hrabia zapewne skończył mowę, ja jednak spałem przez cały czas i żałuję, ale nie wiem nic a nic. Co by pan hrabia powiedział na to, gdybyśmy się rozjechali do domów i pozwolili państwu iść na spoczynek?

— Gösto Berlingu! — powiedział hrabia. — Z uwagi na to, iż żona moja obraziła cię przez odmowę tańczenia, rozkazuję niniejszym, by cię przeprosiła i pocałowała w rękę!

— Drogi hrabio! — odparł Gösta z uśmiechem. — Nie jest to ręka, którą wypadało by całować młodej damie. Wczoraj dopiero splamiła się farbą łosia, jutro będzie może czarna po jakiejś bijatyce z węglarzem. Hrabia wygłosił wyrok szlachetny i wspaniałomyślny! Jest mi to dostateczną nagrodą! Chodź, Beerencreutz!

Hrabia zastąpił mu drogę.

— Nie odchodź! — powiedział. — Żona moja winna mi posłuszeństwo. Chcę, by się dowiedziała, do czego prowadzi czyn samowolny.

Gösta stał niepewny, a hrabina pobladła, ale nie ruszała się z miejsca.

— Idź! — powiedział jej.

— Nie mogę, Henryku!

— Możesz! — oświadczył twardo. — Możesz na pewno! Ale chcesz mnie pewnie zmusić, bym się pojedynkował z człowiekiem, którego przez kaprys nie znosisz. Uczynię to, niezawodnie, jeśli odmówisz zadośćuczynienia. Kobiety lubią, by się z ich powodu mężczyźni zabijali. Nie chce pani hrabina naprawić błędu? Doskonale, stanę do pojedynku i za parę godzin przyniosą ci krwawe moje zwłoki.

Przeszyła go długim, badawczym spojrzeniem i zrozumiała jasno, że jest bezdennie głupi, tchórzliwy, nadęty pychą i próżnością, słowem, najmarniejszy pod słońcem człowiek.

— Bądź spokojny! — odparła lodowato. — Uczynię, czego chcesz!

Teraz atoli Gösta oburzył się.

— Nie wolno pani tego czynić! — zawołał. — Jesteś słabym jeno dzieckiem... dusza pani tak czysta... jakże mogłabyś całować ręce moje? Nie zbliżę się już do pani, przynoszę bowiem śmierć i zniszczenie wszystkiemu, co dobre i niewinne. Proszę, nie dotykaj mnie pani, boję się pani jak ogień wody... Proszę, nie czyń pani tego!

Założył ręce na plecach.

— Już mi to obojętne, panie Berling! Teraz już mi wszystko jedno! Proszę o przebaczenie i racz pan pozwolić, bym ucałowała twe ręce!

Gösta trzymał dalej ręce za plecami i rozglądając się po sali przemykał ku drzwiom...

— Jeśli nie przyjmiesz zadośćuczynienia, jakie ci daje moja żona, będziesz się musiał ze mną bić, Gösto, a poza tym nałożę jej jeszcze dotkliwszą karę! — rzekł hrabia.

Hrabina wzruszyła ramionami i szepnęła:

— Oszalał z tchórzostwa! Pozwól pan, bym spełniła, czego chce. Obojętne jest mi upokorzenie! Pan zresztą chciałeś tego od początku!

— Chciałem? Sądzi pani, żem chciał panią upokorzyć? Przekona się pani, iż tego nie chciałem! Nie będzie pani całować rąk moich.

Podbiegł do kominka i wsadził obie dłonie w ogień. Objęły je płomienie, skóra skurczyła się, paznokcie zaczęły trzeszczeć, ale w tej chwili chwycił go Beerencreutz za kołnierz i cisnął na środek sali. Gösta zatoczył się w jakiś fotel i siadł zawstydzony niemal swym postępkiem. Będzie pewna, że kierowała nim próżność. Tak, czyn taki wobec tylu ludzi musiał wyglądać na akt próżności. Nie było wszak w tym ani krzty niebezpieczeństwa.

