Droga do Nowego Targu

Lusławice75. Zakliczyn76

Puszczam się na koniec ku Tatrom. Za dni dwa ujrzę je z bliska, będę już jakby między nimi. Wielka to dla mnie radość!

Pożegnanie w Mikołajowicach było długie, wyjechaliśmy późno, nadto ciągły deszcz pada, drogi rozmokły, niedaleko dziś zajedziemy. Ale trzeba raz wyjechać — wyjeżdżamy. Przebywamy Wojnicz, okrążamy Panieńską Górę, przewozimy się u jej stóp przez Dunajec, pomijamy wieś Janowice77, jesteśmy w Lusławicach. Tu zatrzymam przynajmniej uwagę.

Lusławice, wioska dziś niewielka, miała być znaczną osadą przed laty. Święcki78 w Opisie starożytnej Polski powiada, że miejsce to było jakiś czas stolicą arianów79 i liczyło do trzystu rodzin ariańskich. Arianie mieli tu swoje szkoły i drukarnię. W Lusławicach umarł i pogrzebany jest sławny Socyn80, twórca sekty socynianów. Dotąd lud miejscowy pokazuje wysoką jego mogiłę, porosłą dzisiaj ogromnymi drzewami.

Zmierzchało się już, kiedyśmy opuszczali Lusławice i znaleźli się w Zakliczynie, który dotyka prawie Lusławic. Niepędzeni niczym, a moczeni deszczem, umyśliliśmy przenocować w Zakliczynie, zrobiwszy dzisiaj dwie lekkie mile drogi.

Zakliczyn jest podobno miasteczkiem. To pewne, że pełny błota niepospolicie głębokiego, przynajmniej dzisiaj. Nie można mu tego mieć za złe, bo leży na niskiej płaszczyźnie i roszony jest mnóstwem strumyków czy rynsztoków, nie wiem dobrze. Słynie także szewstwem, mniej niż dawniej, ale zawsze słynie. Było ono głównym zatrudnieniem — jak i dziś jest — mieszkańców Zakliczyna, tylko że dawniej była większa ludność. Powiadają, że w owych czasach Zakliczyn zaopatrywał skórami i obuwiem najdalsze strony Galicji. Główne jarmarki tutejszych szewców były w Brzesku81, do którego stąd przez góry za Dunajcem przeprawiać się trzeba. Pośpiech, z jakim zdążali do owego miasteczka leżącego stąd o cztery mile, miał zrodzić przysłowie: „Spieszy się jak szewc z Zakliczyna”. Upodobanie w tym rzemiośle zachowuje się dotąd między mieszkańcami Zakliczyna. Według niektórych ma tu być do 400 rodzin trudniących się szewstwem, ale sądzę, że ta liczba jest przesadzona, zważając wielkość Zakliczyna.

Okolica jego niczym się nie odznacza. Dopiero przeciwny brzeg Dunajca daje mu piękny widok wyniosłym swoim położeniem, a nade wszystko gruzami po sławnym zamku melsztyńskim. Wśród deszczu i zmierzchu zobaczyłem go dzisiaj z naszej drogi.

Bruśnik82. Paleśnica83. Sącz Nowy84 i Stary85. Kasperek

Dzień pogodny i całkiem ładny. Ale nim rozpocznę dalszy opis drogi naszej prostej, powiem słów kilka z powodu wsi Bruśnik, gdzieśmy dziś na chwil kilka zboczyli. Leży on o trzy mile na wschód od Lusławic. Oto, co mi jego właściciel opowiadał; zapisuję tę powieść dla jej związku z dziejami arian.

