Rozdział dziesiąty
Drugiego dnia świąt po południu Ingrid szła główną drogą. Była to jasna okolica, niskie wzniesienia i niewielkie brzeziny między polami, a czasem na ich środku. Na jarzębinie i krzewach rozwinęły się kwiatki, na topolach — soczyste listki, a rowy przydrożne wypełnione były przejrzystą, szumiącą wodą, przez którą przebłyskiwały wymyte kamienie na dnie.
Ingrid rozpaczliwie płakała nad tym, który na nowo popadł w obłęd. Nie wiedziała, czy może coś jeszcze dla niego uczynić i czy zda się na coś jej nagłe odejście z domu.
Była głodna i wyczerpana, trzewiki zaczęły się już rozpadać. Może lepiej, jeśli zawróci. Wątpliwe, czy zdoła dotrzeć do celu.
Im dłużej szła, tym większe było jej przygnębienie. Niewiele pomoże, myślała, to, że pojawi się tam, kiedy on już oszalał. Było za późno, zgasła nadzieja, że można cokolwiek zrobić.
Ale gdy tylko chciała zawrócić, twarz Hedego pojawiała się tuż przy jej policzku, zupełnie jak tyle razy wcześniej. Wtedy nadzieja na powrót ją porywała. Ingrid wiedziała, że to on ją wzywa, czuła w sobie silną wiarę i przekonanie, że owszem, potrafi go uleczyć.
W chwili, gdy Ingrid uniosła głowę z miną nieco mniej zrozpaczoną, minął ją osobliwy korowód.
Był to mały koń, ciągnący niewielką furę, na której siedziała gruba madame16, a obok kroczył chudy, sterany życiem mężczyzna z długim wąsem.
Tu, na prowincji, gdzie nikt się nie znał na sztuce, państwo Blomgrenowie starali się zawsze wyglądać jak prości, zwyczajni ludzie. Przemieszczali się niewielkim, starannie przykrytym wozem. Nie sposób było się domyślić, że są na nim sztuczne ognie, przyrządy magika i marionetki z teatru.
Nikt nie mógł wiedzieć, że siedząca na ładunku gruba staruszka o wyglądzie dostojnej mieszczki to dawna miss Viola, która fruwała w powietrzu, a idący obok mężczyzna, przypominający byłego żołnierza, to sam pan Blomgren, który przerywał sobie monotonię wędrówki fikołkami przez konia i popisami brzuchomówstwa przed publicznością złożoną z drozdów i czyżyków, które jak oszalałe śpiewały na przydrożnych drzewach.
Konik był naprawdę maleńki; dawniej ciągnął karuzelę — dlatego nie chciał iść, gdy nie słyszał muzyki. Pani Blomgren na szczycie fury przygrywała mu zatem na harmonijce, lecz gdy tylko kogoś napotkali, chowała instrument do kieszeni, żeby nie myślano, iż są artystami ulicznymi, bo tych na wsi nie darzy się szacunkiem. W ten sposób poruszali się bardzo powoli, lecz i nie czuli konieczności pośpiechu.
Ślepy skrzypek musiał iść kawałek za nimi, by nie zdradzić się, że należy do tego towarzystwa. Miał psa za przewodnika; nie wolno mu było iść z pomocą dziecka. Nieustannie przypominałoby panu i pani Blomgren o dziewczynce imieniem Ingrid. To byłoby nazbyt bolesne.
A teraz wędrowali po polach, ponieważ nadeszła wiosna. Bowiem, jakkolwiek dobrze zarobiliby w mieście, państwo Blomgrenowie musieli o tej porze roku wyjechać na wieś. Oto artyści, pan i pani Blomgren.
Nie rozpoznali Ingrid, a ona minęła ich bez powitania, spieszyła się bowiem i nie chciała się zatrzymywać. Lecz zaraz pomyślała, że to niegrzeczne, wręcz bezduszne, więc zawróciła.
Gdyby Ingrid mogła się ucieszyć, z pewnością uszczęśliwiłby ją widok radości starych ludzi. Długo rozmawiali jakimś strasznie prymitywnym językiem. Konik aż odwracał łeb, żeby sprawdzić, czy aby karuzela się nie popsuła.
O dziwo, to Ingrid najwięcej mówiła. Staruszkowie od razu zauważyli, że szła i płakała, i tak bardzo się zatroskali, że musiała im opowiedzieć swoją historię.
Mówienie o własnym losie okazało się plastrem na duszę, albowiem starsi ludzie mieli szczególny sposób słuchania. Klaskali radośnie, gdy mówiła o tym, jak wyszła z grobu, a potem wystraszyła wikariuszową.