Chciał wstać, ale nim tego dokazał, klęczała już przy nim hrabina oglądając czerwone, poczerniałe od dymu ręce.

— Będę, zaprawdę, całowała te ręce, gdy jeno przestaną być obolałe i chore! — wołała.

Na widok wielkich bąbli, podnoszących się pod spaloną skórą, wybuchnęła płaczem.

Dostąpiła objawienia niepojętej wspaniałości. Nigdy nie przypuszczała, że może się stać na ziemi coś podobnego, i to z jej powodu! Dla niej! Więc żyli jeszcze ludzie jak on! Mocarz w dobrym i złym, mąż wielkich czynów, słów i świetnych zalet! Bohater! Bohater z innej zaiste gliny ulepiony, niewolnik zachcianki, uległy w każdej chwili, ale niezmiernie silny, straszliwy i nie znający przed niczym lęku.

Przez cały wieczór przygnębiona była nie dostrzegając nic prócz troski, nikczemności i okrucieństwa. Teraz poweselała, uczuła się pełnym człowiekiem! Władczyni zmierzchu została pokonana, wróciły barwy, światłość objęła wszystko.

Tej samej nocy w skrzydle rezydenckim kawalerowie utyskują na Göstę. Starzy panowie chcą spać, ale Gösta nie daje im spokoju. Na próżno zaciągają zasłony nad łóżkiem i gaszą światło — Gösta mówi i mówi.

Oznajmia im, że hrabina jest aniołem, że on ją ubóstwia i pragnie jej służyć. Cieszy się, że wszyscy stronią od niego, całe swe życie będzie mógł jedynie jej poświęcić. Hrabina gardzi nim oczywiście, on jednak pragnie tylko leżeć jak pies u jej nóg.

— Czy przyglądaliście się kiedyś dokładnie wyspie Lag na Lövenie? — ciągnie Gösta. — Czy widzieliście ją od strony południowej, gdzie poszarpane skały wznoszą się stromo nad wodą? Czy oglądaliście kiedy wyspę od północy, łagodnie opadającą ku jezioru? Ciągną się tam wąskie ławice piasku, porosłe wspaniałymi jodłami i tworzące cudne stawy. Tam, na stromym wierzchołku skały, na którym znajdują się jeszcze resztki dawnego zamku korsarskiego, zbuduję dla hrabiny zamek marmurowy. W skale wykute szerokie schody zstępować będą w jezioro, tak by przybijać do nich mogły łodzie żaglowe.

Zamek będzie miał wspaniałe sale i wieże z pozłacanymi blankami. Będzie to siedziba odpowiednia dla hrabiny. Stara buda borgijska niegodna młodą panią gościć.

I długo jeszcze Gösta prawił, aż zza firanek w żółtą kratę dało się tu i ówdzie słyszeć głośne chrapanie. Większość kawalerów jednak stękała i przeklinała Göstę i jego dziwactwa.

— Ludzie! — zawołał w końcu uroczyście. — Widzę zieloną ziemię pokrytą dziełami rąk ludzkich lub szczątkami tych dzieł. Piramidy przygniatają ziemię swym brzemieniem, wieża Babel rozdarła obłoki, piękne świątynie i szare zamki zostały z pyłu wzniesione. Czyż ostanie się cokolwiek z tego, co ręka ludzka stworzyła? O, ludzie, rzućcie precz kielnię i murarską zaprawę. Osłońcie głowy fartuchem i legnijcie, by marzyć o cudnych zamkach baśniowych! Na cóż duszy zamki z kamienia i cegły? Wznoście zamki wiecznotrwałe, utworzone ze snów i fantazji!

I śmiejąc się poszedł spać.

Niebawem dowiedziała się hrabina o uwolnieniu majorowej, wydała tedy zaraz wielki obiad ku czci kawalerów, a z Göstą Berlingiem zawarła przyjaźń długotrwałą.