Na polach Bruśnika znajduje się pieczara znacznej długości. Służyła ona arianom podczas ich prześladowania w Polsce do tajemnych schadzek. Wejście do niej zawalone dziś jest kamieniami, ale przed kilkunastoma laty można było jeszcze zwiedzać jej wnętrze. Ma ono być starannie urządzone sztuką ludzką; schody były wygodne i nienaruszone. Dziś mniemanie ludu złożyło w niej niezmierne skarby, których czarci strzegą. Na dowód, że tak jest, przytaczają opowieść o kulawym ślusarzu z Bruśnika, który niedawno umarł. Dowiedział się on, nie wiadomo jakim sposobem, że czarci w pewne święta rozchodzą się na jutrznie86 i zostawiają pieczarę bez żadnej straży. Korzystając z tego, a pragnąc pieniędzy, udał się do pieczary w porze przyjaznej. Znalazł w samej rzeczy, jak żądał; nabrał pieniędzy, ile mu się podobało, i szczęśliwie wrócił do domu. Ta wyprawa zachęciła do drugiej i kolejnych. Zawsze mu się udawało. Raz, bardziej chciwy niż zwykle, zabawił się rabunkiem dłużej, niż wypadało. Wtem czarci nadbiegają i łapią go na gorącym uczynku. Nie dał się schwytać, to prawda, zdążył wymknąć się za drzwi, ale kiedy dla większego bezpieczeństwa chciał je zamknąć za sobą, zatrzasnął z takim pośpiechem, że mu piętę ucięły, od czego do śmierci już chromał87.

Teraz wracam do naszej podróży.

Od Zakliczyna pod klasztor bernardynów88 zwraca się droga na wieś Paleśnicę, między wysokie wzgórza. Ta część drogi nie jest przyjemna. Głęboki wąwóz, koryto potoku Paleśnicy, które trzeba kilkadziesiąt razy przekroczyć, wzgórza po obu stronach jednotonne i niezbyt bujnym lasem porosłe, wieś Paleśnica długa, nieporządna — oto są przedmioty całomilowej podróży. Ale jest to droga jak każda wiodąca do miejsc błogosławionych. Zaledwo bowiem opuści się Paleśnicę, wnet wjeżdżasz na szeroki, bity gościniec pośrodku pięknego jodłowego lasu. Nie zdejmuje on z ciebie trudów od razu, bo idzie stromo i długo pod górę, ale za to wyprowadza cię na szczyt Posadowej89, skąd ci pokazuje na ogromnej przestrzeni najwdzięczniejszy kraj i wygodnym szlakiem spuszcza się ku niemu.

Tu się już zaczynają miejsca nacechowane urokiem, który górom tylko jest właściwy. Rozległe lasy z drzew wszelkiego rodzaju, pomiędzy nimi przeglądające gdzieniegdzie skały. Wzgórza — tu lekko pochyłe i jakby splecione jedno z drugimi, tam wznoszące się pojedynczo i stromo jak piramidy — towarzyszą podróżnemu aż do równiny, gdzie go znowu wita Dunajec pożegnany przy Melsztynie90. Ulubione to dziecię Tatrów już nieprędko spuści nas z oka.

Wkrótce mijamy miasteczko Zbyszyce91. Jeszcze parę stromych, długich gór i oto widzimy się nad rozległą, śliczną doliną sądecką92. Trzy rzeki ją przeplatają: Dunajec, Poprad93 i Kamienica94. Pośrodku doliny, osadzony u zbiegu tych rzek, Nowy Sącz błyszczy nimi jak wieniec rozpuszczonymi wstęgami... Chciałbym opisać tę dolinę, ale w tej chwili jest to nad moje siły.

Niepodobna wyliczyć wioski, które ją zaludniają. Niepodobna ująć w słowa uroczyste, tysiąc-kształtne splecenie dolin, gór, lasów, które składają czarodziejski jej okrąg. Od południa mianowicie wzgórza utworzyły majestatyczną budowlę. Rosną one stopniami do kilku pięter, a każde krocie stóp95 liczy. Każde piętro, każdy parów zdaje się wabić do siebie: „Macie tu drabinę z pól, z lasów, macie tu niskie, tajemne uliczki — tymi uliczkami, po tej drabinie, do nich, do Tatrów!”. One tak wzywają, a Tatry, szczyt ich szczytów, zasłaniają się chmurami i odsłaniają, jak owe w dawnych wiekach czarodziejki igrające ze swoimi kochankami. Pod takim urokiem przebiegłem dolinę i dotarłem do Nowego Sącza.

