1910

10 XII

Niewątpliwie jest to dla mnie czas krytyczny: młodość przeszła doszczętnie i nastał czas, w którym nie wolno już zapowiadać, lecz trzeba dawać rzeczy mogące istnieć, mające chociażby pewne tylko prawa do istnienia. I jednocześnie coraz jaśniej występują wszystkie braki w przygotowaniu, wszystkie zaniedbania. Rozpacz jest rzeczą łatwiejszą, niż spokojne i zimne spojrzenie na rzeczy tak, jak są one. Bardziej niż wszelkie braki kultury ciąży i jest groźniejszy wewnętrzny rozstrój woli, wzrastający brak odwagi. Do pewnego stopnia on to, szukając dla siebie usprawiedliwienia, stwarza poczucie owych braków, chociaż byłoby rzeczą śmieszną wprost przeczyć, że są one straszliwe.


W „Revue Bleue”1 notatka o Meredicie2. Stwierdzają, że i angielska krytyka uznaje „że nie zostawił on dzieła w rodzaju Miserables3 Wiktora Hugo4”. Jest to jedno z tych zdań, które wywołują we mnie przygnębienie — tak trudno zrozumieć samą możliwość ich powstania. Wszystko trzyma się tu na tym, że Meredith, według określenia krytyków „Revue Bleue”, był romantykiem. W. Hugo, wielki romantyczny pisarz, i Meredith, romantyczny pisarz — stąd porównanie. Weźmy stronicę Mereditha i stronicę W. Hugo, zarówno prozy, jak i poezji, i starajmy się zrozumieć, gdzie tu jest wspólny grunt. Wartości, do jakich dążył W. Hugo, i te, do jakich dążył G. Meredith, są całkiem z różnych płaszczyzn, należą, jeżeli się wyrazić można: do całkiem różnych formacji psychicznych. Nie mogą być rozmieszczone na jednym i tym samym planie, nie ma żadnej skali różnic i podobieństw, która by je objęła. I jaki sens w twierdzeniu, że Meredith był romantykiem. Doprawdy, chciałoby się zapomnieć, że te terminy kiedykolwiek istniały, i myślę, że najrozumniej byłoby w syntetycznym opracowaniu literatury unikać ich i dążyć do nowych klasyfikacji. Tego rodzaju artykuły odbierają ochotę do myślenia: czy warto, jeżeli mogą być mówione takie rzeczy? Kto zajmuje się krytyką? A przecież tu jest teren do walki z nieustannym fałszerstwem duszy i umysłu. Richard Feverel5 według „Revue Bleue” też jest tylko romantyczną powieścią o miłości. Sama myśl tej powieści, wprowadzająca nas w świat zagadnień Meredithowskich, zginęła. Ojciec chciał stworzyć w synu coś zabezpieczonego od namiętności, wyższego niż natura, i powieść Mereditha jest stwierdzeniem tego samego zasadniczo antyromantycznego stanowiska wszystkich jego utworów: nic wyższego niż prawda, niż życie być nie może. Nie można go zastąpić niczym, nie można znaleźć żadnego pozażyciowego stanowiska. Głęboka mądrość Lasów Westermainu6 i ich piękno są już tu — ale naprawdę nieraz można myśleć, że każdy francuski pisarek uważa zawsze siebie za pewien rodzaj Roi Soleil7 intelektualnego świata. Jedyną pożyteczną rzeczą notatki jest dla mnie wzmianka, że Carlyle8 zwrócił uwagę na Feverela. Naturalnie, zupełnie błędnie ta Angielka wówczas zbagatelizowała moje zestawienie Carlyle’a i Mereditha. Carlyle wywarł na Mereditha wpływ niewątpliwy i nawet nie sądzę, by można było zrozumieć budowę Meredithowskiego świata, nie oparłszy się na Carlyle’u jako na pewnego rodzaju introdukcji.

Inna rzecz, że Meredith zdołał zattycyzować9 Carlyle’a, nadać mu Platoński wdzięk, sharmonizować ten świat wulkanów i gorączki. Nawet myślę, że można by studium nad umysłem Mereditha prowadzić w tym kierunku: rozpatrywać tworzenie się jego umysłowej samoistności jako pracę nad uzdrowieniem Carlyle’a, nad usunięciem tego, co występuje u Carlyle’a jako patos wyjątkowości.

Meredith bowiem należał do umysłów, które obchodziły się bez pierwiastka katastroficznego w swym myśleniu. I tu znowu Francuz ze swym romantyzmem i Wiktorem Hugo! — Pierwiastek katastroficzny odgrywa nieskończenie wielką rolę w składzie myśli każdego romantyka. Aby logika, jego logika, zyskała władzę nad życiem, aby nagle nabrały znaczenia obiektywnego stany dotychczas subiektywne, romantyk, człowiek naszej kultury, musi apelować do czegoś, co wywoła przewrót, co przerwie wieczną immanentną tkaninę życia, roztworzy nowe a capite10.

Meredith myśli bez tego a cap11. Sam zawikłany styl jego jest wynikiem dążenia, by uniknąć takiego terroryzmu, by nigdzie nie narzucać swej subiektywnej dowolności. W tym pięknym umyśle wszystko jest wynikiem jednego i tego samego prawa: jest to istotnie organizm duchowy, w którym panuje własna harmonia. Dlatego tak przykro widzieć, że może to być tak całkiem niezrozumiane.


Starać się, aby ani jeden dzień nie przechodził bez wzniesienia się myślą do zasadniczych celów i zadań. Nazbyt już wielką władzę ma nade mną zasada „wyrównania”, nazbyt łatwo niweluje mnie powszedniość, tj. miejsce przecięcia wszelkich punktów widzenia — punkt ich neutralizacji absolutnej.


Pierwsze wrażenie pierwszych kilkunastu stronic Bradleya12 raczej odstręczające. Koncept o kochance ma w swym stylu coś, co nie wróży dobrze. Ale to naturalnie należy już do dziedziny niemal histerycznej; myślę jednak, że jest i coś innego w tym wrażeniu. Czy nie znajdę już człowieka lub czy nie znajdę siły — by być direkt13 w metafizyce — zawsze z ukosa. Pierwszy rozdział Bradleya niewątpliwie, że jest zupełnie udany, jeżeli chodzi o to, by wznowić poczucie obecności problematu przez nowe, a więc z natury rzeczy dziś wyrafinowane przedstawienie sprawy, przez pominięcie argumentów commonplace14. To styl; filozoficzny, ale na pewno styl, nie tylko w znaczeniu dowolności — lecz także w znaczeniu musu = swobody = natury. Zagadnienia stają się obecnymi, widzenie staje się obecnym tylko przy pewnych warunkach, odpowiadających rodzajowi i poziomowi kultury. Warunki te muszą polegać właśnie na tym, aby im bardziej ogólna była prawda, im bardziej terre à terre15 — tym prawdopodobniejsza droga prowadziła do niej. Umysł ceni w gruncie rzeczy tę drogę, a w żadnym razie obejść by się bez niej nie umiał.

Krytyka dlatego jest tak beznadziejnie droga i tak beznadziejnie bezcelowa, że musi coraz nowe przyjmować pod uwagę płaszczyzny i punkty widzenia dla swych klasyfikacji. Np. w jaki sposób dochodzimy do bezpośredniego życia własnego, w jaki sposób powstaje osobiste zainteresowanie, widzenie czy problem.

Nie zrażać się, nie zrażać się, że nie ma żadnej perspektywy, sensu i pożytku przede mną, że działanie wydaje się tylko dziwactwem osobistym i manią. Nie zrażać się, ale starać się wyjść z tego stanu. — Módl się. Módl się przez wzniesienie umysłu codziennie, choćby na chwilę, do dziedziny, gdzie stają się widocznymi twoje zagadnienia. Staraj się, by były one bliższe ci, byś nie potrzebował czerpać z ich obecności upokarzającej otuchy, że oto są one w tobie. Aby to w tobie nie było jako moment oddzielny — order czy dyplom parweniusza16. Miej ciągłą obecność własnych zainteresowań.


Mój Boże: dlaczego tak pracowano nad tym, aby zniszczyć mój umysł. Nie powstrzymuj goryczy, ani też nie oddawaj się jej. Staraj się zrozumieć działanie własnej natury myślowej — odbudować jej swobodę — nie umiesz prawie wcale pisać swobodnie. Szukaj. Szukaj nie z tą myślą, że natura jest to coś łatwego, coś, co przychodzi bez trudu. Nie, natura — to stan myśli, zespół celów, miar i ideałów, przy zbieżności (?) których wszystkie zdolności nasze są zatrudnione i rozwijają się, ale sam ten zespół jest dziełem konstrukcji i woli.


Nie ulega wątpliwości, że estetyka Przybyszewskiego17 sprzyjała niechlujstwu umysłowemu. Przy niej powstał stan rzeczy tego rodzaju, że można było nie wiedzieć, co się chce napisać, i nie tracić nadziei, że naga dusza выведетъ18, jak powiadają moskale19.


Nie powinienem dopuścić, aby znajomość literatury rosyjskiej zmarnowała się. Trzeba doprowadzić do końca pracę nad Uspienskim20.

Starać się opracować młodość Renana21 — bez uwzględnienia na razie dalszych etapów, więc może aż po Avenir de la science22 i nie dalej, co najwyżej L’Averroès23. Daje się to zupełnie pomyśleć i wykonać.


Renan, Sainte-Beuve24, Hegel25, Balzac26, niewątpliwie nabrałbym otuchy, gdybym zdołał ich opracować. Przemóc to niedołęstwo, które rozpościera się we mnie. Módl się. Modlitwa jest obecnością w dziedzinie praw i celów, zatopieniem się w tych sferach, gdzie istnieją prawa i cele. Tam jest granica. Stamtąd możesz myśleć o Bogu bez bałwochwalstwa.

Staraj się żyć modlitwą, a nie polemiką i przeciwstawieniem. Siła ginie w tym tarciu i nie rodzi się pewne światło.


Blake27 ma dla mnie znaczenie niezrównane. Jest on dla mnie wielkim świadkiem. Dość pomyśleć o nim, by od razu wydobyć się na poziom wysokiej myśli.


Stan duszy powstający przy czytaniu pierwszego tomu poezji Swinburne’a28. Świat przedstawia się w kształtach piękna najrozmaitszych epok, nie możemy wyrzec się żadnego z tych kształtów — są one wszystkie razem na jednej płaszczyźnie i powstają pomiędzy nimi stosunki, porównania. Nie ma żaden z tych światów władzy nad nami bezwzględnej, nie jest naszym światem i mając ich tyle, nie mamy jakby żadnego. Dlatego też istnieje w tej poezji pierwiastek ciemnego, zdławionego żaru. Miłość piękna, wielkość życia i jednocześnie przemijanie, jakby bez śladu, bez powietrza. Jednocześnie ten sam moment jest naszym bogactwem, rozporządzamy wszelkim pięknem, nie wyrzekamy się żadnego. Bogactwo niewątpliwie już tylko artysty, gdyż u Goethego29 — jeżeli nie u rzeczywistego, to u Goethego pomyślanego, że tak powiem, jako idea Platońska — życie osobiste posługuje się całą historią jako swym organem i tworzy w niej swój organizm. Tu historią panuje, poprzedza życie, nie dopuszcza do ustalenia się żadnego sensu, żadnego własnego nie „artystycznego” kształtu. Pierwsze wrażenie to jednak tylko.

