II

Nowy Rok 1903

Przeglądałam, co napisałam latem. Zaledwie cztery miesiące temu. A w moim odczuciu — jakby co najmniej przed czterema laty. Byłam wtedy pewna, że wszystko się ułoży.

A jednak jesień minęła szybciej niż jakikolwiek okres w moim życiu, od niedzieli do niedzieli; nie wiedziałam, gdzie podziewają się dni. Zdawało mi się, że ledwie zaczęłam rok szkolny, aż nagle któregoś dnia Halfred mówi mi: „Mamo, jeszcze trzy tygodnie do Wigilii”.

Einar i Halfred w Wigilię byli bardzo cisi, zwłaszcza na początku. Zapaliwszy świeczki na choince, nie mogłam powstrzymać płaczu — w tym roku nie było nas dość wielu, by wokół niej chodzić. Weszłam do jadalni; nie chciałam, żeby służąca to zobaczyła, dzieci też. Biedactwa, powinny zapomnieć o smutkach, na ile mogą. Pamiętam siebie, kiedy zmarł tata. Choć się wstydziłam i było mi źle, czułam się wręcz pokrzywdzona, kiedy minęło parę miesięcy, a mama płakała lub narzekała. Dzieci nie powinny się smucić, Otto też tak mówi.

Halfred przyszedł do mnie, kiedy tam stałam, objął moją szyję i mnie pocałował. Dzielnie próbował przełknąć płacz. A kiedy poszedł, zjawił się Einar.

Chłopcy kupili tyle prezentów — winogrona i kwiaty dla Ottona, a dla mnie, poza wszystkim, co zrobili na zajęciach praktycznych w szkole, kupili parę eleganckich, wyściełanych futerkiem, skórzanych rękawiczek. Moim zdaniem niedobrze, że wydali na mnie tyle pieniędzy. Ale Halfred z dumą powiedział, że oszczędzali razem przez całą jesień:

— A w niedzielę spotkaliśmy na ulicy wujka Henrika i każdy z nas dostał po dwie korony.

Miałam ogromną ochotę odłożyć te rękawiczki gdzieś daleko, razem z wyrzutami sumienia. Ale ze względu na chłopców jestem zmuszona nosić je, aż zostaną z nich strzępy.

3 stycznia 1903

Otto nie chce wracać do domu. Odkąd jesienią pierwszy raz mocno pluł krwią, chyba uświadomił sobie, że już nie wróci.

To mój rozpaczliwy pomysł, żeby podjąć znów pracę w szkole, winien jest tego, że chce tam zostać. Otto dostrzega teraz w tym kroku moją mądrą przezorność i wmawia sobie, że ani lekarz, ani ja nie wierzyliśmy latem w poprawę, dlatego porzucił wszelką nadzieję. Jestem zupełnie bezradna, nie mogę przecież zdradzić mu prawdziwego powodu, a moje wyjaśnienia brzmią pusto. Nie mogę też porzucić pracy, którą tak szczęśliwie udało mi się zdobyć — nie da się biegać tak tam i z powrotem, muszę też być przygotowana na utrzymywanie dzieci.

Gdy to się kiedyś skończy, muszę też porozmawiać z Henrikiem. Dotąd się unikaliśmy. Któregoś dnia — zanim Ottonowi się pogorszyło — powiedział:

— Kiedy Otto wyzdrowieje, przejmę posadę w Londynie.

Gdyby tylko dało się przestać myśleć o tym wszystkim, o środkach na życie, zmartwieniach finansowych, o męce i szkole — wciąż tylko ten smutek i kurczowe trzymanie się każdej minuty, którą możemy spędzić razem, my dwoje, których czeka rozłąka.

Dokucza mi wieczna gorączka lęku, cierpię z powodu każdej zmarnowanej godziny, kiedy nie jestem przy nim. A gdy już tam jestem, smucę się, cierpię i boję się mówić. Siedzę ze swoją robótką, gadam o dzieciach, przyjaciołach, znajomych i nowinkach z miasta albo czytam na głos rzeczy, których on chce słuchać — Lie41, Kiellanda42 i Kiplinga43 — śmiertelnie bojąc się, że poruszę jedyny temat, o którym oboje myślimy. Pojmuję jednak, że w ogóle ani trochę nie pomaga mi to chciwe oszczędzanie każdej kropli niknącej żywotności — ani odrobinkę.

8 stycznia 1903

Kochamy się i wiemy, że czeka nas rozłąka. Nie ma cienia nadziei, nie ma litości dla naszej rozpaczy. Nic jednak nie mówimy, nie krzyczymy przez tę bezwzględność życia, nie szlochamy razem. Dziś rozmawialiśmy o chrzcinach u Bjerknesów.

3 lutego 1903

Nie mogę przestać rozmyślać, jak sprowadzić Ottona do domu. Ktoś musiałby mnie zastąpić w szkole. Ale on nie chce. Mówi, że boi się o dzieci.

Zawsze pyta z troską o Ingrid, bo tak często dokucza jej brzuch. A przedwczoraj powiedział wreszcie (rozumiałam, że długo o tym myślał):

— Jesteś pewna, że to nic gruźliczego? Taki mam w sobie lęk, naprawdę musisz wziąć ją na dokładne badania.

Zaraz po powrocie porozmawiałam z naszym lekarzem domowym, a wczoraj byłam z nią u specjalisty. Nie widzą żadnego związku, ale i tak się wystraszyłam.

8 marca 1903

— Chciałbym jednak dożyć tylko do wiosny — powiedział dziś Otto.

Prawie nie może mówić, narzeka na bóle gardła, wzrok też ma słaby. Twarz jakby mu się zmniejszyła, a ilekroć wciąga powietrze, poniżej podbródka widać dużą, nieprzyjemną dziurę.