11. Opowieść o duchach

O wy, dzieci naszych czasów! Nic wam nowego nie opowiem prócz starych i niemal zapomnianych baśni, które sędziwe babunie opowiadały zasłuchanym malcom, siedzącym na niskich stołeczkach w dziecinnym pokoju; oprócz podań, jakie opowiadali sobie szeptem w chatach dziewki i parobcy zebrani wokół trzaskającego ognia, gdy z ubrań ich parowała wilgoć, a ze skórzanych pochew, wiszących u szyi, dobywali noży, krajali i smarowali masłem grube skibki miękkiego chleba; oprócz historii starszych panów z salonów, gdy popijając grog i kołysząc się w fotelach wspominali dawne czasy.

Gdy dziecko nasłucha się tych baśni od piastunek, wyrobników czy starszych panów, to stojąc w zimowy wieczór przy oknie, widzi w przelatujących chmurach postaci kawalerów, pędzących w chwiejnych pojazdach po niebie, w gwiazdach — woskowe świece starego borgijskiego pałacu, zaś stukot kołowrotka w sąsiednim pokoju przypomina im przędzącą Ulrykę Dillner. Postaci minionych czasów przepełniają głowinę dziecka, nimi żyje, o nich marzy. Jeśli ktoś posłał takie dziecko, którego duszyczka pełna była bajek i legend, na ciemny strych po len albo suche placki, to biegło ono zawsze co sił po schodach i sieni, dążąc jak najprędzej do kuchni. Po ciemku jawiły mu się zawsze opowieści o złym dziedzicu Forsu, którym władał diabeł.

Popioły złego Sintrama dawno leżą na cmentarzu svartsjöńskim, a nikt nie wierzy, by dusza jego spoczywała w Panu, jak świadczy napis grobowy.

Kiedy żył, przybywała doń często w niedzielne, dżdżyste popołudnia ciężka, w czarne konie zaprzężona kareta, a elegancki, czarno ubrany jegomość zabawiał gospodarza — którego monotonne, długie godziny doprowadzały do rozpaczy — grą w karty i kości, nieraz aż do północy i dłużej. Kiedy odjeżdżał o świcie, zostawiał zawsze jakiś dar złowrogi.

Tak, dopóki Sintram żył na świecie, duchy zapowiadały jego przybycie. Dostrzegano jakieś niesamowite znaki: pojazd dudnił po podwórzu, trzaskało z bata, głosy słychać było na schodach, otwierała się brama domu i zatrzaskiwała z powrotem. Ludzi i psy budził ten hałas, ale nie jawił się nikt... Były to jeno ostrzeżenia i wróżby.

Straszni to ludzie, pozostający, jak Sintram, w szatańskiej mocy! Cóż to na przykład był za ogromny czarny pies pokazujący się we dworze za życia właściciela Forsu? Oczy mu błyszczały, a ogromny czerwony ozór zwisał z dyszącej paszczy. Pewnego dnia podczas obiadu zaskrobał do drzwi kuchennych, przerażając dziewczęta służebne, a największy i najmocniejszy z parobków porwał płonącą głownię i wepchnął mu w pysk. Zwierz uciekł z wyciem, buchał dymem i iskrami z paszczy, zostawiał na drodze lśniące ogniste ślady.

A czyż nie było to okropne, że ilekroć dziedzic Forsu wracał z podróży, zmieniony był zaprzęg? Wyjeżdżał końmi, lecz gdy wracał nocą, wóz zaprzężony był zawsze w czarne byki. Ludzie mieszkający przy drodze widzieli, gdy przejeżdżał, zarysy rogów odcinające się na ciemnym niebie, słyszeli ryk zwierząt i przerażały ich iskry, spod kopyt i kół pędzących po żwirze.

Toteż śpieszno było dzieciom uciec z ciemnego strychu. Cóż by się stało, gdyby na przykład któreś napotkało tam, w mrocznym kącie, tego, którego imienia nikt wymówić nie śmiał? Któż jest przed nim bezpieczny? Wszak ukazuje się nie tylko złym ludziom. Czyż nie ukazał się Ulryce Dillner? Ulryka Dillner i Anna Stjärnhök opowiadały, że widziały go na własne oczy.

