Rozdział czwarty
Nic nie jest tak pewne, jak to, że słońce ukochało otwarte przestrzenie za murami wiejskich kościołów. Czyż nikt nie zauważył, że nigdzie nie spotyka się tyle słonecznej światłości, co przed bielonym kościółkiem podczas nabożeństwa? Nigdzie indziej promienie nie plotą tak gęstej siatki, nigdzie indziej powietrze nie ma w sobie tyle pokornej błogości. Tam słońce stoi na straży, by ludzie nie przystawali na kościelnym wzgórzu na pogaduchy. Chce, by każdy godnie zasiadł w kościelnej ławie i słuchał kazania — dlatego bogactwo promieni rzuca za kościelnym murem.
Nie można być pewnym, że słońce czuwa przed kościółkami w każdą niedzielę, lecz tego przedpołudnia, kiedy na wpół martwa dziewczyna wstała z grobu na cmentarzu w Råglandzie, niewątpliwie rozlało promieniste ciepło na placyku przed kaplicą. Krzemienie połyskujące w śladach kół wyglądały, jakby miały się zaraz zapalić. Wydeptana, krótka trawa chrzęściła jak zeschły mech, a żółte mlecze na długich łodyżkach, zdobiące trawnik, rozwinęły się i puchły niczym bujne, wielkie astry.
Drogą szedł Dalarczyk, taki, co to po wsiach sprzedaje brzytwy i nożyce. Był ubrany w długie, białe futro z owcy, a na plecach taszczył duży, czarny wór ze skóry. Wiele godzin wędrował tak wyposażony, nie odczuwając upału, lecz gdy opuścił szosę i dotarł na plac przed kościołem, nie minęła minuta, a już przystanął i zdjął kapelusz, by otrzeć pot z twarzy.
Gdy tak stał z gołą głową, robił wrażenie pięknego i mądrego. Miał wysokie, białe czoło, głęboką lwią zmarszczkę między brwiami, kształtne, wąskie usta. Przedzielone pośrodku i przycięte na karku włosy zasłaniały uszy i kręciły się na końcówkach. Mężczyzna był wysoki i silny, ale nie tęgi — pod każdym względem miał piękną posturę. Jedyną jego wadą było niespokojne spojrzenie; gałki oczne uciekały mu w kąciki, jakby chciały się schować. Wokół warg uwidaczniały się rysy na wpół obłąkane albo wykrzywione; kryło się w nich coś idiotycznego, wiotkiego, co nie pasowało to twarzy — jakby do niej nie należało.
Nie mógł być całkiem normalny, skoro w niedzielę dźwigał swój worek. Człowiek przy zdrowych zmysłach dobrze wie, że to niepotrzebne, bo i tak niczego nie sprzeda. Żaden z Dalarczyków, wędrownych sprzedawców, nie garbił pleców w niedzielę; wolni i wyprostowani szli — jak reszta ludzi — do domu Boga.
Biedaczysko nie miał pojęcia, że jest święto, do chwili, gdy stanąwszy w słońcu przed kościołem, usłyszał, jak śpiewają psalm. Był na tyle rozumny, że natychmiast pojął, iż tego dnia nic nie uhandluje. Umysł zaczął mu ciężko pracować, gdy rozmyślał, co począć z tym wolnym czasem.
Przez długą chwilę stał i patrzył przed siebie. W zwykłe dni radził sobie ze wszystkim. Nietrudno mu było przez cały tydzień wędrować od domu do domu i robić interesy. A do niedzieli nie umiał przywyknąć. Za każdym razem przychodziła jak wielkie, niespodziewane zmartwienie.
Oczy znieruchomiały, żyły na czole nabrzmiały.
Pierwsze, co przyszło mu na myśl, to żeby wejść do kościoła i wsłuchać się w pieśń. Ten pomysł odrzucił. Chętnie posłuchałby śpiewu, lecz nie miał odwagi wejść do kaplicy. Nie bał się ludzi, ale w niektórych kościołach znajdowały się tak dziwaczne i groźne obrazy, przedstawiające potwory, że nawet nie śmiał sobie ich wyobrażać.
Wreszcie doszedł do wniosku, że skoro jest tu kościół, musi być też cmentarz. A jeśli mógł pójść na cmentarz, był uratowany. Nic innego nie stanowiło dlań lepszego miejsca. Gdy tylko z drogi zobaczył cmentarz, przysiadał tam na chwilę, choćby to było w środku tygodnia wypełnionego pracą.
Kiedy miał już ruszyć w stronę cmentarza, pojawiła się kolejna trudność. Miejsce pochówku w Råglandzie nie leży bowiem tuż za kościołem, wzniesionym na skalnym wzgórzu, lecz na łące, kawałek za parafialnym budynkiem. Nie było jak dojść do furtki cmentarza — tylko po ścieżce, wzdłuż której uwiązano konie wiernych.