12 marca 1903

Tak mnie drażni, kiedy ludzie okazują mi współczucie; drażni mnie też, kiedy tego nie robią. Starsi nauczyciele i nauczycielki bardzo mnie żałują — co mnie złości; za to te młode, nowe, które śmieją się i hałasują w pokoju nauczycielskim, aż pękają z rozbawienia — wprawiają mnie we wściekłość. Nie zazdroszczę młodym dziewczynom ich radości; bywa, że krzywo się uśmiecham, gdy opowiadają o wspaniałości życia, rzucam też gorzkimi, pogardliwymi mądrościami. Na szczęście chyba nie robi to na nich najmniejszego wrażenia.

Jak bardzo oddaliłam się od tego wszystkiego. W rzeczywistości w ogóle nie interesuje mnie praca, nie przysparza mi też radości. Pracuję zupełnie automatycznie. Zajmuje mnie cały świat czegoś zupełnie innego.

19 marca 1903

Pastor odwiedził Ottona.

Kiedy się rozebrałam, ujął moją dłoń i ją ścisnął; chciał, bym usiadła na skraju łóżka.

— Pastor Løkke był dzisiaj u mnie, Marto.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Otto zaś ciągnął:

— Sam po niego posłałem. Widzisz, Marto, nie mam już siły. Walczyłem z tym aż od jesieni, kiedy pojąłem... Nie sypiam w nocy zbyt wiele, a kiedy człowiek leży tak i nie śpi... Co noc myślałem: „Porozmawiam z nią o tym jutro”. Ale gdy przychodziłaś... widziałem, żeś zmęczona i zdenerwowana... Więc nie chciałem, sądziłem, że dość masz spraw na głowie. Pomyślałem wtedy: „To ze strachu, chłopcze, wymyślasz teraz to wszystko...”. Och, ale nie tylko dlatego, Marto... Bo gdybym myślał o tym, będąc silnym i zdrowym, kiedy dość miałem innych myśli... o interesach i domu. Ale gdy człowiek leży tak jak ja teraz, możesz być pewna, że dostrzega swą duszę! Nie, Marto, życie ludzkie to coś innego niż pozostałe życie na ziemi. Już to tylko, że człowiek leży tak i wie, że umrze, miesiącami myśli, że to nastąpi... I o tych, którzy po nim zostaną, co będzie z nimi. Bo widzisz, chyba nie ma potrzeby udawać, że jeszcze mamy nadzieję... co?

Klęczałam przy jego łóżku i płakałam. A Otto wziął moją dłoń i na chwilę położył ją na swej biednej, chorej piersi:

— Może tego nie rozumiesz... ale przynajmniej dla mnie...

Przez chwilę leżał, nie mogąc nic więcej powiedzieć, bo płakał. Aż wyszeptał jeszcze bardziej ochryple:

Musi istnieć ktoś silniejszy od nas, ludzi.

Nie mogłam dłużej powstrzymywać milczenia, sądziłam, że muszę mu trochę pomóc, więc wyszeptałam:

— Och, Otto, ja też tak myślę!

Wtedy przesunął rękę, którą mnie obejmował, do mojego policzka, spojrzał mi w oczy i lekko się uśmiechnął.

Zostałam tam długo, tak długo, że było dość ciemno, kiedy wracałam. Na szczęście do tramwaju szłam z jakimś panem i panią — uch, na Grefsenveien44 w ciemności bardzo jest nieprzyjemnie.

Pastor Løkke tak bardzo pocieszył i uspokoił Ottona. To zresztą wyjątkowo miły i kochany człowiek. Zgadzałam się ze wszystkim, co Otto mówił, i chyba bardzo mu to pomogło.

— Nie, Marto — powiedział. — To nie tak. Gdy wydało się na świat czworo dzieci, a osoba, którą najbardziej się kocha, ma zostać sama... Niemożliwe, że wszystkie więzy pękają ze śmiercią.

Nie dam rady napisać tego wieczoru nic więcej, jestem tak okropnie zmęczona myśleniem o wszystkim.

8 kwietnia 1903

Otto opowiadał dziś o naszym małżeństwie. Dostrzegł dużo więcej, niż myślałam.

Pastor Løkke znów dzisiaj u niego był, a Otto mówił o jedynym, co teraz go zajmowało.

— Czuję spokój, Marto. Och, dobrze jest znaleźć wytchnienie, ufając temu, który jest silny i miłosierny. Nigdym nie sądził, że tak spokojnie będę żegnał się z życiem, choć jestem młody i mam nieskończenie wiele do porzucenia. Wszak kocham tak bardzo życie i byłem tak silnym, zdrowym człowiekiem. Teraz wiem jednak, że nie stracę nic z rzeczy, które są mi tak miłe; będę posiadał je w inny sposób, bliżej serca. Bardzo się cieszę, że myślisz tak samo. Wiesz, że wieczna rozłąka nie jest możliwa, gdy jest się z kimś tak blisko. Rozmawiałem dziś o tobie z pastorem. On mówi, że Bóg nie wymaga od ciebie, byś znosiła to zaraz cierpliwie i bez narzekania; ale odnajdziesz pocieszenie. A dzieci... Myślę, Marto, że będę mógł widzieć je i podążać za nimi duchem nawet po śmierci. Może też jakoś ich strzec. Pewnie Bóg będzie im lepszym ojcem, niż mogłem być ja, ale może tak całkiem się nie rozstaniemy. A my dwoje, gdy się kiedyś spotkamy... Będziemy mogli kochać się dużo goręcej niż na ziemi, bo nie będzie tam już żadnych drobiazgów, które nas czasem dzieliły. Bo widzisz, ja wiem, że nie zawsześ była całkiem szczęśliwa. Widziałem to w ostatnich latach; zawsze byłaś niespokojną duszą, moja kochana. Nigdy z tobą o tym nie rozmawiałem... Trochę bałem się jeszcze pogorszyć sprawę. Och, ale w większości były to dobre dni, Marto?