To miasto — stolica dzisiaj obwodu o tej nazwie — leży na wysokim brzegu Dunajca, oblane z drugiej strony Kamienicą. Dawniej otoczone było murem i okopem, których ślady dotąd jeszcze przetrwały. Zamek przez Szwedów nadburzony wali się częściami w podrywający jego posadę96 Dunajec. Nowy Sącz można liczyć jeżeli nie do największych, to do najporządniejszych miast w Galicji.

O milę od niego leży Stary Sącz, starym miastem tu zwany. Droga między nimi równa i wyborna. Na ścianach lazaretu97 wojskowego, który stoi blisko Popradu, oznaczono wysokość, do jakiej pamiętna powódź 1813 roku zalała tę dolinę.

Stare miasto słynie klasztorem panien franciszkanek98, założonym przez żonę Bolesława Wstydliwego99, świętą Kunegundę100, gdzie też księżna ta spędziła ostatnie lata swojego życia i umarła. Zakonnice chowają dotąd jej zasłonę i obraz, przed którym była zwykła się modlić. W czasie odpustów rozdają nabożnym po kawałku z tej zasłony, ale skutkiem cudu nigdy zasłony nie ubywa. Obraz ma tę własność, że odzież otarta oń niszczy choroby i zabezpiecza od nich.

Między ludem tutejszym przechowuje się piękna opowieść o Kasperku. Kasperek był jednym z mieszczan i kupców Starego Sącza. Pewnego razu kupił on na Węgrzech wino, ale Węgier przez omyłkę między beczkami wina wydał mu beczkę z pieniędzmi. Poznawszy omyłkę, żądał od Kasperka zwrotu tej beczki. Kasperek się zaparł. Węgier zrobił mu proces i pociągnął do przysięgi. Kasperek przysiągł tą rotą101: „Jeżeli nie mówię prawdy, niech mnie nie przyjmie po śmierci ani ogień, ani woda, ani ziemia, ani piekło, ani niebo”. Wkrótce umarł, ale nie było sposobu go pochować. Zakopany w ziemię, nazajutrz leżał na wierzchu; wrzucany w ogień — nie gorzał102; zatopiony — wypływał na brzeg. A zarazem włóczył się przez całe noce na białym koniu po ulicach miasta. Nikomu nic złego nie robił, był nawet tak powolny, że przez okno zaglądał, kiedy go zawołano po imieniu; tylko wiecznie milczał. Dopiero pewnej czarownicy udało się go zwabić i zaspokoić pogrzebem nowego rodzaju — oto powiesiła go na włosku. W tym więc położeniu uschnąwszy i w proch się rozsypawszy, zakończył swoją nocną jazdę.

Jazowsko103. Łącko104. Pogranicze Górali Białych i Czarnych105. Krościenko106. Pieniny107. Czorsztyn108

Przez dobrą jeszcze milę jedzie się ze Starego Sącza doliną sądecką, pomiędzy osadami niemieckimi, po drodze wygodnej. Tam dopiero przeprawa przez Dunajec rozdziela z żyznymi sądeckimi polami i widokami równin, a wieś Jazowsko jest już jednym z punktów tej linii, która oddziela siedziby właściwych Górali od mieszkańców płaszczyzn. Mieszkańcy też zza Jazowska zowią cały kraj — aż po tę linię — Polską. I w rzeczy samej, od Jazowska wszystko się zmienia: inna postać ziemi, inny lud pod wszelkim względem. Dolina zwęża się w kręty, ciasny wąwóz, wzgórza coraz wyższe i bardziej strome. Bukowe lasy przeważają, a owies jest najgłówniejszym przedmiotem rolnictwa. Ów Dunajec, jasny, poważny dotąd, zaczyna się pienić, szumieć po dnie płytkim i kamienistym — jest ciągłym wodospadem, tym bystrzejszym, im bardziej zbliżamy się ku jego początkowi. Ogromne, krągłe kamienie, które coroczna powódź nanosi i wyrzuca, zalegają jego brzegi.

