Słowniczek języka Podhalan

Hale — Tatry, także pastwisko (hala). Najwłaściwiej jednak wyraz ten oznacza góry. U dawnych Sarmatów259 góra zwała się także „ala”. Naród Alanów260 wychodził spod Gór Kaukaskich261. Jest więc jakieś powinowactwo między wyrazem „Alanin” a wyrazem „Podhalanin”.

Podhalanin — Góral spod Tatrów.

Podhale — kraj leżący u podnóża Tatrów.

Polana — pole czyste śród gór i lasów, gdzie się trzody latem wypasają.

Groń — wierzch.

Gronik — wierzchołek. Podobieństwo z polskim „grań”, zachowanym w wyrazach czworogran, sześciogran, ośmiogranny itd.

Turnia — skała naga, stroma. Znalazłem ten wyraz w jednym najdawniejszym, starosłowiańskim przekładzie psalmów, użyty w znaczeniu wyrazu „kolumna”.

Upłaz — równina między skałami.

Drapa — stromy, przykry bok góry, takoż rozdół, wąwóz skalisty, parów.

Skala — wszelki głaz, kamień.

Borowacizna — miejsce bagniste w górach, zarosłe mchem i kosodrzewiną, a niebezpieczne stąd, że przebiwszy tę powłokę można utonąć w bagnie, które jest pod nią.

Młaka — bagno.

Łaz — miejsce wypalone z zarośli na pole.

Hotar — pastwisko.

Otawa — potraw262, łąka skoszona.

Juhas — pasterz chodzący około trzody przez czas letniego jej przebywania w górach.

Baca — naczelnik pewnego oddziału juhasów. U Szwajcarów batz oznacza monetę miedzianą.

Bacówka — chatka pasterska w górach (także „szałas” albo „koliba”).

Szałas — szwajcarskie „chalet263.

Koliba — u Czerkiesów264 „kaliba” (pokolenie, to samo, co u Szkotów „klan”).

Gruby statek — bydło rogate.

Drobny statek — nierogacizna.

Strzyżka — owca.

Jarka — owca jałówka.

Wetula — koza jałówka.

Zywina — wszelkie bydło.

Kierdel — stado, np. owiec.

Hatiar — zrzebiec265.

Żętyca — warzonka wszelkiego rodzaju mleka.

Gieleta — wiaderko do dojenia.

Watra — ognisko w polu. Wyraz znany na Ukrainie i znaczący ogień w piecu.

Plekać, wyplekać — odessać, odcykać mleko.

Jedla — jodła.

Smerek — świerk.

Świerk — modrzew.

Limba — rodzaj cedru w górach.

Sucharz — sterczące przy drzewie reszty uciętych gałęzi.

Rąbanica, cieślica — siekiera zwyczajna.

Ciupaga, wałaszka — mała siekierka, toporek osadzony na rękojeści mniej lub więcej długiej albo na lasce; rodzaj broni góralskiej. Zowią ją także „watlorz”.

Zboże — owies.

Jarzec — jęczmień.

Karpiel — brukiew.

Grula — ziemniak, kartofel.

Moskal — placek owsiany.

Gadzina — domowe ptactwo, drób.

Gacek — nietoperz.

Gazda — gospodarz, kmieć.

Hawiarz — górnik.

Bania — kopalnia, ruda żelazna.

Pachołek — zbójca.

Niewiasta — synowa; ruskie „newistka”.

Frairka — kochanka (zdaje się od niemieckiego wyrazu „Fräulein” — panienka).

Kopiniak — płaszcz; wyraz perski oznaczający niemal to samo.

Gajdy — spodnie, hajdawery.

Łagiew — baryłka.

Palenka — gorzałka.

Zagłówek — poduszka.

Piparek — cybuch266.

Godziny — zegar.

Murań — ma to być każde miasto murowane, a raczej miasto grodowe.

Bursa — zabawa składkowa w zapusty.

Gwara, hwara — mowa, język.

Hasen — zysk.

Tydzień — tydzień, ale w dopełniaczu „tyżnia”.

Chodnik — ścieżka po nagich górach.

Pyrć — ścieżka w górach między zaroślami.

Chodza, czesta — droga.

Fruhaniec, furmaniec — gościniec bity.

Cierpiałka — krzyż, figura przydrożna.

Zły raz — szubienica.

Cyntyrz — cmentarz.

Jaz — tama wodna.

Strysz — kra drobna.