Przytaknęłam i zaszlochałam. Straszne, że stałam się taka nerwowa; nie umiem powstrzymać łez, kiedy Otto tak mówi. Ale na szczęście, odkąd zaczął wierzyć, już go to tak nie złości.

— Tak właściwie zawsze chcieliśmy dla siebie najlepiej. I, Marto, kiedyś wszystko zrozumiemy i dostrzeżemy... że wszystko, co czasem nas rozdzielało, były to tylko drobne, doczesne błahostki, które wkradały się między nas z zewnątrz. Tkwiły trochę w zwyczajach i w wychowaniu. Jak nieznaczne były to rzeczy, zrozumiemy któregoś dnia, kiedy już nic w życiu jednego z nas... nie będzie ukryte przed drugim.

Nawet gdybym mogła uwierzyć, czy byłaby w tym jakaś pociecha? „Kiedy już nic w życiu jednego z nas nie będzie ukryte przed drugim”.

Gdybyśmy kiedyś mogli ujrzeć swe nagie dusze... i naprawdę zobaczyć, jak nieskończenie małe były drobiazgi, które z początku nas podzieliły. Och, buntowałabym się w samym środku królestwa niebieskiego, bo wszechmogący i wszechwiedzący pozwalał, by cała ta żałość, wstyd, zepsucie i szpetota wpływały... sączyły się przez maleńkie szczeliny w to, co zaczęło się tak znakomicie.

Czasem sama tęsknię za wiarą. Chciałabym móc to wszystko odrzucić — smutek nad bezsensownym życiem oraz nieszczęściem, którego się nie da naprawić — i uwierzyć, że wszystko to ma jakiś sens, że istnieje zbawienie. Lecz nie potrafię. Trzeba by zostawić swój zdrowy rozsądek, aby uwierzyć, że stoi za tym miłościwy Bóg; i swoje poczucie przyzwoitości, by wyobrazić sobie, że skrucha przynosi zbawienie.

Pastor mówił o próbach, na które Bóg wystawia opornych — cóż to za bóg jak zarządca niewolników!

„Żeby matka nie wierzyła w życie wieczne”, mówi Otto, „ona, która sama daje życie”. „Dziecko to list od Pana”, widziałam kiedyś w druku. Dziewczyna, która do końca nie wie, co czyni, dając się przekazać w wianku i welonie, przy dźwiękach dzwonów i muzyki, w obecności pastora i diabła mężczyźnie, który ją niszczy — biedna kobieta, która wychodzi, by się nieco zabawić, upić się, może, żeby zapomnieć, jak beznadziejnie męczyła się cały dzień; dziewczyna napadnięta wieczorem na polnej drodze przez obcego włóczęgę — wszystkie mogą dostać „list od Pana”.

Co Panu do moich dzieci? Co dziecku do wieczności; jak miałoby żyć bez końca to, co powstało z jajeczka we mnie? Gdyby moje dziecko zmarło tuż po narodzinach, jak mielibyśmy odnaleźć siebie — kiedyś, za dłuższy czas, kiedy i dla mnie skończy się życie? Może próbowałabym w coś z tego wierzyć, gdybym straciła dziecko.

My, ludzie, zostaliśmy podobno stworzeni na obraz Boga — tego, który rządzi nieskończonym światem. Próbuję o tym myśleć — i myślę o moim życiu, o własnej krótkowzroczności. Uważam, że to dziecięce gadanie.

12 kwietnia 1903

Byłam ślepo przekonana, że Otto mnie nie rozumie. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że to ja nie rozumiałam jego. Błądziliśmy w ciemności tak blisko siebie, że gdybym tylko wyciągnęła rękę, znalazłabym go u swego boku. Nasza młoda namiętność się wypaliła; dałam jej zgasnąć i nie widziałam, jak łatwo mogłam podtrzymać ogień miłości, która mogła oświetlać i ogrzewać nas oboje do końca życia. A myślałam, że jestem tak mądra.

Otto widział, że nasze życie stacza się na zły tor, i go to smuciło — choć nie tak gorzko jak mnie, w końcu zawsze miał swoją pracę i nigdy nie myślał aż tyle o sobie. Ale smuciło go to i tęsknił za gorętszym pożyciem. Nigdy nie dostrzegł, jak bardzo było źle — obowiązek i wierność były dla niego czymś zanadto oczywistym i pewnie nawet w marzeniach nigdy by nie pomyślał, że dwoje, którzy pobrali się z miłości i mieli wspólny dom oraz dzieci, mogliby tak bardzo się od siebie oddalić. Ale ja zawsze sądziłam, że on niczego nie widzi.

Teraz pojawia się to w jego słowach, choć jako cień rzeczy, które minęły. Bo teraz wszystkie te rzeczy się dla niego skończyły. Z łatwością chwycił się wiary, on, którego cała istota jest wiarą.

Zapytał mnie, czy chciałabym przyjąć wraz z nim Sakrament Ołtarza.

— Nie musisz, jeżeli sama nie chcesz, Marto. Dla ciebie, która jesteś w połowie życia, wszystko to wygląda na pewno inaczej. Rozumiesz, nie wolno robić ci tego ze względu na mnie, jedynie dla siebie samej.

Cieszę się, że natychmiast się zgodziłam, bo ujrzałam, jak bardzo go to uradowało.

Codziennie czytam mu Biblię i zawsze o niej rozmawiamy. On nie ma już siły zbyt wiele mówić; jego powolny, ochrypły szept w końcu całkiem milknie, a ja muszę co chwilę pomagać mu przepłukać gardło i podawać wodę z sokiem do picia. A więc mu czytam.

