Rozdział szósty

Ingrid i Anna Stina wędrowały przez ciemny las. Szły przez cztery dni, trzy noce spędziły w szałasach. Ingrid była nieprzytomna ze zmęczenia, twarz miała bladą, oczy zapadnięte, błyszczące od gorączki. Staruszka Anna Stina od czasu do czasu rzucała na nią po kryjomu spojrzenie i prosiła Boga, żeby dał dziewczynie siłę, by ta nie zachorowała i nie umarła na mchu. Chwilami babka odwracała się wystraszona. Miała niemiłe wrażenie, że kroczy za nimi lasem stara matka Śmierć, by zabrać tę, która zapowiedziała się u niej Słowem Bożym i posypaniem ziemi.

Staruszka była niska i tęga, miała dużą, prostokątną twarz, tak mądrą, że dodawało jej to urody. Nie była przesądna — mieszkała samotnie w środku lasu, nie obawiając się ani trolli, ani rusałek — lecz kiedy szła obok Ingrid, czuła, jak gdyby ktoś jej wręcz wyjaśniał, że idzie obok kogoś, kto nie należy do tego świata. Tak to zrozumiała, gdy znalazła dziewczynę w chatce w poniedziałkowy ranek.

Nie wróciła do domu w niedzielę wieczorem, bowiem wikariuszowa poważnie zaniemogła, a Anna Stina, która znała się na chorobach, została, by przy niej czuwać. Przez całą noc wikariuszowa majaczyła, że objawiła się jej Ingrid, w co stara nie mogła uwierzyć.

I gdy wreszcie przyszła do domu i ujrzała dziewczynę, chciała natychmiast wrócić na plebanię i powiedzieć wszystkim, że to nie ducha widzieli; lecz zobaczywszy minę Ingrid, nie miała śmiałości ruszyć się z miejsca. Życie w niej trzepotało jak płomień świecy, która zaraz zgaśnie od silnego podmuchu. Mogłaby umrzeć tak łatwo jak ptak w klatce. Śmierć szła jej tropem, musi być uważna i ostrożnie stawiać kroki, jeśli chce zostać przy życiu.

Staruszka nie była pewna, czy Ingrid nie jest po prostu zjawą — tak mało zostało w niej życia. Całkiem odrzuciła myśl o przemawianiu jej do rozsądku, należało po prostu przyjąć, że dziewczyna nie chce, by ktokolwiek wiedział o jej stanie. Dlatego Anna Stina postanowiła postąpić najmądrzej, jak umiała. Jej siostra służyła jako gosposia w dużym majątku w Dalarnie; zdecydowała się zabrać tam Ingrid i uprosić siostrę o miejsce dla niej. Dziewczyna musiała się zadowolić pracą służącej. Innej rady nie było.

Szły więc teraz do tego majątku. Anna Stina znała okolicę na tyle dobrze, że w ogóle nie musiały iść główną drogą, lecz przemierzały bezludne, leśne ścieżki. Niełatwo im było uniknąć trudności. Buty były schodzone, spódnice brudne i postrzępione na brzegach. Złośliwa gałązka zadrasnęła rękaw bluzki Ingrid.

Pod wieczór czwartego dnia dotarły na skraj lasu, skąd ujrzały głęboką dolinę. Daleko w dole leżało jezioro, a przy samym jego brzegu wysoka wyspa, na której wznosił się biały dwór. Gdy Anna Stina ujrzała budynek, oznajmiła, że to jest Munkhyttan i że to tam służy jej siostra.

Na wzgórzu na skraju lasu doprowadziły się do porządku. Zawiązały na nowo chustki na głowach, mchem przetarły obuwie, umyły się w leśnym potoku. Anna Stina podwinęła dziewczynie rękaw bluzki, żeby ukryć rozdarcie.

Westchnęła na widok Ingrid, wręcz straciła nadzieję. Przedziwnie wyglądała w ubraniach pożyczonych od starszej kobiety, w ogóle na nią nie pasowały. Wyglądała na istotę pozbawioną sił, siostra Stava nie weźmie jej na służbę. To jak zatrudnić powiew wiatru. Z dziewczyny nie będzie więcej pożytku niż ze schorowanego motyla.

Gdy już były gotowe, ruszyły w dół, w stronę jeziora. Był to krótki odcinek. Zaraz weszły na teren majątku.