Droga też nie bardzo wygodna, jakkolwiek nie szczędzą starań około dobrego jej utrzymania. Od samego Jazowska idzie ona wciąż nad Dunajcem, to zbiegając ku niemu, to pnąc się wyżej i coraz wyżej, wzdłuż prostopadłych prawie zboczy, które w języku góralskim zowią się „obłazy”. W Łącku jeszcze raz podróżny odpoczywa na miłym ustępie obszernej dosyć równiny, ale tam przygotować się trzeba do trzymilowej podróży po górach i głębiach na przemian. Przeprawę tę można by porównać z kołysaniem się okrętu na wzburzonym morzu. Mimo to miłośnik przyrody nie może tu zaznać nudy i mimowolnie zapomina przykrości niewygodnej jazdy. Wieczny szum Dunajca, bielącego się pianą w zielonkawym korycie; podniebne z każdej strony wzgórza, rozpuszczające aż do stóp samych płaszcze z lasów, po największej części brzozowych i bukowych; przepaściste ich szpary, skąd biją głośne potoki; nagie ogromy głazów, wychylające się z zieleni polan i borów albo siedzące tuż przy drodze, z pochylonymi nad nią głowami; siedziby Górali, to długim rzędem pilnujące rodzinnej wody, to pojedynczo ukryte i ledwo dojrzane w gęstym lesie, pod wytoczoną górą, na swojej dolinie, przy swoim potoczku — wiążą się co krok, co skręt drogi, dla urozmaicenia widoku podróżnego.

Dodajmy powiew górskiego powietrza, rozproszone dokoła trzody, donośne ich dzwonki, śpiewy i flety pasterskie, Górala snującego się lekko po miejscach ledwo przystępnych i dojrzanych, w jego kusej guni109, w kapelusiku okrągłym, ozdobionym świeżą gałązką, a doznane wrażenie będzie snem przepowiednim uczuć, które niebawem w całej zupełności się rozwiną. W takiej okolicy leżą Kamienica110, Ochotnica111 i Tylmanowa112, zamieszkane przez Górali zwących się Białymi, dla różnicy od Górali Czarnych, którzy się gnieżdżą w głębszych już górach.

Dzień pogodny dogrzewał, ale między górami przeciągał wiatr ostry. Śniegi nocne leżały na wznioślejszych szczytach. Dolna połowa zieleniła się trawą i pękającymi drzewami, wyższą rumieniły wpół ożywające buki. Nagle ukazało się Krościenko. Mała dolinka, jak gdyby góry tyle tylko się rozstąpiły, aby zrobić miejsce tej osadzie, rozwija się przed nią. Olbrzymie Pieniny ze skał, poprzerastanych lasami, nagle się podniosły, a ścieśnione domy Krościenka i kościółek jego o czarnym dachu, przyparte do podnóża gór, wydawały się jak dzieło malarskiego pędzla na zielonym tle lasów. Dunajec wychodzi tu od południa i oblewa zachodnią stronę Pienin i Krościenka. Pasmo nagich wzgórz po tamtej stronie Dunajca obfituje w kwaśne mineralne źródła. Szczawnica113 o milę stąd odległa z dawna już słynie, źródło wody krościeńskiej zaczyna być dopiero uczęszczane. Przeciwnej strony Pienin dotyka granica węgierska114, łożem115 Dunajca odkreślona.

