Gwiazdy
Kiedy już minęło osiem miesięcy od czasu, jak Klara Gulla wyjechała ze Skrołyki, przyszła pewnego dnia do stodoły, gdzie Jan młócił zboże, „szalona Ingeborga”.
Była ona siostrą Jana, ale widywał ją rzadko, albowiem Ingeborga strasznie się bała Katarzyny. I teraz niezawodnie przyszła doń tutaj do stodoły, gdzie był zajęty, by się nie spotkać z żoną Jana.
Jan nie ucieszył się wcale, ujrzawszy ją. Nie była ona w całym znaczeniu słowa szalona, ale nie miała też klepek w porządku, a nade wszystko gadatliwość jej przekraczała wszelkie granice. Dlatego też wywijał Jan dalej cepem i udawał, że jej nie dostrzega.
— Przestańże raz młócić! — powiedziała. — Chcę ci opowiedzieć, co mi się dziś o tobie śniło.
— Opowiesz mi na drugi raz, Ingeborgo! — odparł. — Gdy tylko Lars Gunnarson posłyszy, że nie młócę, zaraz przyjdzie tu spytać się, co się stało.
— Opowiem prędko! Bardzo prędko! — powiedziała szalona Ingeborga. — Wiesz przecież, że byłam najmądrzejszą ze wszystkich sióstr. Inne pod każdym względem nie zdadzą się na nic i naprawdę nie można się nimi chlubić!
— Miałaś mi opowiedzieć sen! — przypomniał Jan.
— Zaraz! zaraz! Nie bój się... nie zapomniałam! Srogi to pan, ten nowy pan na Falli. Ale nie bój się wcale! Z mego powodu nie dostaniesz połajanki. Nic trudne nie jest, gdy się ma do czynienia z osobą rozsądną, jaką ja jestem!
Jan byłby się chętnie dowiedział, co jej się o nim śniło. Mimo że uważał swe nadzieje za rzecz pewną, rozglądał się na wszystkie strony za ich potwierdzeniem. Ale szalona Ingeborga wkroczyła już na ścieżkę swych myśli i niepodobieństwem było zawrócić ją stamtąd.
Przysunęła się blisko do Jana, chwiała się górną częścią ciała za każdym zdaniem, mrużyła oczy, potrząsała głową i gadała bez upamiętania50. Słowa płynęły z jej ust niby woda siklawy51 po skałach.
— Nie bój się Janie! Nie bój się niczego! Czyżbym tu przychodziła i ważyła się rozmawiać z kimś, kto ma młócić na folwarku we Falli, gdybym nie wiedziała, że gospodarz poszedł do lasu, a gospodyni do miasta z masłem na sprzedaż. „Miejcie go zawsze na oczach”... tak jest napisane w katechizmie i to jest moim hasłem. Nie przychodzę nigdy, gdy mnie mogą zobaczyć!
— Odstąpże, Ingeborgo! — zawołał Jan. — Może cię bijak cepów trafić w głowę!
— To nic! Czy pamiętasz, jakeście mnie bili nieraz w domu? A i teraz bije mnie kto chce! Ale jeśli idzie o religię, to nie ma takiej jak ja, która by umiała dać odpowiedź na każde pytanie! Z Ingeborgą nikt się mierzyć nie może! Tak powiada zawsze proboszcz. Ona wie, co gada! O, jestem za pan brat z panienkami z Löwdali. Mówię im często cały katechizm, z wszystkimi pytaniami i odpowiedziami od początku do końca. Ha... ha — mam, jak widzisz, doskonałą pamięć. Umiem też na pamięć całą Biblię, śpiewnik i wszystkie kazania proboszcza. Czy chcesz, bym ci coś powiedziała, albo może wolisz któryś z hymnów?
Jan nie odpowiedział i zaczął na nowo młócić.
Ale to jej nie odstraszyło wcale. Usiadła na snopku słomy, prześpiewała z dziesięć wierszy hymnu, a potem wyklepała kilka rozdziałów Biblii. Na koniec wstała, odeszła i nie było jej przez długą chwilę. Nagle zjawiła się znowu u drzwi stodoły.
— Cicho... sza! — zawołała. — Teraz powiem tylko to co konieczne! Cicho...!
Podniosła wskazujący palec, przestała się ruszać i wpatrzyła się przed siebie szeroko rozwartymi oczyma.
— Precz z innymi myślami! Precz! — zawołała. — Nie zbaczajmy od rzeczy! Przestańże raz młócić!
Uparła się i musiał usłuchać.
— Przyszedłeś dziś w nocy do mnie, a ja spytałam: — Czy to ty Janie z Askadalamy? — Nie — odpowiedziałeś. — Zwę się teraz: Jan z kraju Tęsknoty! — Tedy witam cię — powiedziałam — jako ziomka, bo tam właśnie pędzę całe swe życie!
Rzekłszy to, wyszła szalona Ingeborga ze stodoły, a Jan zadumał się nad jej słowami. Nie wszczął na nowo pracy, ale stał i rozmyślał, co mogą znaczyć.
Za moment ujrzał znowu Ingeborgę przed sobą.
— Już wiem, po com jeszcze przyszła! — powiedziała. — Chcę ci pokazać moje gwiazdy!
Miała zawieszony na ramieniu, niewielki koszyczek, omotany chustką. Rozwiązując z trudem węzły, gadała dalej nieustannie.
— Są to gwiazdy prawdziwe! — zapewniała Jana. — Człowiek mieszkający w kraju Tęsknoty nie zadowala się rzeczami ziemskimi, ale musi ciągle szukać gwiazd. Nie może uczynić inaczej. I ty musisz teraz ruszyć na wędrówkę za gwiazdami!
— Nie... nie, Ingeborgo — odrzekł Jan — wolę trzymać się rzeczy tej ziemi!
— Cicho... sza! — zawołała. — Czy sądzisz, że jestem szalona i chcę sięgnąć gwiazd, które świecą na niebie? Nie, ja szukam tych tylko, co spadły. Jestem przecież osobą rozsądną!
Otwarła koszyk, a Jan zobaczył, że pełno w nim było gwiazd najrozmaitszych, które zapewne wyżebrała sobie po różnych dworkach chłopskich i pańskich dworzyszczach. Były to gwiazdy cynowe, blaszane, papierowe i szklane, większość zaś stanowiła ordery i ozdoby używane na drzewko Bożego Narodzenia.
— To wszystko prawdziwe gwiazdy! — zapewniała Ingeborga. — Spadły z nieba. Tobie jednemu pokazuję je, a nawet dam ci kilka, jeśli potrzebujesz, zanim znajdziesz sam... Co? Chcesz?
— Dziękuję ci, Ingeborgo! — odrzekł Jan. — Jeśli nadejdzie czas, kiedy będę potrzebował gwiazd, a może to nastąpić już bardzo niedługo, to nie ciebie prosił o nie będę... nie ciebie!
Poszła sobie, tym razem naprawdę, ale minęło sporo czasu, zanim Jan rozpoczął na nowo młockę.
„Tak... tak... — myślał — i to jest także znak. Naturalnie, ta biedaczka Ingeborga nic nie wie o Klarze Gulli i o jej czynach, ale wyczuwa niewątpliwie, że ma nastąpić coś niezwykłego. Widzi ona i słyszy to, o czym tak zwani ludzie rozsądni nie mają wyobrażenia”.