Owszem, był to majątek!

Rozciągały się tam wielkie, zaniedbane pola, które powoli zarastał las. Mostek prowadzący na wyspę był tak rozchybotany, że nie sądziły, iż uda im się przejść na drugą stronę. Dalej aleja, wiodąca od mostu do domostwa, zarośnięta była trawą niczym pastwisko, a na środku drogi leżało drzewo, powalone wichurą.

Pięknie było na wyspie, tak pięknie, że mógłby tam wznosić się zamek. Ale w ogrodzie nie było ani jednego kwiatka, w wielkim parku drzewa dusiły się nawzajem, a na zielonych, błotnistych ścieżkach wiły się zaskrońce.

Widząc to zaniedbanie, Anna Stina zlękła się; mruczała do siebie: „Jak to możliwe? Czy siostra Stava nie żyje? Pozwala, by tak to wyglądało? Inaczej było trzydzieści lat temu, kiedym ostatnio tu była. Co, na Boga, wstąpiło w Stavę?”. Nie była w stanie pojąć, że w miejscu, gdzie rządzi jej siostra, może panować taki nieład.

Ingrid szła za nią powoli i z oporem. W chwili, gdy postawiła nogę na moście, zauważyła, że nie są tylko we dwie — jest ich troje.

Ktoś ją wyminął, a potem zawrócił i ruszył za nią.

Nie słyszała kroków, ale ten, kto ją śledził, znajdował się tuż obok niej. Widziała, że jest tam na pewno.

Bardzo się wystraszyła, już miała prosić Annę Stinę, by zawróciły; chciała powiedzieć, że wszystko jest tu zaczarowane, że nie ma odwagi iść dalej. Lecz zanim zdążyła wymówić choć słowo, obcy podszedł do niej tak blisko, że zaraz go rozpoznała.

Już kiedyś pojawiał się niewyraźnie — teraz był tak widoczny, że była pewna: to przecież on, to student.

Przestało ją przerażać, że idzie obok. Było coś miłego i uroczystego w tym, że wyszedł jej na spotkanie. Jak gdyby to on ją tu przyprowadził i teraz chciał wszystko pokazać.

Szedł z nią przez most i aleją, aż do samego budynku.

Nie mogła przestać zerkać w lewą stronę. Widziała tam jego twarz, tuż przy swoim policzku. Twarz zresztą ledwie mogła dojrzeć, spostrzegła tylko niezmiernie piękny uśmiech, sunący z czułością obok niej. Lecz gdy odwróciła głowę, by mu się przyjrzeć, zniknął. Nie, nie było tam nic, co można by wyraźnie zobaczyć. A gdy patrzyła przed siebie, znów się pojawiał, tuż przy niej.

Ten, który z nią szedł, nie odzywał się. Nie robił nic, tylko się uśmiechał, a jej to wystarczyło. Z pewnością czynił tak po to, by jej pokazać, że jest w świecie ktoś, kto darzy ją czułą miłością.

Jego obecność jawiła się jako na tyle rzeczywista, że Ingrid nabrała przekonania, iż on ją chroni i nad nią czuwa. Wobec tej cudownej świadomości ustąpiła cała rozpacz, obudzona przez ostre słowa przybranej matki.

Ingrid poczuła, że została przywrócona do życia. Miała prawo do życia, ponieważ ktoś ją kochał.

I tak oto weszła do kuchni w Munkhyttan — z rumieńcem na policzku i błyskiem w spojrzeniu. Krucha, słaba i przezroczysta, lecz śliczna jak róża w rozkwicie.

Wciąż czuła się jakby we śnie; nie bardzo wiedziała, gdzie się znajduje, a najbardziej dziwiło ją to, że przy piecu stała druga Anna Stina. Niska i masywna, o dużej, prostokątnej twarzy — zupełnie jak ta pierwsza. Ale dlaczego ma biały czepek, związany wstążką pod szyją, i czarną bombazynową13 suknię? Ingrid była tak oszołomiona, że długa chwila minęła, nim pojęła, że to musi być panna Stava.

Poczuła na sobie niespokojny wzrok Anny Stiny; starała się ocknąć, by się przywitać. Ale nic nie było ważne dla niej prócz tego, że on się pojawił.

Za kuchnią znajdował się maleńki pokoik za niebieską zasłonką w kratę. Tam je wprowadzono, a panna Stava podała im posiłek i kawę.