Pieniny są najwyższe w paśmie przedgórza Tatrów. Ozdabia je nadto urok wspomnień dziejowych. Na ich to warownym szczycie wznosił się ów zamek, w gruzy dzisiaj zamieniony, gdzie Bolesław Wstydliwy z Kunegundą znaleźli schronienie przed Tatarami116. W ich skałach pokazują dotąd pieczary długie do 200 stóp, które miały należeć do zamku i stanowić część podziemnego przejścia.

Z Krościenka skręca się drogą na zachód — do Czorsztyna tylko mila, a Czorsztyn strzeże wstępu do nowotarskiej doliny117.

Kto zbliżał się do miejsc, do istot najmilszych sobie, ten pojmie mój słodki niepokój, moją radość, że niebawem ujrzę główny cel mojej podróży, owe Tatry! Ale co nieprzyjemności przy tym: droga jak na przekór najgorsza w świecie, w połowie kamieniste koryto potoku zupełnie jak przez Paleśnicę, drugie pół wciąż pod górę — nie wytrzymałem, zdrzemnąłem się. Zbudziło mnie trącenie towarzysza podróży. Podnoszę zaspane oczy, zwracam je za jego palcem: „Otóż i Tatry!” rzekł. „Tatry!” — zawołałem w dziecinnym uniesieniu, w zdumieniu, w radości, Bóg wie, w jakich uczuciach. Byłem już na wysokości zamku czorsztyńskiego i w rzeczy samej miałem Tatry przed sobą w całej ich okazałości. Chociaż między mną a nimi leżał rzadki las świerkowy, ujrzałem je przecie wyraźnie i nigdy nie zapomnę tego pierwszego ich zjawienia się. Nigdy już może później nie widziałem ich takimi. Zgasło też przy tym wrażeniu wszystko, czego doświadczałem na ich widok z miejsc bardziej oddalonych. Rażąca białość śniegu, pokratkowana w rozliczne wzory ciemnymi pręgami opok, pokrywała cały ten ogrom. Zachodnie słońce cieniowało blado rumianym światłem... Nie śmiem kończyć obrazu... Gdybym powiedział, że Tatry objawiły mi się w olbrzymim, nieobejrzanym widzeniu, za obłokiem bengalskiego ognia118, żem zajrzał w zwierciadło najczystszego nieba — i to jeszcze byłoby niedostateczne, tak uroczy był błękit odziewający Tatry, taki był ich widok przez siatkę świerkowego lasu. I niecały jeszcze ogrom widziałem, znaczną jego część zasłaniały leżące na drodze wzroku węgierskie przedgórza.

Powóz tymczasem szybko się toczył, las gęstniał, droga spuszczała się w dolinę. Mój widok zakrył się górami bliższymi, przeminął jak sen, ale wiem, że go odzyskam w dolinie — pragnę jak najrychlej tam się znaleźć. Tymczasem droga okrąża, niby z uszanowaniem, szczyt uwieńczony gruzami Czorsztyna, zbiega nad Dunajec i skręca przy nim na zachód. Jestem wreszcie w dolinie nowotarskiej. Tatrów jeszcze nie widać — zasłania je szereg skał, które jak mur samorodny podnoszą się na przeciwnym brzegu Dunajca; przegroda urocza, ale w tym momencie nieznośna dla mnie. Pragnę ją ominąć, omijam na koniec, ale w tejże chwili chmury białe, olbrzymie przewalają się z wyższej części Tatrów, zapuszczają jakby zasłonę na cały ich ogrom, a mnie odejmują nawet nadzieję odzyskania go dzisiaj. Cóż robić?...

Szybko przebyliśmy Maniowy119 i Harklową120, wsie leżące na naszej drodze, i w godzinę stanęliśmy w Łopusznej121, przed domem dziedzica tej wsi, a towarzysza mego w tej podróży122.

Tatry i Podhale123