Głaskali ją i chwalili, że odeszła z plebanii. Dla nich nie istniało to, co ciężkie i kłopotliwe — we wszystkim dostrzegali lekkość i mnóstwo nadziei.
Nie mieli żadnych punktów odniesienia w rzeczywistości, dlatego życiowa szorstkość i surowość Ingrid w ogóle ich nie dotykała. Wszystko, co usłyszeli, porównywali do świata lalek w teatrze i do pantomimy. Trochę smutku i nędzy jest przecież w każdej sztuce, choćby tylko po to, by wzmocnić efekt. I oczywiście wszystko zawsze kończy się dobrze. W pantomimie wszystko dobrze się kończy.
Ich pogoda ducha była zaraźliwa. Ingrid wiedziała, że nie rozumieją jej wielkiej niedoli, ale i tak radowało ją to, co mówili.
Dostała od nich też prawdziwą pomoc. Opowiedzieli jej, że chwilę wcześniej jedli obiad w gospodzie w Torsåker17, a gdy wstawali od stołu, dwóch chłopów stanęło przed wejściem z jakimś głupkiem. Pani Blomgren źle znosiła widok szaleńców i chciała natychmiast odjechać, a pan Blomgren był jej posłuszny. A co, jeśli był to głupek Ingrid?! Zanim to powiedzieli, dziewczyna sama uznała, że to bardzo prawdopodobne, i chciała się pożegnać.
Wtedy pan Blomgren spytał uroczyście żonę, czy nie podróżują jedynie ze względu na wiosnę i czy nie jest obojętne, dokąd zmierzają, na co pani Blomgren odpowiedziała pytaniem równie patetycznym: czy mąż naprawdę sądzi, że ona porzuci ukochaną Ingrid teraz, zanim ta odnajdzie swój szczęśliwy port?
Odwrócili więc konika wraz z jego karuzelą i nie dało się już rozmawiać, bo harmonijka musiała znów zagrać. Gdy tylko pani Blomgren chciała coś powiedzieć, musiała przekazać instrument panu Blomgrenowi, a kiedy pan Blomgren raczył przemówić, oddawał go żonie. A maleńki konik przystawał za każdym razem, gdy harmonijka przechodziła z ust do ust.
Przez cały czas pocieszali Ingrid. Odszukali w pamięci wszystkie baśnie, które widzieli w teatrze lalek. Opowiadali o Śpiącej Królewnie i o Kopciuszku. Dodawali jej otuchy każdą bajką, jaką znał świat.
Pan i pani Blomgren przyglądali się Ingrid, aż zobaczyli, że jej oczy zaczynają błyszczeć.
— To oczy artystki! — mówili, kiwając głowami z zadowoleniem. — Czy nie tośmy mówili? Artystyczne oczy!
W jakiś magiczny sposób odkryli, że Ingrid stała się jedną z nich, że należy teraz do świata ludzi-artystów. Wydało im się, że gra w jakimś dramacie. Tak oto teraźniejszość zatriumfowała nad przeszłością.
Jechali najszybciej, jak tylko się dało. Staruszkowie obawiali się, że szaleńca Ingrid nie zastaną już w gospodzie.
Ale był tam nadal — co gorsza, nikt nie wiedział, jak go stamtąd wyprowadzić.
Dwaj chłopi z Råglandy, którzy tu z nim przybyli, zamknęli go w pokoju, gdy czekali na konie. Zostawili go tam z rękami związanymi na plecach. Nikt nie wiedział, jak to się stało, że udało mu się oswobodzić kończyny, lecz gdy po niego wrócili, stał tam wolny i wściekły; chwycił krzesło, by zaatakować nim przybyszów. Mogli jedynie wybiec i zaryglować drzwi. Teraz chłopi czekali, aż gospodarz wróci z parobkami do domu, żeby wspólnymi siłami znów mogli go związać.
Nadziei, jaką starzy przyjaciele rozbudzili w Ingrid, nie dało się stłumić. Zrozumiała, że Hede ma się gorzej niż dawniej, ale nie traciła wiary. To nie dzięki baśniom, lecz przez ogrom życzliwości dawnych opiekunów teraz promieniała.
Poprosiła o wpuszczenie jej do Hedego. Znała go — jej nie zrobiłby krzywdy. Na to chłopi rzekli, że oni nie są szaleni. Ten tam, w środku, zabije każdego, kto wejdzie bez ochrony.