Anna Stina od razu zaczęła wyjaśniać sprawę. Bardzo długo mówiła; wiedziała, że jej siostra ma taką reputację u radczyni, iż sama może zatrudniać ludzi do pracy w gospodarstwie. Panna Stava nie odpowiedziała, za to zmierzyła Ingrid wzrokiem, mówiącym, że nie miałaby tej reputacji, gdyby przyjmowała osoby podobne do niej.

Anna Stina zachwalała Ingrid, mówiąc, że to dobra dziewczyna. Służyła dotąd na plebanii, a teraz, gdy już dorosła, chciała zdobyć porządne doświadczenie w zawodzie, dlatego Anna Stina przyprowadziła ją do osoby, która nauczy ją więcej niż ktokolwiek inny.

Panna Stava i na to się nie odezwała. Lecz jej spojrzenie nie kryło zdziwienia na widok dziewczyny, która, opuściwszy służbę na plebanii, nie miała własnego odzienia, tylko pożyczyła je od staruszki.

Anna Stina opowiadała tymczasem, jak poznała Ingrid — staruszka mieszkała wtedy samotnie w lesie, opuszczona przez swoich bliskich. Ta mała wbiegała na wzgórze wieczorem i wczesnym rankiem, by jej doglądać. Dlatego Anna Stina myślała z głęboką nadzieją, że kiedyś będzie mogła wspomóc dziewczynę, żeby było jej dobrze.

Panna Stava współczuła im, że tak daleko szukały posady. Jeśli dziewczyna jest dobra, mogłaby przecież służyć w majątku bliżej ich okolicy.

Anna Stina pojęła, że sprawy nie idą w dobrym kierunku, uderzyła zatem w podniosły ton:

— Siedziałaś tu, Stavo, wygodnie i w dobrobycie, przez całe cały ten czas, gdy ja walczyłam z wielką biedą. Nigdy cię o nic nie prosiłam aż do dzisiaj. A teraz chcesz mnie odprawić jak jakąś żebraczkę, nie dając mi nic prócz jednego posiłku!

Panna Stava uśmiechnęła się i odparła:

— Siostro Anno Stino, nie mówisz prawdy. Też jestem z Råglandy i chciałabym wiedzieć, w której tamtejszej wielkiej chacie narodziły się takie oczy i taka twarz. — Wskazawszy na Ingrid, ciągnęła: — Rozumiem, Anno Stino, że chcesz pomóc dziewczynie o takim wyglądzie, ale nie pojmuję, jak możesz sądzić, że twoja siostra Stava jest tak naiwna, iż możesz przyjść do niej i ją okłamywać.

Anna Stina tak się przestraszyła, że słów jej zabrakło. Wówczas Ingrid postanowiła zwierzyć się staruszce i cichym, pięknym głosem opowiedziała jej swą historię.

Ledwie w paru słowach opisała, jak to leżała w grobie i jak Dalarczyk przyszedł jej z pomocą, a stara panna Stava zarumieniła się i chcąc to zataić, pochyliła głowę. Trwało to raptem chwilę, lecz musiało oznaczać coś dobrego, bo odtąd miała życzliwą minę.

O wszystko szczegółowo wypytywała; przede wszystkim chciała wiedzieć, czy Ingrid nie bała się szaleńca.

— Ależ nie, w ogóle nie był groźny. Ani obłąkany. Umiał i kupić, i sprzedać. Był tylko przerażony.

Najtrudniej było Ingrid opowiedzieć, co usłyszała od przybranej matki. Ale szczerze wszystko opisała — mimo łez napływających do oczu.

Stava podeszła do niej, odsunęła jej chustkę i spojrzała dziewczynie w oczy. Po czym poklepała ją po policzku i rzekła:

— To może panienka pominąć, jeśli chce! Nie muszę wiedzieć wszystkiego. A teraz mi wybaczcie, muszę zanieść kawę jaśnie pani. Zaraz wrócę, by usłyszeć ciąg dalszy.

Po powrocie oznajmiła, że opowiedziała radczyni o młodziutkiej dziewczynie, która leżała w grobie. Teraz pani chce ją zobaczyć.

Poprowadzono je schodami na górę, do saloniku jaśnie pani.