Kurniawa, fujawica — zamieć zimowa.

Srężoga — mgła na pogodę.

Ciekawy — złodziej.

Zdatny — oszust.

Swaty — święty.

Śwarny — dzielny, tęgi.

Podufały — zuchwały.

Chytry, wartki, fryszki — rączy, prędki.

Niżni — niższy.

Wyżni — wyższy.

Hasnować — zyskiwać.

Pytać — prosić, żądać.

Banować — żałować, trapić się.

Naprać — nałożyć, napakować.

Zahubić — zapomnieć.

Zbesnieć — zepsieć się, wściec się.

Chodzić na fraj — chodzić w zaloty.

Redykać się — szybko iść.

Strybać — pić co gęstego, chłeptać.

Hladzić — upatrywać, spozierać (ruskie).

Ciarać — mieniać.

Ciarach — nienawistne nazwanie szlachcica u ludu krakowskiego.

Miesiukać się — śpieszyć się.

Dawać poziór — dawać baczność.

Niepeć — niełatwo.

Drzewiej — pierwej, dawniej.

Dawniej — prędzej.

Dosiela, dotela — dotąd.

Sucy — przystoi, należy co do czego.

Ślebodno — wolno.

Kirkak — na plecach (nieść).

Haj — tak jest.

Bie, zie — odpowiada czasem mazurskiemu „dyć”; niekiedy polskiemu „ba!”.

Ażebym dał dokładniejsze jeszcze wyobrażenie o mowie Podhalan, wypiszę tu niektóre sposoby ich mówienia. Są to wyjątki z jednego wiersza, który jest niewątpliwie napisany przez poetę-Górala. Cały wiersz nie zasługuje na umieszczenie — jest ciekawy tylko dla niektórych miejsc, malujących duch języka i duch Górala.

We wszystkich tych wyjątkach jest to Góral, który mówi.

Skądzeście wy, panasku? O co się pytacie?

Słówka wam nie rozumię, kiepską hwarę macie!

*

My tu Lachem zowiemy zakrakowskich ludzi.

Bo tam suknie z wielkimi nosą kołnizami.

My tu zaś po góralsku, jak widzicie sami.

*

Bie! Kej jesce, panasku, mam iść dobrą milę.

*

Juzek się tu i zestazał, jak widzicie sami.

Nie słysałek, zeby kto tak robił...

Ty ta sobie wywodzis jakieś worensyje

*

Jesce-byś mnie i stsylał, dieboł ci w maciezy.

Miałbyś-ci mnie w łeb stselić, wpsód ja cię zastselę,

Tylko się s mym na tobie wachlazem ośmielę.

Znaj ze wachlaz góralski — tsysta w garle stoi: —

Rozumiałeś, ze się cię lada Góral boi. —

Dieboł wie, na co się was tu skidało tak wiele;

Takeście tu potsebni, jako psi w kościele.

Nie będzies mi się włócył, ty Lutse Marcinie,

Zabiję ja cię, nie trwam (nie dbam) na twoje pytanie (prośbę),

Widzis takie góralskie jest pozałowanie.

Abyścić nie uciecył, mógłbyś-ci mię zdradzić,

Wytnę cię w łeb wachlazem, wolę ja cię zgładzić.

Kieby nie tak, jak ongi padło w Bujakowie,

Co się chłopi natłukli takiego po głowie,

A nie mogli go zabić, az wzięli na Sołę,

A on jesce wypłynął w chwilę, pod stodołę.

A ze chłopi musieli brnąć w Sołę do niego,

Ledwie i tam stłumili bestyję takiego.

Takie to te psy twarde, jak wąz, do zabicia,

Napapęzys się dobze, nim pozbędzie zycia.

Ale ja go zabiłek, mam w Bogu nadzieję.

*

O tak! Niech znają, ześmy chłopcy swarni,

Chociaż wychowani w lasowej owcarni!

Wszystkie te próbki powyższe, jakkolwiek nieliczne, są wyjęte wiernie z ogółu podhalańskiego narzecza — powinny więc dać o nim pewne wyobrażenie.