Wszystkie stały ze łbami zanurzonymi w workach siana i owsa i żuły tak, że pasza zgrzytała im w zębach. Nie było mowy, żeby zrobiły chłopu co złego, lecz on miał własne zdanie na temat niebezpieczeństwa, jakie wiąże się z przejściem obok tak długiego rzędu zwierząt.
Spróbował raz i drugi, ale odwaga go opuściła i musiał zawrócić. Nie bał się, że konie ugryzą go albo kopną. Wystarczy, że stoją tak blisko, iż go zobaczą. Wystarczy, że potrząsną uzdą i poskrobią kopytem o ziemię.
Wreszcie nadszedł moment, gdy wszystkie spuściły łby, jakby ścigały się, który zje szybciej. Wtedy ruszył pomiędzy nimi. Przytrzymał futro, by nie powiewało i go nie zdradziło; szedł na palcach, najciszej jak potrafił. Gdy jakiś koń uniósł powiekę i na niego spojrzał, Dalarczyk od razu stawał w ukłonie. Chciał być uprzejmy w tej sytuacji, ale zwierzęta muszą pojmować, że nie da się kłaniać z worem żelastwa na plecach. Nie pozostało mu nic innego jak dygać.
Westchnął bardzo ciężko, bo lękać się — jak on — czworonożnych stworzeń, było na co dzień bardzo kłopotliwe. Tak naprawdę nie bał się innych zwierząt poza kozami; koni, psów i kotów nie bałby się w ogóle, gdyby miał pewność, że nie są to zaklęte kozy. A nigdy tej pewności nie miał. Zatem nawet jemu zdawało się szaleństwem, że bał się każdego zwierzęcia na czterech nogach.
Na nic zdało się myślenie, jak bardzo jest silny i jak wszystkie te wiejskie konie są całkiem niegroźne. Tak nie potrafi myśleć ktoś z duszą przesiąkniętą trwogą. Strach to niełatwa kwestia, ciężko jest temu, w kim się umościł.
Niezwykłe to było, że minął rząd koni. Ostatni kawałek pokonał dwoma długimi susami, a gdy już dotarł na cmentarz i zamknął za sobą żelazną furtkę, przystanął i uniósł ku koniom pięść.
— Nieszczęsne, przeklęte kozły!
Robił tak z każdym zwierzęciem, nie umiał inaczej, jak nazwać je kozłami. Nie było to mądre, bo zyskał przez to przydomek, którego wcale sobie nie życzył. Wszyscy napotkani wołali na niego „Kozioł”. A on nie chciał być tak nazywany. Chciał, by zwracano się doń jego właściwym imieniem, ale w tej okolicy nikt go nie znał.
Przez chwilę stał przy ogrodzeniu i cieszył się, że uszedł cało przed końmi, a potem ruszył w głąb cmentarza. Przed każdym krzyżem czy kamieniem zatrzymywał się i dygał. Lecz tym razem nie z lęku, tylko z zadowolenia na widok starych, drogich znajomych. Mina mu złagodniała. Te same krzyże, te same kamienie, które tyle razy odwiedzał już w życiu. Nic się nie zmieniły! Jak dobrze je rozpoznawał! Każdemu mówił „dzień dobry”.
Uwielbiał cmentarze! Zwierzęta się tu nie pasły, a ludzie nie żartowali. Najlepiej, jeśli był tam sam, jak teraz, ale nawet gdy natrafił na ludzi, nie wadzili mu bardzo. Znał wprawdzie wiele urokliwych łąk i pastwisk, które jeszcze bardziej mu się podobały, ale tam nigdy nie miał spokoju. W żaden sposób nie można ich było porównać z cmentarzem. Cmentarz był lepszy od lasu, gdyż leśna pustka go przerażała. Tu panował spokój niczym w głębi lasu, a jednak nie brakowało mu towarzystwa — pod każdym kamieniem i każdą kępą trawy spał człowiek. Dość, by nie czuł się sam i nieswojo.
Od razu skierował kroki w stronę świeżo wykopanego grobu. Poszedł tam z powodu kilku drzew rzucających cień, ale też dlatego, że lubił towarzystwo. Pewnie myślał, że nieboszczyk dopiero co ułożony w trumnie lepiej chroni przed samotnością niż ci, którzy dawno zasnęli.
Oparłszy plecy o stertę piachu, uklęknął tuż przy grobie. Odstawił wór, tak by ten stał solidnie, i poluzował skórzane pasy, które go podtrzymywały. To wielki dzień, dzień wolny, więc nawet zrzucił z siebie futro. Z przyjemnością usiadł na trawie przy grobie, tak blisko, że długie nogi w wiązanych u kolan onucach i ciężkich butach zwisały w dole.