U Arnolda30: гонорность31 — jak przetłumaczyć ten wyraz. Świat sobie i ja sobie. Pluralizm nietykalskiego. I pomimo wszystko właściwie on może jest bliższy mi niż kto inny, z tej właśnie mało zachęcającej strony. Pomimo wszystko sytuacyjnie pokrewieństwo z Carlyle’em bardzo wielkie.


Newman32 niewątpliwie ulega jakiemuś procesowi we mnie. Nie wydaje mi się paradoksem, gdy powiem, że w skali Meredithowskiej Byron33 i Newman (John Henry — byłby oburzony i zgorszony), są możliwymi etapami jednego i tego samego procesu. Amazing Marriage34, Katolicyzm w Anglii35 może być istotnie rozpatrywany jako wynik arystokratycznego egotyzmu, jako wytwór tej samej psychologii: nadmiaru bogactwa. U Moore’a36 rozmowa czyjaś (nie pamiętam — ach tak, Waltera Scotta37) z Byronem. Walter Scott twierdzi, że jeżeli Byron się nawróci, katolicyzm prawdopodobnie skusi go najprędzej.

Byronizm, newmanizm z punktu widzenia Carlyle’owskiej fenomenologii Anglii, złe sumienie bogactwa, arystokracji nieumiejącej rozkazywać, a niemogącej, niechcącej — ale przede wszystkim niemogącej (psychicznie) zrzec się rozkazywania, myśleć o sobie w innej formie. Trzeba pamiętać o tym.


Religia twoja nie powinna być nawróceniem. Strzeż się, strzeż się tego i tamtego błędu. Katolicyzm niewątpliwie, ale ani momentu nie wolno ci uronić.


Aby dobrze zrozumieć poezję angielską takich ludzi jak S. T. Coleridge38, Blake, Keats39, Meredith, Shelley40, trzeba nie tracić z oczu ani na jedną chwilę przeświadczenia o metafizycznej istocie poezji, trzeba widzieć w niej istotnie ποίησις41, tworzenie życia, nowych faktów duszy ludzkiej, jej nowych organów, nowych bytów duchowych. Tylko taki pogląd broni nas od anegdotyzmu i sentymentalizmu w poezji. Poezja powstaje tam, gdzie syntetyczny obraz świata, zespół myśli, słowem pewien byt duchowy, pewna forma idealna człowieczeństwa jest odczuta jako radość i trzyma się mocą swego czaru nad duszą i umysłami, nad całym życiem — gdy więc pewna idealna forma człowieczeństwa zostaje stworzona, wydobyta z samego wnętrza życia; przy ocenie jej idzie nam o tę formę właśnie, o jej jakość, zakres, i tylko mocno stojąc na tym gruncie zdobędziemy swobodę od ilościowego niejako punktu widzenia, zrozumiemy, że istotnie jeden fragment poetycki Keatsa może mieć wartość potencjalną, równą wielotomowej twórczości szczęśliwszych poetów. Pamiętać o tym, jeżeli się chce zachować właściwą orientację. Dalej pamiętać, że ten pogląd — muszę, pisząc, posługiwać się śmiesznymi przeciwstawieniami — nie daje się pogodzić z żadnym lekceważenim tego, co jest, „zmysłowym czarem poezji”. Przeciwnie, ten czar to czyni właśnie poezję głębokim dziełem życia, w magii formy jest jej element twórczy, w życiowym, metafizycznym znaczeniu. Dlatego też nie można nawet mówić o współodpowiedniości formy i treści, o bogactwie treści i ubóstwie formy. Poetycko treść jest formą, by być poezją, treść musi się stać radosnym faktem życia, a jest tym bardziej sobą, im bardziej całe życie obejmuje. Każdy element obojętności istniejący w nas, mogący istnieć w chwili poetyckiego ujęcia, uszczupla głębokość poezji, jest połączony z jej uszczerbkiem. Poezja musi być pojmowana jako twórcza autodefinicja człowieka.

*

12 XII

Przystępuje się najzupełniej spokojnie do analizowania takich zjawisk jak „rozum”, „wyobraźnia”, „poznanie” i ignoruje się najzupełniej ich społeczno-historyczną strukturę, przeciwnie: uznaje się milcząc za punkt wyjścia, że należą one tak lub inaczej do samej natury człowieka, stanowią moment jego definicji.

Gleb Uspienski formułuje właściwości myśli rosyjskiej jako niedowierzanie samej sobie i szacunek krytyczny, niemal nieprzezwyciężony, do myśli cudzych, które są w stanie naszym: „по шапĸѣ дать42. Eheu!43 i niewątpliwie czepia się ta choroba nie tylko rasowych Rosjan, lecz wszystkich, co zaznali dobrodziejstw caratu i przede wszystkim szkół rosyjskich, o których tow. Łunaczarski44 jest tak dobrego zdania („Русская школа не хороша, но эго ужь оставтѣ!”45). Niewątpliwie bowiem nie ufam myślom i kierunkom myśli, które przychodzą mi z łatwością. Dlatego piszę nieraz lepiej i głębiej, gdy się muszę spieszyć, bo wtedy nie mogę się krępować i wtedy zwycięża instynkt nad nieufnością. Czasami myślę, że nie uda mi się już wyleczyć z tej garbacizny, tym bardziej, że i tu staje na przeszkodzie znowu zapewne Siengalewiczowska46 szczepionka: nieufność do pracy nienarzuconej zewnętrznie, niewiara w nią. Procesy umysłowe odbywać się muszą we mnie incognito47 i przez cały czas trwania swego uchodzić za coś podejrzanego. Ani na chwilę niemal dobrego sumienia intelektualnego, gdyż tak urządzono mi — i myślę, że mógłbym powiedzieć nam, samowiedzę kulturalną, że to właśnie, co jest pracą istotną, wydaje się jakimś beznadziejnym oszukiwaniem samego siebie. Trzeba by nie żyć własnymi myślami, nie budować na nich, nie wytwarzać na ich podstawie planów i woli, aby być w zgodzie z tą kulturalną samowiedzą — a więc musi się być w niezgodzie z nią — niezgodzie tak głębokiej, że wytwarza się niewiara w życie osobiste nie jako celowość już nawet, ale wprost rzeczywistość.

Ale nie o tym chciałem mówić. Chcę, jak zawsze incognito i pod podejrzeniem, ująć zasadnicze rysy współczesnej literatury i naturalnie, w myśl osobliwego mechanizmu tu opisanego, moje centralne myśli są na obwodzie i posiadają dążności wyłącznie odśrodkowe.

Przede wszystkim, czy istnieje jakaś idea człowieka, właściwa polskiej literaturze XIX wieku. Niewątpliwie p. Koneczny48 ma słuszność i gdzieś tam w XIV, XV wieku istniała taka idea, istniała zapewne w XVI wieku, istniała i następnie, jeżeli zważyć, że katolicyzm najbardziej zwyrodniały jest jednak ideą ujętą wprost.

Gdy mówię wprost, mam na myśli brak tego właśnie momentu bezpośredniej poznawczej szczerości w literaturze ostatniego stulecia.

Nie idzie tu o to, czym jest życie, człowiek, ale o stosunek tego wszystkiego do zagadnienia narodowej niepodległości, istnienia narodowego. Ale naturalnie, że dzieje się to nie w formie świadomego rozkładu planów i stosunków, lecz w drodze bezwiednego, instynktownego podporządkowania wszystkich czynności umysłowych zagadnieniom specjalnym, historycznie określonym.


Przy studiach nad poezją angielską nie można stracić z oczu uwagi, którą znajduję w młodzieńczym szkicu Newmana: A right moral state of heart is the formal and scientific condition of a poetical mind49. Jest to niewątpliwie aksjomat. I niewątpliwie jest to, zwłaszcza z przytoczeniem źródła, bezwzględna, niezawodna w działaniu, czerwona szmata dla naszych postępowców. Gdyby nie to, że jest im zupełnie obcą i zupełnie obojętną rzeczą, czym jest poezja, jak żyje, skąd czerpie swe źródła i siły, można by powiedzieć, że gdyby im tę samą prawdę przetłumaczyć na inne terminy, widzieliby w niej oni objawienie. Nie mogę teraz analizować Newmanowskiego powiedzenia, ale stanowi ono klucz moich pozycji krytycznych.


Mój tom o Newmanie50 trzeba będzie bezwzględnie cofnąć i zrobić według całkiem innego planu. Niewątpliwie było to zuchwalstwem przypuszczać, że uda mi się ująć w ciągu tak krótkiego czasu życie tak zastraszająco głębokiej jednostki, życie zresztą człowieka, który mówi i myśli wielowiekowym historycznym doświadczeniem.

*

16 XII

Co zastajemy? Życie poprzednich pokoleń ludzkich i nasz do niego stosunek. To jest punkt wyjścia mojej filozofii i jej założenie, określające metodę, charakter, stosunki do innych kierunków.

Stąd roztacza się całkiem inny widok dla krytyki, biografii, historii. Przede wszystkim krytyki.

Każdy wybitny, każdy silnie żyjący człowiek zmienia coś w tych postulatach, które są zawiązkiem wszystkich pewników, całej rzeczywistości ludzkiej. W nim chwytamy na gorącym uczynku to rodzenie się nowych tonów, wartości — nowych właściwości życia. Krytyka jest analizą naszego oddychalnego powietrza. Wykrywa ona genezę jego pierwiastków i ich wartość.


Darwinizm kultury: warunki ekonomiczno-biologiczne rozstrzygają o żywotności form „słowa wcielonego”, ale nie ma związku zasadniczego, koniecznego pomiędzy nimi a „słowem”— jako twórczością. I tu punkt widzenia de Vriesa51.


Trzeba mieć odwagę, nie wolno ci jej nie mieć. Nie wolno ci nie zarabiać. Skąd to tchórzostwo? Byłem kiedyś odważny i nie traktowałem mojej pracy jako auto-ekspresji, liryzmu, które — przypadkowo niejako — dają mi byt. Czymkolwiek bądź jest twój świat umysłowy, musisz z niego uczynić narzędzie walki i pracy! Musi on być twoją podstawą.

Módl się: naucz się żyć myślą w surowym świecie — raz na zawsze bez powrotu, bez potrzeby wdzierania się z trudem.

Ośmieliłeś się zaważyć na cudzym życiu: masz dziecko. Nie tylko faktem jesteś, lecz i przyczyną — stwarzasz fakty. Nie wolno ci nie mieć sił. Tu twój najpierwszy sprawdzian. Co ci odbiera siły — jest trucizną.

Niechaj metafizycy wzruszają ramionami: tu jest twój związek z tym, co jest, i tędy wkracza w twoje życie powaga istnienia. Tylko tędy. Tu musisz być rzeczywisty.

Tu upadłeś: nie umiesz być już dobrym w domu, kiedyś umiałeś. Nie myśl o sobie. Przestań. Zobaczysz, że ci to ulży. Wiesz o tym. Tylko kiedy mieszkasz myślą w sobie, jesteś tchórzem. Naucz się rozwiązywać drobne zadania równowagi domowej. Robiła ci dobrze atmosfera troski o drobiazgi. Dobrze jest mieć taki pierwiastek łatwo dostępnej prawdy, dziedziny, w której zaraz występuje różnica pomiędzy kłamstwem i prawdą. Staraj się to odzyskać.