W dopełnieniu ich to jeszcze powinienem powiedzieć:

Odgarnąwszy na bok z narzecza podhalańskiego niektóre obce mu naleciałości, znajdziemy w końcu tło główne, jemu tylko właściwe, odwiecznie rodzinne. Jest to jedno z narzeczy języka polskiego, takie jak mazurskie, śląskie itd. Gałąź, więcej niż z pnia polskiego, bo z tego samego korzenia, co i główny pień polski. Były czasy ich zupełnej jedności, rozdzieliły się później. Dzisiejszy pień polski, silniejszy życiem, strzelił w najwłaściwszym kierunku i rozrósł się w drzewo główne, inne zostały tylko odroślami bratnimi. Cała budowa języka Podhalan, duch jego, członki pojedyncze, wiązanie ich — wszystko w nim pokazuje brata języka polskiego, brata-bliźniaka. Przyczyna niektórych różnic w tym głównie, że pozostał ciągle językiem ludu nielicznego, zacienionego, oddzielonego i położeniem swoim, i sferą tak swoich potrzeb, jak dążeń, od prądu głównego.

Mowa Podhalan najwięcej się zbliża do krakowskiej — to samo mazurzenie wyrazów przez wyrzutnię głoski „z”, przez zamienienie litery „a” na „o”, szczególniej przed „n”, jak na przykład: „pan” — „pon”.

Jest mu właściwe, i to świadczy o duchu starym tego języka, kończenie pierwszej osoby pojedynczej przez „k” w miejsce naszego „m”; na przykład „miałek” zamiast „miałem”.

W wielu razach Podhalanin przerabia tylko swoim krojem wyrazy polskie przez zamianę jednej głoski na inną, w której ma większe upodobanie, jako to: „g” na „h”, na przykład: „gwara” — „hwara”, „ł” albo „w” na „l”: na przykład: „jodła” — „jedla”; „swobodno” — „ślebodno”. Tak zamienia: „ę” na „u”, a w wyrazach pieszczących: „e” na „i”, na przykład: „Janeczku” — „Janiczku”, „czapeczkę” — „czapiczku”.

Napomykam tylko o każdym szczególe, nie zamierzałem pisać rozprawy uczonej. Kończę na tym, że język ten brzmi przyjemnie w ustach dobrze mówiącego, wybitny jest we wszystkich odcieniach — bądź łagodnych, bądź ostrych — i nagina się do wszystkich. Ale trzeba się z nim oswoić, aby wszystko łatwo schwycić w rozmowie z Góralem, zwłaszcza że mowa ich jest raczej szybka niż powolna.

Pasterstwo w Tatrach. Pieśni pasterskie

Górale są ludem pół-rolniczym, pół-pasterskim, bardziej pasterskim jak rolniczym, a może nawet głównie pasterskim. Wielce się przez to wyjaśnia zagadka jego charakteru, odskakiwanie niekiedy od ducha słowiańskiego. Góral jest Słowianinem przez miłość namiętną swojej ziemi, którą praca rolnicza około niej bardzo zasila i rozwija. Stąd w nim przymioty słowiańskie, cnoty słowiańskie, dzieci tej miłości. Można więc powiedzieć, że Góral jest Słowianinem przez rolnictwo, a pasterstwo zbliża go do ludów pasterskich na wschodzie. Przypatrzmy się dobrze Góralom z tej strony, a znajdziemy dziwne zbliżenie pomiędzy nimi a pasterskimi plemionami na przykład Arabów — zbliżenie w charakterze, w przymiotach, a zarazem w złych skłonnościach. Już to dawno spostrzeżono, że jest coś w pasterstwie, co zaszczepia w człowieku pewien rodzaj energii dzikiej. Tę energią mają Arabowie, którzy są jedynie pasterzami, tę energią mają i nasi Górale i w tym zostawiają powolnych Słowian za sobą.

Ale w tej chwili patrzę na pasterstwo Górali z innej strony, zachowuję więc ideę powyższą na później, a wracam do przedmiotu właściwego.

Góral jest głównie pasterzem. To jest podstawowe utrzymanie jego życia, zasadniczy wdzięk jego życia, to jego praca najgłówniejsza, to dla niego najmilsze i najwdzięczniejsze pole pracy.

Trzeba go widzieć, trzeba widzieć jego życie, jego góry w porze pasterskiej. W rzeczy samej jest co oglądać. Ale wtedy pomijaj wioski i chaty, idź w góry, wspinaj się po nich, szukaj miejsc najustronniejszych, wystawiaj się na upał, nie dosypiaj nawet nocy, bo tylko tam i takim sposobem zobaczysz Górala w jego żywiole, pokochasz wdzięk jego życia. Tak ja robię od mojego tu powrotu spod Tarnowa. Wynagradzam sobie czas stracony i mogę powiedzieć, że w części wynagrodziłem. Co przez ten czas uzbierałem, tego w całości słowa nie oddadzą. Podzielę się tym, czym się podzielić mogę.