Przez długą chwilę nie ruszał się, tylko wbił wzrok w trumnę. Mając w sobie tyle strachu, co on, człowiek nigdy nie jest nazbyt ostrożny. Lecz trumna ani drgnęła; niemożliwe, by kryła jakąś zasadzkę.
Dopiero gdy był całkiem pewny swego, sięgnął do bocznej przegrody worka i wyciągnął skrzypki i smyczek. Jednocześnie skinął głową nieboszczykowi, leżącemu w grobie. Ponieważ się nie ruszał, usłyszy coś pięknego.
Było to bardzo rzadkie, niewielu znało jego muzykę. Nikt jej nie słyszał w domach, gdzie szczuto go psami i przezywano Kozłem. Zdarzało się jednak, że zagrał w tych chatach, gdzie rozmawiano po cichu, poruszano się powoli i nikt nie pytał, czy chce kupić kozią skórę. W takich miejscach wyciągał skrzypki i grał. Było to wielkie wyróżnienie, wyraz najwyższego uznania, jakie mógł komuś okazać.
Nie było nic złego w tym, że muzykował nad grobem. Żaden fałszywy ton nie wyszedł spod smyczka, a grał tak cicho, że ledwo było go słychać przy następnej mogile.
Bo oto wyjątkowość polegała na tym, że to nie Dalarczyk grał, tylko jego skrzypce, które znały kilka melodyjek. Te wyfruwały, gdy on prowadził smyczek. Może dla kogoś nie znaczy to wiele, ale dla niego, który nie pamiętał ani jednej melodii, największym skarbem był ten instrument, grający sam z siebie.
I gdy tak grał, uśmiechał się promiennie, jak ktoś słuchający gaworzenia dziecka. To skrzypce mówiły, a on tylko słuchał. Jakże osobliwe, że te piękne dźwięki rozbrzmiały, gdy tylko lekko przesunął smyczkiem po strunach. To skrzypce się starały, wiedziały, co ma wybrzmieć, a Dalarczyk jedynie siedział i ich słuchał.
Z tych skrzypiec wyrastały pieśni, jak z ziemi wyrasta trawa. Nikt nie pojmował, jak to się działo. Pan Bóg tak to stworzył.
Dalarczyk zamierzał siedzieć tak przez cały dzień, słuchać, jak cudowne tony rozwijają się niczym barwne kwiaty. Chciał wygrać całą łąkę kwietną, całą dolinę, całe wielkie pole.
Lecz na wpół martwa dziewczyna, która leżała w trumnie, musiała usłyszeć grę skrzypek, co miało na nią przecudowny wpływ. Usłyszawszy melodię, zaczęła śnić, a to, co zobaczyła we śnie, tak nią wstrząsnęło, że serce jej zabiło, a krew zaczęła znów płynąć — aż się obudziła.
Dodać trzeba, że wszystko, co przeżyła, gdy leżała niczym martwa — jej myśli, a nawet ten ostatni sen — poszło w zapomnienie w chwili, gdy ocknęła się i odzyskała pełną świadomość. Nie wiedziała nawet, że leży w trumnie; sądziła, że nadal choruje w domowym zaciszu. Uznała tylko za dziwne, że jeszcze żyje. Dopiero co, zanim usnęła, dyszała ciężko, czekając na śmierć. Już dawno temu powinno jej nie być. Pożegnała się z przybranymi rodzicami, rodzeństwem i służbą. Proboszcz przyszedł z ostatnim namaszczeniem, gdyż dla jej przybranego ojca było to zbyt trudne. Wiele dni temu odwróciła myśli od wszystkiego, co ziemskie. Osobliwe, że nie umarła.
Zdziwiła ją ciemność w pokoju. Gdy chorowała, świece płonęły co noc. I jeszcze zdjęto z niej przykrycie. Leżąc tak, poczuła, że marznie.
Uniosła się nieco, by naciągnąć kołdrę. Czołem uderzyła o pokrywę trumny i na powrót opadła z okrzykiem bólu.
Na tyle mocno ją zabolało, że znów straciła przytomność. Znieruchomiała jak wcześniej, jak gdyby życie znów z niej uleciało. Dalarczyk usłyszał stuknięcie i okrzyk; natychmiast odłożył skrzypce i nastawił uszu. Ale nie było słychać nic więcej, nic a nic.
Znów przyjrzał się trumnie, jak zaraz po przybyciu. Kiwał głową, przytakując własnym myślom: a mianowicie, że niczemu na ziemi nie wolno ufać. Napotkał tutaj milczącego, świetnego towarzysza, lecz teraz i jego został pozbawiony.
Oczy wbił w trumnę, jak gdyby chciał przeniknąć wieko wzrokiem. A że nadal było całkiem cicho, w końcu chwycił skrzypce i zamierzał wrócić do grania.
