Hymn cesarski

Na porosłym drzewami wzgórzu, powyż57 Loby, istnieje jeszcze dotąd część drogi jezdnej, którą dawniej snuły się szeregi wozów, teraz jednak została opuszczona, ponieważ wznosi się na wszystkie grzbiety i stacza w każdą dolinę, miast58 biegnąć zboczem gór. Część zachowana dotąd jest tak stroma, że nie ma mowy o przejechaniu tamtędy, a używają jej tylko piechurzy i to chętnie, albowiem stanowi dogodną linię orientacyjną w wędrówce poprzez lasy.

Dotąd zachowała ona szerokość gościńca i pokład drobnego żwiru, a nawet piękniejsza się stała, bo nie ma na niej głębokich kolei kół, błota, ni kurzu.

Rosną na jej brzegach kępy kwiatów, żółtych mleczów, ostróżek i błękitnych gencjan. Tylko rowy znikły całkiem, bo usadowiły się w nich świerki, stając gęstym rzędem po bu stronach. Świerki owe równej wysokości, młode, zielone, okryte od wierzchołka do samej ziemi gęsto gałęźmi, stanęły szpalerem, tworząc jakby aleję wiodącą do pałacu jakiegoś wielmoży, a pośród nich brzęczą latem owady chórem tak rozgłośnym, że przypominają trzmiele, polatujące nad łąkami czy derkacze odzywające się o wieczorze znad trzęsawisk nizinnych.

Jan wracał tą właśnie drogą z kościoła do domu po owym nabożeństwie, na którym się pokazał po raz pierwszy przybrany w swe dostojne, cesarskie insygnia.

Słońce przygrzewało ciepło, toteż muzyka pośród choin brzmiała dnia tego głośniej jeszcze niż zawsze. Zwróciło to uwagę Jana i zdziwił się bardzo. Nie słyszał dotąd, by drzewa śpiewały w taki sposób i postanowił sobie dociec, dlaczego się to dzisiaj właśnie stało.

Nie śpieszył się nigdzie, przeto usiadł pod zieloną ścianą na żwirze, położył koło siebie laskę, zdjął czapkę, otarł pot z czoła, wyciągnął się na grzbiecie, złożył ręce i słuchał.

Niebo było czyste, bez chmur, nie wiał najlżejszy nawet wiatr, który by mógł wprawić w ruch gałęzie i wywołać owo granie. Nie było wątpliwości, że świerki te grają same przez się, radując się, iż są młode, świeże, zielone, że im nikt nie broni rosnąć tu wzdłuż starej, opuszczonej drogi i że tyle jeszcze lat minie, zanim ludziom przyjdzie do głowy ściąć je siekierą.

Wszystko to nie objaśniało jednak jeszcze, dlaczego właśnie dzisiaj drzewa wygrywają tak głośno.

Za wszystkie owe dary nieba dziękować mogły także każdego innego, pogodnego dnia. Nie wiadomo, czemu dzisiaj przyszło im do głowy dać koncert.

Jan słuchał w skupieniu.

Piękne to były dźwięki, mimo, że ciągle wracały te same, nie było też wcale pauz, ni żadnego taktu, czy melodii.

Nic dziwnego, że drzewa czuły się szczęśliwe, czemu jednak nie umiały lepiej grać? Zaiste rzecz to była dziwna wielce. Jan spoglądał na piękne gałązki nastroszone zielonym igliwiem. Wdychał żywiczną ich woń pełniącą59 powietrze. Nie ma zaprawdę rośliny na łące, ni kwiatu, który by milszy dlań wydawał zapach. Oglądał uważnie małe, miękkie jeszcze szyszki o łuskach misternie ułożonych, jakby chroniły nasienie.

Drzewa, tak znające się na wszystkim, co trzeba, winny były przecież znać się nierównie lepiej na muzyce i grać tak, by człowiek wiedział, co to znaczy i jaki ma sens.

Ale ciągle brzmiały te same tony i Janowi zachciało się spać.

— Może by dobrze było zdrzemnąć się trochę? — mruknął do siebie.

Ale ledwo przyłożył ucho do ziemi i zamknął oczy, wydało mu się, że coś słyszy innego. Nagle w muzyce tej znalazł się tekst i melodia.

