VII

Jezioro spowijały lekkie poranne mgły, dzień zapowiadał się cudny. Sądząc po sile wiatru nad Sävelången, podróż Saida ben Alego przez Morze Północne55 miała być pomyślna. A w Nääs dzień budził się słoneczny i ciepły. Na niebie ani jednej chmury, tylko białe, lekkie obłoczki.

Cały sto dwudziesty piąty kurs zebrał się nad brzegiem. Wszyscy, którzy dotarli tu wcześniej, stali na pomoście. Cały chór, szwedzka i egipska flaga powiewały w porannej bryzie; był tam dyrektor z żoną i każdy, kto miał się za bliskiego przyjaciela Saida ben Alego. Pozostali, którym nie udało się wejść na pomost, zebrali się wielką gromadą na brzegu.

Saida ben Alego nie było jeszcze widać, znad wody coraz częściej dobiegały okrzyki:

— Gdzież pan ben Ali?

Co bardziej nerwowy kursant przewidywał, że pan ben Ali nie zdąży, gdyż parowiec przybędzie lada chwila. Czy to nie para tam przy cyplu z werandą? Nie. I oto nadchodził pan ben Ali, czerwony fez błyszczał między drzewami.

Sam musiał się zaniepokoić, że się spóźni, bo teraz zbiegał po zboczu. Zbladł ze wzruszenia, gdy zobaczył zebranych, którzy przyszli się pożegnać i powiewającą na pomoście czerwoną flagę z białym półksiężycem i gwiazdą.

Każdy mijany kursant podawał mu dłoń, szwedzcy nauczyciele, z którymi nawet nie zamienił słowa, powtarzali wyuczone: „Good bye, Mr ben Ali56, podobnie pozostali — Rumun, Grek, Bułgar, Węgrzy, Amerykanie i Anglicy.

Gdy ściskał dłoń dyrektora, do oczu Saida ben Alego napłynęły łzy; bardziej spostrzegawczy dojrzeli, że już wcześniej płakał, oczy miał zaczerwienione.

— Panowie Morris i Brown oraz panna Brenner i panna Karlson odwiozą pana do Flody — odezwał się dyrektor. — Panowie pomogą z bagażem, a dziewczęta zadbają o pana — dodał zawadiacko, bo pragnął po raz ostatni zobaczyć piękny uśmiech Saida ben Alego.

Ale on nie był w stanie się uśmiechnąć, nawet po to, by zadowolić dyrektora. Wiedział, gdzie pomiędzy dziewczętami stoi panna Brenner — nie na tyle daleko, by zwrócić uwagę, ale też nie tak blisko, by Said ben Ali musiał ją musnąć, kiedy chodził wśród zebranych, dziękował i ich żegnał. Podszedł do gromadki, w której stała, i uścisnął dłoń każdej panny, także jej.

Gdy już miał odejść, odwrócił się i poprawnym angielskim tonem rzekł:

— Panno Brenner, mam tu egipski adres, który pani obiecałem. Zechce pani przejść ze mną kilka kroków, bym mógł go pani wręczyć? Jest w moim płaszczu. Nie, dziękuję, sam po niego podejdę. — dodał pospiesznie, gdy jakiś Anglik chciał pobiec po okrycie. — Zechce pani, panno Brenner?

— Proszę daleko nie odchodzić, panie ben Ali — krzyknął dyrektor, widząc, jak ten znika. — Statek będzie tu lada chwila!

Ale Said ben Ali go nie słyszał. Powiesił płaszcz na gałęzi, kawałek dalej od miejsca, gdzie wszyscy się zebrali, a teraz trzymał przed sobą notatnik i wskazywał palcem na pustą kartkę.

— Panno Brenner, proszę nie płynąć ze mną do Flody. W tym samym momencie zobaczę, jak pani i Nääs zanurzacie się w Sävelången. Skoro nie była to wola boska... I przepraszam, że wczoraj byłem nieuprzejmy i nie odprowadziłem pani do domu.