Przez długą chwilę Ingrid rozmyślała. Jakież to wspaniałe, że właśnie dziś trafiła na pana i panią Blomgren. To musi być jakiś znak. Nie spotkałaby ich na drodze, gdyby nie miało to głębszego sensu.
Zaczęła zastanawiać się, jak Hede wyzdrowiał poprzednim razem. Czy i teraz nie mogła namówić go do zrobienia czegoś, co przypomni mu o dawnych czasach, co wyrwie go ze szponów szaleństwa. Dumała i dumała.
*
Państwo Blomgrenowie siedzieli na ławce przed gospodą i wyglądali na tak nieszczęśliwych, jak nigdy wcześniej. Byli bliscy płaczu.
Wtedy podeszła do nich Ingrid i uśmiechnęła się, jak tylko ona potrafiła, pogłaskała ich pomarszczone policzki i rzekła, że wielką radość by jej sprawiło zobaczenie przedstawienia, jakie dawniej oglądała na co dzień. Byłoby to dla niej dużym pocieszeniem.
Najpierw jej odmówili, nie byli bowiem w artystycznym nastroju, lecz gdy posyłała im kolejne uśmiechy, nie mogli się jej dłużej opierać. Rozpakowali swój ładunek i wyjęli trykotowe kostiumy.
Gdy już byli gotowi i zawołali ślepca, Ingrid wybrała miejsce na spektakl. Nie chciała, by grali na placu przed gospodą. Zaprowadziła ich do ogrodu, znajdującego się na tyłach — była to w zasadzie łąka, na razie jeszcze pusta, na której niebawem miały pojawić się zioła; gdzieniegdzie jabłonki wypuszczały już pąki. Powiedziała, że chciałaby ich zobaczyć pod jednym z kwitnących drzew.
Kilkoro parobków i służek przybiegło, usłyszawszy skrzypce, mieli więc też małą publiczność. A jednak nie w smak było Blomgrenom występować. Ingrid żądała za wiele. Byli zbyt zrozpaczeni.
Nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że Ingrid zaprowadziła ich do ogrodu. Na tamtą stronę wychodziły okna pokoi gościnnych — zapewne o tym nie pomyślała. Pani Blomgren niemalże uciekła, usłyszawszy gwałtownie otwierane okno. A jeśli szaleniec usłyszał muzykę, a jeśli do nich zeskoczy?
Pani Blomgren musiała się uspokoić, gdy zobaczyła, że w oknie stoi młodzieniec o dostojnym wyglądzie. Był w samej koszuli, ale bardzo porządnej. Spojrzenie miał spokojne, usta uśmiechnięte, dłonią odgarnął włosy z czoła.
Pan Blomgren pracował i był tak pochłonięty spektaklem, że niczego nie zauważył. Pani Blomgren, której zajęciem było jedynie posyłanie całusów, obserwowała wszystko.
Czy to nie dziwne, jak Ingrid, ta dziecina, od razu się rozpromieniła? Oczy jej lśniły jak nigdy dotąd, jej biała twarzyczka rzucała prawdziwy blask. A cały ten promienisty połysk skierowała w stronę stojącego w oknie młodzieńca.
On, niewiele myśląc, wszedł na parapet i do nich zeskoczył. Zbliżył się do ślepca i poprosił o skrzypce.
Ingrid wzięła je od niewidomego i podała obcemu.
— To teraz będzie walc z Wolnego strzelca — powiedział.
I zaczął grać. Uśmiechnięta Ingrid wyglądała wręcz jak postać nie z tego świata, pani Blomgren sądziła, że dziewczyna zaraz się stopi się z promieniem słońca i uniesie w górę.
Lecz gdy pani Blomgren usłyszała, jak obcy gra, rozpoznała go.
— Ach tak — powiedziała do siebie — To jednak on. Ach tak, to dlatego chciała zobaczyć nasze przedstawienie.
*
Zamknięty w pokoju Gunnar Hede tak się wściekł, że gotów był zabijać, lecz nagle usłyszał, jak ślepiec gra na skrzypcach za oknem. Przypomniało mu to scenę z jego dawnego życia.
Zaczął się zastanawiać, gdzie podziały się jego własne skrzypce i przypomniał sobie Ålina, który mu je zabrał, więc nie zostało mu nic innego, jak pożyczyć instrument od niewidomego i grą ukoić duszę. Był potwornie wzburzony.
I kiedy tylko poczuł w dłoniach skrzypce, zaczął muzykować. W ogóle nie pomyślał, że może nie potrafić grać. Nie miał pojęcia, że przez wiele lat znał tylko kilka najprostszych melodii.