Lecz teraz skrzypce nie chciały. Przeciągał smyczkiem po strunach tak łagodnie i czule, jak tylko potrafił, lecz z instrumentu nie wypływały już żadne melodie. Było to tak przykre, że niemal się rozpłakał. Zamierzał słuchać skrzypiec cały dzień, a te się teraz uparły.
Domyślał się przyczyny. Skrzypki wystraszyły się odgłosów z trumny. Zapomniały melodii, myślały tylko o tym, co takiego załomotało w pokrywę. Tak to już jest: ze strachu wszystko umyka z pamięci.
Zrozumiał, że musi ukoić skrzypce, jeśli chce dalej słuchać melodii.
Było mu tak dobrze w tej chwili, lepiej niż przez lata. Jeśli w trumnie faktycznie jest coś groźnego, to czy nie lepiej to wypuścić? Ucieszą się skrzypce i znowu zaczną pięknie rozkwitać.
Stanowczym ruchem otworzył swój worek; grzebał wśród noży, pił i młotków, aż znalazł śrubokręt. Chwilę później był już w dole i na czworakach rozkręcał pokrywę trumny.
Wyciągał kolejne śruby, aż wreszcie mógł oprzeć wieko o ścianę grobu. W tej chwili całun zsunął się z twarzy na wpół umarłej dziewczyny.
Gdy tylko świeże powietrze dotarło do Ingrid, otwarła oczy. Tym razem dookoła było całkiem jasno. Musieli ją gdzieś przenieść. Leżała teraz w żółtym pokoju, z zielonym sufitem i wielkim żyrandolem.
Pokój był ciasny i łóżko niewielkie. Miała wrażenie, że uwięziono jej ręce i nogi. Czy po to, by ją unieruchomić?
Dziwne, pod brodę włożyli jej śpiewnik. Zwyczaj każe postępować tak z nieboszczykami.
W palcach trzymała maleńki bukiecik. Jej przybrana matka ucięła gałązki mirtowe i włożyła jej w dłonie. Ingrid się zdumiała. Cóż matce wpadło do głowy?
Spostrzegła, że dano jej poduszkę z koronką i batystowe prześcieradło, drobno pofałdowane. Ucieszyła się, lubiła ładne rzeczy wokół siebie. Wolałaby jednak leżeć pod ciepłą kołdrą. Niedobrze jest chyba, gdy chory leży bez przykrycia.
Ingrid zasłoniła oczy dłońmi, była bliska płaczu. Tak bardzo marzła.
W tej chwili poczuła na policzku coś twardego i zimnego. Uśmiechnęła się: to stary, czerwony, drewniany konik — trójnoga Camilla — leżał na poduszce. Braciszek, który nie mógł zasnąć, gdy nie miał go obok siebie w łóżku, położył go tutaj. Jaki kochany ten mały braciszek. Jeszcze bardziej zachciało jej się płakać, gdy pomyślała, jak bardzo brat pragnął ją pocieszyć.
Lecz nie zdążyła zalać się łzami. Dotarło do niej, co naprawdę się stało. Braciszek dał jej konika, matka białe mirtowe gałązki, a śpiewnik leżał pod brodą, ponieważ wszyscy sądzili, że dziewczyna nie żyje.
Ingrid chwyciła oburącz brzeg trumny i gwałtownie usiadła. To ciasne łóżko było trumną, a żółty pokój — jej grobem. Niezmiernie trudno było to zrozumieć. Nie mogła pojąć, że to jej dotyczy, że to ją owinięto w całun i to ją włożono do grobu. Z pewnością wciąż leży w domu, w swym łóżku i tylko śni. Zaraz się okaże, że to wszystko jest nierzeczywiste i że życie nadal toczy się w zwyczajny sposób.
Szybko znalazła wytłumaczenie sytuacji. „Tak często miewam dziwaczne sny”, pomyślała. „To tylko halucynacje”. Westchnęła zadowolona. Na powrót ułożyła się w trumnie. Była przekonana, że to jej własne, stare łóżko. W istocie i ono nie było szczególnie szerokie.
Przez cały ten czas Dalarczyk stał w grobie, u stóp Ingrid. Ledwie parę łokci od niej, lecz ona go nie widziała. Z pewnością nie dlatego, że skulił się w kącie i chciał się skryć, kiedy nieboszczka otwarła oczy i zaczęła się ruszać. Prawdopodobnie by go zobaczyła, choć trzymał pokrywę jak tarczę, gdyby aż do teraz nie zalegała jej przed oczami biała mgła, tak że tylko to, co najbliżej, widziała wyraźnie. Ingrid nie spostrzegła nawet, że dokoła niej wznosiły się piaszczyste ściany. Słońce wzięła za wielki żyrandol, a listowie — za sufit.
Biedaczek Dalarczyk czekał, aż to, co porusza się w trumnie, oddali się jak najprędzej. Miał w głowie tylko jedno: że pójdzie samo z siebie. Pukało przecież, bo chciało się wydostać. Stał tak przez dłuższą chwilę, schowany za wiekiem, czekając, aż odejdzie. Wyjrzał dopiero, gdy zdawało mu się, że powinno już zniknąć. Ale się nie poruszyło, leżało dalej na łożu z desek.