Aha, pomyślał, wszystko tamto było jeno przygrywką, jak się ma rzecz z organami w kościele, zanim popłynie pieśń. I zaraz wydało mu się, że słyszy słowa, słowa zupełnie zrozumiałe.

Tak, tak, objawiło się wyraźnie to, o czym od pierwszej chwili wiedział dobrze, ale nawet w myśli nie chciał przyznać. Oto drzewa wiedziały o wszystkim, co zaszło... tak, nawet one wiedziały! I dla niego to, na jego cześć zaczęły tak głośno grać, gdy się tylko ukazał.

Dla niego grały, nie ulegało wątpliwości. Sądząc, że śpi, śpiewać nawet zaczęły, nie chciały bowiem, by słyszał, jak go wielbią.

Co za pieśń! Co za wspaniała pieśń! Leżał z zamkniętymi oczyma, ale słyszał, tym lepiej nawet słyszał wszystko! Nie stracił najcichszego tonu...

Po skończeniu pierwszej zwrotki, nastąpiła przegrywka i to było najlepsze.

Co za muzyka! Teraz grały już nie tylko młode choinki nad drogą, ale cały las wziął udział w koncercie. Brzmiały organy, bębny, trąby, kosy naśladowały flet, a kawki gwizdały na fujarkach. Do tego przyłączył się plusk strumieni, śpiew rusałek, pobrzęk błękitnych, gencjanowych dzwonków i łopotliwy głos szpaków. Wszystko grało razem.

Nigdy jeszcze nie słyszał Jan tak wspaniałej muzyki, bo też nigdy nie przysłuchiwał się graniu z taką uwagą. Wnikała mu w uszy i jakby osiadała tam tak, że nie mógł już zapomnieć.

Gdy pieśń się skończyła i las umilkł, zbudził się Jan z marzeń swoich. I zaraz bez namysłu odśpiewał od początku do końca ową pieśń, ów cesarski hymn lasu, aby nie uleciał z jego pamięci.

Ojciec wielkiej monarchini

Honory królestwa czyni.

Tu miała powtarzać się przy każdej zwrotce przegrywka, której dobrze nie spamiętał, ale śpiewał ją odważnie tak, jak mu została w uszach.

Pisało o tym w gazecie60...

Wiecie chyba wszyscy przecie!

Austria, Metz, Japonia społem

Portugalii biją czołem,

A więc niech muzyka gra!

Ratata! Ratata!

Bum! Bum! Bum!

Ze złota korona jego,

Rycerze go zbrojni strzegą!

Pisało o tym w gazecie...

Wiecie chyba wszyscy przecie!

Austria, Metz, Japonia społem

Portugalii biją czołem,

A więc niech muzyka gra!

Ratata! Ratata!

Bum! Bum! Bum!

Już nie jada lichej strawy,

Stoły gną się od zastawy,

Pisało o tym w gazecie...

Wiecie chyba wszyscy przecie!

Austria, Metz, Japonia społem

Portugalii biją czołem,

A więc niech muzyka gra!

Ratata! Ratata!

Bum! Bum! Bum!

Gdzie się zwróci, dookoła

Damy uginają czoła,

Pisało o tym w gazecie...

Wiecie chyba wszyscy przecie!

Austria, Metz, Japonia społem

Portugalii biją czołem.

A więc niech muzyka gra!

Ratata! Ratata!

Bum! Bum! Bum!

Nawet w lesie, gdy tnie śpika

Cesarz, zaraz gra muzyka!

Pisało o tym w gazecie...

Wiecie chyba wszyscy przecie!

Austria, Metz, Japonia społem

Portugalii biją czołem,

A więc niech muzyka gra!

Ratata! Ratata!

Bum! Bum! Bum!

Właśnie owo „ratata! ratata!” brzmiało najpiękniej z wszystkiego. Uderzał laską w takt po żwirze i naśladował głos trąbki, usiłując dąć w nią najgłośniej.

Śpiewał i śpiewał, aż się echami roztętnił cały las. Pieśń była niezrównana! Zaczynał ciągle od początku, nie mogąc się nią nasycić.

Powstała w sposób niezwykły i była doskonała, najdoskonalsza z pieśni świata. Dowodem na to dostatecznym chyba dla każdego, mógł być ten bodaj sam fakt, że pierwszy raz w życiu nie śpiewał jej fałszywie i mógł zachować takt właściwy.