Był przekonany, że znajduje się w Uppsali, pod kamienicą z dzikim winem. Spodziewał się, że linoskoczkowie rozpoczną tańce, tak jak poprzednim razem.
Hede chciał zagrać coś bardziej żywego, by ich do tego zachęcić, ale palce miał sztywne i dziwnie niechętne, a smyczek nie zawsze go słuchał. Wysilał się tak, że krople potu wystąpiły mu na czoło. W końcu wydobył z instrumentu właściwą melodię — tę, do której tańczyli poprzednim razem. Grał tak kusząco, tak uwodzicielsko, że topniało przy tym niejedno serce.
Lecz starzy akrobaci nie ruszyli w tany. Wiele lat minęło od spotkania z Hedem w Uppsali. Nie pamiętali, jak wówczas ich zachwycił. Nie mieli pojęcia, czego od nich oczekuje.
Hede spojrzał na Ingrid; chciał, by wyjaśniła mu, dlaczego linoskoczkowie nie tańczą. W chwili, gdy ujrzał jej oczy, tak niebiańsko promieniste jak wtedy, zdziwił się i przestał grać.
Stał tak przez chwilę i spoglądał dokoła. Osobliwe, zalęknione spojrzenia — wszystkie utkwione w nim.
Nie da się grać, kiedy ludzie gapią się w ten sposób. Po prostu od nich odszedł. W oddali, w ogrodzie, dojrzał kępę kwitnących jabłoni. Ruszył w jej stronę.
Zauważył, iż nic nie zgadza się z jego wyobrażeniem sprzed chwili: że Ålin go zamknął i że jest w Uppsali. Ogród był za duży, a domu nie porastało czerwone listowie. Nie, to nie mogła być Uppsala.
Nie przejmował się jednak bardzo tym, gdzie się znajdował. Wydało mu się, że od wieków nie grał, a teraz miał w rękach skrzypce. Teraz to on zagra.
Oparł podbródek na skrzypcach i zaczął. I znów powstrzymały go sztywne ruchy palców. Mógł wydobyć tylko najprostsze melodie.
— Tu trzeba chyba zacząć od podstaw — powiedział.
Uśmiechnął się i rozpoczął od prostego menueta18. To był pierwszy utwór, jakiego się nauczył. Grał go ojciec, a Hede powtarzał za nim ze słuchu. Oczami wyobraźni zobaczył całą scenę. I usłyszał słowa: „Mały książę miał zatańczyć, ale złamał sobie nogę”.
Potem spróbował jeszcze kilka krótkich tańców. Grywał je jako uczniak. Poproszono, by przychodził na pensję dla panien i grał, gdy one ćwiczą taniec. Patrzył, jak dziewczęta to skaczą, to wirują, a nauczycielka wytupuje rytm.
Był teraz coraz śmielszy. Grał pierwsze skrzypce w Mozartowskim19 kwartecie. Nauczył się tego, będąc gimnazjalistą w Falun. Kilku starszych panów ćwiczyło utwór przed koncertem, a ponieważ pierwsze skrzypce się pochorowały, przejął ich rolę, choć był bardzo młody. Niemało miał z tego tytułu powodów do dumy.
Gunnar Hede myślał tylko o tym, by rozruszać palce, gdy wygrywał teraz melodie z dzieciństwa. Niebawem poczuł jednak, że dzieje się z nim coś cudownego.
Miał wyraźne wrażenie, że jego umysł wypełnia głęboki mrok, skrywający to, co minęło. Gdy tylko chciał sobie coś przypomnieć, było to niczym błądzenie po ciemnym pokoju. Ale kiedy grał, mrok ustępował. Nie myślał o tym w ogóle, ciemności same się rozpraszały, a on przypomniał sobie dzieciństwo i szkolne czasy.
Niech skrzypce go prowadzą, może przepędzą mrok.
Tak też się stało — z każdym kolejnym fragmentem melodii zasłona unosiła się. Skrzypce wiodły go przez kolejne lata, budziły pamięć studiów, przyjaciół, radości. Szedł ku spuszczonej kotarze, uzbrojony w smyczek, a ta powolutku podnosiła się z każdym jego krokiem. Czasem spoglądał za siebie, myśląc, że tam znów robi się ciemno. Ale za plecami miał tylko jasny dzień.