Pasterstwo w Tatrach ma swoją organizacją — kilka więc słów o niej.

Dłuższa zima w Tatrach niż w górach niższych, jałowość Tatrów, a nawet w porze płodniejszej rzadkość pastwisk, czyli polan, zmuszają największą część Podhalan do szukania swojemu dobytkowi pożywienia letniego w bardziej oddalonych miejscach, na przedgórzach. Jest to konieczne dla handlu nabiałem, a mianowicie serami, który jest najważniejszy dla Górali. W tym celu każda wieś ma kilku lub kilkunastu gospodarzy porządniejszych, przedsiębiorców niejako, trudniących się przez lato wyłącznie tym przemysłem. Jednemu więc z nich, na mocy pewnych układów, pewna liczba mieszkańców powierza swoje bydło. Jego już jest powinnością wyżywić trzodę, zebrać nabiał, zrobić sery itd. Taki naczelny pasterz zowie się baca. Ma on do pomocy w tym gospodarstwie kilku lub kilkunastu pasterzy od niego zależnych, poddanych jego kierunkowi, którzy się zowią juhasami. Jest to zazwyczaj najdorodniejsza młodzież. Ich obowiązkiem jest paść powierzoną im trzodę, pilnować jej, opatrywać ją, doić krowy, owce i kozy, warzyć żętycę, robić masło, sery itp. pod kierunkiem bacy, który jest naczelnym wodzem juhasów i trzody, a pełnomocnikiem odpowiedzialnym przed właścicielami powierzonego mu dobytku. Baca też zawiera umowy o polany bądź z właścicielem jakiejś wsi, bądź z gromadą267. Osnowa umowy jest zwykle ta, że mu wolno, jeżeli ma do czynienia z gromadą, wypasać swoją trzodę na wszystkich polach, łąkach i lasach w obrębie tej wsi, a na całej własności prywatnej, jeżeli ma do czynienia z pojedynczym właścicielem. Zresztą różne są rodzaje tych umów, stosownie do obopólnego przyzwolenia obu stron. Właściciel ma prawo oznaczać miejsca na koszary, czyli nocne stanowiska trzody, według tego, jak chce sobie użyźnić pewne miejsce nawozem trzody. Stosunek jest często kilkunasto- a nawet kilkudziesięcioletni, dlatego pośrodku podobnych wypasów stoi porządna drewniana budowla. Służy ona bacy za dom, a juhasom za przytułek; tam nadto składa się wszelkie naczynia pasterskie, robi się i przechowuje nabiał. Jest to zarazem mieszkanie, fabryka, magazyn, a nawet sklep handlowy. Budynek ten zowie się bacówka, czasem szałas albo koliba. Jest on zwykle porządny, z dobrego i gładko obrobionego drzewa — jak wszystkie budowle Górali — o jednej lub dwu izbach, o jednych drzwiach, okien nie ma prawie żadnych. Pośrodku bacówki leży wielki kamień, na którym roznieca się ognisko, pod ścianami łóżka z mchu i paproci. Naczynia do nabiału lub z nabiałem są rozmieszczone na półkach lub rozwieszone na ścianach.

Życie zwyczajne pasterzy podczas letniego koczowania jest bardzo skromne. Całym ich pokarmem chleb i nabiał, a głównie żętyca, czyli zwarzona mieszanina mleka wszelkiego rodzaju. Jest to rodzaj serwatki, tylko bez porównania smaczniejszej, gęstszej i bardziej posilnej. Własność jej, lecząca z osłabienia ciała przez wycieńczenie, znana jest sąsiadom Karpat. Z początku powoduje rozwolnienie żołądka, ale po dniach kilku zaczyna wzmacniać i tuczyć. Psy pasterskie nie znają także innego pokarmu, tylko żętycę, i mają się jak najlepiej.

Niekiedy, wyjątkowo, wyprawiają sobie juhasy pasterskie uczty. Dzień to zwykle świąteczny, a pora nocna, kiedy trzoda odpoczywa już zamknięta w koszarach. Wówczas dopiero jest na stole i mięso, wódka krąży w kieliszkach, wówczas przy śpiewach i muzyce ma też miejsce i taniec. A jak ta zabawa jest prawdziwą zabawą, można to pojąć, przeniósłszy się myślą w kraj równie piękny, pod niebo równie wypogodzone, w dusze równie swobodne.