Nietrudno mi zrozumieć tok jego myśli i czasem znajduję niemal pociechę w tej zabawie w wiarę. Kiedy patrzy się na nie od wewnątrz, chrześcijaństwo jest całkiem spójne — można czuć się jak pośrodku wysokiej katedry z witrażami — chociaż wiem, że cały prawdziwy świat oraz światło dnia są na zewnątrz.

Boże, cóż to za rozpacz, że taki właśnie jest koniec — stale tylko kłamię, nie śmiem powiedzieć mu ani słowa, w które naprawdę wierzę.

III. Luźne kartki

Lillerud, lipiec 1904

Co ze mnie w zasadzie za człowiek? Sama sądziłam, że dobra jestem i mądra; popełniłam wielki grzech, ale chyba myślałam, że doszło do niego właściwie bez mojej winy.

Teraz wydaje mi się, że byłam bardziej ślepa i rozumiałam mniej niż wszyscy inni ludzie. Nie znam nikogo, kogo życie posypałoby się jak moje. Pewnie wynika to z czegoś, co mam w sobie.

Kiedy rozglądam się po pokoju i widzę śpiące dzieci, zastanawiam się, jakich rozczarowań z nimi doświadczę? Czy one też się ode mnie oddalą — jak wszystko inne? Myślę, że moje życie składało się z kolejnych zawiedzionych nadziei i z kolejnych szans na szczęście, które sama zaprzepaściłam. Taka jestem zmęczona, że nie rozumiem wręcz, jak dalej żyć — czuję się potłuczona od środka jak po licznych upadkach i nie mam siły się podnieść.

Wyjęłam papier i przybory do pisania, aby odpowiedzieć na list Henrika. Czytając, wmawiam sobie, że dostrzegam u niego trochę dawnego ciepła. Sama jednak nie mam czym mu odpowiedzieć. A jednak nie jest mi to obojętne, cieszy mnie, że nadal się mną przejmuje. Sądzę, że już więcej nie zobaczymy się na tym świecie, ale jest w tym dla mnie jakaś pociecha, gdy wiem, że siedzi w Newcastle45 i wciąż dobrze o mnie myśli. Przypuszczam, że tak już zostanie; Henrik jest w gruncie rzeczy wierny.

Narzekają tutaj na słońce, które piecze i pali dzień w dzień.

Siedzę przy płocie z poziomych żerdzi na skraju lasu albo nad rzeką. Poza tym wszystko brzydko tu wypalone, lecz tam mech trzyma się jeszcze świeży i zielony, a krzewy olchy mają gęste i ciemne listowie. Stan rzeki jest niski, ale rześko i chłodno tam człowiekowi, gdy słucha wody płynącej ze szmerem po kamieniach i kiedy patrzy, jak światło słoneczne wpada między cień liści, aż połyskuje piana, owady zaś przypominają wiszące w powietrzu iskry, ilekroć wlatują do światła.

Albo wchodzę na szczyt. Jak okiem sięgnąć tylko las świerkowy — jednolita, złocona słońcem ciemność świerczyny za niskimi, krągłymi pagórkami, w oddali zaś, na tle jasnego od słońca nieba ledwie zauważalny, niebieski grzbiet. Spokój panuje w lesie w te palące, jasne dni, głęboki jak wieczny sen; widać, jak słabo i wolno sączą się życiodajne soki w drzewach i wrzosach — w końcu stwierdzam, że w moim własnym ciele i w mojej własnej duszy życie porusza się tak samo sennie i cicho, a mój żal chowa się i śpi gdzieś na dnie mej istoty.

Dzieci ledwie widzę przez cały dzień. Są w domku, gdzie bawią się z dziećmi nowego właściciela. Einar z początku nie chciał tam przebywać, ale teraz i on chodzi.

Tylko Åse drepcze tu dookoła z małym Tomasem Ragny bez spodenek. Kiedy biorę ją na kolana, a ona siedzi i mówi, głównie sama do siebie, ja zaś słucham jej i nie słucham zarazem, myślę sobie, że w tej główce przy mojej piersi mieści się cały świat — tylko ile ja z niego poznam? Nie ma sensu wyobrażać sobie inaczej — dusze naszych dzieci są jak obce lądy, pełne nieskończenie wielu długich dróg, po których nigdy nie będzie nam dane się poruszać. Matka myśli pewnie, że zna swoje dzieci i je rozumie — lecz każde dziecko pojmuje któregoś dnia, że wcale tak nie jest. A jednak, kiedy siedzę i ją przytulam, nie jestem całkiem sama. Ze swoim dzieckiem na kolanach jest się tak blisko drugiego człowieka, jak to tylko możliwe.

To ze względu na dzieci zgodziłam się, kiedy Henrik zapytał, czy za niego wyjdę. Taka byłam zmęczona po śmierci Ottona, tak bardzo zmęczona, aż opadałam z sił na myśl, że miałabym trudzić się, idąc z nimi przez świat w pojedynkę.

Kiedy siedział obok mnie w kaplicy, był niemal równie biały na twarzy jak Otto w trumnie. Drżał też, jakby z zimna, gdy pastor Løkke mówił o bożym miłosierdziu, które objawiło się w chorobie i śmierci, o Ottonie, który wędrował po świecie, zajęty interesami i domem, wpatrzony w ziemię, lecz który w ciężkich, samotnych chwilach zwrócił wzrok ku górze. Czasami rozpoznawałam własne słowa Ottona, nieprzyjemnie obce i zdeformowane, niczym wspomnienia pojawiające się we śnie. Potem mówił o wiernej, ofiarnej małżonce zmarłego oraz o jego przyjacielu i wspólniku.

Cały czas zdawało mi się, że śnię; te psalmy, mnóstwo wieńców i wszyscy ci obcy ludzie w procesji, wszystkie te nieprzyjemne, czarne cylindry, kiedy szliśmy ściśnięci, i mnóstwo przyjaciół, których nie widziałam, o których nie myślałam latami.

