Melsztyn. Zamczysko
Jestem znowu w Mikołajowicach po dwudniowej podróży z Tatrów. Tym razem będę ją sobie przypominał po odwiedzinach w Melsztynie. Dziś dopiero zwiedziłem i dotknąłem z bliska szczątków tego zamku.
Przedzierałem się do nich z Zakliczyna. Z powodu moczarów, które zalegają wielką część niziny pomiędzy Zakliczynem a Dunajcem w kierunku Melsztyna, musiałem kołować na wieś Wesołów286. Za Wesołowem przeprawiłem się przez Dunajec, zasiany po tej stronie kępami, i drogą ponad Dunajcem dojechałem do podnóża melsztyńskiej góry.
Z tego miejsca zaczyna się wędrówka piesza. Zboczem rozdołu, odcinającego z północnej strony melsztyński szczyt od innych, doszedłem do przerwy w szczątkach północnego muru. Znużony byłem spiekotą i stromym podejściem, chciałem więc przede wszystkim wypocząć, ale w takim miejscu, żeby mieć zarazem pewny widok. Po skruszonych więc murach, w których wyraźne jeszcze są ślady komnat, dostałem się na stromy stok góry, wiszący nad zatoką Dunajca. Z tego miejsca miałem przed oczami trzy niemal boki góry i całe półkole niziny za Dunajcem z okalającymi ją górami. W tym miejscu dzieło ludzkie zespojone jest z dziełem przedwiecznego Budownika w całym znaczeniu tego wyrazu. Mury zamku z prostopadłą ścianą góry zdają się tworzyć najściślejszą jedność, zniszczenie nawet dotyka na równi obu. Ziemia tu, jak matka dzieląca los dziecka, popękała pod rodzinnymi gruzami. Cały bok góry pokryty potokami niebieskich ulew i ziemskich powodzi, naszpikowany powywracanymi drzewami, pogarbiony ogromnymi bryłami oddzierającej się co rok ziemi, tworzy dziką harmonię zniszczenia z osuwającym się Melsztynem.
Orzeźwiwszy się winem i dorodnymi poziomkami, które tu w wielkiej obfitości znalazłem, podziękowawszy za nie miejscowemu duchowi rozwalin, który je tak gościnnie ofiaruje wędrowcom, jakby przez wdzięczność za nawiedzenie jego dziedziny, udałem się grzbietem góry ku zachodniej wieży, najokazalszej i najlepiej zachowanej części tych rozwalin.
Wieża jest kwadratowa, obwiedziona wysokim, murowanym tarasem. Żadnego już na niej pokrycia, trzy ściany w zupełnej całości, czwarta znacznie u góry wyszczerbiona. W niektórych oknach zachowały się futryny z ciosowego kamienia. Wnętrze wieży zrujnowane, tylko na ścianach ślady sklepień, z których się piętra tworzyły. Podziemna dawniej część wieży, zawalona gruzem, zarasta bzem dzikim i innym zielskiem.
Kiedym ją oglądał i przy pięknym krzaku dzikiej róży układał wiązankę na pamiątkę z jej kwiatów, dostrzegłem zbliżającego się ku mnie człowieka. Pozdrowiliśmy się wzajemnie.
— To wy zapewne tutaj mieszkacie? — zapytałem g0, wskazując na chatkę opartą o mur północny.
— Nie, ale niedaleko, zaraz pod górą, we wsi Melsztyn.
— Zapewne wiele wiecie o tym zamku i zechcecie nam opowiedzieć.
— Jakże nie mam wiedzieć? — odpowiedział — Już to osiemdziesiąt lat z górą, jak żyję na tym świecie.
Spojrzałem na niego ze zdumieniem i niedowierzaniem — na głowie żadnego prawie włosa siwego, zęby zdrowe, twarz pełna i czerstwa, postawa prosta, w każdym ruchu moc i żywość niezwykłe ludziom podobnego wieku. On tymczasem dalej mówił:
— Ja tutaj urodziłem się i mieszkałem, nim poszedłem do wojska. Panowie Tarłowie287, panowie Lanckorońscy288, do których ten zamek należał, za mojej pamięci żyli. Co to był za mocny zamek! A jakie piękne i bogate pokoje! Nie raz, nie tysiąc razy chodziłem po nich. Dziś jeszcze mógłbym panom pokazać, gdzie co stało.