Przyjaciele drodzy, którzy tańczycie i śmiejecie się, błagam was, czyńcie to ostrożniej i ciszej, gdyż do wielkich mogłoby dojść nieszczęść, gdybyście miast po podłodze stąpali po sercach ludzkich jedwabnymi trzewikami o cienkich podeszwach, a śmiechem swym wesołym, srebrzystym wpędzali w rozpacz duszę.

Serce Ulryki nadeptały snadź mocno cienkie trzewiczki, a śmiech tańczących zbyt swawolnie dźwięczał w jej uszach, że zapragnęła ślepo zostać mężatką. Gdy więc zły Sintram po raz nie wiedzieć który już oświadczył się o jej rękę, zgodziła się nagle na małżeństwo, poszła jako żona jego do Forsu i wzięła rozbrat z dawnymi przyjaciółkami z Bergi oraz z troską o chleb powszedni.

Małżeństwo zawarto na łeb na szyję. Na Boże Narodzenie oświadczył się Sintram, a w lutym było wesele.

Anna Stjärnhök, mieszkająca teraz w domu kapitana Uggli, zastąpić mogła starą pannę, tak że Ulryka ruszyła w dolę małżeńską bez wyrzutów sumienia.

Nie doznawała też wyrzutów, ale czuła żal wielki, albowiem w niesamowite dostała się miejsce. Wielkie, puste pokoje przerażały ją, co dzień o zmierzchu trzęsła się ze strachu i tęskniła straszliwie.

Najgorsze były niedzielne popołudnia ciągnące się w nieskończoność, podobnie jak pełne udręki myśli.

Pewnej niedzieli nie wrócił Sintram na obiad z kościoła, a Ulryka poszła do salonu na piętrze i usiadła przy fortepianie. Była to jej ostatnia pociecha. Fortepian, z wymalowanymi pośrodku wieka pasterzem grającym na flecie i pasterką, był spuścizną po rodzicach i powiernikiem w trosce wszelakiej.

Czy to nie smutne i zarazem zabawne? Czy wiecie, co Ulryka gra? Polkę! Pomyślcie jeno! W utrapieniu, choćby największym, grywała zawsze polkę.

Nie umiała bowiem nic innego, a polki tej nauczyła się, zanim jej palce zesztywniały od ujmowania garnków czy rękojeści noża kuchennego. Poza tą polką nie umiała nic a nic, żadnego marsza żałobnego, namiętnej sonaty czy choćby tęsknej pieśni ludowej.

Grywała ją też zawsze, mając coś zawierzyć staremu fortepianowi, czy to w radosnym, czy smutnym będąc nastroju. Grała ją na swym weselu, potem przybywszy do domu męża i teraz także.

Struny wiedziały, jak bardzo jest nieszczęśliwa!

Przejeżdżający drogą mogliby sądzić, że właściciel Forsu daje bal, tak wesoło brzmiała muzyka Ulryki. Niezmiernie pogodne i skoczne były to dźwięki. Utrzymywała też nimi beztroskę w Berdze, a wypłaszała głód. Wszyscy ulegali czarowi tańca, gdy grać zaczęła, osiemdziesięcioletni starcy biegli do sali, niepomni reumatyzmu i podagry. Polka brzmiała radośnie, ale Ulryka płakała. Żyła w otoczeniu mrukliwej, niechętnej służby i złych, kąsających zwierząt, bez życzliwego człowieka obok siebie; tęskniła do przyjaznych twarzy, do uśmiechniętych ust, tę rozpaczną tęsknotę wyrażała właśnie w polce.

Domownikom trudno przywyknąć, że jest żoną Sintrama, zwano ją stale panną Dillner. Wyrażała polką żal i skruchę z powodu swej próżności, która ją skusiła do pozyskania tytułu mężatki.

Stara Ulryka gra, jakby miały pęknąć struny. Polka ma zagłuszyć sporo rzeczy: skargi zubożałych chłopów, klątwy wyzyskiwanych robotników, urągowisko butnej służby, a zwłaszcza hańbiące piętno żony złego człowieka.