Troska codzienna w życiu myśliciela i poety bywa źródłem natchnienia, a przynajmniej pewnej drogocennej strugi krwi w tym natchnieniu. Stąd ją miewał Balzac, stąd Dostojewski52.

Ciche tryumfy szlifierstwa, stałe i spokojne, cierpliwe i żmudne, czy nie czujecie ich w patosie Etyki53.

Na czymś życiowym musi być zawsze wsparta myśl i związki tu mogą być bardzo dziwne.

Nie złorzecz trosce.

Uczciwość myślowa jest najtrudniejszą rzeczą. Człowiek o wiele łatwiej zdobywa się na wszystko inne, niż na zrozumienie, że myśli tylko to, co myśli, i tak, jak myśli, że nie ma sposobu wydobycia czegoś więcej z własnego procesu myślowego, niż z natury wewnętrznej treści naszego życia i całokształtu jego stosunków do poprzedzających nas i współczesnych nam procesów życiowych on zawiera.

*

18 XII

Nie powinienem tyle rozmyślać nad przyczynami braków mojej organizacji umysłowej. Jest to nowy nałóg u mnie i niewątpliwie w związku ze straszliwym osłabieniem czynników twórczych. Przyczyny te to brak wzorów w otoczeniu, jakichkolwiek bądź przykładów i wskazań, a mnóstwo najróżnorodniejszych czynników i dezorganizujących, i osłabiających wolę.

Rodzice moi byli oboje, w różnej postaci, rozbitkami szlacheckiego rozkładu: z tradycjami zamożności i majątku, bez tradycji pracy, z osłabionym lub zanikającym poczuciem rzeczywistości, celów i uczuć ogólnych. Myślę, że może wyzwoliłoby mnie raz na zawsze jasne wypowiedzenie tego wszystkiego, ale nie czuję się teraz do niczego zdolnym. Żadna książka nie daje mi uczucia asymilacji natychmiastowej, przyrastania myśli i duszy. Właściwie oprócz Sorela54, tylko o Meredicie, Blake’u i Bergsonie55 mogę twierdzić z bezwzględną pewnością, że fenomen miał miejsce. Z dni młodzieńczych, pamiętam dni z Buckle’em56, Michajłowskim57, Haecklem58. Potem silnie zaciężyła na mnie książka Bierdiajewa59 o Michajłowskim Проблемы идеализма60. Zapoczątkowały one fazę intensywnego wżycia się w idealizm niemiecki. Pamiętam taką chwilę z Schellingiem61 Kuno Fischera62 w kawiarni Udziałowej63, podczas oczekiwania na posłańca ulicznego z zaliczką z redakcji czy księgarni, gdy literalnie, może jak nigdy przedtem ani potem, doznałem wrażenia wyjścia z ciała, z siebie. Pamiętam także pewną godzinę jazdy z Otwocka do Warszawy. Godzinę, która raz na zawsze wyzwoliła mnie od naturalizmu. Potem do Sorela nie miałem już tak silnych przeżyć. Musiałbym skontrolować, w jakiś sposób, wrażenia przy czytaniu 4. i 5. tomu Literatur Słowiańskich64 we Lwowie w 1905 r. Więcej zaufania mam do myśli przy czytaniu przedmowy Thodego65 do Świętego Franciszka66.

*

19 XII

Democratic Vistas67 Whitmana68 — przygnębienie gniecie duszę przy czytaniu. Gdzie miejsce dla nas, dla Polski, w tych perspektywach, gdzie pewność i wreszcie: gdzie potrzeba samej tej pewności? List Whitmana do rosyjskiego tłumacza, poczucie powinowactwa dwóch ogromów przyszłości. Smutek! Smutek! Nie można bez zastrzeżeń oddać się człowiekowi, zaufać mu. — A śmieszność myśli, która się boi człowieka, przyszłości jego. Przed laty mówiłem bezlitośnie o Krasińskim69 — dzisiaj nadszedł jego odwet. Polska dla Whitmana to tylko feudalizm w jego pojęciu i przecież tak jest właściwie. Trzeba myśleć, trzeba przekonywać siebie, trzeba przypominać, że Polska to także warunek nieupośledzonej przyszłości 20 milionów, które miały, mają lub będą miały nieszczęście urodzić się Polakami. Ale to już inna perspektywa. Nie ma tu miejsca na oceaniczną bezbojaźliwość — przeciskać się trzeba szczelinami. Stąd współczucie dla Sorela: i on ma na sobie przeszłość zorganizowaną, rozczłonkowaną, raz na zawsze niezmienną, żyć musi w jej warunkach. To nie zmienia rzeczy, że Whitman70 się łudził, choć nie do tego stopnia, jak to przypuszczałem, pisząc o nim niesprawiedliwie i sucho, jest on mądrzejszy, bardziej „dix-huitième siècle”71, niż myślałem — naturalnie to znaczy, że ma w sobie więcej tego elementu, niż myślałem, nie znaczy, aby go ten element określał — ale jego złudzenia nic nie znaczą. Fakt jest, że pomiędzy każdym z nas i błogosławieństwem myśli leży nieszczęście, rzecz określona, ciasna i uboga. Kasprowicz72 i Whitman — istotnie to określa. Biedny, oślepły słonecznik i szeroka, żywa, nieogarniona, widząca dusza oceanu w wichrze i słońcu. Biedny oślepły słonecznik!

*

20 XII

Naturalnie, kiedy teraz myślę o Anglii XVIII wieku, wiem, że jest to środowisko Blake’a i dlatego widzę je w jego świetle, a jest rzeczą niezmiernie trudną zdać sobie sprawę, gdzie kończy się wpływ tak określony. Ataki na Taine’a73: jak gdyby twierdził on, że można z danego środowiska, danego momentu, danej fazy, wydedukować poetę: — co za nonsens! Taine tylko uczył, jak analizować danego poetę na momenty, w celu wyzyskania literatury dla charakterystyki życia przeszłości dziejowej.

Askenazy74 contra75 Taine!

Spodziewam się. Pojęcie człowieka, wizja życia w jego powadze i demonizmie nie na rękę sprytnym u dostawcy optymizmu narodowego.

Naturalnie — do Askenazych76 należy najbliższa przyszłość. Ponad realnym, krwawym życiem, rozdartym na przeciwieństwa, płynie wartki prąd uczuć, różnych motywów jednakowych u wszystkich. PPS77, ND78, PD79, wszystkie te grupy wytwarzają skłonność optymistycznego szacowania przeszłości i współczesności. Naturalnie ten optymizm musi być niezróżniczkowany; wtedy czyni zadość wszystkim.

I w jaki sposób Sz. Askenazy może cenić Taine’a wobec tego? Tylko ciekawe, dlaczego w ogóle go tyka.

*

21 XII

Czytając Sainte-Beuve’a trzeba zwracać uwagę na powiedzenia ogólnikowe, myśli napotkane po drodze. Jest to charakterystyczne dla typu pisarskiego, do którego on należy. Ludzie ci żyją w pewnej rzeczywistości i, nie myśląc o niej, wypowiadają ją. Sainte-Beuve jest w takim stosunku do kultury francuskiej: nie tyle ważne są — o ile są one w ogóle — ogólne umyślne definicje tej kultury przez niego, ile raczej jej życie w nim samym; jest ona wewnętrznym prawem jego umysłu, zasobem nie tylko miar, ale i ustalonych faktów. Tak, pisząc o Carrelu80, mówi on z powodu częstego użycia przez niego wyrazów oderwanych, doktrynerskich, że to nie jest styl Ludwika XIV81, równie dobrze, jak nie jest stylem barwność, nieskrępowany patos etc. Na czym polega więc ten styl? Na tym, że była to żywa harmonia, fakt zrównoważony, ale fakt — nie systemat82. Fakt, a więc abstrakcyjna suchość doktryny politycznej nie była w zgodzie z jego rzeczywistością; zrównoważony, a więc życie, aby tu istnieć, musiało stać się zdolnym do istnienia, pozyskać prawa. Stąd wypływają wszystkie właściwości zasadnicze. Styl wyklucza wszystko, co każe nam wierzyć w nagłą i ostateczną przemianę w naturze ludzkiej — jednocześnie wyklucza, nieuspołecznioną, nie „châtiée83 naturę. W tym świetle trzeba rozważać tę literaturę.


Gdybym miał wolę, zająłbym się tego rodzaju pracą: niezależnie od wszystkiego, co muszę pisać, by żyć — zacząłbym powoli i spokojnie opracowywać Goethego, nie spiesząc się, ale nie odkładając, posuwając z wolna, ale stale z dnia na dzień znajomość jego pism, zrozumienie jego wewnętrznego życia bez przesady w drobiazgowości, ale z precyzją psychologiczną niezostawiającą nic w stanie frazeologicznie plastycznym. W ten sposób mógłbym stworzyć książkę, która organicznie wchłonęłaby i zaasymilowała całe moje życie duchowe, wszystkie właściwości mojego ja.

Niewątpliwie mam dużo do powiedzenia na usprawiedliwienie mojej nieczynności, apatii i przygnębienia, i to właśnie jest fatalne, że mam tyle obiektywnie słusznych racji. Co po tej słuszności?

Twoją psią służbą jest pracować, czy masz ochotę czy też nie, czy widzisz cel pracy czy bez celu.

Skakanie przez kij. Skacz. Nie rezonuj!

Goethe — wiem, ile jest nudy, martwoty do przezwyciężenia, ale on ją też przezwyciężał. A niewątpliwie wyrasta on coraz bardziej.

Mój Boże! Jak mały, jak żakowsko84 naiwny jest w 5/6 swych poruszeń osobistych Byron. Osobista poezja. Tak i nie!

Bo gdyby nie to, że Byronowski egotyzm w poezji jest inny niż ego Byrona w życiu, nie moglibyśmy znieść jego rzeczy — chociaż jeszcze nie wiem, co zostanie, co zostałoby, gdybyśmy śmieli, gdybym śmiał i gdybym umiał patrzeć jasno, widzieć szczerze i mówić bez przesady. Gorzkie to złudzenie krytyka.

Ten Brzozowski mówi tylko o spirytyzmie, powiada Zofia Nałkowska85. Ona wie na pewno, wie jasno, czym jest człowiek!

Requiescat86. Kłaść nacisk na podświadome, byle nie używać słów, które kaleczą wolnomyślne uszy.

Jakie nieustraszone są te badawcze dusze.

Co mi po tym wszystkim? Po co to piszę? Już przeszła, skończyła się młodość. Wiek dojrzały zastał bez sił, obciążonego przeszkodami, źle przygotowanego. Już nie ma atmosfery marzeń. Śmierć może czekać lata, ale potencjalnie, in idea87, stoi za ramieniem.

Co chcesz, co umiesz, co możesz robić? A nade wszystko to lub tamto — tyle lub mniej robić musisz.

Wszystkie myśli są tak jasne, tak zdumiewająco, aż do niepotrzebności własnej, jasne, gdy je wyłuskać — to jest oczywiste!