Życie to pasterskie rozpoczyna się powszechnie w pierwszych dniach czerwca, a zamyka się z początkiem września. Przez cały ten czas Podhale przedstawia widoki nieznane krajom równym, o których nie można mieć prawdziwego wyobrażenia, nie dotknąwszy ich własnymi zmysłami.

Ile tylko roślinne państwo ma płodności pod tchnieniem wiosny, ile tylko życia i uroku może mieć pasterstwo — wszystko to w owych trzech miesiącach zalewa tę okolicę.

Wiosna pełna objawia się tu właściwie dopiero w końcu maja, za to od razu pełniej niż gdziekolwiek indziej. Roślinność, przytłumiona długim zimnem, rozwija się w dwójnasób szybciej i bujniej. Zaledwie można spostrzec jej przejście z martwoty do pełnego życia. Cała okolica wychodzi od razu w swoim stroju świątecznym, wiosennym, jak kobieta ze swojej gotowalni268 — uderza cię tym mocniej, że nie musiałeś być świadkiem jej ubierania się.

W owych to dniach ostatnich maja rozpoczyna się pasterska wędrówka Górali i rozlewa się z głębi Tatrów na kraj okoliczny. Ruch ten prześliczny podnosi jeszcze bardziej młode życie przyrody. Miałem radość być jego świadkiem, a z miejsca nieraz takiego, żem go ogarniał spojrzeniem w części jego najważniejszej.

Widzisz naprzód, jak w oddaleniu, z ciemnej głębi Tatrów wysuwają się ciemne karawany, nierozpoznane jeszcze, powoli zbliżają się ku tobie, coraz wyraźniejsze, coraz ogromniejsze, wkrótce skupiają się wszystkie w dolinie, zalewają jej przestrzeń, przesuwają się po niej. Zaczynasz rozróżniać w tym tłumie ludzi, konie, bydło wszelkiego rodzaju, wozy naładowane różnymi sprzętami. Po pewnym czasie tłum ten zaczyna się rozdzielać na różne drogi, w różnych kierunkach. Każdy oddział zmierza ku przedgórzom, dopóki wszystkie nie znikną w setnych wąwozach. Ale za to jutro widzisz już wszystkie góry, lasy, polany zaludnione trzodami, słyszysz ze wszystkich stron dzwonki zawieszone u szyi bydląt. Zewsząd uderza cię granie fletów i skrzypiec, ze wszystkich szczytów rozlega się śpiew pasterzy i pasterek, a dzikie skały odpowiadają ich hukaniu.

W tej to porze trzeba poznać góry, a kto je tak pozna, temu trudno nie pokochać ich i później nie tęsknić za nimi. Tak ja przynajmniej sądzę z tego, czego sam doznaję.

Życie takie nie ustaje razem z dniem, długo przeciąga się w noc. Tej chwili szczególniej pilnuję i wtedy dopiero upojenie jest zupełne. Obieram sobie zazwyczaj miejsce dalekie od wsi, ustronne, wyniesione, półosłonięte drzewami i czekam, aż ucichnie gwar dziennej muzyki, ryk i dzwonki pasącego się bydła, aż zapanuje cisza nocy i okolicy. Wtedy rozpoczyna się muzyka nocna, odpowiedniejsza temu, jeżeli bydlę ryknie zabłąkane i słyszysz w głosie jego trwogę, co zasiadła w dzikich miejscach; jeżeli śpiew się odezwie, to czujesz w nim serce, które szuka drugiego serca, a wśród tego stąd i zowąd wyrywa się huknięcie pasterki ostre, długie — obija się o skały, oblatuje echem całą okolicę i ginie gdzieś w przepaści oddalenia.

Wtedy to roztacza się wkoło mnie żywym przypomnieniem noc ukraińska ze swoimi ułyciami269, ze swoimi śpiewami. Tyle bowiem jest podobieństwa w śpiewie, szczególnie Góralek, w długim jego przeciąganiu, do śpiewu naszych dziewek, ukraińskiego, tęsknego, wlokącego swój smutek w jakąś nieskończoność, zatrzymującego się na pewnych tonach, jak gdyby serce przysłuchiwało się samo sobie, i po chwili niknącego w nieschwyconej nieskończoności. Nie ma tego uroku śpiew góralski; jest mniej rzewności, mniej słodyczy w jego dźwięku, ale bardzo go przypomina.