Nie był zadowolony, chciał szybko mieć to za sobą. Od dawna skrzypki nie przemawiały tak pięknie jak dzisiaj, nie mógł się doczekać, aż znów spokojnie zasiądzie sobie z nimi.
Wtem Ingrid, która już prawie zapadła z powrotem w sen, usłyszała, jak ktoś do niej mówi śpiewnym dialektem:
— Pora, by wreszcie wstać.
Wypowiedziawszy te słowa, Dalarczyk schował głowę. Ręce drżały mu tak, że niemal upuścił pokrywę.
Biała mgła przed oczami całkiem zniknęła, gdy Ingrid usłyszała głos ludzki. Dojrzała mężczyznę, wciśniętego w kąt grobu, który trzyma przed sobą wieko trumny. Naraz pojęła, że nie może się znów położyć, udając, że to majaki. Oto rzeczywistość, w której musi się odnaleźć. Niezaprzeczalnie jest tak, że trumna to trumna, a grób to grób i że sama Ingrid kilka minut wcześniej była pogrzebanym trupem.
Po raz pierwszy naprawdę wystraszyła się tego, co się przydarzyło. Ach, tylko pomyśleć... Mogła w tej chwili być rzeczywiście martwa. Mogła być paskudnym, gnijącym trupem. Włożyli ją do grobu, by zasypać piachem i ziemią; nie była więcej warta od byle jakiej kępy zielska — na zawsze porzucona. Robaki chętnie by ją pożarły. I nikt by się tym nie przejął.
W całej tej zgrozie Ingrid niezmiernie potrzebowała mieć obok siebie człowieka. Od razu rozpoznała Kozła, gdy tylko wytknął głowę zza pokrywy. Był to stary znajomy z plebanii, wcale się go nie bała. Teraz chciała mieć go obok siebie. Nie miało dla niej znaczenia, że jest tylko głupkiem. Chciała, by podszedł bliżej, żeby poczuła, iż do żywych należy, a nie do umarłych.
— Och, podejdź tu do mnie, na Boga — odezwała się, bliska płaczu.
Usiadłszy w trumnie, wyciągnęła ku niemu ręce.
Dalarczyk wiedział swoje. A że bardzo go wabiła, zdecydował postawić jej warunek.
— Zbliżę się, jeśli sobie pójdziesz — powiedział.
Ingrid chciała od razu go posłuchać i wyjść z trumny, ale była tak mocno owinięta całunem, że nie mogła się ruszyć.
— Musisz mi pomóc — poprosiła, bo było to istotnie konieczne, ale też dlatego, że tak bardzo się bała; chciała się upewnić, że jednak uniknęła śmierci, musiała się zbliżyć do kogoś żywego.
Podszedł zatem, przeciskając się między trumną a ścianą grobu. Pochylił się nad dziewczyną, uniósł ją i posadził na zielonej trawie przy otworze.
Inaczej się nie dało; musiała objąć rękami jego szyję, głowę oprzeć mu na ramieniu i załkać. Potem nie mogła zrozumieć, jak do tego doszło i że się go w ogóle nie bała. To po części radość, że był człowiekiem, żywym człowiekiem, a po części wdzięczność, że ją uratował.
Dobry Boże, co by to było, gdyby nie ten człek! To on podniósł pokrywę i przywrócił Ingrid do życia. Nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale to z pewnością on otworzył trumnę. Cóż by poczęła, gdyby tego nie zrobił? Obudziłaby się zamknięta w czarnej skrzyni. Łomotałaby, krzyczała. I któż by ją usłyszał, leżącą sześć stóp pod ziemią? Ingrid nie miała odwagi o tym wszystkim myśleć, promieniała tylko z wdzięczności, że ją ocalono. Komuś musi podziękować. Musi oprzeć głowę na ramieniu człowieka i zapłakać z wdzięczności.
Najdziwniejsze, co wydarzyło się tego dnia, to że Dalarczyk nie odtrącił dziewczyny. Nie miał całkowitej pewności, czy nie była jednak nieboszczką, a wiedział, że zmarłym sprzeciwiać się nie należy. Przy najbliższej sposobności uwolnił się od niej i wskoczył do grobu. Ułożył pokrywę na właściwym miejscu i na powrót przykręcił śruby. W ten sposób trumna pozostanie nieruchoma, a skrzypce odzyskają swoje melodie.
Tymczasem Ingrid siedziała na trawie, rozmyślając. Na kościelnym wzgórzu dojrzała konie i wozy. Zaczynała pojmować sytuację. Była niedziela, nad ranem złożono ją do grobu, a teraz wszyscy siedzieli w kościele.