Naturalnie.

Ale tej oczywistości nie widzi nikt. Śmieszna tragedia filozofa w Polsce.

Filozof! Kiedyś wyparłem się tego tytułu.

Drażnili mnie ci młodzieńcy lwowscy. Nie jestem istotą ucywilizowaną, muszę żyć poza kontrolą — a społecznie.

A zresztą istotnie ten E... nie jest filozofem, jeżeli nim mam być ja. Vice versa88.

Ale co ma robić filozof w Polsce? Skąd, dokąd, po co? Ciekawa historia. Całe życie niemal człowiek ma myśli, którymi można by się przejąć, gdyby była po temu sytuacja. Trzeba więc szukać dla nich sytuacji, wmawiać w siebie, że się ją ma.

Ale jedni drugim psują zabawę.

Jest to już stadium wyższe.

Stadium pierwsze, normalne prof. Twardowskiego89 — bezsytuacyjna myśl normalnie, porządnie wyłożona. Eccolo90! Filozofia jako wstęp do umiejętnego pisania referatów.

Warszawskie formacje jeszcze rozpaczliwsze.

Cóż np. Mahrburg91? Myśl równie bezsytuacyjna, ale sprzyjająca czemu?

Twardowski ma referaty, to jest grunt, ale co ma Mahrburg?

I° myśl bezsytuacyjna, ale stwierdzająca, że Mahrburg ma słuszność, a więc bijąca Struvego92, Masoniusa93 etc.

II° bezsytuacyjna, ale mogąca się podobać postępowemu kościółkowi — to jest wszystko.

U Masoniusa nikt nie dojdzie.

U Abramowskiego94 niewątpliwie jest już faza II.

Faza III. Myśl musi wyrastać z sytuacji — ale jaka jest ta sytuacja, czy może mieć myśl? To się rozwiązuje łatwo, gdy się jest obywatelem Stanów Zjednoczonych, ale w Polsce?

A przecież moje życie jest przegrane, jeżeli się z tym nie uporam.

Gdybym to wiedział mając lat 20, nawet 25.

Mógłbym to wiedzieć. I naprawdę nie moja to wina, że nie wiedziałem. Moja także, ale nie tylko moja, może nawet przeważnie nie moja.

Ale winien tego?

Tu istotnie winien czy nie winien: kulka w łeb.

Tow. Daszyński95: Ten ma sytuacyjne myśli, ale myli się w określaniu swojej sytuacji. Postępuje logicznie i jak ona mu każe, tylko, że ona jest inna, niż on sądzi.

Aha! Tu jest węzeł.

Przede wszystkim trzeba mieć ową sytuację. I znowu nieprawdą jest, że jej nie mam. Mam, ale nie mogę sobie dać rady z nią.

1. Dlatego, że polega ona na duchowym spleceniu autohipnoz i krzyżujących się działań hipnotycznych między pisarzem i publicznością. To ważne. Pisarz pisząc określa dla siebie swą publiczność, będzie ona dla niego już zbiorem ludzi, którzy czytali, przyjęli i uznali to, co on napisał. To może być złudzenie obiektywnie, subiektywnie ten fakt powstaje i działa. Dlatego własna przeszłość pisarska jest tak bardzo wnikliwym, wszędobylskim przeznaczeniem.

2. Wiem i mogę, i umiem mniej, niż wierzyłem, pisząc dotąd.

Trzeba by szczerze rozczarować publiczność i siebie co do tych 2 punktów i wychować siebie do publiczności, która by znała moje prawdziwe myśli, prawdziwą wiedzę, wtedy mógłbym sytuacyjnie pisać.

Ale sytuacyjnie myśleć! Boże, Boże! Trudna to naprawdę rzecz być dzisiaj Polakiem, chcieć myśleć, chcieć pracować.


Gostomski96 i lud wiejski.

Powiem teraz (esprit d’escalier97), na czym polega różnica pomiędzy ludem wiejskim a klasą robotniczą. Że ten pierwszy zaspokaja się obierzynami naszej myśli, że przestajemy myśleć odpowiedzialnie, gdy myślimy dla niego, tj. nie myślimy, nie piszemy dla siebie. I dlatego Gostomscy lubią lud wiejski.

Od dawna czułem, że tu, właśnie tu, w „wiejskim ludzie” jest mój specyficzny wróg.

Mój! Bo w gruncie rzeczy nie dbam o nic, tylko o to, co jest myślą i jej wypowiedzeniem.

Gdzie to się kończy, kończy się moje czucie.

Więc w każdym razie nie „wiejski lud”. Albo tak, lecz dla tych, co umieją myśleć sytuacyjnie z niego, nie „dla niego”.

Obierzynki sentymentalne.

Ile kłamstw sprzysięgło się dziś na myśl polską. Żeromski98?99 Niewątpliwie: nie tylko myli się, ale i kłamie — nie jest szczery, ale pomimo to on jest dziś najgłębszy, najsilniejszy, najodważniej czujący.

Tu Ortwin100 nie ma racji.

Tym bardziej Zrębowicz101. Zrębowicz, który chce mieć Cyprjana Norwida102 bez katolicyzmu — ale dość.

*

23 XII

Dawid103 zwracał mi uwagę, że religia jest zawsze współodpowiednikiem siły życiowej. Jest to zupełnie zgodne z moimi pojęciami w tej sprawie. Sądziłbym, że należałoby jeszcze uwzględnić i wyjaśnić stosunki zachodzące pomiędzy tymi momentami a erotyzmem i twórczością artystyczną. Spostrzeżenia nad tym, co może być nazwane — jeżeli w ogóle można posługiwać się tego rodzaju uogólnieniami — „narodowym charakterem polskim”, doprowadzają nas do potwierdzenia tych poglądów. W samej rzeczy obojętność religijna, brak energii politycznej, ekonomicznej i niezdolność do tego, co może być nazwane vie passionelle104, idą tu w parze. Byłoby dobrze istotnie przestudiować chociażby Ogród fraszek105 z piórem w ręku, mając na uwadze te punkty widzenia.

*

24 XII

Przekonanie, że nasza epoka ma charakter wybitnie rewolucyjny, niestały, krytyczny jest połączone z niebezpieczeństwami dla naszej kultury osobistej i równowagi umysłowej. Łatwo bowiem wyrasta stąd pokusa niestałości i chwiejności w poglądach, a szczególniej braku jasności w pojęciach. Jestem pewien, że znaczna część osób z kół postępowych nie posiada jasnych i określonych wyobrażeń o najznaczniejszej części przedmiotów i zagadnień.

Niedobrze jest, że gardzę zazwyczaj przykładami z powszedniego życia: np. jest rzeczą nielogiczną, nieracjonalną przypisywać szczególne znaczenie miejscu, gdzie się przeżyło coś szczęśliwego lub znaczącego dla nas; niewątpliwie jest prawdą, że wszystkie miejsca są jednakowe, póki jedno nie zostało wyszczególnione przez przeżycie nasze; tu jednak zostało ono już wyszczególnione. Chwytamy w tej drobnostce na gorącym uczynku samą naturę racjonalizmu: uważać przeżycie i nie-przeżycie za równoznaczne; życie za zasadniczo zbędne; faktycznie jest ono, lecz mogłoby i nie być — nic by się przez to nie zmieniło.

Ecce homo106 Nietzschego107, Réflexions sur la violence, Enquête sur la monarchie108 — wszystkie te książki są nacechowane głęboko przynależnością do jednej i tej samej epoki, do jednego i tego samego wieku w życiu kultury europejskiej. Jest bowiem niewątpliwe, że, toutes précautions gardées109, analogia ta wyraża rzeczywistość. Analiza tego faktu tu zajęłaby mi zbyt dużo czasu. Zresztą konkretny wypadek wystarczy do zaznaczenia i ogólnej linii. Najogólniejszym rysem kultury zachodniej Europy w ciągu XIX stulecia jest niewątpliwie to, że nie ma ona organicznego systematu, że jednostki nie wrastają w świat rzeczy, lecz dążą do tworzenia rzeczy, określania ich lub też określają je, ale zawsze z siebie. Ego jest tu już zawsze momentem znamiennym. Too much ego in their cosmos110. Zapomniałem, gdzie to czytałem, bodaj że u G. K. Chestertona111 lub Wellsa112. Ale nie o to idzie. Nastał moment, gdy naiwność romantyczna została utracona. Epoki à la Louis XIV, grand siècle113, ew. może jedyny przykład wielki od XVI wieku czegoś podobnego, nie zdawały sobie sprawy, że służą życiu, które poprzez ich procesy umysłowe ustalało swoją równowagę — nie zdawały sobie sprawy niewątpliwie tylko do pewnego stopnia. Z biegiem czasu jednak niezależność od jakiegokolwiek życia, które jest zawsze alogiczne — zawsze zacieśnia, określa — stała się podstawą, ale teraz krytyka przeanalizowała i wywróciła na nice to złudzenie. Fakty myślowe są płodne poprzez życie; by być płodnymi, fakty myślowe muszą należeć, i to w pewien specyficzny sposób należeć, do życia, przynajmniej już zdolnego istnieć. Stąd problemy higieny osobistej u Nietzschego, higieny dziejowej u Maurrasa114, ale tacy ludzie jak Sorel nie poprzestają na trwaniu (właściwie i Nietzsche nie) — ale tu mi nie idzie o ścisłość w tym kierunku. Musi on dążyć do tworzenia faktów myślowych, które sprzyjają tworzeniu się zespołów życiowych, zdolnych żyć i zwyciężać, a zgodnych z jego zasadniczym postulatem. Ten postulat może być w bezpośredniej sprzeczności lub tylko inkogruencji115 z faktami myślowymi, które na razie tworzymy. Konsystencja i konsekwencja logiczna zostają tu zabezpieczone w innej drodze. Jest to, co St. Mendelson116 nazywa słusznie makiawelizmem117 Sorela.118 Jednak jest to rozumny człowiek, ktoś, kogo nie można porównać z tym całym światem Perlów, Konów, Kulczyckich, Haeckerów119, którzy umysłowo są bankrutami i w znacznej mierze idą do stronnictw skrajnych, jako tych, w których niewiedza, niechęć myślenia, niechlujstwo kulturalne uchodzić mogą za protest.


Jedyny Blake ze swoim: „abstrakcyjne myśli należą do oszustów”!

Jest ciekawe, jak istotnie zawiera w sobie Blake cały program wieku. Irzykowski120 znowu będzie się irytował, ale Irzykowski uważa za metodę destrukcję logiczną lub nawet wprost myślową.

Jest to nazbyt ogólne stanowisko: ważne jest to, co stawia opór spójności myślowej i jedności perspektywicznej, co nie daje się objąć w jednym i tym samym planie.

To może być nawet wielki punkt widzenia, ale musi płynąć z bogactwa życia, z nadmiaru szczegółów, faktów, konkretnych danych i wartości. U Hebbla121 tak być mogło do pewnego stopnia, ale Irzykowski nieraz utożsamia dwie różne rzeczy: 1) proces jest tak bogaty, że z krzywdą swoją zostaje zamknięty. To nieuniknione i słuszne. 2) I proces nie zaczyna się, ponieważ brak mu momentów, sprzeczności między nimi, dialektycznego obrotu kół i promieni. Tak u Irzykowskiego — dlatego jego twórczość jest kompromitacją jego programu i dlatego, pomimo wszystko, on musi trzymać się racjonalizmu, bo w jego skrofułach122 jest pokusa mistycyzmu podrzędnego stopnia. Nie można zastąpić braku życia żadną formułą, ale też brakiem formuły załatać się to nie da.