Tę polkę tańczył Gösta z młodą hrabiną Dohną, Marianna Sinclaire z licznymi wielbicielami swymi, a także ongiś majorowa z pięknym Altringerem. Grając widzi Ulryka te wszystkie nadobne pary złączone tanecznym oplotem, a wesele ich owiewa także i ją, toteż płoną jej policzki i błyszczą oczy. Teraz wszystko minęło. Niech dźwięczy polka, niechaj zagłuszy rozliczne słodkie wspomnienia.

Ulryka gra, by zagłuszyć strach, mało jej serce zestrachu nie pęknie, gdy widzi czarnego psa, gdy służba szepce o czarnych bykach. Więc wciąż na nowo gra polkę, by zagłuszyć strach.

Nagle zauważyła, że mąż wrócił do domu. Usłyszała, jak wszedł i usiadł w fotelu bujającym. Ulryka znała tak dobrze skrzypienie tego fotela, że nie potrzebowała się nawet oglądać.

Grała, a kołysanie towarzyszyło jej muzyce. Niebawem nie słyszała już tonów, jeno samo kołysanie.

Biedna, opuszczona wśród nieprzyjaciół Ulryka miała jeno rozklekotany fortepian za pocieszyciela, a on ją pocieszał — polką! Sprawiało to takie wrażenie, jak salwa szalonego śmiechu na pogrzebie lub pijacka piosenka w kościele.

Słuchając tego kołysania uczuła, że fortepian drwi teraz z jej skargi i urwała w pół taktu. Wstała i spojrzała na fotel bujający.

Tejże samej chwili padła zemdlona. W fotelu siedział nie jej mąż, ale kto inny, ten, którego imienia nie wymawiają dzieci, a przeraziłyby się okropnie, spotkawszy go na pustym strychu.

Czy może ujść mocy czaru ten, komu duszę przepoiły baśnie... Wiatr nocny smaga fikusy i oleandry na balkonie, niebo zwisa czarne ponad długimi pasmami gór, siedzę pisząc przy spuszczonych storach, a choć jestem stara i niby to mądra, jednak czuję dreszcz lekki jak ongiś, kiedy po raz pierwszy słyszałam tę historię. Raz po raz spozieram po kątach, czy gdzie nie czyha ktoś schowany, i wychodzę na balkon zobaczyć, czy nie zaziera przez kratę czarna głowa. Strach ten nie opuszcza mnie, strach zbudzony przez stare opowieści, gdy noc ciemna, a samotność dotkliwa, opanowuje mnie w końcu tak dalece, że rzucam pióro, chowam się do łóżka i naciągam kołdrę na oczy.

Jako dziecko nie mogłam pojąć, jak Ulryka Dillner przeżyła owo popołudnie. Ja bym tego nie przetrzymała.

Na szczęście niedługo potem przybyła w odwiedziny Anna Stjärnhök, znalazła ją na podłodze i przywróciła do przytomności. Ze mną nie byłoby tak łatwo poszło, zmarłabym na pewno.

Niechże wam los oszczędzi, przyjaciele, tego bólu, byście widzieli łzy w oczach starca, głowę jego szukającą utulenia na piersi waszej i ręce wyciągnięte błagalnie w chwili, gdy nic poradzić nie możecie.

Czymże są skargi młodych? Młodzi mają siły i nadzieję! Ale jakże boli skarga bezsilna tych, którzy byli ongiś podporą naszych lat dziecinnych.

Anna Stjärnhök słuchała wyrzekań Ulryki i nie wiedziała, jak jej pomóc. Starowina płakała, oczy jej błyszczały dziko; nie przestawała mówić, lecz słowa były chwilami pozbawione związku, zdawało się, że straciła świadomość, gdzie się znajduje.

Drżącą twarz przecinały zmarszczki dwa razy głębsze niż zazwyczaj, przyprawiane loki porozwijały się od łez, a całą chudą postacią wstrząsało łkanie.

Na koniec położyła Anna kres rozpaczy postanowiwszy zabrać Ulrykę do Bergi. Była żoną Sintrama, ale nie powinna zostać dłużej w Forsie, gdyż przy tym złym człowieku mogłaby zmysły postradać.