Potworny strach opanował dziewczynę. Nabożeństwo niebawem się skończy, ludzie wyjdą i ją spostrzegą. A ona nie miała na sobie nic prócz całunu. Była prawie całkiem naga. Niech Bóg broni, by tyle osób zobaczyło ją w takim stanie! Nigdy by tego nie zapomnieli. Wstydziłaby się przez całe życie.
Skąd miała wziąć odzienie? Przez chwilę chciała zarzucić na siebie futro Dalarczyka, ale doszła do wniosku, że przez to będzie się za bardzo odróżniać od zwykłych ludzi.
Wtem zwróciła się do obłąkanego, który wciąż mocował się z pokrywą.
— Posłuchaj. Musisz mnie ukryć w swym worze.
W jednej chwili znalazła się przy wielkiej, skórzanej torbie, zawierającej towary, które mogłyby zapełnić całe stoisko, i zaczęła je wyrzucać.
— Och, błagam, wyjdźże i pomóż mi!
Nie na darmo prosiła. Gdy Dalarczyk zobaczył, że dotyka jego wora, natychmiast wyskoczył z dołu.
— Cóż to, ruszasz moje rzeczy? — odezwał się groźnie.
Ingrid nie zwróciła uwagi na ostry ton jego głosu, wciąż miała go za najlepszego przyjaciela.
— Och, mój drogi, mój drogi — błagała — pomóż, żeby ludzie mnie nie zobaczyli! Opróżnij gdzieś wór z tych towarów, daj mi wejść do środka i zanieś mnie do domu! Proszę, zrób to! Mieszkam na plebanii, to tylko kawałek stąd. Na pewno wiesz, gdzie to jest.
Mężczyzna patrzył na nią tępym wzrokiem. Nie mogła się domyślić, czy pojął choćby jedno słowo.
Powtórzyła, lecz jego mina nie zdradzała, że zamierza jej posłuchać.
Znów zaczęła wyrzucać rzeczy. Wtedy tupnął nogą i wyszarpał wór z jej rąk.
Mój Boże, jak Ingrid miała do niego przemówić?
Obok niej na trawie leżały skrzypce i smyczek. Podniosła je, nie wiedząc, dlaczego to robi. Tak dużo czasu spędziła z muzykantami, że nie mogła patrzeć na instrument leżący na ziemi.
Gdy go dotknęła, Dalarczyk puścił wór i wyrwał jej skrzypce.
Rozwścieczyło go, że je ruszyła.
Cóż miała zrobić, by zniknąć, nim wierni wyjdą z kościoła?
Zaczęła mu obiecywać najwspanialsze rzeczy, jak się przyrzeka dzieciom, chcąc je udobruchać.
— Powiem ojcu, żeby kupił od ciebie tuzin sierpów12. Pozamykam psy, żebyś mógł przyjść na plebanię. Poproszę matkę, by podała ci najlepszy posiłek.
Nie wyglądało na to, że ustąpi.
Pomyślała o instrumencie i rzekła zrozpaczona:
— Zanieś mnie do domu, a zagram ci na skrzypcach.
I oto proszę! Na jego twarz wstąpił uśmiech. Oto, czego chciał.
— Będę ci grała całe popołudnie, tak długo, jak tylko zechcesz.
— I nauczysz skrzypce nowych melodii? — zapytał.
— Z radością.
W tej samej chwili Ingrid ucieszyła się i trochę zmartwiła. Mężczyzna chwycił mocno za wór. Ciągnął go po grobach, a tobołki polne i bylica uginały się jak pod walcem.
Doszedł do stosu suchych liści, gałęzi i zwiędniętych bukietów przy samym cmentarnym murze. Tam wyjął wszystko i schował dokładnie pod chrustem.
Gdy już opróżnił wór, wrócił do Ingrid.
— Możesz wejść do środka.
Ingrid wsunęła się do wora i skuliła na spodzie z desek. Mężczyzna zapiął pasy tak dokładnie, jakby to właśnie towary miał przenieść; znów się zgarbił, ugiął nogi, ramiona wsunął w szelki, sznury zacisnął na krzyż na piersi i podniósł się. Zrobiwszy kilka kroków, zaczął się śmiać. Niósł na plecach wór tak lekki, że mógłby zacząć z nim tańczyć.
*
Z kościoła do plebani było nie więcej niż ćwierć mili. Drogę tę Dalarczyk przebył w dwadzieścia minut. Ingrid pragnęła tylko, by szedł jak najszybciej i by zdążyli przed wiernymi i gośćmi, przybyłymi na pogrzeb. Nie mogła znieść myśli, że tylu ludzi mogłoby ją zobaczyć. Najlepiej, gdyby w obejściu były tylko matka przyrodnia i służące.