Wszystko to dziwnie nierzeczywiste — aż od tamtego ranka, kiedy posłano po mnie, abym natychmiast przyszła.

Otto był przytomny i poznał mnie, ale prawie nie mógł mówić. Miał napady niepokoju, między którymi leżał całkiem nieruchomo. Śmierć była zupełnie inna, niż myślałam. Lekarz twierdził, że nie toczy się tu właściwie walka ze śmiercią; mimo to pomieszczenie wypełniał sączący się niepokój, a Otto, który trzymał mnie za rękę, nagle odwrócił od nas wszystkich wzrok, spojrzał przed siebie i szepnął: „Jezu...”.

Chwilę przedtem jednak uczynił znak, że chce mi coś powiedzieć, a gdy się schyliłam, wyszeptał:

— Nie stój tak, Marto... Musisz usiąść, kochana.

Narzekałam Henrikowi:

— Czyż nie spadła na nas straszliwa kara? Mamy stać tak nad grobem Ottona i myśleć, cośmy zrobili, lecz nie możemy tego w żaden sposób naprawić. Tylko nieustannie żałować, co jest niepotrzebne i nie przynosi korzyści nikomu z żywych!

— Tak — powiedział Henrik.

— Dopóki żyjemy, musimy to za sobą ciągnąć... Na nasze nieszczęście tkwi to w nas jak choroba, która nigdy nie minie. A my o tym wiemy!

— Wiemy... Och, ale co wiemy, Marto? Że cierpimy i cierpieliśmy... i że będziemy cierpieć. Tylko do czego to prowadzi? Przecież nie mamy pojęcia, co życie może uczynić z tych naszych smutków.

— Tak mówisz. Ale ja wiem. Mówisz o życiu... Powiadam ci, dla mnie życie się skończyło.

Henrik nie odpowiedział. Siedział tylko, zapatrzony przed siebie.

— Posłuchaj, Marto — odezwał się wreszcie — przecież oboje to wiemy. Kiedyś, gdy minie dość czasu, pobierzemy się...

Wstałam na równe nogi. Rozzłościłam się, zawodziłam i z wściekłością wylewałam na niego zarzuty.

— Zdradziłeś najlepszego przyjaciela — rzuciłam z pogardą. — Uwiodłeś mu żonę... Nawet tydzień nie minął, jak leży w ziemi, a ty już mówisz, że mamy się pobrać!

— Tak — przyznał Henrik. — Tak już jest. Masz rację, spadła na nas straszliwa kara. Ale rzuciliśmy się kiedyś w nurt, który zaprowadził nas tutaj. Wstyd, żal i hańba... Nie uciekniemy od nich. Ale jeszcze żyjemy, nie możemy położyć się i umrzeć. Masz swoje dzieci. A ja... Czy pomogłoby ci, gdybym umarł? Nie miałabyś wtedy nikogo. Jesteśmy na siebie skazani. Więc spójrzmy raczej na sytuację, jaka jest. Co rano, gdy się budzimy, życie dopada nas dniem, przez który musimy przejść... Czy nie powinniśmy raczej próbować żyć najlepiej, jak potrafimy?

— Dobrze, że ty już potrafisz spoglądać rozsądnie na tę sytuację... — powiedziałam z goryczą.

— Uważam, że najlepiej będzie, jak będziemy szczerzy wobec siebie nawzajem i siebie samych — rzekł Henrik. — Tylko ty i ja wiemy, czegośmy się dopuścili. I naprawdę mieliśmy dość czasu, by ustalić w duchu, czym to w ogóle było. Oraz co po tym nastąpi. Gdyby Otto wyzdrowiał, wyjechałbym... a ty musiałabyś wymyślić, jak mu to wynagrodzić. Teraz już go nie ma... My dwoje nie możemy ani go skrzywdzić, ani mu pomóc. On istnieje tylko w naszych wspomnieniach. A jeśli udamy, że się z nim liczymy, tak naprawdę liczyć będziemy się tylko ze sobą — z nastrojami, które w sobie pielęgnujemy. Jesteśmy teraz tylko ty i ja... i musimy spróbować mieć jeszcze coś z życia. Moglibyśmy czekać na „odpowiedni” czas... udawać, że jesteśmy tak zdruzgotani, że nie myślimy o niczym innym niż żałoba. Ale to właśnie jest straszne, że nie możemy przechodzić żałoby, nie pozwalając, by smutek mieszał się ze wspomnieniami przeszłości i myślą o przyszłości. Boże mój, Marto... czy nie rozumiesz, że czasem chciałbym tak bardzo, że aż doprowadza mnie to do szaleństwa... być teraz przy tobie jako brat i przyjaciel i szczerze przeżywać żałobę po stracie Ottona... I żeby wszystko, co nas oboje zajmuje, nigdy nie istniało... było czymś nieznanym naszym myślom. Żebyśmy, słysząc o takich związkach, uważali je za niezrozumiały błąd. A jednak do tego doszło. Dlaczego mielibyśmy odgrywać przed sobą komedię? Bądźmy przynajmniej uczciwi!

— Och tak. Naturalnie masz rację. Po prostu nie mam teraz siły, żeby się w to zagłębiać. Nie potrafię traktować tego jak ty. Henriku, moje życie jest od tamtej pory tak straszne, że nawet nie wiesz...

— Tak, Marto — powiedział cicho. — A jak myślisz, moje życie jakie było przez te lata?

Chodziłam po salonie, płakałam i zawodziłam. Aż zatrzymałam się przed nim.

— Jest po wszystkim. Wszystko, wszystko minęło. Dlaczego mielibyśmy starać się znów coś odbudowywać... Na co miałoby się to zdać? I przez co zniszczyliśmy siebie nawzajem? Przez kaprys, zachciankę, przez nic, nic!