To jest właśnie moment dramatyczny. Ważny jest tylko proces życiowy. Nic go nie zastąpi. Ale czym jest on? Tu wracamy do punktu wyjścia, do pokrewieństwa: Nietzsche, Sorel, Maurras, ale i Laforgue123. Barrès124, Irzykowski — ale i Browning125.

Meredith — doznaję wrażenia, że to inna sprawa: prawie jak u Goethego, i choć mniej demonicznie skalista, mniej uniwersalna, świeższa i szczersza to forma. Jak określić?... Dość łatwo. W każdym punkcie i w każdym momencie, w każdym drobnym szczególe postępować w myśl nieobniżania poziomu, niepowracania do żadnej sytuacji poprzedniej, lecz żyć czynnie i pogodnie, poza typem, nie tworząc apokalipsy. Nie jestem w stanie nie przyznać, że pomimo wszystko, co czują, tak piękni ludzie, jak drogi mój Witold Klinger126 (daj Boże mu szczęścia i natchnienia, światło niech będzie zawsze w jego myśli, a ciepło nie opuszcza jego serca) — Meredith był głębszym, bardziej religijnym, bardziej po myśli Bożej człowiekiem niż Tołstoj127.

Tak jest i nie powinienem tracić tej wiary. W niej własna moja uczciwość umysłowa, nadzieja światła i zdrowia.

Mój Boże! Mój Boże! Cztery tomy Mereditha po 9 franków — 36 fr., kiedy zdobędę się na to, by to mieć — a to jest przeszkodą, przecież pisałbym o nim i napisał; — ale moje stanowisko jest tak à part128, tak ani mazowieckiej, ani krakowskiej, tym mniej już łyczakowsko-holzapflowskiej129 natury, że tylko surowa i bezwzględna ścisłość i zupełność informacji mogą i muszą zapewnić posłuch dla mojego zdania.

Ale pomimo wszystko jesteś winien, ty sam tysiąc razy, bo nie umiesz wyrzec się zainteresowań nie w porę.

Cierp więc i módl się: to jest: myśl ze spokojem o prawach.

O prawach, które, gdy są ogarnięte spokojnie, są już pod tobą — i wtedy świat istotnie staje się twoim wielkim ciałem, organizmem twojego życia i dusza twoja, skoro tylko zdoła czynną być poza typem, a odważnie, porusza rzeczy globu.

Gaultier130 więc tu zbliża się ze swą Ironie universelle131 i może Bowaryzmem132, ale tylko Meredith żyje w tym powietrzu, w tych gwiazdach i na tym szczycie.

*

25 XII

W książce Dawida133 ważne są dla mnie te stronice, gdzie ukazuje on, że moc, zdolność, siła wykonania, stanowią właściwą podstawę, naturę naszej świadomej woli. Pozostaje to w związku z uwagami poprzednimi, ale ma także znaczenie dla mojej teoriopoznawczej analizy pracy. Ma znaczenie i dla innych jeszcze zagadnień i spraw. Np. wciąż jeszcze mnie irytuje błazeńska uwaga Feldmana134 o mojej analizie teatru Wyspiańskiego135. Idzie tu o tego rodzaju związek. Taki W. F. bezwzględnie nie czuje rzeczywistości faktów duchowych, tj. nie zdaje sobie sprawy, że wypełniają one równie szczelnie pewne granice, jak fakty zwane materialnymi. Są, czym są, czym jedynie mogą być — pewną sumą w pewien sposób, a więc nie w inny, zorganizowanego, zużytego życia. Brak mi tu terminologii, choć tak dawno już myślę o tych przedmiotach.


Heglizm. Jest zasadniczą prawdą heglizmu to, że ujmuje on w sposób abstrakcyjnie aprioryczny pewne elementarne i głębokie momenty istnienia ludzkiego. Irzykowski, gdyby nie poprzestawał na uprzedzeniach fragmentarycznych, musiałby to zrozumieć. Zarzuca on heglizmowi to, że całe życie ludzkie przedstawione jest w tym układzie myśli jako pewien samorealizujący się i samostwarzający się właściwie plan. Zwróćmy jednak uwagę na następujące fakty. Każda postać życia, każda postać działalności ludzkiej, staje się warunkiem określającym wszystkie inne fakty życia; będą one odtąd musiały rozwijać się, mieć miejsce nawet, jeżeli nie pod jej wpływem, to w każdym razie w jej obecności. Każda postać działalności, każda forma życia, każdy fakt życia staje się momentem wszystkich innych. Gdy teraz zważymy, że pośród tych wszystkich innych są fakty różnych stałości, ciągłości, zdolności trwania, przekazywania zdobyczy, zaborczości, utrwalania się — spostrzeżemy, że mamy w nich coś bardzo analogicznego do ustalającej się dynamicznie jedności rozwoju. Wreszcie: każdy fakt życiowy staje się momentem wszystkich innych, nawet gdy istnieje między nimi sprzeczność, jeden i drugi są w tej samej naturze ludzkiej i ta musi od pierwszego przejść do drugiego, ale pierwszy (schematyzujemy tu ) — określał ją, był nią, ma teraz ona określać samą siebie w kierunku drugiego. — Ona jest materiałem tego drugiego, sumą jego szans, ale ona była określona przez pierwszy, więc właściwie każdy stosunek negatywny musi ustąpić pozytywnemu — jest jego postacią: i dlatego pomimo różnic nie ma różnicy między rozumnym i rzeczywistym.


Katolicyzm. Jeszcze więcej prawd tego rodzaju. Bóg wszechobecny: każdy fakt życia, najbardziej przelotny, określa życie, jest nim raz na zawsze, więc jest utrwalony w tym, co w zestawieniu z jednostką, z chwilą, jest trwaniem, pewnym sensem trwania i nie tylko czasem, ale źródłem samego czasu: samą potęgą życia ludzkiego. Więc, żyjąc, musimy mieć tę prawdę przed oczyma.

Spowiedź. Nie ja sam rozstrzygam, gdyż ja jestem zawsze tylko pewną postacią życia, ale właśnie samo życie — przypadkowość księdza jest tu równoważnikiem nieskończonej wielorakości gatunku. Spowiedź przedśmiertna — ostatnie słowo, jakby z samym gatunkiem ludzkim. Piekło jako idea: niezniszczalność czynów. Może nawet jeszcze głębiej: bezpowrotność do łączności z ludzkością po pewnych czynach, z bezwzględnej izolacji zła bezwzględnego. Trójca — wytłumaczyłem w Ideach136: zerwanie z antropomorfizmem, dogmatyzmem, jedyna forma czucia życia jako życia, tj.: jako czegoś, co w każdej chwili ma być, co nie jest i nie może być w żadnym pojęciu zamknięte.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że gdyby można było — gdyby sam katolicyzm nie sprzeciwiał się takiemu zakreśleniu granic — traktować katolicyzm jako wyłącznie ludzkie dzieło, trzeba byłoby przyznać, że zawiera on sumę najgłębszych, najszerszych i najbogatszych prawd, że jest niezwalczony.

Nie może być porównania pomiędzy nim, jako filozofią, a jakąkolwiek bądź inną.

Ale katolicyzm występuje nie jako filozofia, nie jako nauka nawet o nadprzyrodzonym, lecz jako nadprzyrodzony, nadludzki fakt.


Plemię papuzie! Do obrzydliwości powtarzane frazesy o nadczłowieku — tu stoi przed wami rzecz żywa i mówi w każdej chwili: jesteście czymś więcej, niż tym, co wy uważacie za człowieka, a nawet za nadczłowieka.

Nie każe nam poprzestawać na teorii, ale tworzy nadludzkie fakty, bo wierzący: Newman, Pascal137, Bernard138, setki tysięcy innych żyją i żyli w dziedzinie niemożliwości dla nich ziszczonej.

To samo tu twarde prawo. Jest się lub nie jest. Ma się lub nie ma w sobie tego życia i takiego życia.


Francja XVII wieku nieustannie powraca w moich myślach. Dlaczego? Być może w znacznej mierze dlatego, że jest to na pewno świat inny od wszystkiego tego, co dzisiaj naszą inteligencję zajmuje, że tu a priori jestem już zabezpieczony: mógłbym odpocząć. Nie potrzebowałbym zwalczać pokus polemicznych, nie byłoby ich. Być może, także instynkt trafnie mi mówi, że jest to przedmiot nieprzekraczający zasadniczo moich zdolności. Myśl, racjonalizm, logika, analiza, dedukcja, kompozycja myślowa tu przemagają. Namiętność jest opanowana, jest jednak. Może też i vis medicatrix naturae139: przedmiot ten stałby się dla mnie leczniczą szkołą myśli. Musiałbym znowu wrócić do dawnych nałogów myśli, gdy byłem jeszcze niewprawnym, naiwnym, ale sumienniejszym niż kiedykolwiek, pisarzem. W Ideach spłaciłem dług wdzięczności Przybyszewskiemu140 — może więcej niż to: uległem pokusie sentymentu i patosu stylowego — może także pewne powiedzenie M. Limanowskiego141 popchnęło mnie. W każdym razie ta sprawa ma i inne strony. Niewątpliwie Przybyszewski był tym dla mojej filozoficznej walki ze sobą, com powiedział. Można przypuszczać, że i bez niego miałoby miejsce zasadniczo to samo. Miałoby — tu zaś tak właśnie rzeczy miały miejsce. — Nie było bez niego, lecz z nim, ale, powtarzam: było i co innego. Jeżeli na filozofa miał on wpływ ożywiający — to pisarzowi w wielu względach zaszkodził: zanadto przejąłem się myślą, że pisanie, tworzenie, jest to wyrażanie siebie, nie zaś tworzenie jasnych i zdolnych trwać w słowie przedmiotów myślowych. Taine, który przed okresem przybyszewszczyzny był moim mistrzem w pisarstwie, niewątpliwie utrwalił we mnie pojęcie pisarstwa o tym właśnie charakterze. Prawda, umiałem na razie tworzyć tylko przedmioty à la Taine, ale byłbym się wyzbył tej ograniczoności. Natomiast na cały szereg lat, aż po te dni ostatnie, utraciłem z oczu w ogóle te perspektywy, cele wysiłku pisarskiego. Przedmiot przestał być kategorią w mym pisaniu, tak jak nie jest on nią dzisiaj u żadnego wybitniejszego pisarza polskiego młodszej generacji. Tylko Reymont142, Sieroszewski143, szczególniej ten ostatni, mogą być rozważani z tego punktu widzenia. Biedny i pomimo wszystko szlachetny jako umysł i silny jako tendencja artystyczna J. A. Kisielewski144, miał wyczucie swojej odrębności, ale miał za mało siły moralnej, by dojść do całkowitego rozumienia, zbyt łatwo wierzył, że dość jest powiedzieć: „ja jestem klasykiem”, że dość jest chcieć być klasykiem!