— Właśnie też was prosimy o to.
Starzec przychylił się chętnie do naszej prośby. Przede wszystkim poprowadził nas kilkanaście kroków wstecz, ku zachodowi, nad głęboką fosę, która odcinała posadę zamku od reszty góry coraz bardziej rozłożystej, i mówił:
— Z tej tylko strony można było do zamku wjechać. Przez tę fosę prowadził most zwodzony, a tutaj, gdzie stoimy, była wielka brama.
Zwróciliśmy się potem ku wschodowi.
— W tej wieży — mówił dalej — po prawej ręce, siedziała straż, co bramy pilnowała. Na pierwszym i drugim piętrze były piękne pokoje, a pod spodem, w ziemi, więzienie. Jeszcze niedawno można było do niego wchodzić. Dalej, gdzie panowie widzicie tę dziurę między drzewami, to była studnia, taka głęboka, że dno jej było równe z wodą Dunajca. Dunajec płynął wtedy pod samą górą, a od spodu studni szedł aż do niego podziemny kanał. Cała studnia wyłożona była ciosanym kamieniem. Można było dojść aż do jej wody, bo im wyżej, tym była szersza. Niedawno dopiero panowie powybierali z niej kamienie, bo były bardzo duże i ładne — przez to się i zasypała. Na prawo za studnią były stajnie, jedne w ziemi, a drugie na wierzchu, właśnie w tych samych murach, tylko że się już wszystko zawaliło. Zaraz od stajni, jak te ściany, zaczynały się pokoje. Pod spodem były więzienia, a kogo tam raz osadzono, już ten więcej świata nie zobaczył. Po prawej stronie tych pokoi była kaplica zamkowa. Cały zamek, ach, jaki był piękny, trudno opowiedzieć. Wysoki jak wieża, na trzy piętra, pod czerwoną dachówką, szkła w oknach były różnego koloru. Z tej strony, po lewej ręce, gdzie panowie widzicie ten kawałek muru nad tą chatką, taki mur szedł od bramy aż do pokojów. Nic tu nie stało, tylko w murze były dziury do strzelania. Te drzewa, jak są dzisiaj, tak i dawniej rosły, tylko że niektóre starsze poschły, a drugie, mniejsze wtedy, są dzisiaj już wielkie. Mówili tak starzy ludzie, ale tego za mojej pamięci już nie było, że jak panowie widzicie tę górę, gdzie zamek ten stoi, a góra bardzo wysoka, tak od zamku aż na drugi brzeg Dunajca stał most na słupach, precz, ponad polami, ponad lasem, aż tam na drugi brzeg rzeki, że można było jak z dachu spuścić się od zamku za rzekę...
— I przez co ten zamek opustoszał?
— Trzeba wiedzieć, moi panowie, że w tej stronie byli kiedyś konfederaci. Panowie zapewne tego nie pamiętają, ale ja byłem już wtedy dorosły. Otóż stali oni obozem koło Zakliczyna przez kilka tygodni. W zamku mieszkał wtedy pan Lanckoroński289. Pan to był dobry. Kiedy na przykład spotkał chłopów, co wódkę swojego dziedzica wieźli, a wiedział, że ciężko ich koniom, to odtykał czopy i wódkę na ziemię wypuszczał. Otóż miał on sługę, który nie wiem, przez co uciekł i przystał do konfederatów. Pan Lanckoroński spodziewał się zapewne, że mu sprowadzi gości, dlatego wyjechał z zamku, bo był przeciw konfederatom. Jak raz wpadli konfederaci do zamku, wdarli się do piwnic, powypijali, co znaleźli, krzyczeli: „Niech żyje pan Lanckoroński!” i dalej butelkami ciskali w okna. Było to jeszcze pół biedy; konfederaci natłukli tylko butelki i okna i odjechali sobie, ale zaraz po nich wpadli kozacy i wszystko do góry nogami przewrócili. Od tego czasu nikt tu już nie mieszkał. Zamek coraz bardziej pustoszał. Pan Lanckoroński umarł, a późniejsi panowie brali kamień i dachówkę na stajnie, na gorzelnie, zwyczajnie na to, z czego są pieniądze.
