I. Zabobony
Wielka jest ważność wszelkich podań ludu, jego nawet przesądów i zabobonów. Wszędzie tam na dnie jest głęboka prawda, iskra zadziwiającej wiedzy w przedmiotach niedocieczonych pracą rozumu. Ile razy miałem pokorę przyjąć je jako rzecz ważną i cierpliwie zbadać, tyle razy znalazłem w głębi prawdę świadczącą o jakiejś prawdzie religijnej, chrześcijańskiej.
Jest to korzyść prostoty wewnętrznej ludu. Niewiele wie, ale co wie, to dobrze, a nigdy nie powiada, że wie dobrze, co wie źle, albo że wie, czego nie wie w istocie. Pycha rozumu nie zaprowadza go na manowce fałszywych systematów, doktryn, budowania na okruszynie prawdy całego świata fałszu, podawania domysłu czy przypuszczenia za pewnik i tym podobnie — co w takiej ważnej części wchodzi do składu naszej cywilizacji. Czego lud nie wie, szczerze uznaje, że nie wie. Instynktem prawdy widzi natychmiast, co jest nad jego pojęcie w pewnej chwili, i nie sili się dociekać, a przez to unika zabrnięcia w fałsze, z których czasem niepodobna się wycofać, jak się to nam przydarza. Nie stawia się w konieczności przekręcania przebiegłością rozumu prawdy w fałsz albo fałszu w prawdę.
Lud nie jest nieomylny; nic nad to prawdziwszego dla mnie. Ma przesądy, ma zabobony naganne, szkodliwe i temu nie zaprzeczam. Ale nieraz przekonałem się, że potępiamy go z tej strony najczęściej dlatego, że nie umiemy jej zbadać.
Wiele on ma mniemań, które odrzucamy jako zabobony, a w których wina ludu ta tylko, że widzi głębiej, dalej niż my. Zadałem sobie w tym przedmiocie szczerą pracę, brałem nieraz zabobon po zabobonie, przesąd po przesądzie i najczęściej w zdumieniu korzyłem się przed czystością prawdy, którą w tych skorupach, na pozór niezgrabnych, odkrywałem.
Powiedzmy sobie i tę jeszcze prawdę, że zbyt ostro, zbyt jednostronnie powstajemy przeciw zabobonom. Bez wątpienia, obrzydliwe bywały czasem skutki przesądów, zabobonów ludu, ale w moich oczach daleko są obrzydliwsze i zgubniejsze skutki fałszywych systematów filozoficznych, teorii politycznych i doktryn religijnych. Mniej straszny dla mnie głupi, zabobonny człowiek z ludu jak przewrotny mędrzec, jak zepsuty człowiek cywilizacji. Wprawdzie przez zabobon ludu palono nieraz na stosach, topiono i spełniano tym podobne zbrodnie, ale policzmy te ofiary i ofiary fałszywych mędrków, przewrotnych reformatorów, a zobaczymy, gdzie ich więcej padło. Jeżeli wielka liczba po jednej stronie, to po drugiej nieporównanie większa. Przez jednych mogły cierpieć cząstki narodu, przez drugich całe narody giną. A giną w tym, co jest najżywotniejsze dla człowieka — tracą życie w prawdzie. Zobaczymy wtedy, przy głębszej bezstronności, tę smutną różnicę między prostotą ludu a cywilizacją, że w jednej znajdujemy pod fałszywą nawet powłoką najczęściej prawdę zbawienną, a w drugiej, przeciwnie — pod pozorami prawd najponętniejszych kryje się najczęściej fałsz najbardziej szkodliwy. Zło ludu prostego jest, można powiedzie, złem dziecka, a nasze jest złem męża dojrzałego już i wytrawnego w złu.
Zawsze, dzięki Bogu, wysoko ceniłem tę dziecinną prostotę, tę niewinność wewnętrzną ludu. Straciłem wiele, bardzo wiele na drodze obecnej cywilizacji, ale dotąd jeszcze przechował się we mnie ten instynkt pierwotnej prostoty ludu, ta struna jego sumienia, to zapamiętanie owej niewinności, owego dzieciństwa uczuć wewnętrznych, przez które każdy człowiek przechodzi, co w życiu późniejszym puszcza tak niebacznie, czego tak niedbale strzeże przeciwko duchowi świata, co tak łatwo pozwala sobie wydrzeć, a przynajmniej zasypać późniejszemu życiu, późniejszemu zepsuciu, które nazywa postępem, udoskonaleniem się, a co jest takim postępem, takim udoskonaleniem się, taką dojrzałością, jak zgniłość dla niektórych owoców. Dobre to, być może, a nawet konieczne dla niektórych owoców, ale nigdy nie jest dobre dla człowieka, dla owocu ducha bożego. Przez ową to resztkę ocaloną dochowałem najdroższą dla mnie rzecz: wspólność podstawy wewnętrznej z prostym ludem, miłość ku niemu, zdolność pojmowania go, oceniania, na koniec łatwiejszy wstęp do jego sfery moralnej. Wiele razy potrzebowałem zasilić się prawdziwym poświęceniem się na drogach przez puszczę naszej cywilizacji, która tak łatwo wzrok olśniewa, gdzie kamienieje uczucie i wietrzeje siła prawdziwej ofiary.