Instrument dotarł do kilku duetów na fortepian i skrzypce. Skrzypek zagrał jedynie po parę taktów z każdego. A wtedy naraz podniósł się wielki fałd ciemnej zasłony: Hede przypomniał sobie narzeczoną i moment zaręczyn.
Chciał się tu zatrzymać, lecz przed nim gromadziły się jeszcze ciemności. Nie można było zwlekać.
Przeszedł do melodii psalmu. Usłyszał ją raz, gdy był zasmucony. Pamiętał, że siedział wtedy w wiejskim kościele. Dlaczego był tak przygnębiony? Bo chodził wówczas od domu do domu jako biedny sprzedawca obnośny. To było ciężkie życie. I ciężkie wspomnienie.
Smyczek biegł po strunach niczym pędzony wiatrem, kolejne połacie mroku ustępowały. Hede zobaczył wielki las, ośnieżone zwierzęta, a nad nimi zaspy, tworzące przedziwne kształty. Wspominał podróż do narzeczonej i zerwanie przez nią zaręczyn. Wszystko to stanęło mu przed oczami bardzo wyraźnie.
Przy żadnym wspomnieniu nie czuł żalu ani radości. Ważne było, że pamiętał. Już samo to stanowiło nieskończoną rozkosz.
Tu smyczek zatrzymał się sam z siebie. Nie chciał prowadzić go dalej. A jednak Hede jeszcze wiele musiał sobie przypomnieć. Ciemność wciąż stała przed nim murem.
Zmusił smyczek, by szedł dalej. A ten zagrał tylko dwie niepozorne melodie — Hede nigdy nie słyszał bardziej ordynarnych taktów. Skąd jego smyczek znał coś podobnego?
Ciemność nie ustąpiła ani trochę na dźwięk tych melodii. Tak naprawdę niczego go one nie nauczyły. Ale zrodził się z nich niepokój, jakiego nie czuł nigdy wcześniej. Szalony, straszliwy lęk w głębi serca, nieuzasadnione przerażenie upadłej duszy.
Przestał grać, nie mógł tego dłużej znieść. Cóż takiego było w tych dźwiękach?
Ciemność nie ustąpiła, a najstraszniejsze było to, myślał, że kiedy nie udawało mu się rozproszyć jej grą na skrzypcach, natychmiast ruszała, by ponownie spowić go mrokiem i pochłonąć.
Hede przymykał oczy, gdy grał. Teraz podniósł powieki i spojrzał na rzeczywisty świat. Zobaczył Ingrid — cały czas go słuchała.
Zapytał ją, nie spodziewając się odpowiedzi, tylko po to, by na chwilę oddalić mrok:
— Kiedy ostatnio to grałem?
Ingrid stała przed nim roztrzęsiona. Już podjęła decyzję. Cokolwiek się stanie, niech pozna prawdę.
Miała w sobie strach, ale także odwagę i ogromną determinację. Teraz jej nie ucieknie. Już nie pozwoli mu się wymknąć.
Lecz mimo całej swojej śmiałości nie zdobyła się na powiedzenie mu wprost, że te melodie grywał w stanie obłąkania. Chciała uniknąć jednoznacznej odpowiedzi.
— Grywałeś to w domu, w Munkhyttan, zeszłej zimy — odparła.
Wiele tajemnic zgromadziło się wokół Hedego. Dlaczego ta dziewczyna mówi mu po imieniu? Nie jest z ludu, włosy ma uczesane na modłę wyższych sfer, upięte i zakręcone w loki. Nosi sukienkę z samodziału, lecz z koronką przy szyi. Cerę ma białą, a dłonie delikatne. Ta śliczna twarz o wielkich, rozmarzonych oczach nie może należeć do wiejskiej dziewczyny. Pamięć Hedego nie potrafiła mu nic o niej powiedzieć. Dlaczego więc zwraca się doń po imieniu? Skąd może wiedzieć, co grywał w swoim domu?
— Jak ci na imię? — zapytał. — Kim jesteś?
— Jestem Ingrid, którą wiele lat temu widziałeś w Uppsali i pocieszałeś, bo nie nauczyła się tańczyć na linie.
To poprowadziło go do minionych czasów, do rozjaśniającej się już przeszłości. Przypomniał ją sobie.
— Ależ ty wyrosłaś i wypiękniałaś, Ingrid! — powiedział. — I taka elegancka! Cóż za cudna broszka!
Przez długi moment przyglądał się ozdobie. Jakby ją rozpoznał, przypominała klejnot z emalii i pereł, należący do jego matki.
Dziewczyna natychmiast wyjaśniła:
— Dostałam tę broszkę od twojej matki. Z pewnością ją rozpoznajesz.