Anna Stina zatrzymała się przy drzwiach eleganckiego pokoju, lecz Ingrid nie czuła się skrępowana. Natychmiast podeszła do starszej pani i chwyciła ją za rękę. Mogła być nieśmiała wobec innych, mających mniej dostojny wygląd, ale w tym domu się nie wstydziła. Czuła jedynie nieskończoną radość, że tu przyszła.

— A oto i nasze dziecko, co to ją pochowali — odezwała się pani, życzliwie kiwając głową. — Czy zechcesz być tak miła i opowiedzieć mi swą historię? Widzisz, siedzę tu sama i o niczym nie wiem.

I Ingrid zaczęła na nowo opowiadać. Nie doszła jednak daleko, gdy jej przerwano. Jaśnie pani zareagowała zupełnie jak wcześniej panna Stava. Wstała, odsunęła jej chustkę i spojrzała w oczy.

— Tak, tak — jaśnie pani mówiła do siebie. — Rozumiem to. Rozumiem, że usłuchał takich oczu.

Po raz pierwszy w życiu Ingrid została pochwalona za odwagę. Radczyni uznała, że jest bardzo dzielna, skoro zaufała obłąkanemu.

Oczywiście, że się bała, ale bardziej tego, że ludzie zobaczą, jak wygląda. A on wcale nie wydawał się groźny, był wręcz mądry. I taki dobry.

Jaśnie pani chciała poznać jego imię, ale Ingrid go nie znała. Słyszała jedynie, że wołają na niego „Kozioł”.

Kilka razy radczyni dopytywała, jak się zachowuje, gdy przychodzi sprzedawać. I czy ona się z niego nie śmiała, czy nie uważała, że ten Kozioł wygląda potwornie. Dziwnie było usłyszeć słowo „Kozioł” w ustach jaśnie pani. Wypowiadała je z nieskończoną kąśliwością, a jednak raz po raz je powtarzała.

Nie, Ingrid zaprzeczyła. Nie zwykła naśmiewać się z nieszczęśników.

Radczyni wyglądała łagodniej, niż można by sądzić po jej słowach.

— Nasze dziecko musi faktycznie mieć zrozumienie dla obłąkanych — rzekła. — To wielki dar. Większość z nas boi się tych biedaków.

Wysłuchała Ingrid do końca, po czym się zamyśliła.

— Ponieważ dziewczyna nie ma innego domu — powiedziała — zapraszam ją, by u mnie zamieszkała. Żyję tu sama, stara kobieta, a ona będzie mi towarzyszyć. Zadbam, by miała to, czego potrzebuje. Czy to cię zadowala, moje dziecko? Przyjdzie czas — ciągnęła — że trzeba będzie powiadomić rodziców, żeś żywa, ale na razie zostawimy to tak, jak jest, byś mogła odzyskać spokój. I możesz mi mówić „ciotko”, moje dziecko. A jak mam do ciebie się zwracać?

— Ingrid, Ingrid Berg.

— Ingrid... — Jaśnie pani wpadła w zadumę. — Chciałabym mówić do ciebie inaczej. Jak tylko tu weszłaś, z oczami jak gwiazdy, pomyślałam, że powinnaś mieć na imię „Mignon”.

Kiedy dziewczyna zrozumiała, że znalazła prawdziwy dom, na nowo poczuła pewność, że przyprowadziły ją tu jakieś nadnaturalne moce. Wyszeptała podziękowania swemu niewidzialnemu stróżowi, po czym zwróciła się z wyrazami wdzięczności do radczyni, panny Stavy i Anny Stiny.

*

Ingrid leżała w łożu z baldachimem, rozkołysana w falach pierzyn. Było ono wysokie na półtora łokcia; pościel i jedwabna kołdra z szerokim na kciuk haftem, a na nim szwedzkie korony i francuskie lilie. Łóżko było tak szerokie, że mogła leżeć, jak tylko chciała, wzdłuż albo wszerz, i tak wysokie, że wchodziło się nań po dwóch schodkach. W górze, u sufitu tkwił amorek, który zrzucał barwne zasłony, a na kolumnach przy łóżku siedziały inne amorki, unoszące draperię, układającą się w festony.

W tej samej komnacie znajdowała się stara, masywna komoda z drzewa cytrynowego — z niej Ingrid mogła wyciągać tyle białej, pachnącej pościeli, ile tylko zapragnęła. Była tam także szafa z mnóstwem pięknych, barwnych sukni z jedwabiu i muślinu; te, wisząc, zastanawiały się, którą z nich dziś włoży.