Potarłem sobie tylko czoło, przygryzłem wargi na ten argument, który dzisiaj zbić trudno. Nagrodziliśmy uprzejmość Wojciecha Kareckiego290 (tak się starzec nazywał) i kilkukrotnym rzutem oka pożegnawszy rozwaliny, odeszliśmy drogą, którą przyszliśmy.
Żal, obudzony ostatnimi słowami opowiadacza, długo mi towarzyszył i na bolesne naprowadzał uwagi. Dla kilku groszy pomagać losowi niszczącemu, zacierać w zawody z nim ślady podobnych pomników! Tak żeśmy dalece zmaleli, stracili rodzinne uczucie? Wszakże i to prawda, że dla pewnych ludzi podobne mieszkanie jest smutne w tych wesołych czasach. Nie każdy godzien mieszkać, gdzie jego ojcowie mieszkali. Nie pozostaje więc nic, jak zgładzić do szczętu mówiące ich pamiątki. Od tych niczego się nie wymaga, nic się im nawet nie wyrzuca. Ale jest część narodu, na której leży obowiązek, jeżeli nie odbudowania zamków, nie zachowania ich gruzów, to przynajmniej zebrania i podania następcom wszystkiego, co pomniki podobne dostarczyć mogą. Węgrzy, na przykład, mają kronikę swoich zamków. Czyż i my mieć jej nie możemy? Nie jest to praca nad siły nasze, a korzyść z niej wielka. Jest w tym wielki interes poetów i pisarzy, którzy przyjęli na siebie obowiązek zachowania ludowi jego podań, jego pomników wszelkich, jego życia przeszłego; którzy się podjęli przenieść je w dziedzinę jego umysłową. Niezawodnie literatura nie jest cała w przeszłości, ale przeszłość jest jedną z bogatych jej kopalni. Są w przeszłości chwile, które nigdy przeminąć nie powinny. Jest blask, który pada na teraźniejszość jak promień ożywczy i którego nie godzi się lekceważyć. Są pomniki, z których dzisiaj nowe wyrastają, a więc godne troskliwego pielęgnowania. Są źródła życia, po zatamowaniu których literatura, jeżeli nie wysycha w swoim korycie, to znacznie opada. Dobrze to, żeśmy zdołali rozżarzyć jej ognisko, pilnujmy, aby nie przygasało, aby pałało coraz wyżej. To nie stanie się innym sposobem, tylko kiedy będziemy je podsycać wszelkiego rodzaju żywiołami, a tych pełne są piersi naszego ludu, naszych dziejów i w końcu naszej ziemi. Dlatego tak mnie porywa każda nasza ruina, dlatego, gdybym mógł, własnymi siłami uwieczniłbym każdą przynajmniej w tym stanie, w jakim się obecnie znajduje.
Słońce jeszcze nie zaszło, kiedyśmy dojechali do Panieńskiej Góry. Czas prześliczny zachęcił nas, by i ją dzisiaj odwiedzić. W ćwierć godziny byliśmy na szczycie. Powietrze nadzwyczaj rozjaśnione i słońce spuszczające się ku zachodowi odkryły nam całą okolicę w blasku takim, żeśmy nie żałowali tego zboczenia z naszej drogi. Nakreśliłem już dawniej ten obraz, dziś go tylko widzę piękniejszym w świetle, które nań pada. Ale urok tego rodzaju nie da się ująć w słowa.
Poprzestałem więc tylko na tej rozkoszy, żem z Panieńskiej Góry powitał miłe mi strony, po górach dziś mi najmilsze, najprzyjaźniejsze.
Podróż do Drużbak291
W tych dniach zaznajomiłem się z częścią Węgier, dawniejszym Spiszem, o ile z drogi i w drodze zaznajomić się z jakąś okolicą można. Wszakże w jednym jej miejscu przepędziłem kilkanaście dni. Winienem to dwóm kobietom, które dla zdrowia swojego potrzebowały kąpieli wapiennych, które są w Drużbakach. Oprócz mnie było jeszcze dwóch mężczyzn. W takim towarzystwie puściliśmy się do Drużbak.