Gunnar Hede odłożył skrzypce i podszedł do Ingrid. Zapytał wzburzony:
— Jak to jest możliwe? Jak możesz nosić jej broszkę? Dlaczego nic nie wiem o tym, że znasz moją matkę?
Ingrid wystraszyła się i poszarzała na twarzy. Wiedziała, co teraz nastąpi.
— O niczym nie wiem, Ingrid. Nie wiem, dlaczego tu jestem. Nie wiem, dlaczego ty tu jesteś. Dlaczego tego nie wiem?
— Och, nie, nie pytaj mnie o to!
Cofnęła się, zasłoniwszy twarz dłońmi.
— Nie chcesz mi tego powiedzieć?
— Nie pytaj, nie pytaj!
Chwycił ją mocno za rękę, żeby wydusić z niej prawdę.
— Po prostu to powiedz! Jestem przy zdrowych zmysłach. Dlaczego są rzeczy, których nie pamiętam?
Zobaczyła w tych oczach coś dzikiego, groźnego. Już wiedział, co Ingrid teraz mu powie. Lecz ona czuła, że nie sposób komuś wyznać, że był obłąkany. To o niebo trudniejsze niż wcześniej sądziła. Niemożliwe, niewykonalne.
— Powiedz to! — powtarzał.
Lecz dziewczyna słyszała w tym głosie, że on nie chce poznać prawdy. Mógłby ją nawet zabić, jeśli to wypowie.
Przywołała na pomoc całą swoją miłość i spojrzała w oczy Gunnarowi Hedemu.
— Byłeś nie do końca zdrowy na umyśle.
— Chyba nie za długo?
— Dokładnie nie wiem. Trzy, cztery lata.
— Taki całkiem szalony?
— Nie, nie. Kupowałeś i sprzedawałeś, chodziłeś po jarmarkach.
— To jak, byłem głupi?
— Bałeś się.
— Kogo się bałem?
— Zwierząt.
— Kóz może?
— Tak, najbardziej kóz.
Cały czas Hede trzymał mocno jej rękę. Teraz ją puścił i z całej siły odepchnął. Odwrócił się od Ingrid, wściekły, jak gdyby perfidnie rzuciła mu w oczy oszczerstwo.
Lecz to uczucie ustąpiło miejsca innemu, które wzburzyło go jeszcze bardziej. Wyraźnie, jakby żywy obraz, stanął mu przed oczami wysoki Dalarczyk, zgięty pod wielkim worem. Zamierza wejść do chałupy, ale dopada go mały, żałosny piesek. Mężczyzna przystaje, kłania się wielokrotnie, bojąc się wejść, aż wychodzi chłop i ze śmiechem odgania zwierzę.
Gdy to zobaczył, powrócił przeraźliwy lęk.
Strach spowodował, że wizja zniknęła, ale teraz nadeszły głosy. Ludzie krzyczą i wołają dokoła. Słychać śmiechy, rozbrzmiewają wyzwiska. Donośne wrzaski dzieci przerażają najbardziej. Jedno słowo, imię, ciągle powraca — wykrzykują je, wołają, szepczą, syczą mu do ucha: „Kozioł! Kozioł!”.
A wszystko to dotyczy jego, Gunnara Hedego! W tym żył. Będąc przy zdrowych zmysłach, poczuł ten sam niewypowiedziany strach, którego doświadczył w szaleństwie. Lecz nie był to już lęk przed obcymi — teraz bał się samego siebie.
— To ja. To byłem ja — powiedział, załamując ręce. Po chwili ukląkł obok ławeczki i oparłszy się o nią, zapłakał.
— To byłem ja! — wył i szlochał. — To byłem ja!
Czy będzie miał odwagę, by udźwignąć te myśli? Udręczony, wyśmiany głupek!
— Chcę znów oszaleć! — Mocno uderzył o ławkę. — Człowiek tego nie zniesie.
Wstrzymał na chwilę oddech. Mrok zbliżał się ku niemu niczym wezwany zbawiciel. Sunął w jego stronę, jak nadciąga mgła. Na usta wpełzł słaby uśmiech. Czuł, jak rozluźniają się mięśnie, jak powraca spojrzenie szaleńca.
Tak było jednak lepiej. Tego drugiego nie sposób wytrzymać. Wytykany, wyśmiewany, wzgardzony, obłąkany! Nie, lepiej popaść na powrót w stan szaleństwa i o tym nie wiedzieć. Po co mu znów jego życie? Wszyscy go nienawidzą.