Jako próbkę tej muzyki i poezji umieszczam niektóre ich śpiewy. Może one przeniosą, chociaż jako tako, wyobraźnię czytającego w tę chwilę, która mnie tak upaja.

I

Juhasy, juhasy, coście owce paśli,

Zgubiłam wianecek, wyście mi go naśli.

Juhasy, juhasy, dyć się Boga bójcie,

Zgubiłam wianecek, dyć mi go powróćcie.

Zgubiłam wianecek w zielonej ubocy,

Ten mi go powróci, co ma carne ocy,

Dyć-em się taiła, taić się nie będę,

Gotuj kołyseckę, ja pieluski będę;

Gotuj kołyseckę z dzewa limbowego,

A ja pielusecki z rąbka bielonego.

II

Idzie woda, idzie, z daleka się sieje.

Idzie mój Janicek, z daleka się śmieje.

— Idzie woda, idzie, drobny piasek niesie,

Cekaj mię, frairko, w smerckowanym lesie.

— W potoku za laskiem siwe konie piją,

Nie chodź tam, Janicku, bo cię tam zabiją.

Bodajze ta woda, bodajze zmalała,

Co bym Cię, Janicku, pierwej uwidziała.

III

Hej! tęskno mi, tęskno, sama nie wiem, cego,

Bez mego Janicka, dalekom od niego,

Boli mię główecka, serduska nie cuję;

Hej! nikt tego nie wie, za kim ja banuję.

Bodaj ten cłek nie zył, bodaj nie wiekował,

Co on to kochanie na świecie fundował.

— Nie płac, frairecko, otsyj sobie ocka,

Psydę ja do ciebie, jak się ściemnie nocka.

IV

Bodaj cię Bóg skarał, bodajeś skamieniał,

Jak będzies, Janicku, ode mnie uciekał.

— Widziałaś ty, dziwce, ten kamień nad wodą.

Hej! Jak on popłynie, ozenię się s tobą.

—- Widziałześ ty kiedy, zeby kamień pływał?

Cemuś się zalecał, kiejć się zenić nie miał?

Leciały gołębie, w źródle wodę piły,

Bodaj cię, Janicku, moje łzy zabiły.

V

Bodaj ty, dziewcyno, maliniaku zjadła,

Coś ty Janickowi do serduska wpadła.

Chyba cię, dziewcyno, diabli malowali,

Co do twoich licek taką krasę dali.

— Ej! Dyć mnie malował sam Pan Jezus z nieba,

Bo do moich licek takiej krasy tseba.

VI

Hej! Ładnaś, dziewcyno, ładnaś i do smaku,

Nie zal mi póść z tobą z hory taj do światu.

Ja pódę po wirsku, ty pódzies doliną,

Jak się nie zendziemy, to se wezmę inną.

VII

Werbują, werbują i na siłę biorą;

Hej! Nase frairki, gdzie się nam podzieją?

Hej! Trawka zielona, kto ją będzie kosić?

Jak pódę na wojnę, budę sablę nosić.

Włosy moje, włosy, moje carne włosy,

Nie będą otsąsać spopod buków rosy,

Bodaj ten Nowy Sąc pioruni rozbili,

Zeby nam tam bezeń chłopców nie gonili.

Bodaj ten Nowy Sąc pioruni stsaskali,

Zeby nam do niego chłopców nie bierali.

Nowy Sąc, Nowy Sąc, hej! Okrągłe miasto:

Do niego syroko, ale z niego ciasno.

Reszta są to albo ułamki śpiewów większych, albo śpiewki w duchu krakowiaków.

Hej! Syckoś ty mnie, mój Janicku, budził,

Pókiś wianecka u mnie nie wyłudził.

Wziąłeś wianecek, weźze i mnie samę,

Bo bez wianecka sierotą zostanę.

*

Nie było mnie w doma, byłem za górami;

Moja frairecka posła z zbójnikami.

Albo się zwerbuję, albo pódę na zbój,

Już ci ja, frairko, nigdy nie budę twój.

*

Leciały gołębie, leciała ich para,

Kiedy ja cię kocham, to drugiemu wara.

*

Zasię, chłopcy, zasię,

Kupiłem se Kasię;

Dałem krajcar za nią,

Nie patscie mi na nią.

*

Choćbyś mnie ty, matko, w sksyni zamykała,

To mię nie upatsyć, kiej ja będę chciała.