Gdy się budziła, znajdowała obok łóżka kawę na tacy, z której połyskiwało srebro i zamorska porcelana. Każdego poranka zanurzała białe ząbki w puszystym, jasnym chlebie pszennym i wybornym cieście migdałowym. Codziennie ubierała się w lekką, muślinową sukienkę, na plecach wiązaną przepaską. Włosy układano jej wysoko, a na czoło spadał wianuszek loczków.

Na ścianie między oknami miała lustro o cienkim szkle i grubej ramie, w którym mogła się przeglądać; kiwając głową w stronę wizerunku, pytała: „Czy to ty, czy to naprawdę ty? Jak się tu znalazłaś?”.

Za dnia, opuściwszy komnatę z baldachimowych łożem, przesiadywała w saloniku. Haftowała lub malowała na jedwabiu, a gdy się tym znużyła, grywała na gitarze, śpiewała piosenki i gawędziła z radczynią, która nauczyła ją mówić po francusku i — zachwycona — chowała ją na wytworną damę.

Zamek, do którego przybyła dziewczyna, był zaczarowany. Od tej myśli nie dało się uciec. Już w pierwszej chwili odniosła takie wrażenie i wciąż do niej powracało.

Nikt tam nie przychodził i nikt stamtąd nie wychodził. W wielkim domu dbano tylko o parę pokoi. Reszta stała nietknięta. Nikt nie przechadzał się po ogrodzie, nikt się oń nie troszczył. W gospodarstwie pracował tylko jeden parobek i staruszek, który rąbał drewno. A panna Stava miała jedynie dwie służące — pomagały jej w kuchni i w oborze.

Jednak na stole zawsze stało wykwintne jedzenie, jaśnie pani i Ingrid miały wszystko podane i ubierały się jak wytworne damy.

Nawet jeśli w starym majątku nic nie rosło, było to miejsce o glebie stworzonej do zasiania marzeń. I choć nie uprawiano tam żadnych roślin, Ingrid była tą, która troszczyła się o swoje wyobrażone róże. Rozkwitały wokół niej, gdy tylko znalazła samotną chwilę. Zdawało jej się wówczas, że czerwone pąki tworzą nad nią baldachim.

Dookoła wysepki — tam, gdzie drzewa chyliły się ku wodzie, długie gałęzie wyginały się nad trzcinami i rosły bujne krzewy — biegła ścieżka, po której Ingrid często spacerowała. Dziwiła się, oglądając drzewa z literami wyrytymi w korze, stare ławki, miejsca odpoczynku i kilka zrujnowanych altanek — tak przegniłych, że nie śmiała do nich wchodzić.

Że też byli tu kiedyś ludzie, że też było życie, pasja i miłość, nie zawsze był to jedynie zaczarowany zamek...

Na brzegu tę magię czuć było najsilniej. To tutaj przychodziła do Ingrid owa uśmiechnięta twarz. Tu mogła chodzić i dziękować studentowi, bo to on przyprowadził ją w miejsce, gdzie była szczęśliwa, gdzie ją kochano i pozwolono jej zapomnieć, jak surowo była wcześniej traktowana.

Gdyby nie on tak tym wszystkim pokierował, za nic nie mogłaby tu zostać, za nic.

Była całkowicie pewna, że to dzięki niemu. Nigdy wcześniej jej myśli nie były tak nieokiełznane; zawsze o nim myślała, ale nigdy przedtem nie czuła, że jest tuż przy niej, że zaopiekował się nią.

Zastanawiała się jedynie, kiedy do niej przyjdzie. Bo przyjdzie z pewnością. Niemożliwe, żeby nie przyszedł. W tej alejce zostawił cząstkę swej duszy.

*

Minęło lato, a potem jesień. Zbliżało się Boże Narodzenie.

— Panienko Ingrid! — pewnego dnia odezwała się tajemniczym tonem panna Stava. — Myślę, że powinna panienka wiedzieć, iż panicz, właściciel tego majątku, odwiedzi nas w święta. Przynajmniej dotąd zawsze odwiedzał — dodała z westchnięciem.

— Ach, jaśnie pani nawet nie wspomniała, że ma syna! — zdziwiła się Ingrid.