— Marto, to, co nazywasz niczym, jest całym moim życiem, odkąd sięgam pamięcią.

Zatrzymałam się.

— Przecież dobrze wiesz — powiedział Henrik — że kocham cię prawie od dziecka.

A jednak rozważałam ślub. Oczywiście nie powiedziałam, że tego chcę i nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale cały czas istniało takie założenie.

Henrik przychodził do mnie prawie codziennie. Był miły dla dzieci na swój spokojny sposób — w niedziele zabierał chłopców na narty, wysyłał ich do teatru i tak dalej. A wobec mnie wykazywał się niesłychaną pomysłowością i cierpliwością, próbując wywabić mnie z mojej skamieniałej żałoby.

Kiedy przychodził, siadałam jako obraz rozpaczy i się smuciłam. Wydobywałam z siebie udrękę, zmęczenie i zgryzotę, które uspokajały się nieco podczas codziennej pracy — siedziałam, roztrząsając, jak wszystko jest beznadziejne, nieszczęśliwe i upokarzające. I pozwalałam, aby najlepiej, jak tylko potrafił, próbował stopić moją skostniałą, milczącą istotę. Dawałam mu mówić i słuchałam go z uśmiechem, wyrażającym smutek zmieszany z pogardą, rzucając lakoniczne, niejednoznaczne odpowiedzi; jednak postrzegałam te wizyty Henrika jako jego obowiązek, a za swoje święte prawo uważałam, żeby go dręczyć.

Tak, dręczyłam go, jak mogłam, Henrik zaś znosił moje humory z anielską wręcz cierpliwością i opanowaniem. W ogóle go nie kochałam, lecz akceptowałam jego miłość, szarpiąc i targając mu serce najmocniej, jak tylko umiałam.

— Nic mi się nie chce — powiedziałam któregoś dnia. — Nic w życiu nie jest już dla mnie cokolwiek warte, bo czuję, że zostałam unurzana w błocie, z którego nie potrafię się podnieść... Mówię ci, nie chce mi się nawet próbować wstać!

A kiedy Henrik starał się chwycić moje dłonie, gwałtownie przywiodłam je do siebie. — Zostaw mnie!

— Kiedy właśnie nie chcę. Musisz już wziąć się w garść... Oczywiście łatwiej jest usiąść i rozpamiętywać przeszłość, ale to jak samobójstwo! Musisz iść dalej... Na litość boską, co umarło, zostaw już pogrzebane i zastanów się, w jakich warunkach możesz teraz żyć, jakkolwiek nie byłyby trudne. Co by pomogło, gdybym usiadł u twego boku i także się smucił? Jak myślisz, jakie miałbym wtedy życie? Stworzony jestem właściwie do uczciwości. Gdyby ktoś powiedział mi dziesięć-dwanaście lat temu, że pewnego dnia znajdę się w takim miejscu, że zrobię to i to, wierz mi, zaklinałbym się, że to niemożliwe! Stałem się biednym człowiekiem, Marto... Ale przeszłość minęła, a moja miłość do ciebie jest teraz. I to na niej właśnie można próbować budować życie!

Chciałam, żeby Henrik mówił właśnie takie rzeczy. Chciałam patrzeć, jak wylewa swą miłość, jak w głębi siebie szuka świeżej życiowej odwagi, którą mógłby złożyć u moich stóp — ale zarażała go moja nieustanna zgryzota i widziałam oraz słyszałam, że sam jest zrezygnowany i zrozpaczony, że nie wierzy we własne słowa.

Aż wreszcie odchodził zmęczony, a ja nie poddawałam się, dopóki nie wypędziłam życia z jego miłości, nie zadeptałam każdej iskierki odwagi i nadziei, jaka się w nim zatliła.

Ciągle jeszcze przychodził. I nadal chciał, żebyśmy się pobrali. Teraz jednak robił to chyba tylko z poczucia obowiązku i żeby móc jak najwięcej dać z siebie mnie oraz dzieciom.

Jednak patrząc, jak więdnie miłość Henrika, coraz bardziej stawałam się nieszczęśliwa. Nie dlatego, że go kochałam, lecz zrozumiałam, iż sama odganiam od siebie jedyną osobę, która się o mnie troszczy. Widziałam też, że robię wszystko, by stał się nieszczęśliwy i po raz kolejny zupełnie niczego nie rozumiałam.

Lecz nie zamierzałam tego przerywać. Tak bardzo niezdolna czułam się, by przemierzać świat sama z dziećmi. Rok w rok męczyć się w pojedynkę — nie śmiałam o tym myśleć.

A jednak to właśnie dla dzieci z tym skończyłam. Myśląc o przyszłości, bałam się wizji kolejnych lat, przez które męczyłabym się to w szkole, to w domu; z kolei myśląc o tym, jak wyglądałoby moje życie z Henrikiem — o domu, w którym mieszkalibyśmy z dziećmi Ottona i moimi, o tym, jak musiałabym kłamać i ukrywać przed nimi sprawy mniejsze i większe — na to też nie umiałam się odważyć.

Tamtego dnia w marcu, kiedy długo chodziłam wokół Frognerdammen46 i rozmyślałam, aż doszłam do wniosku, że to jedyny możliwy wybór, jeśli mam ze sobą wytrzymać i zachować choć odrobinę szacunku do samej siebie, w pewnym sensie poczułam się wyzwolona. „Kiedy to zrobisz, będziesz mieć spokój”, pomyślałam. „Zobaczysz, tak będzie lepiej”.

I nie żałuję. To jedna z nielicznych rzeczy, jakich nie żałuję w życiu. Ale nie czuję radości, że tak się stało. Równie mocno obawiam się przyszłości. Nie jest lepiej.