Podróż to jednodniowa z Łopusznej, droga bardzo ładna i w kilku miejscach mile mnie zajęła.
Granicę węgierską przekroczyliśmy we wsi Nowa Biała. Droga długo trzyma się Dunajca i w niektórych miejscach jest prześliczna. Oprócz Niedzicy292, pod którą przejeżdża się, zachwycił mnie widok Czerwonego Klasztoru293. Leży on wśród ogromnych lasów z tej strony Dunajca, a tłem jego są Pieniny na drugim już brzegu. Jest to miejsce, gdzie Dunajec ujęty jest w skały jak kanał olbrzymi.
Przebyliśmy pasmo Tatrów Magurą294. Wysokość jej niepospolita; odznacza się szczególnie silnymi wiatrami — tak silnymi, że porywają ludzi i bydło. Są to chwilowe uderzenia, ale bardzo niebezpieczne.
Zatrzymaliśmy się w Podolińcu dla narady z tamtejszym lekarzem. Miasteczko Podoliniec jest miłe, słynie szkołami księży pijarów. Z tego to miejsca rozlewa się oświata na kraj góralski. Górale najchętniej oddają swoje dzieci do Podolińca. Poznałem jednego z księży pijarów, była to jedna z chwil miłych dla mnie w tej podróży. Był w Polsce i dobrze mówi po polsku, choć rodem z tamtych okolic. Nadto przypomniał mi moje dzieciństwo szkolne, czas przepędzony w Międzyrzeczu Koreckim295, gdzie także pijarzy utrzymywali szkoły.
Na obiad stanęliśmy w Kieżmarku. Jest to jedno ze znaczniejszych miast w tej okolicy i w samej rzeczy wygląd jego odpowiada stopniowi, na jakim go stawiają. Ma wiele kamienic całkiem porządnych. Tu przygrywała nam do obiadu wędrowna muzyka Cyganów, którzy na Węgrzech słyną jako najbieglejsi muzycy. Granie ich bardzo mi się podobało — nade wszystko, że wybierali nasze śpiewy, które dziś obiegają Europę. Tuż przy Kieżmarku leży zamek Tekielego296, którego Sobieski297 pokonał. Jest on dziś pusty, ale dobrze zachowany. Nie widziałem jeszcze w tym rodzaju nic tak ogromnego. Dość spojrzeć nań, aby mieć wyobrażenie o potędze tego, który go zamieszkiwał. Ale najpiękniejszą rzeczą w Kieżmarku jest widok na Tatry, a mianowicie na Łomnicę i Krywań. Widziałem je stąd w całym ich ogromie, bo od Kieżmarku aż do nich cała przestrzeń jest prawie płaszczyzną. Z tej strony można wejść aż na sam szczyt Łomnicy. Oddalenie i krótkość czasu swobodnego nie pozwoliły mi schwycić tego widoku, jak bym pragnął.
W dalszej drodze ku Drużbakom co mnie uderzyło, to ogromne wsie. Na Ukrainie tylko widywałem podobne. Są one przy tym porządne, pokazują dobry byt mieszkańców. Lud jest słowacki, dorodny, przystojny; i postawą, i strojem mało się różni od Górali podhalańskich. Uważa się także za lud góralski i zowie się Tatrzańcami.
W późną noc przybyliśmy do Drużbak i stanęliśmy w gościnie w głównej oberży na cały czas kąpieli naszych. Drużbaki, po niemiecku Rauschenbach, leżą w miejscu bardzo przyjemnym, pagórkowatym, w sąsiedztwie gór coraz wyższych i rozległych lasów. Wieś ta — a szczególniej dom, gdzieśmy mieszkali — przez swoje położenie na wzniesieniu ma rozległy i rozmaity widok, zamknięty wysokimi wzgórzami.