Nie poczuła jednak ani krzty zdumienia. Chciała raczej rzec, że od początku o tym wiedziała.

— Nikt panience o tym nie wspomniał, bo jaśnie pani zakazała o nim mówić.

Więcej panna Stava nie chciała wyjawić.

A Ingrid nie dopytywała. Lękała się poznać prawdę. Tak ogromnie rozbudziła swe nadzieje, że teraz bała się, by nie prysły. Dobrze byłoby wiedzieć, jaka jest prawda, ale ta mogła także okazać się gorzka i zniszczyć cudowne marzenia.

Poza tym on był przy niej teraz i w dzień, i w nocy. Ledwie znajdowała czas, by porozmawiać z kimś innym. Wciąż pragnęła być tylko z nim.

Pewnego dnia zauważyła, że z alei odgarnięto śnieg. Niemal się wystraszyła. Czy to teraz przyjedzie?

Nazajutrz jaśnie pani od rana siedziała przy oknie i spoglądała na drogę. Ingrid zatrzymała się w głębi pokoju. Do okna nie śmiała się zbliżyć.

— Czy Ingrid wie, kogo wyczekuję? — spytała nagle radczyni.

Dziewczyna skinęła głową; nie ufała swemu głosowi, nie miała odwagi się odezwać.

— Czy panna Stava mówiła, że mój syn jest dość dziwny?

Ingrid zaprzeczyła ruchem głowy.

— Jest bardzo dziwny, on... Nie, nie mogę o tym mówić, nie mogę. Sama Ingrid zobaczy.

Słowa te rozdzierały serce. Mocno wstrząsnęły Ingrid. Co też kryje się w tym miejscu, że wszystko jest tu tak osobliwe? Coś potwornego, o czym nie wiedziała? Czy radczyni i jej syn stali się wrogami? O co mogło chodzić?

W jednej chwili promieniała radością, w kolejnej drżała z rozpaczy! Musiała przywołać wszystkie swoje fantazje, by znowu poczuć, że to musi być on.

Nie potrafiła powiedzieć, dlaczego z taką pewnością wierzyła, że to on jest synem radczyni. Z tego, co tu usłyszała, był to raczej ktoś inny. Boże, jakie to trudne... Że też nigdy nie wymówiono jego imienia.

Dzień ciągnął się w nieskończoność. Połączone wspólnym, długim milczeniem czekały aż do wieczora.

Podjechał parobek z zapasem drewna na święta; koń został na podwórku, gdy wyładowano polana.

— Ingrid — rzekła jaśnie pani nieoczekiwanie rozkazującym tonem. — Biegnij do Andersa i powiedz, żeby odprowadził konia. Już! Już!

Dziewczyna zbiegła po schodach na werandę, lecz nie zdążyła zawołać parobka. Za stosem drewna dojrzała wysokiego mężczyznę w białym futrze i z wielkim worem na plecach. Nie musiała już patrzeć, jak przystanął i dygał, żeby go rozpoznać.

— Ale, ale...

Przyłożyła dłoń do czoła, oddychała gwałtownie. Jak miała to wszystko rozumieć? Czy to ze względu na niego jaśnie pani posłała ją na dół? A parobek, czemuż tak szybko odprowadzał konia? I dlaczego zdjął czapkę, żeby się przywitać? Co wspólnego z szaleńcem mieli mieszkańcy majątku?

I wtedy cała prawda dotarła do Ingrid, druzgocąc jej serce z taką siłą, że niemal krzyknęła. To nie ukochany nad nią czuwał. To ten obłąkaniec. Pozwolono jej zostać, bo dobrze o nim mówiła. Bowiem jego matka pragnęła dopełnić dobry uczynek, który on rozpoczął!

Ten Kozioł — to był młody panicz.

A do niej nikt już nie przyjdzie, nikt jej nie poprowadzi i nikt na nią nie czeka. To były marzenia, wymysły, omamy.

Och, jakże gorzka to prawda! Gdyby tylko tak długo na niego nie czekała!

Jednak w nocy, gdy Ingrid leżała w łożu z baldachimem, pod barwnymi zasłonami, wciąż śniło jej się, że widzi studenta, wracającego do Munkhyttan. „To nie ty przyszedłeś do domu”, rzekła. „Oczywiście, że ja”, odpowiedział. I we śnie całkowicie mu uwierzyła.