Starowinę ta decyzja i rozradowała, i przeraziła jednocześnie; nie miała odwagi uciekać z domu męża. Obawiała się, że wyśle za nią dużego, czarnego psa.

Anna rozwiała jej obawy i zastrzeżenia żartami i pogróżkami, a po upływie pół godziny starowina siedziała już w sankach. Anna powoziła sama, przynaglając raz po raz starą Disę. Drogi rozmiękły, gdyż był to koniec marca, i zła była sama, ale Ulryka czuła wielką ulgę siedząc w znanych sankach i mając przed sobą starą, znajomą kobyłę, która tyle niemal co ona lat strawiła na służbie w Berdze.

Stara ta niewolnica pracy odznaczała się w gruncie rzeczy dobrym humorem i wrodzoną pogodą ducha, toteż pod Arvidstorp już przestała płakać, pod Högbergiem śmiała się, a gdy przejeżdżały przez Munkeby, utonąwszy we wspomnieniach, opowiadała swej towarzyszce różności z czasu pobytu u hrabiny w Svaneholmie.

Znalazły się teraz na terenie skalistym i bezludnym, na północ od Munkeby. Droga wiła się, pięła po skalistych wzniesieniach, potem spadała niemal pionowo w dolinę i znowu szukała zbocza, po którym mogłaby się dostać na górę.

Miały właśnie wyjechać na wzgórze westratorpskie, gdy nagle stara Ulryka zamilkła i chwytając ramię Anny wskazała oczyma wielkiego psa siedzącego na skraju drogi.

— Patrz! — zawołała.

Ale pies uciekł w las, zanim go Anna dobrze zobaczyła.

— Spiesz! Spiesz, ile tylko możesz! — powiedziała Ulryka. — Teraz Sintram dowie się, że ja tutaj jestem.

Anna chciała wyśmiać jej obawy, ale starowina zaręczyła:

— Niedługo posłyszymy dzwonki jego sań, zanim jeszcze wyjedziemy na najbliższe wzgórze.

Właśnie w chwili, kiedy stara Disa sapała ze zmęczenia osiągnąwszy szczyt elofskiego pagórka, zabrzmiały w dole dzwonki sań.

Ulryka straciła całkiem równowagę. Drżała, łkała i żaliła się, zupełnie jak przedtem w Forsie. Anna chciała ponaglić do pośpiechu Disę, ale szkapa obróciła głowę jakby niewymownie zdziwiona. Czy ta panienka sądziła, że ona nie wie, w którym miejscu trzeba biec, a gdzie iść stępa? Nie potrzebowała, by ją ktoś uczył ciągnąć sanki po dwudziestoletniej praktyce i znajomości całej okolicy.

Dzwonienie zbliżało się.

— To on... znam jego sanki — jęczała Ulryka.

Dzwonienie to rosło tak nagle i nienaturalnie, jakby gniady koń Sintrama dotykał już głową ich sani, to znowu słabło zupełnie. Dolatywało z lewej i prawej strony drogi, ale kobiety nikogo nie widziały, jakby je ścigał sam jeno ten dźwięk.

Kiedy się wraca nocą po zabawie, dzwonki śpiewają, nucą i opowiadają, a las brzmi echem. Tak było i teraz.

Anna pragnęła już ukazania się prześladowcy z koniem, gdyż samo dzwonienie było wprost nieznośne. Nie bała się, ale dokuczało jej to dzwonienie bez końca.

— Te dzwonki dręczą mnie! — powiedziała, a dzwonki odjęły zaraz ostatnie wyrazy. „Dręczą mnie, dręczą mnie” — powtarzały na przeróżne tony.

Anna jechała tędy niedawno, ścigana przez wilki, ale nie bała się, chociaż widziała błyskające kły i sądziła, że zostanie rozszarpana. Nie przeżyła jednak piękniejszej nocy. Piękny i silny był koń u sanek, piękny i silny towarzysz przygody.