*

W moim ogródecku majeronek bujny,

Niech do mnie nie chodzi, tylko zbójnik sumny.

*

Cemu ty, dziewcyno, nie chces na mnie patsyć,

Jak ja cię nie wemzę, nie weźmie cię ślachcic.

Dziwcęta, dziwcęta, cobyście wiedziały,

Co to za zaraza ten parobek stary.

*

Wysoki zamecek.

Wziąłeś mi wianecek.

— Wyzsa jesce skała,

Samaś mi go dała.

*

Ku potoku wartko idę,

Carny gawron wodę pije.

Pije, pije, pokrakuje,

Moja miła popłakuje.

*

Ja bym orał, ja bym siał,

Ja bym ciebie, dziwcę, chciał;

Kiejby mi cię chcieli dać,

Umiałbym cię sanować.

*

Hej! Nie ma to, jak juhasom,

Nic nie robią, tylko pasą;

Na groniki wybiegają,

Za stsyzkami pozierają.

*

Hej nie mas to, nie mas, jako pod halami,

Naucą cię śpiewać dziwki za owcami.

*

Choć ja pod halami, nie chcę Podhalana,

Zdarłabym se nogi po same kolana.

*

Dyć to pod halami syćko dobze rodzi:

Owiesek posiejes, żytko się urodzi.

*

Podhalskie dziwecki,

Hej! Jako sarnecki,

A z dołów wargule,

Tylko skrobać grule.

Niektóre z wierszy umieszczonych powyżej mogą być całością skończoną na kształt krakowiaków, o innych mam przekonanie, że są urywkami należącymi do pieśni większych. Umieszczam jedne i drugie w nadziei, że ich całość później się odszuka. Jestem za tym, aby na polu poezji gminnej zbierać i składać jak najstaranniej wszystko, cokolwiek się nastręczy. Dokonać wyboru między nimi w tej chwili, w tym stanie, w jakim je dziś mamy, byłoby niewłaściwe i szkodliwe — bo ich wartość pokaże się dopiero obok ich całości, a dziś wszystkie prawie zasługiwałyby na odrzucenie. Lepiej zachować je, jak są, i starać się o więcej.

Muzyka i taniec Górali

Obraz Podhalan w ogólności, a w szczególności ich pasterstwa, nie byłby zupełny, gdybym nie powiedział czegoś o ich muzyce i tańcu. Muzyka i taniec są w ich życiu, są w chwilach pełnych uczucia, ruchu i wdzięku — są więc ważną częścią tego obrazu życia, nieobojętnym rysem jego oblicza dwustronnego: wewnętrznego i zewnętrznego.

Instrumentami muzycznymi najpowszechniejszymi między Góralami są: skrzypce, gęśl270, bas271, lira, czyli kobza272, i dudy, to jest dwie piszczałki oprawione w miech z koziej skóry. Ale popularne są także flety, piszczałki, fujarki i dudki rozmaitego rodzaju, na koniec trąby pasterskie, czyli ligawki273.

Skrzypce, basetla, gęśl stanowią muzykę więcej domową, konieczną, gdzie są tańce; można jednak czasem usłyszeć skrzypce i gęśl w głębi gór najustronniejszych. Kobza i dudy są najczęściej instrumentami śpiewaków żebrzących, muzyków błędnych. Najulubieńsze juhasom i górom są ligawki i cała rodzina piszczałek. Ligawka służy juhasowi głównie do porozumienia się z trzodą — jej to głos wyprowadza trzodę na pastwisko, skupia ją, ilekroć się zanadto rozproszy, i na nocleg do koszar zwołuje. Ligawka jest to drewniana trąba, długa do dwóch łokci, niekiedy więcej. Głos jej, donośny i dziki, przypada tylko do gór i lasów, wydaje się, jak gdyby z ich piersi był wydobyty, i dziwne robi wrażenie, a nawet bardzo miłe, kiedy się rozlegnie po głuszy lasów i dolin, kiedy się łamie na skalistych szczytach i ścianach.

Milsze są od niej piszczałki o łagodniejszym dźwięku. Są one rozmaitego kształtu. Zajął mnie szczególnie jeden rodzaj — jest to flet otwarty z obu końców i ma tylko dwie dziurki dla dwóch palców, mimo to ma głos dziwnie miły i rozmaity. Wygrywano na nim jak najdokładniej wszelki śpiew góralski.