Poszłam do Henrika; ale kiedy mówiłam, siedząc na kanapie przy drzwiach balkonowych i patrząc na jego bladą, zasmuconą twarz w zmroku, ogarniało mnie coraz to większe poczucie nieszczęścia. Nie wiem, co powiedziałam — próbowałam mu chyba wyjaśnić, co cały czas czułam.

-– Najlepiej będzie, jeśli całkiem się rozstaniemy, Henriku... To niemożliwe, żebyśmy próbowali znowu żyć razem... Tylko siebie nawzajem skrzywdzimy.

— O nie, nie, nie, Marto... nie można tak mówić... Skąd miałabyś to wiedzieć?

— W każdym razie dotąd się krzywdziliśmy — powiedziałam.

Wtedy Henrik umilkł.

— Tylko? Naprawdę, Marto? Tak, pewnie masz rację. Ale... tylko się krzywdziliśmy?

— Ty nie — wtrąciłam szybko. — Ale ja wyrządzałam tylko krzywdę. A teraz nawet już mnie nie kochasz.

— Owszem, Marto. W pewnym sensie możesz mieć rację... Ostatnio sam czasem myślałem, że już cię nie kocham. Ale byłem jedynie zmęczony. A teraz, kiedyś przyszła i tak do mnie mówisz, wreszcie rozumiem. Najdroższa... co pozostałoby ze mnie, gdybym już cię nie kochał?!

— Ależ, Henriku — powiedziałam — przecież widzisz, jaka jestem. Zawsze cię źle traktowałam, dręczyłam cię... Nie kocham cię, nikogo już nie kocham.

Henrik siedział, chowając twarz w dłoniach; powoli zawodził, kiedy mówiłam.

— Och tak, Marto, och tak... Ludzie mogą się nawzajem dręczyć... nawet jeśli się kochają.

— Henriku, Henriku... to musi się skończyć... Jestem zmęczona i tyś jest zmęczony...

— Nie, nie jestem zmęczony, nigdy, przenigdy nie będę zmęczony, tak bardzo cię kocham...

I nagle rzucił się na mnie, zaczął pieścić, błagać i grozić, i sama nie wiem, co jeszcze.

Wreszcie mu się wyrwałam. Leżał skulony na kanapie i szlochał, a ja stałam przy pianinie.

— Nie możesz aż tak się smucić. Nie zasługuję na to, by ktoś mnie kochał...

— Możliwe — powiedział zmęczony. — Ale mnie to nie pomoże. Moja miłość oczywiście na nic się nie zda, skoro nie potrafiłem sprawić, abyś mnie pokochała. Skoro nawet nie zrozumiałaś... to na nic. Nie mam zatem prawa... Moja miłość jest bezużyteczna.

— Henriku — powiedziałam — wiem, że powinnam prosić cię o przebaczenie... bez końca prosić o przebaczenie!

— Tylko za co? Że ja cię kocham, a ty nie możesz się zmusić, by kochać mnie? Przecież nic na to nie możesz poradzić.

I odwrócił się ode mnie, żebym nie widziała, jak płacze. A potem poszedł za mną i w drzwiach mocno chwycił mnie za ręce.

-– Najlepiej będzie, jak pójdę — odezwałam się. — Jest mi siebie wstyd; nie zasłużyłam, żebyś powiedział mi chociaż słowo na pożegnanie... nie zasłużyłam, żebyś smucił się moim odejściem... i nie mogę nic zrobić, żeby ci pomóc... Pozwól mi odejść, Henriku!

— Tak — rzekł i mnie puścił. — Wiem, że odejdziesz... Nie mogę cię zatrzymać...

I dał mi odejść.

Nie, nie stałam się szczęśliwsza po naszym rozstaniu. Ale równie nieszczęśliwa byłabym, gdybym usiłowała stworzyć z nim wspólną przyszłość.

Bo to nieprawda, że przeszłością jest tylko to, co minęło. Przynajmniej w moim przypadku tak nie jest.

To właśnie próbowałam zrobić cały ten czas — zostawić przeszłość za sobą. Wszystko, co mi się przydarzyło, starałam się postrzegać jako historię, która minęła.

Ale gdy tutaj siedzę i spoglądam wstecz, czasem myślę, że wszystko, co się stało i co widzę, to tylko zewnętrzne skutki. Które zastygły w swych kształtach, co jest nieistotne, niemal przypadkowe. Pod spodem jednak dostrzegam cień — coś, czego nie mogę pochwycić, nie wiem nawet, jak to nazwać. Jakąś moc.

Która nie zastygła i nie umarła. I jakkolwiek potoczy się moje życie, jak będzie powolne, jak niewiele się w nim wydarzy — to, czego nie umiem określić, będzie mi towarzyszyć. Porusza się za mną, czuję tego oddech.

Dość mam swoich, niepotrzebnych słów, którymi staram się uciszyć własny, krwawiący ból.

Pamiętam coś, do czego doszło w szkole w pierwszym roku mojej pracy w roli nauczycielki. Jedno z młodszych dzieci zostało przejechane tuż przed szkolną bramą. Inni wypchnęli dziewczynkę na ulicę, przez co upadła, a wtedy wóz z piwem najechał jej na rękę. Leżała na kanapie w pokoju nauczycielskim, kiedyśmy czekali na lekarza; męczyliśmy się i ją opatrywali, ale krew sączyła się przez ręczniki, w które żeśmy ją owijali. Biedaczka poruszała cały czas drugą rączką, próbując zerwać opatrunki i krzycząc bez ustanku:

— Chcę zobaczyć swoją rękę... Chcę zobaczyć, jak wygląda...