Ach... a teraz? Stara szkapa i drżąca starowina! Czuła się tak bezsilna, że najchętniej zaczęłaby płakać. Nie może uciec przed tym okropnym, denerwującym dzwonieniem. Zatrzymuje konia i wysiada z sanek chcąc sprawę zakończyć! Nie ma potrzeby uciekać, przecież nie boi się tego nikczemnika!

Na koniec dojrzała w gęstniejącym mroku głowę konia, potem całego konia, sanki i samego Sintrama. Ale nie wyglądało to, jakby sanie nadjechały drogą, jeno jakby to wszystko, koń, sanki i dziedzic, powstawało w tej chwili na miejscu i ukazywało się jej oczom w kolejności, w jakiej wynurzało się, gotowe, ze zmroku.

Anna rzuciła lejce Ulryce i podeszła do Sintrama, który zatrzymał konia.

— A... cóż za szczęśliwe zdarzenie! — powiedział. — Droga panno Stjärnhök, niechże pani pozwoli, że wsadzę pani do sanek mego towarzysza podróży. Chce on dziś jeszcze być w Berdzie, mnie zaś śpieszno do domu.

— Gdzież ten towarzysz? — spytała.

Sintram odpiął fartuch i pokazał Annie człowieka, który spał leżąc na dnie sań.

— Jest on trochę pijany, ale cóż to szkodzi? Śpi sobie i basta. Zresztą, dobry to znajomy pani, panno Stjärnhök... Gösta Berling.

Anna zadrżała.

— Tak, tak, powiem tylko tyle — rzekł Sintram — że kto opuszcza osobę kochaną, oddaje ją diabłu w posiadanie. Tak i ja dostałem się w jego szpony. Oczywiście, każdy sądzi, że czyni dobrze. Rezygnować, to dobrze, kochać, to źle!

— Cóż to wszystko znaczy? — spytała wstrząśnięta do głębi.

— Nie powinna pani była odtrącać Gösty...

— Tak chciał Bóg.

— Aha! Właśnie! Rezygnacja to dobra rzecz, a kochanie — zła... Poczciwy Bóg nie chce widzieć ludzi szczęśliwych. Posyła za nimi wilki. Ale przypuśćmy, że to nie Bóg je posłał, panno Anno. Czyż nie mogłem równie dobrze ja sam posłać swe szare owieczki za młodą parą? Może posłałem wilki nie chcąc tracić człowieka, który jest moją własnością? Przypuśćmyż tedy, że nie Bóg posłał wilki.

— Nie kuś mnie pan, bym zwątpiła — rzekła Anna cicho — jeśli zwątpię, jestem stracona.

— Przypatrz się pani! — powiedział pochylony nad śpiącym Göstą. — Spojrzyj jeno na jego palec serdeczny. Ta rana nigdy się nie zagoi. Wzięliśmy z tego palca krew dla spisania umowy. Jest mój. W krwi mieści się siła wielka. Jest mój. Miłość go jeno może zbawić. Jeśli u mnie zostanie, zajdzie daleko!

Anna walczyła z omamem, który ją ogarnął. Wiedziała, że to szaleństwo, że nie można duszy zapisywać szatanowi, ale nie miała władzy nad swymi myślami. Zatopiona w mroku i milczeniu lasu, nie mogła strzasnąć z siebie przerażenia.

— Czy panna Anna sądzi, że on już nic niewart? Tak nie jest! Nie dręczył chłopów, nie oszukiwał biednych przyjaciół, nie grał fałszywie i nie był kochankiem mężatki.

— Pan sam jesteś diabłem! — zawołała.

— Pomieniajmy się, panno Anno! Weź pani Göstę i wyjdź za niego, a właścicielom Bergi daj trochę pieniędzy. Odstąpię go pani, gdyż jest mój. Niech pani sobie wyobrazi, że nie Bóg wysłał owej nocy wilki i przystanie na zamianę.

— Cóż pan chcesz za niego?

Sintram skrzywił się.

— Ach... bagatelkę... poprzestanę na drobnostce! Chcę dostać tylko tę, która tam siedzi w saniach.

