Początek złudy

Przez pierwszych kilka tygodni po bytności posła nie był Jan zdolny do żadnej roboty. Leżał ciągle na łóżku i gryzł się.

Każdego ranka wstawał, co prawda, ubierał się i chciał iść do Falli. Ale doszedłszy do drzwi, uczuwał takie znużenie i bezsilność, że nie pozostawało nic innego, jak położyć się z powrotem na łóżku.

Katarzyna wysilała się na cierpliwość, bo wiedziała, że tęsknota, podobnie jak każda inna choroba, wymaga czasu, by się przełamać i zniknąć. Dziwiła się tylko, czemu w danym wypadku tęsknota Jana za córką trwa tak długo i zachodziła w głowę, obliczając, kiedy minąć może. Może do samych świąt Bożego Narodzenia albo przez całą zimę nawet!

I byłoby się niezawodnie tak stało, gdyby nie to, że pewnego dnia przyszedł stary sieciarz Ola z zapytaniem, co słychać i został zaproszony na kawę.

Był zazwyczaj małomówny, jak wszyscy, których myśli bujają daleko i dlatego nie dostrzegają, co się wokoło nich dzieje. Kiedy jednak kawa została podaną i Ola część jej zlał na spodek, by przestygła, uznał za swój obowiązek powiedzieć coś.

— Zdaje mi się, że właśnie dziś powinien nadejść list od Klary! Mam takie przeczucie.

— Dopiero przed dwoma tygodniami, pisząc do posła Karlsona, zamieściła dla nas pozdrowienie! — zauważyła Katarzyna.

Starzec podmuchał na kawę z wielką uwagą, potem zaś czując, że milczy za długo, postanowił rzec parę słów.

— Mogło ją spotkać coś pomyślnego, o czym zechce donieść! — powiedział.

— Cóż by ją mogło takiego spotkać? — zdziwiła się Katarzyna. — Temu kto zapracowuje się w służbie dni mijają bez żadnej uciechy.

Ola odgryzł kawałeczek cukru, a potem wielkimi, powolnymi haustami wypił kawę ze spodka. Gdy skończył, zapadła w izbie ponownie długa, wprost przykra i niesamowita cisza.

— Mogła kogoś przypadkiem spotkać na ulicy! — powiedział nagle starzec i wpatrzył się przygasłymi oczyma w podłogę. Trudno było przypuścić, że zdaje sobie sprawę z tego, co mówił.

Katarzyna nie uznała tej uwagi za godną odpowiedzi i w milczeniu nalała mu drugą filiżankę kawy.

— Wszakże możemy przypuścić — ozwał się znowu Ola — iż owa pani, którą Klara Gulla spotkała na ulicy, była w podeszłym wieku, słaba na nogi i że potknęła się właśnie w tej chwili, kiedy ją mijała Klara Gulla.

Starzec mówił bezprzytomnie, coraz bardziej nieprzytomnie.

— Nie byłoby to wcale tak ważne, by aż pisać o tym! — odrzekła Katarzyna z niechęcią, bo zaczynał ją gniewać upór starego Oli, z którym wracał do jednego tematu.

— Przypuśćmy jednak — podjął znowu — że Klara Gulla podtrzymała ową damę, albo ją podniosła i że staruszka tak była uradowana, iż otworzyła pulares i dała Klarze od razu banknot dziesięciokoronowy? Czyż nie była to rzecz przyjemna, o czym warto pisać?

— Zapewne! — odrzekła Katarzyna. — Ale to nieprawda. Siedzicie tylko i coś się wam marzy.

— Jak długo jeszcze można siedzieć i wyprawiać sobie uczty z myśli, tak długo wszystko dobrze! — powiedział starzec, chcąc się usprawiedliwić. — Potrawy takie smaczniejsze są od rzeczywistych!

— Macie doświadczenie w jednym i drugim! — odparła Katarzyna.

W chwilę potem pożegnał się stary Ola i poszedł do domu, a Katarzyna przestała myśleć o tym, co mówił.

Jan również uważał zrazu wszystko za pustą gadaninę. Ale leżąc bezczynnie na łóżku, zaczął rozmyślać i zadał sobie pytanie, czy przypadkiem nie tkwi w tych słowach jakiś sens głębszy.

Ola mówił o liście w sposób niezwykły i tajemniczy. Zresztą czyż mógł zmyślić sobie tę całą długą historię po to tylko, by coś mówić przy kawie? A może coś wie? A może dostał naprawdę list od Klary Gulli?

Może spotkało ją tak wielkie szczęście, że nie ma odwagi pisać o tym rodzicom, nie przysposobiwszy ich przedtem? Musiała donieść o wszystkim staremu sieciarzowi i prosić go, by pomału nastroił odpowiednio rodziców. To właśnie uczynić zamierzał dzisiaj, ale oni go nie zrozumieli.

„Przyjdzie jutro — pomyślał Jan — a wówczas dowiemy się całej prawdy”.

Ale Ola nie zjawił się ani nazajutrz, ani trzeciego dnia. Jan nie mógł poskromić ciekawości i tęsknoty, wstał tedy i udał się do chaty starego sieciarza, by zbadać, czy słowa jego miały jakieś znaczenie ukryte.

Ola siedział sam w szałasie i naprawiał starą sieć rybacką, którą mu dano do załatania. Ucieszył się, ujrzawszy Jana, i powiedział, że dręczyła go w ostatnich dniach podagra, przeto nie mógł przyjść.

Jan nie chciał pytać wprost, czy otrzymał list od Klary Gulli. Mniemał, że prędzej cel swój osiągnie, postępując tą samą co Ola metodą.

— Rozmyślałem — zaczął — nad tym, coście mówili o Klarze Gulli za ostatniej bytności swej u nas.

Starzec oderwał oczy od roboty i spojrzał na Jana, ale przez dobrą chwilę nie mógł zrozumieć, co ma na myśli.

— Aa... — odrzekł — to był tylko taki sobie koncept mój!

Jan przysunął się doń blisko i powiedział z naciskiem:

— Brzmiało to jednak pięknie i myślę, że byłbyście powiedział48 jeszcze więcej, gdyby nie niedowiarstwo Katarzyny?

— O, tak — rzekł Ola — tutaj w Askadalarnie można sobie czasem pozwolić na takie marzenia!

Jan stał się śmiały i pomysłowy.

— Myślę, że stara dama nie poprzestała na tym, że dała Klarze Gulli banknot dziesięciomarkowy, ale ją do siebie zaprosiła... prawda?

— Może to i być! — mruknął starzec.

— A może też owa dama jest bardzo bogata i posiada wielki, murowany dom? — zaproponował Jan.

— Wiecie co, Janie — zawołał Ola — to wcale dobry pomysł!

— Może owa dama zapłaciła dług Klary Gulli? — zaczął Jan ponownie, ale urwał, bo właśnie weszła do izby synowa starego Oli, a nie chciał jej przypuszczać do tajemnicy.

— Tak? — — powiedziała przybyła. — Już wstajecie, Janie? Możecie już chodzić? Bardzo się cieszę, żeście ozdrowiał!

— Zawdzięczam to poczciwemu Oli! — powiedział Jan tajemniczo. — On to mnie postawił na nogi!

Pożegnał się i poszedł, a stary sieciarz patrzył za nim długo.

— Lizo — powiedział po chwili — nie wiem, co myślał Jan, mówiąc, żem go uzdrowił? Nie przypuszcza chyba, żem to naprawdę...