Przypisy:

1. øre — drobna moneta skandynawska. [przypis edytorski]

2. Akerselven a. Akerselva — norweska rzeka, przepływająca przez Oslo. [przypis edytorski]

3. Lillehammer — norweskie miasto i gmina, położone w okręgu Innlandet. [przypis edytorski]

4. Grefsen — obecnie dzielnica norweskiej stolicy, Oslo. [przypis edytorski]

5. Kirkegaten a. Kirkegata — historyczna ulica w centrum Oslo. [przypis edytorski]

6. ścier — drewniany półprodukt, służący do wyrobu papieru. [przypis edytorski]

7. stancja — mieszkanie wynajmowane studentom. [przypis edytorski]

8. Hardanger — historyczna kraina na zachodzie Norwegii, słynąca z tradycyjnego, geometrycznego haftu. [przypis edytorski]

9. Ciekaw jestem, co ujrzę tam... — fragment norweskiej pieśni Over de høje fjælde (Nad wysokimi górami) z tekstem Bjørnstjerne Bjørnsona (1832–1910) i muzyką Mortena Eskesena (1826–1913); modyfikacja w przekładzie wprowadzona została dla zachowania liczby zgłosek zgodnej z oryginalnym wersem. [przypis edytorski]

10. Frognerseteren — zabytkowe, drewniane schronisko turystyczne na szczycie Holmenkollen położonym nad Oslo, z widokiem na miasto i fiordy. [przypis edytorski]

11. Sporveisgaten a. Sporveisgata — historyczna ulica w Oslo. [przypis edytorski]

12. Pilestredet — jedna z najdłuższych ulic w centrum Oslo. [przypis edytorski]

13. Kirkeveien — część obwodnicy Ring 2 w Oslo. [przypis edytorski]

14. L’amour sans phrase (fr.) — na polski można to wyrażenie przetłumaczyć jako „miłość bez słów”. Warto zwrócić przy tym uwagę, że istnieją 2 teksty o tytule L’amour sans phrases: Richarda O’Monroya (1849–1916) z 1905 roku oraz wydany w 1884, którego autorem jest Albert François Clément Le Roy (1856–1905). Undset mogła je czytać, bo zostały opublikowane wcześniej niż Pani Marta Oulie, być może jest to zatem z jej strony jakaś zawoalowana gra literacka. [przypis edytorski]

15. Hamar — norweskie miasto i gmina w regionie Innlandet. [przypis edytorski]

16. Nordmarka — zalesiony obszar w płn. części Oslo. [przypis edytorski]

17. Noe — bohater biblijny, patriarcha, człowiek prawy i sprawiedliwy. [przypis edytorski]

18. Vestre Aker — dawniej osobna gmina, a obecnie dzielnica Oslo. [przypis edytorski]

19. Blinderen, Halvor (1733–1804) — norweski rolnik, znany z postępowej uprawy roślin. [przypis edytorski]

20. piżmiaczek — właśc. piżmian, gatunek rośliny jadalnej. [przypis edytorski]

21. Løten — norweska gmina położona w Innlandet. [przypis edytorski]

22. Auli a. Aulifellett — niewielka osada w norweskim okręgu Akershus. [przypis edytorski]

23. Grand Hotel — prawdopodobnie chodzi o XIX-wieczny Grand Hotel w Oslo, znany jako miejsce, w którym co roku odbywa się uroczystość przyznania Pokojowej Nagrody Nobla. [przypis edytorski]

24. Maridalsveien — historyczna ulica w Oslo. [przypis edytorski]

25. Sandakerveien — historyczna ulica w Oslo. [przypis edytorski]

26. Nittedal — gmina w obrębie Oslo. [przypis edytorski]

27. Maridalen — rolnicza dolina w płn. części Oslo. [przypis edytorski]

28. Maridalsvannet — największe jezioro w Oslo. [przypis edytorski]

29. Lillerud — niewielka osada w pobliżu Nittedal. [przypis edytorski]

30. choleryna — ostre zatrucie bakteryjne. [przypis edytorski]

31. Kristiania — tu: dawna nazwa Oslo. [przypis edytorski]

32. jakaranda — rodzaj drzewa z rodziny bignoniowatych. [przypis edytorski]

33. Neuberggaten a. Neuberggata – historyczna ulica w Oslo. [przypis edytorski]

34. Munkedamsveien — historyczna ulica w centrum Oslo. [przypis edytorski]

35. Westend — historyczna, prestiżowa ulica w Kopenhadze; może chodzić też o porównanie z londyńskim obszarem centralnym (West End), znanym z licznych teatrów i wielu atrakcji turystycznych. [przypis edytorski]

36. antypiryna — lek przeciwbólowy i przeciwgorączkowy. [przypis edytorski]

37. amikoszoneria (daw.) — przesadna poufałość. [przypis edytorski]

38. Goethowska Małgorzata — bohaterka dramatu Faust autorstwa Johanna Wolfganga von Goethego (1749–1832). [przypis edytorski]

39. Vettakollen — wzgórze i obszar w dzielnicy Vestre Aker w Oslo. [przypis edytorski]

40. Snarøen a. Snarøya — półwysep w wewnętrznej części fiordu Oslo. [przypis edytorski]

41. Lie — Bernt Bessesen Lie (1868–1916) norweski pisarz lub Erik Røring Møinichen Lie (1868–1943) norweski pisarz, historyk kultury i dziennikarz. [przypis edytorski]

42. Kielland, Alexander (1849–1906) — norweski powieściopisarz, nowelista i komediopisarz. [przypis edytorski]

43. Kipling, Rudyard (1865–1936) — angielski prozaik i poeta. [przypis edytorski]

44. Grefsenveien — historyczna ulica w Oslo. [przypis edytorski]

45. Newcastle — miasto i dystrykt metropolitalny w płn.-wsch. Anglii. [przypis edytorski]

46. Frognerdammen — historyczny park w Oslo. [przypis edytorski]