Wydaje mi się niewątpliwe, że dla zrozumienia romantyzmu XIX stulecia trzeba znać dobrze kulturę XVII stulecia, a następnie już z niesłychaną przenikliwością badać kulturę XVII stulecia fakt po fakcie, pozbywszy się przedtem wiary w uznawane i ustalone, otoczone rozgłosem, konstrukcje. Trzeba też — o ile w ogóle nie uda się zniweczyć naukowo samego tego terminu romantyzm — wyodrębnić romantyzm XIX stulecia od form pokrewnych, które są lub też nie są zazwyczaj oznaczone przez to miano. Taka Zofia Nałkowska, osoba, która, gdyby chciała się uczyć, gdyby znała fakty i gdyby naturalnie zdobyła się na odwagę odzyskiwania powolnego sumienności intelektualnej, będzie naprawdę wierzyć, że W. Feldman wie w ogóle, o czym mówi, gdy rzuca ona na los szczęścia swoje „ale”, „a przecież” ex re145 moich usiłowań stworzenia klasyfikacji romantyzmu. Niewątpliwie, że to odbiera chęć do pracy.

Romantyzm dla W. F. dla Z. N., dla całej poczciwej polskiej publiczności, to sprawa prosta: od Obermana146 do Micheleta147, od Hoffmanna148 do Stendhala149, od Mériméego150 do Leroux151 lub Novalisa152, od Fr. Schlegla153 do Gautiera154, od Mickiewicza155 do Murgera156, od Mazziniego157 do Heinego158, od Baudelaire’a159 do Carlyle’a, od Słowackiego160 do Feuerbacha161 i od Shelleya do Kl. Brentana162 — to dla nich wszystko proste i łatwe do ujęcia. Dźwięki raczej niż słowa, rzeczy całkiem nieobecne. Ileż tu odcieni rzuca się w oczy przy pierwszym objęciu wzrokiem niedokładnie znanej, a więc uboższej, mniej różnorodnej wielorakości.


Romantycy — to ludzie, którzy wierzą, że ich ja, ich sposób czucia jest sprawdzianem zasadniczym.

Ale jakiego czucia?

Co znaczy być sprawdzianem?

Byron poprzestaje na swoim czuciu. Novalis z niego wysnuwa świat. Nie zdołam dzisiaj mówić o tym. Z umysłu chcę się powstrzymywać od zapisywania obecnie myśli ogólnych. Gdybym mógł, gdybym mógł kształcić się tylko przez rok, przez jeden tylko rok, nie teoretyzowałbym wcale. Dla każdego pisarza romantycznego tworzyłbym odrębny kwestionariusz i potem dopiero szukał punktów zbieżności i przecięcia.


Mój Boże, mój Boże! Dlaczego nie mogę pracować, jakbym mógł, bo mógłbym. Zmieniłbym charakter polskiej literatury na całe pokolenia i byłbym szczęśliwy, ale muszę żyć w ciągłym braku książek i dręczyć się wyrzutami sumienia, gdy się kształcę zamiast pisać. Teraz, przed 6 tygodniami, był mi potrzebny Molière163. S... z Wiednia mieli go wysłać. To rzekomo kulturalni ludzie, mogliby wiedzieć, co to jest praca pisarza — ale Molière ciągle jest w „drodze”. Czy przyjdzie? Kiedy przyjdzie? Nie będę już miał dla niego moralnie miejsca w mym mikrokosmie, ale nie było przykładu, aby ktokolwiek z moich znajomych, przyjaciół, zwrócił uwagę na moje najusilniejsze prośby, gdy idzie o książki. Komu dziś może być potrzebny Molière! Oczywiście, to mój kaprys. Czym jest Molière z punktu widzenia „wagnerianizmu”164. Gdybym miał siłę po temu, gdybym miał czas po temu, rozpocząłbym kampanię przeciwko hegemonii niemiecko-modernistycznych punktów widzenia w Polsce. Ta mieszanina rokoka i brutalności, bezdziejowości, pedantyzmu, braku smaku. Bo tu nie chodzi o Kanta165, Hegla, Goethego, nie chodzi o niemiecką literaturę. Czy istnieje niemiecka kultura już teraz? Nie wiem i nie użyłem (?) tego wyrazu. Ale to, co przelewa się dzisiaj przez łyczakowskie, zwiedeńszczone, zberlinizowane głowy, nie jest ani niemiecką, ani kulturą. Goethe! E... znajduje, że proza Goethego jest źle pisana po niemiecku, i to szczerze. — Więc po co Molière? Mój drogi Boże! La Bruyère166 i Pascal, Montaigne167 i Molière — jest przecież jeszcze ten świat. Możesz żyć z tymi ludźmi, jeszcześ nie zaprzedał duszy dymiącemu się bezładowi sentymentów, zachcianek melodramatycznych, antropomorficznych, jeszcze czujesz i cenisz jasność!

Memento168! Umacniaj stosunki z tym światem; wrośnij weń. Narzuć go samemu sobie i Polsce. Ten stan rzeczy trwać nie może. Szkoda Nałkowskiej.


Pamiętam minę Dawida, gdym mu mówił, że chcę pisać o S. T. Coleridge’u. To luksus. Naturalnie. Literatura w ogóle jest to luksus, jeśli się wierzy w politykę, ale literatura, subtelnie, dokładnie, z miłością znana literatura, to jedna z najniezawodniejszych dróg, prowadzących do wyzwolenia od brutalnie głupich i deprawujących zabobonów politycznych.

E... nie zadawałby tak bezwzględnie, zaraz, bez wahania i zwłoki, pytania, co myślą koła postępowe, z jakich kół, gdyby literatura nie była dla niego wielkim „abstractum169, gdzie krzyżują się mgliste możliwości. Wyobrażam sobie, jak byłby zgorszony Dawid, gdybym chciał drukować za dawnych czasów w „Głosie”170 o Coleridge’u albo o Lambie171, albo o Benie Jonsonie172, albo o Burtonie173 od Melancholii , albo o T. Brownie174.


Mój Boże, daj mi wytrwać!

Teraz niewątpliwie nawet najzacniejszy, drogi mój Ortwin, jest zły na mnie, że czas trawię, i ja sam umiem patrzeć na siebie Jego oczami i jeszcze innymi, surowiej potępiającymi tę „perwersję”, jak mówi E. A. Poe175, a przecież te moje zwłoki, nieprodukcyjne godziny, dnie, tygodnie, to znowu rosnąca przyszłość moja. Musiałem nie tylko odświeżyć duszę, ale ją i wyplątać — nie tylko wywikłać ją, ale i zaopatrzyć w narzędzia, dodać odwagi. A tak mi ciężko i tak mi smutno.

Z kim jestem i dla kogo pracuję? Mój Boże drogi, daj mi tylko jasne przekonania w tym względzie: umacniam je sobie co wieczór, podmurowuję — rano spłukały je już fale, piasek lotny schłonął i tylko śmiech, śmieszność, niezadowolenie, brak wiary w siebie.


Myślałem, że książka Boswella176o Johnsonie177 przygnębi mnie, że ukaże mi niezmordowaność bajeczną, nieznającą słabości — ale drogi Boswell. Johnson żyje i będzie mi odtąd towarzyszył. Pełen słabości, zwątpień, tak bardzo nie po dzisiejszemu bliski. Soczysta to była gleba, ten wiek XVIII, nie wstydziliśmy się jeszcze wtedy, że jesteśmy określonymi ludźmi, nie łączyliśmy zaniedbania, wystygłego cynizmu dla powszedniej rzeczywistości z dumą bezwzględnego nie, zbawcy, nie, „czynnika ekonomicznego”, „tendencji dialektycznej”, „prawa przyrody”. Cała brutalność powstająca samorodnie i nieuchronnie w duszy żyjącej poza ciepłym zrośnięciem z pewną naiwną obyczajowością, w duszach nieznających ludzkiej strony religii, chociażby nawet boska nie należała do rzędu omijanych i zwalczanych frazesem — występuje w konsekwencji politycznej, nieubłagalności radykalizmu. Zaniedbany wewnętrznie, mało wrażliwy, nieznający przywiązań, nieceniący i niepotrzebujący sztuki, posiada dużo zalet jako polityk. To są wartości w polityce, w dziennikarstwie, dlatego nie ma przymierza z tymi ludźmi. To klęska i szarańcza intelektualna, nieprzyjaciel prawdy zawsze subtelnej, sztuki zawsze bezinteresownej, filozofii, której obym umiał pozostać teraz już przynajmniej wierny.


Poezja Blake’a jest jednym z wyjątkowych wypadków w dziejach ducha ludzkiego. Trzeba tylko ufać własnemu entuzjazmowi, aby widzieć, że Blake jest nie tylko natchnionym narzędziem podmuchów nieskończoności, lecz jasnym i głęboko świadomym własnych celów umysłem. Jest to dziwna struktura, której plan, całość można widzieć jedynie w świetle błyskawicy, ale to jest u nas; u samego Blake’a moment spokoju, jasnej pewności, odgrywał o wiele większą rolę. Bez wątpienia nie jest to umysł jasny według rozpowszechnionego typu planów i jasności, ale nie trzeba utożsamiać odczucia obcości, zadziwienia z naszej strony, z brakiem stałych i świadomych własnych praw, pierwiastków w umyśle samego twórcy.

*

26 XII

Krytycznie zastanawiając się nad życiem własnym, moglibyśmy odnaleźć w nim moment, gdy przestaliśmy uważać życie nasze za wykonywanie pewnych obiektywnych obowiązków, naśladowanie pewnych obiektywnie istniejących wzorów i dorównywanie im i gdy zaczęła się organizować skłonność widzenia — we własnym naszym zwolnionym od tego rodzaju warunków, sprawdzianów ja: — punktu centralnego. Wiek XVIII był momentem takiego narastania kaprysów. W tym jest jego wdzięk i to trochę sztuczne, trochę pervers178, kokieteryjne dzieciństwo, które jest tak pociągające dla pewnych umysłów. Mam tu na myśli XVIII wiek francuski.

Zaciekawia mnie coraz bardziej Wieland179.

Powinienem jednak pamiętać, że moje wyobrażenia o XVIII stuleciu zostały uformowane niewątpliwie pod kształtującym wpływem epokowych charakterystyk Fenomenologii180 Heglowskiej, które działają na mnie tak silnie, że Sainte-Beuve zgadza się z Heglem (sans le savoir181) i naturalnie wspiera jego działalność w moim umyśle.

Pragnąłbym mieć już u siebie znów Réflexions182 Sorela i znów je przeczytać.


Lasserre183 tytułuje cały szereg rozdziałów swej książki: ruina — ruina jednostki, społeczeństwa. To pewne, że La ruine de la Cité184 tak mógłby być sformułowany charakter najogólniejszy i najbardziej zasadniczy myśli naszej. Ale nie zdajemy sobie z tego sprawy, a to właśnie ze względu na konsekwencję, z jaką katastrofy te się odbywają. Krytyka systematycznie i dogmatycznie oceniająca wydaje się nam czymś nie tylko dla nas niedostępnym, ale i niemożliwym Unding185; krytyka dzisiejsza, krytyka operująca tylko pojęciem przyczynowości (że tak wyrażę jej rys podstawowy), filozoficznie jest cechą stanu rzeczy, w którym społeczeństwo moralnie nie istnieje w tej dziedzinie umysłowości, która zajmuje się krytycznym rozważaniem literatury i sztuki.