Ciemność owinęła go pierwszym, lekkim rąbkiem zasłony.
Ingrid słuchała tych lamentów, zdając sobie sprawę, że zaraz wszystko znów będzie stracone. Dobrze wiedziała, że obłąkanie porwie go ponownie.
Stała tak, bezgranicznie przerażona, odwaga ją opuściła. Lecz zanim Hede znów oszaleje i będzie bał się tak, że nie pozwoli nikomu się do siebie zbliżyć, chciała przynajmniej pożegnać i jego, i swoje szczęście.
Hede poczuł, jak Ingrid podchodzi, klęka obok niego, kładzie mu rękę na karku, przytula twarz do jego policzka i go całuje.
Nie cofnęła się przed nim, szaleńcem, nie cofnęła się przed pocałunkiem!
Usłyszał w mroku coś jakby lekki szelest. Rozwiewające się opary odsłoniły wężowe głowy, zwrócone w jego stronę; gady syczały z wściekłości, że nie dane im było go ugryźć.
— Nie martw się zanadto! — odezwała się Ingrid — Nie martw się. Nikt nie myśli o tamtym. Obyś tylko wyzdrowiał!
— Chcę znowu oszaleć — powiedział. — Nie mogę tego znieść. Nie mogę nie myśleć o tym, jaki byłem.
— Ależ możesz.
— Nikt nie zapomni — szlochał. — Byłem taki straszny. Nikt mnie nie polubi.
— Ja ciebie lubię.
Niepewnie uniósł głowę.
— Pocałowałaś mnie, żebym nie oszalał. Ty mi współczujesz.
— Jeszcze raz cię pocałuję.
— Mówisz tak tylko dlatego, żebym to usłyszał.
— Chcesz usłyszeć, że ktoś cię lubi?
— Czy chcę? Boże, czy tego chcę? Ach, dziecino... — Wyrwał się z jej uścisku. — Jak znieść to, kiedy wiem, że każdy na mój widok pomyśli: „Ten był obłąkańcem. Kłaniał się psom i kotom”.
Znowu się załamał. Leżał, płacząc w dłonie.
— Już lepiej znów oszaleć. Słyszę, jak wołają i widzę tam siebie. I jest tam strach, nieskończony lęk.
Wreszcie Ingrid straciła cierpliwość.
— Owszem, masz rację — krzyknęła. — Oszalej ponownie! Jakież to typowe dla mężczyzny: lepiej być szaleńcem, wtedy lęki cię ominą.
Gryzła teraz wargi, walczyła ze łzami, a że żadne słowa nie przychodziły jej do głowy, chwyciła go za ramię i mocno nim potrząsnęła.
Była rozgoryczona, trzęsła się z wściekłości, bo znowu jej się wymykał, bo nie chciał zawalczyć o siebie.
— Co cię obchodzę ja, co cię obchodzi matka? Oszalej sobie, będziesz miał święty spokój!
Jeszcze raz mocno nim potrząsnęła.
— „Żeby nie musieć się bać”, powiadasz. Ale nie boi się ta, która czekała na ciebie przez całe swoje życie, a ty nie przychodziłeś! Gdybyś miał serce dla kogoś poza sobą samym, stanąłbyś do walki ze złem, byłbyś zdrowy. Ale ty dla nikogo nie masz serca. W wizjach i w snach potrafisz przychodzić i wzruszająco prosić mnie o pomoc, ale w rzeczywistości jej nie chcesz. Roisz sobie, że twoje cierpienie jest największe na świecie. Ale są też inni, a ich los jest o wiele cięższy.
Wreszcie Hede podniósł wzrok i spojrzał jej głęboko w oczy. W tym momencie nie wyglądała zbyt ładnie. Łzy lały się strumieniami, a usta drżały od słów, które chciały przedrzeć się przez szloch.
Lecz jemu wydała się piękna w tej wściekłości. Spłynął na niego dziwny spokój i wielka, łagodna wdzięczność. Coś wspaniałego spotkało go w chwili jego upadku. To musi być miłość, wielka miłość.
Siedział, lamentując nad swoją marnością, kiedy miłość już pukała do drzwi. Oto, gdy wróci do życia, ludzie nie tylko będą go znosić. Nie tylko przestaną się z niego naśmiewać.
Tu była ta, która go kochała i za nim tęskniła. Mówiła do niego surowo, lecz on w każdym jej słowie usłyszał drżenie miłości. Wydało mu się, że daje mu tron i całe królestwo.
