Śmierć Katarzyny
Gdy Klara Gulla weszła do małego dworku w Skrołyce, Katarzyna leżała na łóżku z zamkniętymi oczyma, śmiertelnie blada.
Otwarła jednak zaraz oczy i zaczęła mówić, gdy tylko Klara Gulla stanęła przy łóżku i pogładziła ją po ręce.
— Jan mnie zabiera! — powiedziała z wielkim wysiłkiem. — Ma do mnie żal, żem go opuściła!
Klara drgnęła całym ciałem. Zaczęła teraz dorozumiewać się, czemu matka umierała. Była wierna mężowi przez całe życie i teraz zabijało ją wspomnienie, że go mogła porzucić.
— Nie martw się tym, droga mamo! — powiedziała Klara Gulla. — To przecież ja zmusiłam cię do podróży!
— Myśl ta dręczyła mnie straszliwie! — ozwała się Katarzyna. — Ale teraz znowu wszystko dobrze, pogodziliśmy się w zupełności.
Zamknęła oczy i leżała bez ruchu. Na wynędzniałą twarz kładła się jaśniejąca poświata szczęścia.
Za moment zaczęła mówić znowu. Leżało jej coś jeszcze na sercu, co wyznać musiała koniecznie, by osiągnąć spokój.
— Nie miej za złe ojcu, że skoczył w wodę chcąc cię dogonić. Miał dobry zamiar. Niedobrze działo się z tobą od czasu, kiedyś od nas odeszła. Wiedział o tym. I z nim także dobrze nie było. Oboje zeszliście z właściwej drogi, każde na swój sposób.
Czuła z góry, że takie słowa padną i uzbroiła się naprzód przeciw nim. To jednak, co powiedziała matka, poruszyło ją tak bardzo, że zdumiała się wielce i spróbowała dać serdeczną odpowiedź:
— Będę myślała o ojcu takim, jakim był dawniej! Wiesz przecież, mamo, jakeśmy się kochali.
Katarzyna uszczęśliwiona była widocznie tymi słowami córki, bo przestała się kręcić niespokojnie. Miała widocznie zamiar powiedzieć coś więcej jeszcze, ale po chwili uśmiechnęła się tylko i rzekła przepełnionym miłością głosem:
— O jakże się czuję szczęśliwa, Klaro Gullo, że jesteś teraz znowu piękna!
Na te słowa Klara Gulla straciła panowanie nad sobą. Padła na kolana przy łóżku i zaczęła płakać. Po raz pierwszy od powrotu płakała naprawdę, płakała z głębi serca.
— Nie mogę pojąć, mamo, czemu jesteś tak dobra dla mnie! — łkała. — Z mojej to winy umierasz i śmierć ojca także na mnie ciąży!
Katarzyna uśmiechała się ciągle, a ręce jej poruszyły się, by popieścić córkę.
— Jaka żeś dobra, mamo, jaka dobra! — mówiła Klara Gulla, płacząc rzewnie.
Katarzyna pochwyciła nagle dłoń córki silnym uściskiem, podniosła się na łóżku i złożyła ostatnie wyznanie swoje:
— Wszystko dobro, jakie jest we mnie, zawdzięczam Janowi! — powiedziała wyraźnym, silnym głosem.
Opadła na poduszki i od tej pory na ustach jej nie zjawiło się już żadne zrozumiałe słowo. Nadchodził skon, a nazajutrz rano Katarzyna połączyła się z mężem.
Przez cały czas trwania śmiertelnej walki leżała Klara Gulla na ziemi przy łóżku matki i płakała. Leżała, a łzy zmywały z jej serca strach, urojenia fantazji i wszelaki występek i winę. Płynęły te łzy strumieniem rwącym, rozlewnym, nie mogła przestać płakać.