W The Friend186 S. T. Coleridge czyni uwagę, która zrazu wydała mi się nieco dziwna, chociaż od razu zrozumiałem, że jest w jakiejś mierze słuszna. W tej chwili jednak oświetliła mi się ona. Tak się dzieje z myślami, przypuszczam, że nie tylko u mnie (czytałem tę książkę i ten rozdział jakieś dwa miesiące temu). — Uwaga polega na następującym (mniej więcej): tylko niejasne myśli stają się przedmiotem naszej czci, działają na uczucie i wolę i powinniśmy dążyć do wyjaśnienia wszystkich myśli, które mogą być całkowicie wyjaśnione — aby w ten sposób mieć tylko czcigodne. Przyszła mi do głowy ta myśl z powodu zastanowienia nad tym, że często operujemy myślami, których nie analizujemy umyślnie w danym rozumowaniu, chcąc zabezpieczyć pewien charakter uczuciowy wynikowi. Np. bitwa, gdy idzie o Napoleona. Ale uwaga S. T. C-e’a sama przez się jest wielkiej doniosłości, zasługuje na to, by stać się jedną z trwałych metod, metodologicznych punktów widzenia w krytyce literatury i kultury.


Poezja i radość: Coleridge twierdzi, że radość jest pierwiastkiem zasadniczym w poezji, nie ma poezji bez radości; czy więc wszystko w życiu może być radością? — Nie. Nie wynika to bynajmniej — ale uświadomienie może być radością, niezależnie od tego, co sobie uświadamiamy. I to może istotnie formułuje warunki poezji. Istnieje w S. T. Coleridge’u i dionizyjski — mocny nawet ton, ale jak wszystko u niego lub prawie wszystko: zgnębiony, jakby zepchnięty. Bo w tym dziwnym umyśle — miej się na baczności — myśli przeszkadzają sobie wzajemnie. Nie przez bogactwo. To paradoks, ale przez brak woli dostatecznie wszechstronnej i głębokiej. Biedny Tomasz Quincey187 porównywał szczerze S. T. Coleridge’a z Goethem188 na niekorzyść tego ostatniego. Jak mało ma w świecie intelektualnym Goethe przyjaciół. Ojciec mój nie lubił go, ale mvślę, że go nie znał. — Biedny mój ojciec — ofiara własnej szlachetczyzny, chaosu woli i myśli!

*

28 XII

Niebezpieczeństwo przy czytaniu starych pisarzów polega na tym, że łatwo godzimy się z pewnym powierzchownym rozumieniem ich. Wystarcza nam, że wiemy, co chcieli oni powiedzieć, i nie troszczymy się, w jakim to stosunku zostaje do rzeczywistości. Od razu przystępujemy do ich czytania z poczuciem historycznej odległości: nie uważamy ich za źródła aktualnego poznania. Jest bardzo trudno pozbyć się tego wyjałowiającego czytanie uprzedzenia: nasza apercepcja189 jest od razu tak subtelnie, głęboko ukształtowana przez to założenie, że wszystko, co nas dochodzi z tych książek, napotyka mniejszy opór, ale zarazem posiada mniejszą wagę. Dlatego też jest zupełnie prawdopodobne, że gdy w życiu umysłowym jakiegoś człowieka przeważa ten typ czytania, z wolna wyrabia się w nim pewien niedostrzegalny już dla niego, a przenikający go na wskroś, rys powierzchowności. Rys ten może udzielać się całemu życiu umysłowemu, tj. rozpostrzeć się i na te dziedziny, które nie są bezpośrednio z czytaniem związane. W ten sposób tłumaczyłbym psychologicznie różnicę pomiędzy historykiem literatury i krytykiem, i niewątpliwą rozbieżność w ich sposobie widzenia nawet wtedy, gdy jeden z nich wkracza w dziedzinę należącą właściwie do drugiego.

Na razie jednak uwaga ta przyszła mi na myśl przy czytaniu G. Bruna190 teorii platonicznego zachwytu pięknem. Piękno zrazu robi wrażenie, potem przetwarza i doprowadza do uczestnictwa w swej istocie. Jest niewątpliwą rzeczą przecież, że mamy tu nie tylko piękną myśl, ale i bezwzględnie: myśl mającą wartość poznawczą, prawdę.

*

29 XII

Zasada Irzykowskiego niezaniedbywania drobnych „nie architektonicznych” przyczyn i tłumaczeń posiada wielkie znaczenie metodologiczne. Weźmy np. historię filozofii — jest rzeczą niewątpliwą, że te pojęcia, które dzisiaj są dla nas szczytem wyszukania i dziwactwa prawie, ukazywały się pewnym ludziom w pewnym czasie jako najprostszy lub nawet jedyny opis rzeczywistości — były utożsamione z rzeczywistością. Gdybyśmy teraz szukali przyczyn tego utożsamienia, strzec się należałoby wysuwania na pierwszy plan wyłącznie tylko „uroczystych” motywów.


Pamiętam kiedy po raz pierwszy spotkałem się z nazwiskiem Samuela Johnsona. Kupiłem na rynku niemirowskim191 (tzw. „tołkuczce”192) rosyjskie, Tyblenowskie, wydanie dzieł Macaulaya193 — brakowało w nim jednego tomu. Jeszcze teraz dość dobrze uprzytomniam sobie ogólne sympatyczne wrażenie, pozostawione przez promieniejącą ciepłem postać Olivera Goldsmitha194. Pamiętam, jaką aureolą otoczone były w mej wyobraźni te mansardy autorskie, w których żyli utrzymywani przez księgarzów jak biali niewolnicy pisarze angielscy XVIII wieku. Nie były to fałszywe uczucia, przeciwnie, powinny one były być rozwijane we mnie. Pisarz powinien kochać swój zawód obyczajowo, powinien być zainteresowany tym wszystkim, co bytowo zrośnięte jest z jego sposobem życia. Nie zdaje mi się, aby na złe wyszło to pisarzom, którzy mieli tego rodzaju właśnie ciepłe, żywe przywiązanie do swego stanu; zdrowszy to o wiele nastrój (?)..... szczerszy i głębszy, moralniejszy i właściwie trudniejszy do zrealizowania niż abstrakcyjne idealizowanie misji pisarskiej. Uważam to za jeden z sympatyczniejszych dla mnie osobiście rysów mej własnej umysłowości, że posiadałem — i pomimo niezliczonych fałszów, koturnowości i wykrzywień, które zeszpeciły me życie, nie utraciłem go — posiadam współczucie i szacunek dla tych właśnie pisarzów, którzy w ten sposób zdrowo i silnie czuli się w pisarskiej skórze. Balzac i Walter Scott, Dostojewski, Carlyle — wielcy pracownicy pióra XIX wieku, ale w moim życiu przez długie lata wszystko było deptane, zacierane przez atmosferę domową, przesyconą sceptycyzmem, wygodnisiostwem materialnym, brakiem jakiejkolwiek bądź dyscypliny. W tym właśnie roku, który teraz wspominam, pamiętam wieczory nieskończenie przeciągające się, gdy ojciec zaciągał mnie i brata do gry w winta195: pamiętam jego spojrzenie, z jakim krążył on koło mnie nielitościwie nie zważając, czy czytam, piszę, nie zważając na to, że tak wymownie „nie widziałem” jego zabiegów. Było mi go żal i nie mogłem się oprzeć: wyrzucałem sobie i to, że siadałem do gry, i to, że siadałem niechętnie. Pamiętam, w tym roku po raz pierwszy „zrealizowałem”, jak mówi Newman, co znaczy materializm i niewiara w nieśmiertelność duszy i już od 2 lat napastowały mnie wątpliwości — a właściwie silne ataki strachu i rozpaczy związanych z przedmiotami religijnymi. Teraz już nie umiem wywołać ich z pamięci. Wiem jednak, że na pewno cierpiałem, chociaż także na pewno już wiedziałem, że byłoby to rzeczą interesującą cierpieć. Ale myślę, że było dużo szczerości i siły w tych przeżyciach. Zdaje mi się, że najsilniej uczuciowo doznawałem tych stanów latem między 15. a 16. rokiem mego życia, to jest zapewne w 1893–1894 roku. Wspomnienia, od których zacząłem, związane są z rokiem 1895. W tym roku niewątpliwie zapoznałem się do pewnego stopnia z Darwinem196, tj. przeczytałem kilka rozdziałów z Pochodzenia gatunków197. Zrozumiałem ogólną myśl i charakter jego stanowiska. Pierwszą silną konsekwencją (chociaż dzisiaj nie umiem sobie zdać sprawy z przebiegu) było osłabienie uczuć patriotycznych — kosmopolityzm. Zdaje się, że nie mylę się, gdy sądzę, że i Stanisław Dybczyński, ten z moich kolegów, do którego pod pewnymi względami najmocniej byłem przywiązany, w ten sposób też przeżył pierwszą znajomość z darwinizmem. Darwinista stało się u nas kategorią towarzyską: klasyfikowaliśmy ludzi w myśl ich domniemanego stosunku do tej teorii.

Myślę, że byłem zakochany w Dybczyńskim, i teraz, czytając dzienniki i listy Byrona, doznawałem wrażenia niejednokrotnie, że znam ja przecież tego rodzaju dąsy i fochy myślowe. Dybczyński stoi mi przed oczami, gdy myślę o Byronie. Sądzę, że był to istotnie niepospolity młodzieniec.


Ojciec198 mój raz jeden — biedaczysko — musiało to być w jednym z jego rozczuleń poobiednich — kupił mi za jakieś 40 rubli książek, jakie mu wepchnął księgarz — ale szkoda, że nie umiałem wtedy korzystać z tych książek, jakie były w ojca mojego zbiorze. Mogłem był z nich wynieść o wiele żywszą znajomość polskiej historii i literatury. Dziś skarbem byłby dla mnie Szajnocha199, Siemieński200, Bartoszewicz201, Bobrzyński202, Baliński203, wówczas nie umiałem z tego korzystać. Nie umiałem w tym okresie wyczuć żadnego związku między Polską a moimi nowymi ideami. Przeciwnie: idee odprowadzały mnie coraz dalej od polskości i postępy mierzyłem tą odległością. Ale gdyby był ktoś naprawdę zainteresował się moimi myślami i troskami — może mógłby był pozyskać wpływ. Właściwie jako umysłem interesował się mną tylko mój nauczyciel rosyjskiej literatury, który i dzisiaj jeszcze podobno mnie wspomina — Filip Andrejewicz Werowski — a także mam wrażenie, że o wiele wcześniej jakiś artystyczny interes musiałem wzbudzać w Wasyliewie, nauczycielu w Lublinie. Psychologia tego ostatniego zajmuje mnie teraz często; myślę, że gdybym miał wytrwałość — zaczynam wierzyć, że mam pomimo niegodziwego wychowania i rabunkowej gospodarki — więcej talentu, niż skłonny byłem ostatnio mniemać i to może właśnie powieściopisarskiego, a raczej duszotwórczego à la R. Browning talentu — mógłbym z tej postaci stworzyć coś trwałego. Nawiasem: Browning, niewątpliwie on jest mi bliski. Daj mi Boże siły i wytrwania, pozwól nie myśleć o drobnych ukłuciach, o braku sympatii, o gorzkiej samotności, a może przecież zrobię coś jeszcze, co w moich własnych oczach da mi trwałe zadowolenie, nie chwiejne poczucie siły, to znowu zupełne unicestwienie dumy.