Opowiedziała mu, jak, będąc szaleńcem, uratował jej życie. Obudził ją niemal umarłą, wyniósł z grobu i ochronił. Lecz jej to nie wystarczyło. Pragnęła go mieć dla siebie.
Ucałowała go, a on poczuł, jak cudowny balsam rozlewa się po jego duszy; nie śmiał jeszcze uwierzyć, że to miłość prowadzi dziewczynę. Jednak w jej złość i jej łzy nie wątpił. Był kochany — on, nędzny, straszny człowiek, on, biedna poczwara.
Wobec tej czułej rozkoszy, rozbudzonej w sercu Hedego, rozwiały się ostatnie ciemności. Podniosła się ciężka, szeleszcząca zasłona — teraz zobaczył wyraźnie królestwo strachu, przez które wędrował. Lecz tam, w tym mrocznym świecie, spotkał także Ingrid, tam wyjął ją z grobu, tam dla niej grał w leśnym szałasie. To tam ona robiła wszystko, by go uzdrowić.
Nie tylko we wspomnieniach do niego przychodziła. W tym samym czasie budziły się uczucia, podobne do tych, które ona wcześniej mu wyznawała. Serce wypełniła mu miłość. Dotknęło go żarliwe pragnienie, to samo, które poczuł przed kościołem w Råglandzie, kiedy mu ją odebrano.
W krainie przerażenia, na wielkiej pustyni, rósł jedyny kwiat, który go pocieszał wonią i kolorem. A teraz poczuł, że miłość będzie trwała. Dzika, pustynna roślina dała się przenieść do ogrodu życia, tu zapuściła korzenie, rozkwitła. I gdy tylko to poczuł, wiedział — jest uratowany, ciemność została pokonana.
Ingrid zamilkła. Była zmęczona jak po ciężkiej pracy, ale też spokojna, jakby wykonała ją w najlepszy możliwy sposób. Wiedziała, że odniosła zwycięstwo.
Wreszcie Hede przerwał tę ciszę.
— Obiecuję ci, że teraz to zniosę.
— Dziękuję.
Nie powiedzieli już nic więcej.
Hede nie potrafił wyznać Ingrid, jak bardzo ją kochał. Nie znajdował słów, mógł tylko to okazywać każdego dnia i w każdej chwili — przez całe długie życie.
Przypisy:
1. Uppsala — szwedzkie miasto, położone w historycznej prowincji Uppland. [przypis edytorski]
2. Falun — szwedzkie miasto i gmina, położone w w regionie Dalarna. [przypis edytorski]
3. Munkhyttan — w Szwecji znajduje się obecnie rezerwat przyrody o tej nazwie, trudno jednak stwierdzić, czy można utożsamić to miejsce z opisywanym w powieści majątkiem. [przypis edytorski]
4. Wolny strzelec — opera w trzech aktach, skomponowana przez Carla von Webera (1786–1826). [przypis edytorski]
5. faun a. Faun — w mitologii rzymskiej bóg płodności, pól i lasów, opiekun pasterzy. [przypis edytorski]
6. miss (ang.) — panna. [przypis edytorski]
7. Dalarna — szwedzka kraina historyczna, a obecnie jeden z regionów administracyjnych. [przypis edytorski]
8. Värmlandia a. Värmland, a. Wermelandia — historyczna prowincja w środkowej Szwecji. [przypis edytorski]
9. Råglanda — historyczna gmina szwedzka, położona w Värmlandii. [przypis edytorski]
10. wikariusz — w kościele protestanckim ksiądz pomocniczy lub duchowny przygotowujący się do ordynacji pastorskiej. [przypis edytorski]
11. całun — tkanina służąca do przykrywania zwłok. [przypis edytorski]
12. sierp — tu: ręczne narzędzie rolnicze, używane dawniej do żęcia. [przypis edytorski]
13. bombazynowy — zrobiony z bombazynu, dekatyzowanej tkaniny półwełnianej niskiej jakości. [przypis edytorski]
14. mroczek — tu: rodzaj nietoperza. [przypis edytorski]
15. kir — czarny materiał symbolizujący żałobę. [przypis edytorski]
16. madame (fr.) — pani. [przypis edytorski]
17. Torsåker — miejscowość w Szwecji, położona w regionie administracyjnym Gävleborg. [przypis edytorski]
18. menuet — francuski taniec dworski. [przypis edytorski]
19. Mozart, Wolfgang Amadeus (1756–1791) — austriacki kompozytor i wirtuoz gry na instrumentach klawiszowych. [przypis edytorski]