Od tłumacza

Przyszła ku tobie z twarzą lodowatą

I wpiła w ciebie swe oczy bezłzawe,

Grożąc ci hańbą, nieszczęściem, zatratą.

W miedzianym ręku trzyma jak buławę

Rózgi, którymi zamierza cię chłostać,

Młot, którym ściera w proch śmiertelnych cienie

Spójrz na tę siną, bezlitosną postać:

To przeznaczenie.

W pochodzie swoim jałowy kłos skruszy

I zapomnienia zasnuje całunem;

Lecz kiedy stanie wobec wielkiej duszy,

Wie, że w nią trzeba ugodzić piorunem,

Gniewem na ludzką dostojność zapłonie

I cała w strasznym wysiłku się zdębi2,

By strącić dumę i wyniosłe skronie

Do nieszczęść głębi.

W mroźne więc ramion ująwszy cię sploty

Ręce ci zbruka posoką rodzica,

Potem z krwi strugi w kał pędząc sromoty3,

Występną żądzą zrumieni twe lica

I tak zdradami uwikła okropnie,

Że ty, omotan w piekielnej nić przędzy,

Weźmiesz stok hańby za chwały twej stopnie

I bezdeń nędzy4.

Wtem świty prawdy zabłysną wśród mroków

I wieść, że ona wyzwoli lud z próby. —

Wtedy nie zląkłszy się grozy wyroków,

Wyrywać będziesz jej słowa... twej zguby.

I trwając mężnie na życia boisku

Wrazisz w twą duszę sam po kolcu kolec,

Gotów od prawdy krwawego pocisku

Runąć i polec.

I mów trwożących okolą cię fale

I runą zewsząd kłębiące się wieści,

Wyjąc jak pustyń złowrogie szakale

Nad polem hańby, sromu i boleści. —

Aż kiedy groza nad głową się spiętrzy,

W źrenice ostrze zatopisz krwawiące,

Aby nie miało do mroku twych wnętrzy

Dostępu słońce.

O ciemny5 starcze! W twych łkaniach żałoba

Ludzkości mówi, w bezmiarze twej męki

Bratem ty Leara i druhem ty Hioba,

Serca ci oni użyczą i ręki.

Choć los potargał szkarłatne opony6,

Bije ci z twarzy majestat, o królu!

Waląc się z tronu, tyś wyniósł na trony

Królewskość bólu.

Więc żeś w ofiarnej za prawdę szermierce,

Za twych najbliższych i całe twe plemię

Wchłonął wszechludu boleści w twe serce

I wszechciężarów na siebie wziął brzemię,

Żeś mężnie kroczył przez szlaki niedoli,

Choć słońca oko nad tobą zagasło,

Widnieć ty będziesz, jak prawdy i woli

Rycerz i hasło.

Lecz ta, co zawsze z litością się skłoni

Nad świata nędzą, serdeczna baśń ludu,

Dojrzy ofiary wśród krwawej łez toni

I śpiesząc z lekiem dla cierpień i trudu,

Ujmie boleści w miłosne we dłonie

I w kraj zawiedzie, gdzie w słońca lazurze

Lśni gród Pallady i w gajów osłonie

Kolonu wzgórze.

Tam nad twą biedną, poniżoną skronią,

Nieba zapłaczą srebrzystymi rosy,

Tam skardze twojej słowiki przydzwonią,

A żal z ich pieśnią gdzieś pójdzie w niebiosy

Fiołki, narcyzy pokłonią się wiosną,

Bluszczu zawoje oplotą swym chłodem,

Szmer Afrodyty ułoży cię do snu

Z Muz korowodem.

I zaśniesz w śmierci kojącej pieszczocie...

A twoim śladem ci, co w ziemi boju

Mdleją, ustając w pracy i ochocie,

Pić będą życie u piękności zdroju;

Innym im śpiewem gaj święty rozdźwięczy

I inne błędnych zagnają tam burze,

Lecz, jak za ciebie, młodości czar wieńczy

Kolonu wzgórze.