Co się tyczy ich muzyki, skala jej nie jest rozległa. Śpiewy ich są posępne, wysilone, przeciągłe, wyobrażają niejako hukanie z jego pogłosem po górach. Jest w nich pewna jednotonność, dlatego uczenie się ich jest trudne. Udało mi się jeden zrozumieć i zdaje mi się, że już wszystkie umiem. Mimo to, słyszane między górami nie tylko że nie rażą, że nie męczą, przeciwnie — ożywiają, porywają, zachwycają.

Równie trudno dać wyobrażenie o tańcu góralskim. W niektórych częściach przypomina on taniec Rusinów, ale ma jedną figurę właściwą tylko Góralom, kiedy Góral, zamknięty krążącym kołem taneczników, wyczynia na środku rozmaite skoki, a zarazem ciska raz po raz siekierką w górę i chwyta ją w powietrzu ze zręcznością zadziwiającą. Nadaje to jakiś męski charakter tańcowi, przypomina wojenne tańce starożytnych.

Muzyka tańca jest całkiem oryginalna, niepodobna do żadnej muzyki tego rodzaju. Jest niby jednotonna, ale tak rozmaita, tak jakoś nieskończona, tak dzika w swoim tonowaniu, że mieszkający nawet od dawna między Góralami wygrać jej nie mogą. I rzadko trafia się ktoś, kto by tego w zupełności dokazał.

Nieraz, słuchając muzyki prostego ludu, żałowałem mocno, że nie będąc sam muzykiem, nie jestem zdolny zająć się zebraniem tych melodii, a zarazem pragnąłem, aby się znaleźli tacy, którzy by temu zatrudnieniu poświęcili część swoich trudów i zdolności. Oddaliby przez to wielką przysługę, mianowicie poetom i muzykom. Nieocenione skarby uczucia i prawdziwej sztuki leżą w muzyce naszego ludu. Nigdzie też może wielostronny jego charakter ogólny nie maluje się wybitniej w odcieniach swoich. Każda nasza okolica ma w swoich melodiach właściwe sobie piętno. Inny jest śpiew Litwina, inny Ukraińca, inny Mazura, inny Górala; inna skoczność kołomyjki, a inna kozaka lub krakowiaka. Smutek głębszy, melancholia niewysłowiona, lubo znajduje się na dnie śpiewu wszystkich prawie okolic, ale jak rozmaita, jak malująca oblicze swojej ziemi i serce swoich mieszkańców. Widzisz w muzyce dumki ukraińskiej pola Ukrainy nieobejrzane, tęskne, a coś w nich głęboko rozrzewniającego. Widzisz w śpiewie Litwina, jednotonnym, dzikim, puszcze szumiące wiecznym wiatrem, rozlegające się rykiem dzikich zwierząt. Widzisz również w muzyce Górala jego góry ludne echami, życiem trzód, tchnące całą swobodą nieugłaskaną przyrody i mieszkańca.

Muzyka ludu jest jednym z najzdrowszych zasiłków naszej muzyki sztucznej, a muzyka ludów słowiańskich jest może pod tym względem najwyższa. Wiadomo, że geniusz Mozarta274 niemało się zasilił melodiami słowiańskimi, przesiąkł nawet nimi — stąd ten urok dzieł jego, który mu daje taką wyższość nad największymi nowoczesnymi mistrzami.

Pan Wacław z Oleska275 dał dobry przykład, umieszczając niektóre melodie w swoim zbiorze pieśni galicyjskich276, ale jest to dopiero próbka, bardzo mała w porównaniu z tym, co zostaje do zrobienia. Miejmy nadzieję, że się znajdą gorliwi i na tej drodze. Jedna tylko obawa powinna towarzyszyć tej pracy, to jest, aby zachować w tych melodiach charakter ich ludowy nietknięty. Sztuka nasza, zarażona martwotą konwencjonalności, jest tak nieszczęśliwa, że wszystko, czego się dotknie, traci natychmiast swoją, że tak powiem, dziewiczość duchową, którą miało w życiu swoim wśród ludu, w piersiach ludu. Jest to niby to samo, a czujesz, że nie to samo — jak kobieta, którą znałeś niewinną, i widzisz po utracie niewinności. Sztuka nasza odbiera powszechnie tę niewinność utworom gminnym. Widzieliśmy to już nieraz w pieśniach ludu wygładzonych niby przez sztukę. Nie życzylibyśmy podobnego losu muzyce jego.