Dziewczyna zabrała z grobu mirtowy bukiecik. Tak bardzo się zeń cieszyła, że raz po raz całowała płatki. Dzięki niemu myślała o matce z czułością większą niż kiedykolwiek wcześniej. Naturalnie myślałaby o niej z czułością tak czy inaczej. Ten, kto wraca prosto z grobu, ma łagodne i promienne myśli o wszystkim, co żywe i co chodzi po ziemi.
Teraz w głębi serca zrozumiała, że wikariuszowa musiała kochać własne dzieci dużo bardziej, niż mogła pokochać przybraną córkę. A ponieważ doskwierała im bieda, przez co nie mogli mieć piastunki do dzieci, wydało się naturalne, że to ona zaopiekuje się młodszym rodzeństwem. Rodzeństwo nie było dla niej miłe, a to tylko dlatego, że dzieci przywykły do Ingrid w roli opiekunki. Zapominały, że została przyjęta do domu jako ich siostra.
Tak więc wszystko to działo się z powodu biedy. Gdyby się kiedyś zdarzyło, że ojciec zostałby pastorem albo proboszczem, wszystko zapewne by się ułożyło. Wówczas ona odzyska tamten czas, pierwsze wspólne lata, gdy wszyscy ją kochali. Och, jasne, że wszystko będzie wtedy jak dawniej! Ingrid ucałowała kwiatki. Być może przybrana matka wcale nie chciała być taka sroga. To tylko bieda uczyniła ją wyjątkowo okrutną.
Poza tym nie przejmowała się wcale tym, jak się wobec niej zachowywali. Nic nie było w stanie jej zasmucić, albowiem w tej chwili mogła się tylko cieszyć, że żyje. A jeśli znów będzie jej ciężko, pomyśli o mircie od matki i koniku braciszka.
Radował ją sam fakt, że niesiono ją teraz żywą. Nad ranem nikt nie sądził, że jeszcze raz przemierzy tutejsze pagórki. Pachnąca koniczyna, rozśpiewane ptaszyny, przyjemne, rzucające cień drzewa — wszystko to ku radości żywych. Wcale nie miało być dla niej.
Jak wspomniano, nie miała zbyt wiele czasu na te rozmyślenia, bo w dwadzieścia minut Dalarczyk dotarł na plebanię.
W domu była tylko wikariuszowa i służące, jak domyślała się Ingrid. Całe przedpołudnie przybrana matka szykowała stypę. Teraz wyczekiwała gości, bo wszystko było już gotowe. Właśnie wyszła z sypialni, gdzie wystroiła się w czarną suknię.
Spojrzała na drogę, ale nikt nie nadjeżdżał. Poszła więc do kuchni, żeby ponownie skosztować potraw.
Była rada, bo wszystko się udało, a to zawsze daje zadowolenie, nawet jeśli ktoś jest w żałobie. W kuchni zastała tylko jedną służącą, tę, którą zabrała z własnego domu, uznała więc, że może jej się zwierzyć.
— No wiesz, Liso — powiedziała — z takiej stypy każdy byłby zadowolony.
— Chciałabym, by Ingrid spojrzała na ziemię i zobaczyła, jak się państwo dla niej postarali — odezwała się Lisa. — Ucieszyłaby się.
— O — rzekła wikariuszowa — z tego, co ja dla niej robiłam, nigdy nie była zadowolona.
— Dziewczyna nie żyje — odparła służąca — nie mnie mówić o tej, co ledwie ją pochowali.
— Mój mąż często karcił mnie z jej powodu ostrymi słowami.
Wikariuszowa miała potrzebę porozmawiania o zmarłej. Dręczyło ją sumienie, dlatego wydała tak wystawne przyjęcie. Zdawało jej się, że te wyrzuty zelżeją wobec całego wysiłku, jaki włożyła w pogrzeb, ale tak się nie stało. Jej męża także męczyła świadomość, że nie pozwolili dziewczynie czuć się jak ich własne dzieci — a obiecali to, biorąc ją do siebie. Powiedział też, że lepiej by było wcale jej nie przygarniać, skoro nie umieli ukryć przed tym dzieckiem, że bardziej kochają własne. A teraz jego żona chciała pomówić z kimś o Ingrid, dowiedzieć się, czy ludzie mają ją za okrutną przybraną matkę.
Spostrzegła, że Lisa zaczęła z impetem mieszać w garnku, jakby trudno jej było opanować wzburzenie. Była niegłupią dziewczyną, dobrze wiedziała, jak właściwie ułożyć stosunki z panią.
— Można by sądzić — zaczęła Lisa — że mając troskliwą matkę, przy której jest się całym i zdrowym, należy być wobec niej miłym i posłusznym. A skoro ktoś trafi do dobrego domu i jest wychowywany na porządnego człowieka, to raczej powinien przynosić pożytek, a nie robić z siebie wariata i tylko śnić na jawie. Zastanawiam się czasem, jakby to było, gdybyście państwo nie wzięli tego biednego dziecka. Włóczyłaby się z linoskoczkami i dokonała żywota gdzieś na ulicy.