Kąpiele Drużbak298 są dosyć znane; są to wody wapienne, używają ich w potrzebie wzmocnienia się. Dom nasz stał tuż przy sadzawkach, z których ta woda rozprowadzana jest po łazienkach. Jest ich kilka — dosyć obszerne i bijące źródłami. Mnie zajmowały najwięcej skamieniałe dokoła od wody trawy i rośliny; zajmowały mnie tym bardziej, że jeszcze w dzieciństwie słyszałem o takiej wodzie, która w kamień obraca wszystko, co w nią włożysz. O, jak nieraz pragnąłem dostać tej wody, aby utrwalić na zawsze kwiatek, który mi się podobał. Nie wiedziałem, że w tej operacji utraci największy swój wdzięk — barwę — i zostanie tylko kawałkiem wapna na kształt kwiatka. Dotknąłem teraz tego cudu i oto jeszcze jedno miłe złudzenie dzieciństwa uciekło przed rzeczywistością! Próbowałem pić tę wodę w mocnym pragnieniu, ale nie mogłem, tak znalazłem odrażającym smak jej słodkawy.
Kąpiele w czasie naszego pobytu były dość nieliczne. Zaludniły się raz szczególniej, ale szlachtą madziarską299, która tam sprawiła sobie łaźnię winem. Po raz to pierwszy widziałem tę szlachtę w jej naturze. Zdumiałem się nad jej podobieństwem do naszej — i to nie przez same tylko ogromne wąsy. Gdyby nie mowa obca, byłbym nieraz myślał, że jestem na naszym jarmarku, wśród mojej braci jarmarkującej300.
Oprócz wód wapiennych były w Drużbakach inne, ale wręcz im przeciwne, bo zabijające. Od lat kilku zniknęły, zostały tylko po nich kotliny. Nie wiedząc o tym, naraziłem się raz na rzeczywiste niebezpieczeństwo. Miejsca te leżą nieco opodal od mieszkań. W jednej z moich przechadzek natrafiłem na dół, widzę w nim kilkoro dzieci z boku, przy nich zdechłe żaby i wróble. Zszedłem na spód, położyłem się przy jednej dziurze, poczułem jakiś zapach, dosyć nawet przyjemny. Przybliżyłem się ku dziurze, przytknąłem nos do niej i poznałem, że ten zapach stamtąd wychodził. Nie umiałem sobie zdać sprawy z tego, zastanawiały mnie tylko zdechłe żaby i wróble. Wróciwszy do domu, opowiadam o moim odkryciu; przestraszyłem wszystkich. Dopiero teraz dowiaduję się, że te dziury są to otwory źródeł arszenikowych, a w pewnych porach dnia wybucha z nich tak silny wyziew, że zabija ptaki przelatujące blisko w tej chwili — co widziałem nieżywe, to zginęło tym sposobem. Kiedy jeszcze woda była w tym miejscu, jedna z kąpiących się zakonnic poszła tam nogi wymoczyć. Trafiła na porę wyziewu i padła trupem. Podziękowałem za ostrzeżenie, a zarazem miałem za złe tamtejszemu urzędowi, że nie obwaruje przystępu do podobnego miejsca.
Drużbaki będą mi jeszcze pamiętne z powodu burzy, którą tam widziałem. Nadeszła ona wieczorem, jak noc najczarniejsza, i całe niebo zaległa. Trwała godzin kilka. Mało podobnych burz widziałem, a i to na Ukrainie. Widok przerażający i zarazem okazały nie do opisania. Użyłem go do woli, bo dom z jednej strony ma galerię krytą — tam się schowałem przed deszczem. Był to grzmot i błysk nieprzerwany, światło błyskawic tak silne, że jak w dzień widziałem góry najdalsze, drzewa na nich pojedyncze, wioski pod nimi, rozróżniałem kościół w wiosce. A wszystko wśród ulewy dawno niepamiętanej w tych stronach. Ogromne też szkody poniosła ta okolica. Wszystkie prawie zboża zostały wytłuczone i z ziemią zmieszane, wszystkie drogi poryte potokami. Widzieliśmy to sami, wracając po dniach kilku z Drużbak. Przedstawiano mi tę burzę jako słabą próbkę burzy w górach, która całe lasy wali, całe skały rozdziera swoim grzmotem i stacza w doliny.
Wyjechaliśmy z kąpiel ani słabsi, ani zdrowsi, jak przyjechaliśmy do nich. Mój czas przeszedł mi bardzo przyjemnie, a nade wszystko przybyło mi wyobrażenie o ziemi spiskiej i widok Łomnicy. Teraz jestem pewny, że ją widziałem.