— Szatanie! Kusicielu! — zawołała. — Precz ode mnie! Czyż mam opuszczać przyjaciółkę, która mi zaufała! Mamże ci ją oddać, byś ją przyprawił o szaleństwo?

— Spokojnie! Spokojnie! Panno Anno, proszę się zastanowić. Oto jest do wyboru piękny, młody mężczyzna i stara, słaba kobieta. Jedno z dwojga dostać muszę! Kogóż mi tedy pani zostawi, panno Anno?

Anna zaśmiała się rozpacznie.

— Czy pan Sintram sądzi, że handluje się tu duszami niby końmi na jarmarku w Borby?

— Tak, akuratnie tak! Ale jeśli panna Anna woli, możemy sprawę inaczej załatwić biorąc pod rozwagę także i honor rodu Stjärnhöków.

Powiedziawszy to zaczął głośno wołać swoją żonę siedzącą w sankach, a stara, ku wielkiemu przerażeniu Anny, wyszła z sań i zbliżyła się doń drżąc i trzęsąc się.

— Ho... ho! Cóż za posłuszna żonka! — powiedział Sintram. — Panna Anna nie ma tego za złe, jeśli żona przychodzi na zawołanie męża. Teraz dobędę Göstę z mych sanek i zostawię go pani... na zawsze!... na zawsze... Kto chce, niech go sobie bierze!

Pochylił się po Göstę, ale Anna zbliżyła się tak, że niemal dotknęła go twarzą, wpiła weń przeszywające spojrzenie i syknęła jak dzikie zwierzę.

— Jedź w imię boże do domu! Czy wiesz, kto tam czeka na ciebie w bujającym fotelu, przy stole? Czyż ośmielisz się kazać mu czekać długo?

Ku ogromnemu przerażeniu Anny słowa te uczyniły wielkie wrażenie na Sintramie. Szarpnął lejce, obrócił sanki i odjechał galopem, okładając konia batem i ponaglając go dzikimi przekleństwami do biegu. Przepaścistym zboczem gnał Sintram na złamanie karku, a spod płóz sani i podków konia leciały skry mimo cienkiej warstwy marcowego śniegu.

Zostawszy we dwie, nie przemówiły słowa. Ulryka drżała, przerażona dzikim spojrzeniem Anny, Anna nie miała co mówić do biednej starowiny, dla której poświęciła ukochanego.

Rada by była płakać, szaleć, tarzać się po drodze i sypać na głowę piasek i śnieg. Dotąd doznawała podniosłej świadomości wyrzeczenia, teraz atoli czuła jeno gorycz. Cóż znaczyło poświęcać miłość swoją w porównaniu z tą ofiarą — wydaniem duszy ukochanego na zatracenie?

W milczeniu dotarły do Bergi. Gdy jednak otwarły drzwi do salonu, Anna Stjärnhök zemdlała po raz pierwszy i ostatni w życiu. Przy stole siedział Sintram z Göstą i rozprawiali najspokojniej w świecie. Gęste kłęby dymu napełniały pokój; musieli tu spędzić już co najmniej godzinę.

Anna zemdlała, ale Ulryka zachowała spokój. Zmiarkowała ona jeszcze na gościńcu, że ten, który ich ścigał, to nie był prawdziwy Sintram.

Kapitan i jego żona uradzili owego wieczora, że Ulryka zostanie czas dłuższy u swych starych przyjaciół w Berdze. Gdy o planie tym poinformowali Sintrama, zgodził się jak najchętniej.

Oświadczył, że wcale nie zamierza doprowadzać swej żony do pomieszania zmysłów.

O, wy dzieci czasów dzisiejszych! Nie domagam się, by ktoś wierzył tym starym opowieściom, które mogą być tylko zmyśleniem i złudą. Ale kiedyż stanie się złudą i omanem skrucha poruszająca serce, skrucha jęcząca jak podłoga pod biegunami fotela w domu Sintrama oraz powątpiewanie, co brzęczy jak dzwonki sań w uszach Anny Stjärnhök?...

O, gdyby tak stać się mogło!