Przez podwórko przechodził Dalarczyk z worem na plecach, choć była niedziela. Cichutko wsunął się przez otwarte drzwi; dygnął, jednak nikt nie odpowiedział na jego przywitanie. Obie go zauważyły, ale nie przerywały rozmowy.
Wikariuszowa chciała dalej rozprawiać o Ingrid. Zrozumiała, że teraz usłyszy dokładnie to, czego potrzebuje, by ulżyć sumieniu.
— Może to i dobrze, że odeszła — rzekła.
— Powiem pani — odezwała się gorliwie służąca — że według mnie i wikariusz tak sądzi albo niedługo zacznie myśleć w ten sposób. W domu zapanuje spokój, pani się przekona, a to go uszczęśliwi.
— O tak — powiedziała przybrana matka. — Dużo musiałam znosić. Wiecznie trzeba było wydawać pieniądze na jej nowe ubrania, to szaleństwo. Mój mąż tak bardzo się troszczył, by czuła się równa innym dzieciom, że czasem dostawała wręcz więcej. A dużo na nią szło, bo dorosła.
— To pewnie Grecie odda pani jej lnianą sukienkę?
— No, oddam Grecie albo sama ją sobie zatrzymam.
— Niedużo po sobie zostawia, biedaczka.
— Nikt nie oczekuje po niej spadku — powiedziała przebrana matka. — Wystarczyłoby, gdyby człowiek mógł pamiętać jej jedno dobre słowo.
Takie rzeczy mówi się tylko, gdy gryzie człowieka sumienie i chce się przed tym obronić. Wikariuszowa wcale tak nie myślała.
Dalarczyk zachowywał się tak samo jak wtedy, gdy przychodził z towarem na sprzedaż. Przez chwilę rozglądał się po kuchni, po czym ślamazarnie postawił wór na stole i rozwiązał rzemienie. Spojrzał wokół jeszcze raz, by nie zaatakował go kot ani pies, rozprostował plecy i zaczął otwierać dwie skórzane pokrywy, przyczepione za pomocą niezliczonych klamer i węzłów.
— Niech się dziś nie kłopocze, nie wyciąga nic z wora — odezwała się Lisa. — Jest niedziela, wie przecież, że nic nie kupimy.
Nie dopytywała, dlaczego tamten dalej rozwiązuje sznury. Odwróciła się do wikariuszowej. Znalazła dobrą okazję, by wkraść się w jej łaski.
— Nie wiem nawet, czy była dobra dla dzieci. Często słyszałam płacz i jęki z pokoju dziecinnego.
— Jaka była dla matki, taka i dla nich — westchnęła wikariuszowa — a teraz płaczą, że jej już nie ma.
— Nie wiedzą, co dla nich dobre. Pani zobaczy, za miesiąc wszyscy przestaną po niej rozpaczać.
W tej chwili obie spojrzały znad kuchni na stół, gdzie Dalarczyk otwierał swój wór. Usłyszały coś dziwacznego — westchnienie albo i szloch. Mężczyzna zdjął pokrywę, a z wora wyłoniła się dopiero co pochowana przybrana córka, taka jak wówczas, gdy wkładali ją do trumny.
Nie była jednak do siebie podobna. Wydawała się teraz zdecydowanie bardziej martwa niż wtedy, gdy ją składali do grobu. Wówczas miała niemal ten sam kolor skóry co za życia, teraz jej twarz była popielata, wargi granatowe, a oczy zapadnięte.
Nie odezwała się słowem, ale z jej twarzy dało się wyczytać wielką rozpacz, a mirtowy bukiet, który dostała od matki, podała jej z wyrzutem.
Nie był to widok, który zniósłby człowiek. Przybrana matka od razu zemdlała, służąca przez moment stała nieruchomo, patrzyła to na córkę, to na matkę, po czym zakryła oczy dłońmi i pobiegła do spiżarni, którą dobrze zaryglowała.
— Nie — powiedziała — to nie do mnie ma sprawę, nie muszę na to patrzeć.
Ingrid zwróciła się do Dalarczyka:
— Schowaj mnie i zabierz stąd. Słyszysz? Słyszysz? Zabierz mnie tam, skąd mnie przyniosłeś!
Akurat w tej chwili Dalarczyk wyjrzał przez okno. Aleją na podwórze wjechał rząd powozów i fur. Ach tak! Nie chce tu dłużej zostać. W ogóle mu się to nie podobało.
Ingrid skuliła się na dnie wora — o nic już nie prosiła, tylko szlochała. Zamknęły się za nią klapy i pokrywy, została znów dźwignięta na plecy i wyniesiona z domu. Ci, co zjechali na stypę, mieli niezły ubaw z Kozła, który uciekał, dygając przed każdym napotkanym koniem.