Wypowiadał słowa z wysiłkiem, jakby powtarzał zdanie, którego wyuczył się na pamięć.

— I jeszcze coś. Ach tak, jeszcze... — przewracał kartki, by ukryć fakt, że trzęsą mu się dłonie. — Chciałem pani podziękować za życzliwość. A gdy przybędzie pani do Egiptu, gdy pani przybędzie do Egiptu... Nie, nie mogę. Nigdy nie zapomnę — zawahał się na moment — nigdy nie zapomną Nääs. Do zobaczenia, panno Brenner!

— Do zobaczenia, panie ben Ali, i ja będę pana pamiętać — rzekła serdecznie.

— Dziękuję.

— Panie ben Ali, panie ben Ali, statek!

Pobiegł na pomost, oburącz chwycił dłoń dyrektor i mocno ją uścisnął. Jego łagodny, głęboko wzruszony głos drżał.

— Dziękuję, dziękuję! Wszystko, czego nauczyłem się w Nääs, przyniesie korzyść mojemu krajowi i ludziom, w ten czy inny sposób, o ile Bóg pozwoli mi przeżyć.

Mały parowiec sunął powoli po gładkiej tafli jeziora. Chór zaintonował: „O dawna, o zdrowa, górzysta Północy!”57.

Już złożono komin pod mostem; dysząc i sapiąc, statek przepłynął pod środkowym łukiem i wreszcie zacumował.

— Żegnajcie, żegnajcie wszyscy — wołał Said ben Ali i pospiesznie wszedł na pokład.

Panowie Brown i Morris oraz panna Karlson wsiedli razem z nim, wołano:

— Panno Brenner, panno Brenner, proszę się pospieszyć, inaczej nie zdążycie na pociąg, statek się spóźnił.

— Nie płynę — odpowiedziała głośno Stina Brenner.

— Jasne, że pani płynie!

— Nie, nie lubię żegnać się z przyjaciółmi więcej niż jeden raz.

Usłyszał jej słowa, stojąc na najwyższym schodku na dziobie niewielkiego statku, w miejscu, gdzie nie zasłaniała go markiza. Był widoczny dla wszystkich.

— Trzykrotny wiwat na cześć Saida ben Alego. Niech Bóg go błogosławi! — zakrzyknął dyrektor, gdy statek odbijał od pomostu.

Okrzyki odbiły się echem od wzgórz i jeszcze trzy, i kolejne.

Said ben Ali z wolna przyłożył dłoń najpierw do czoła, potem do piersi i głęboko się ukłonił.

Nikt z obecnych nie widział wcześniej tego orientalnego pozdrowienia, zrobiło ono uroczyste, wzruszające wrażenie. Po raz pierwszy ci wszyscy ludzie zrozumieli, z jak dalekiego kraju pochodził ich towarzysz i do jak dalekiego kraju teraz wracał.

— Co zaśpiewamy? Szkoda, że Egipt nie ma hymnu — szeptano na pomoście.

— Zaśpiewajmy Home, Sweet Home58 dla pana ben Alego — krzyknęła Stina Brenner po angielsku, tak głośno, że Said ben Ali ją usłyszał.

Po jasnej wodzie Sävelången rozeszła się pieśń.

Gdy Szwedzi usłyszeli melodię, przyłączyli się słowami, które sami ułożyli na temat domu:

„Jeszcze tu goszczę w zamku złotym,

gdy dom mój to szałas pod strzechą,

a jednak myśl ma do domu pędzi,

bo najwspanialej mi tam będzie.

Dom, dom, słodki dom,

mój ukochany na ziemi

dom, dom, słodki dom”59.

Gdy słowa Home, Sweet Home dotarły do Saida ben Alego, na jego usta wkradł się na sekundę smutny uśmiech. Nie tylko stojących na pomoście wokół czerwonej flagi z półksiężycem i gwiazdą pozdrawiał, lecz także swój daleki kraj. Znów przyłożył dłoń najpierw do czoła, a potem do serca, robiąc przy tym głęboki uroczysty pokłon.

Statek zniknął za cyplem.