2

Wietrzna jesienna zawyła noc z dala,

Warzą się wiry w zamąconym łożu;

Wre chmur kłębami i niebo jak fala;

Złośliwy obłęd3 igra po rozdrożu.

Podróżny z cichym szeptaniem pacierza

Mija rozdoły świstające trzciną:

W skrwawionych szponach zgłodniałego zwierza

Dławione bydlę poryka4 doliną.

Pod szturmem wiatru, co silnie dmie górą,

Słychać skrzypanie głównej szubienicy:

Trup się kołysze — pies wyje ponuro,

Śmierć snu osiadła w zamku okolicy.

Szablą czasami pobrzękując krzywą,

Szyldwach5 wisielca wzdłuż płaskiego wzgórza,

Zwijając wąsy, przechadza się żywo:

To cisza nocy w myślach go ponurza,

To szubienicy skrzypnienie ocuci,

A on wzrok błędny to na trupa rzuci,

Niby się jego zatrwożył wskrzeszenia —

To jak po śmiałość kieruje spojrzenia,

Gdzie baszt zamkowych opiekuńcza gwiazda,

Strażniczy ogień, czuwa z wierzchu wieży.

Szelest po krzakach. Czy ptak pierzchnął z gniazda?

Coś majaczeje6, coś po drodze bieży.

Tfu! W imię Ojca... To tumany diable.

Po cieniach nocy wszystko się rozsiało.

Kozak opatrzył janczarkę7 i szablę,

I dawną drogą chodził dalej śmiało.