Browning, Blake, Hegel, przecież czuję, a nawet wiem, że mam o tych ludziach dużo do powiedzenia, że ich znam, że są to dla mnie żywi ludzie. Lemański204! Krytyk też jest twórcą. Głęboko stwarza swój świat — ale u nas za dużo jest krytyki. Wiem, że mam mnóstwo braków — ale przecież nie może być moim złudzeniem, że jako pisarz-myśliciel nigdy nie jestem zasadniczo w złej wierze. To nie może nie być wyczuwane. Gdybym mógł rok czasu przeżyć, mając wszystkie książki, jakichbym pragnął, i spokój, nie napisałbym może dużo, ale napisałbym jakieś kilkadziesiąt stronic, które dałyby moją miarę.

Wstydź się. Wstydź się naprawdę. Ale taka jest prawda: długo i bardzo, śmiesznie długo jątrzy się we mnie każdy dowód złej woli wobec moich pism — i to chyba nie jest złudzenie, chociaż przemawia to na moją korzyść, że boli mnie to właściwie, co godzi w moją filozofię i krytykę, tj. to, o czym wiem na pewno, że jest pracą. Chciałbym być pewnym tego uczucia, byłoby to zdrowie na dnie słabości, ale nigdy nie można wyczuciom tego rodzaju ufać.205

Bo nigdy nie prowadzi do dobrego tego rodzaju zgłębianie: myśleć tylko o zdrowiu, o jego prawach, zatapiać się myślą w surowe prawa zdrowia myślowego i życiowego: ambicja nie da się stłumić, powinno się ją wyzyskać w tym kierunku. Nie zaszkodzi cieszyć się ze słabych chociaż oznak zdrowia, jeżeli się ma o tym ostatnim pojęcie prawdziwe. Nie trzeba się bać tego rodzaju wewnętrznego snobizmu. Pani czy panna How czy Hove miała rację: Chesterton206 ma przykrą manierę, ale mówi on nieraz w formie paradoksów rzeczy głębokiej prawdy. Teraz myślę o jego obrazie próżności w zestawieniu z dumą.


Snobizmem jest teraz znaczna część mojego zadowolenia z czytania Bena Jonsona — ale nim dojdę do końca I tomu, niewątpliwie będę miał już głębsze i uczciwsze związki i zainteresowania w jego świecie.

*

30 XII

Czy Byron tylko pozował, przeciwstawiając Pope’a207 swojej generacji poetów? Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba przede wszystkim znać Pope’a, a znać nie znaczy to czytać, jak miałem to niedawno sposobność zanotować w tym dzienniku, pisząc o historycznym i krytycznym sposobie czytania. W ogóle pewien pseudoklasycyzm i banicja umysłowa związana z nim ustąpić muszą i ustępują wszędzie prócz głów niedobitków radykalizmu jeszcze pasożytujących na naszej nędzy. Kogo np. dziś obchodzi, czy Swift208 był pseudoklasykiem. Z prawdziwą niecierpliwością czekam chwili, gdy w Everymans Library209 zostanie wydrukowana i stanie się przez to dostępna dla mnie proza krytyczna Drydena210. Szczególniej, właśnie pewna grupa umysłów, pisarzów pozostających niejako na pograniczu, jak Dryden, jak Monti211 nawet, nie mówiąc już o Alfierim212, bezwzględnie stawiają w mej myśli opór przeciwko schematycznemu klasyfikowaniu i przechodzeniu do porządku. Więc i Pope. Ale pomijam już to, pomijam, że powinniśmy nauczyć się odnajdywania osobistości poza przedmiotowymi nieosobistymi sposobami wypowiadania. Przecież taki Swift po prostu wibruje namiętnością, przeraża skoncentrowaniem i intensywnością osobistości. Jakim przepysznym okazem ludzkiej natury, jaką wspaniałą indywidualnością jest Dr. S. Johnson, dzięki nieocenionemu Boswellowi, który w rzeczy samej ma prawo do mojej przynajmniej wdzięczności, nie o wiele mniejsze niż Saint-Simon213 — mówię o ducu214 — jak Cellini215, Gozzi216, i w każdym razie, choć z dala tegoż rzędu co Balzac. Ale tu o Byronie. Otóż: czy Byron był w tym samym znaczeniu romantykiem, co np. Shelley lub Coleridge. Nie. Shelley jest bliski Coleridge’owi. Byron prawie całkowicie obcy. Również Blake’owi. Byłoby dobrze doprowadzić do jasności to określenie romantyzmu, które teraz zarysowało się którejś nocy w moim umyśle. Ma ono analogię z Paterowskim217 — ale jest inne. Jest inne, ponieważ kwestionuje w tych punktach, które dla Patera były stałe. Pater podkreśla interes treści, pierwiastek ciekawości, jako moment rozstrzygający. Sądzę, że intelektualizuje on. Nie w tym stopniu, w jakim mogą mniemać ludzie niezdający sobie sprawy z tego, jak życiowym, w jakie doświadczenia wnikającym jest intelektualizm Paterowski, co dla niego jest faktem, elementem doświadczenia. Niewątpliwie faktami są dla niego, nie tracąc swego żaru, swej chemicznej, silnie działającej na duszę natury, takie przeżycia, jak tęsknoty moralne, nostalgie, wartości poznawcze prawdy, dążenie do niej: wszystko to w charakterze przeżycia jest zarazem faktem i to połączenie bardzo silnej osobistej kultury wzruszeniowej z tego rodzaju stanowiskiem sprawia, że styl Patera jest tak malaryczny, że są w nim dreszcze, gorączka podskórna, błogie pragnienie, niepokojąca duszna rozkosz — słowem, że wszystko tu jest po wierzchu i tylko myślą, w głębi jest to świat chory, gorączkowy, okrutny i zły. Jest tu niewątpliwy dla mnie ten pierwiastek. Benson218 (biograf W. P. ) i, zdaje się, Shadwell219 nie umieli ocenić portretu Watteau220, nie chcieli zrozumieć. Tu już prawie dostojewszczyzną pachnie. Istnieje tu sadyzm dziwnej odmiany: w odbarwianiu z krwi i wzruszenia postaci tej, która pisze. Potem Sebastian Storck221. W ogóle jest to seria, którą trzeba analizować inaczej, pamiętając o Dostojewskim lub chociażby o Baudelairze. Chciałem wymienić Nietzschego, ale postanowiłem unikać go, póki nie poddam się nowej konfrontacji z jego pismami. Jestem w fazie umyślnego, ale pozornie tylko umyślnego, krytycyzmu wobec niego. To zjawisko pozornej umyślności jest dla mnie charakterystyczne: zanalizowałem je w jakimś fragmencie Starej kobiety222, ale właśnie jako nazbyt i całkowicie osobisty będzie on usunięty. Szczere dążenia i uczucia występują, jako udane i jako takie, zyskują władzę, dostęp, legitymację wewnętrzną. Więc, gdy Pater mówi o ciekawości pomnażającej świat treściowo, ma on na względzie i te treści, które zazwyczaj uważane są za coś o tyle głębszego od ciekawości, że gdy tu następuje zmiana, nie ma czasu i siły psychicznie myśleć, że tu jest coś nowego jako fakt, jako poznanie, bo zmienia się nie tylko poznanie, ale sam poznający. Ale Pater chciał żyć w znaczeniu baudelairowskim, dajmy na to — i to w sutannie (?) Spinozy223. Jak to się może przedstawić? (Strzec się mereżkowszczyzny224).

Otóż romantyzmem jest dla mnie twórczość zainteresowująca przeważnie tożsamość twórcy: klasycyzm nie kwestionuje tej tożsamości.

Z tego punktu widzenia Byron wyrażał stan duszy, umożliwiający romantyzm — kwestionował to, co stawiało opór indywidualnym procesom i nadawało raz na zawsze określone znaczenie życiu ludzkiemu — ale poza tym, samego procesu romantycznego, twórczości zmieniającej w nim samą treść człowieka, życie ludzkie, nie można odnaleźć w tym znaczeniu, co np. u Blake’a, Coleridge’a, nawet Wordswortha225, nawet Lamba. Romantycznym był jego temat, on sam, ale twórczość jego podobniejsza była do procesów umysłowych Pope’a, Montiego, Alfieriego, potem Włochów XVI stulecia, niż do współczesnych. Co myśleć o tym powiedzeniu Norwidowskim: Sokrates poetów226? Nie pozwolić, by w umyśle moim Norwid stał się martwą, frazeologiczną fikcją. Analizować. Tu jest obecnie jedno z dojrzałych moich zadań.

*

31 XII

Z pewnością mylnie dotąd układałem plany opracowania Newmana227, mylnie, gdyż — zawsze ulegam instynktownie działającym a zakorzenionym, gdyż wyrobionym przez nieustanne spostrzeżenia dnia powszedniego, przez cały tryb polskiego życia — pojęciom o życiu. Chrześcijaństwo, katolicyzm, kościół, religia, są w naszym życiu obecnym sprawami istniejącymi bezwzględnie na zewnątrz literatury, filozofii, nauki, wszystkiego, co stanowi kulturę. Możemy mówić o stosunkach kultury do chrześcijaństwa, kościoła etc. — ale gdy mamy do czynienia z typami życia, w których związek ten jest organiczny, gdy mamy do czynienia z typami, w których zostaje zrealizowana cała potężna idea chrześcijaństwa, kościoła, jest to dla nas świat, w którym nie umiemy się orientować. Newman uważał kościół za sumę życia ludzkości, z niego brało źródło wszystko, co jest życiem, wszystko, co jest człowiekiem. Kościół bvł jego definicją człowieka, gdyż tylko fakt kościoła odpowiadał mu na pytanie: czym jest człowiek we wszechświecie, jak możliwe jest coś takiego jak życie ludzkie. Toteż gdy w moim artykule — dopiero w 2–3 miesiące po przeczytaniu go nauczyłem się go cenić — i jeżeli jest słuszne, jak myślę, że tego rodzaju powolne dojrzewanie myśli, wrażeń, jest cechą rzetelności myśli — Newman w stosunku do mnie działa zawsze w ten sposób. Nie zdaję sobie sprawy przy czytaniu, co zachodzi we mnie, a nawet, że coś zachodzi, ale po długim czasie odnajduję w sobie myśli, które dopiero po analizie i zastanowieniu wykazują swój rodowód z dzieł Newmana. Nie jest to już powierzchowne życzenie mieć i znać Newmana w zupełności. Teraz już wiem, że gdy dyskutuje on o kwestiach angielskiej organizacji kościelnej, angielskiego życia umysłowego, to nie zmienia to nic w tej niezawodnej prawdzie, że właściwie zajmuje się on tylko w sposób dojrzały, wyrobiony, a więc subtelnie konkretny — całkowitym zagadnieniem człowieka. Teraz więc już nie jestem w stanie traktować poezji Newmana ani tych jego pism o kulturze uniwersyteckiej, których nie znam, jako czegoś przypadkowego. Myślę, że strasznie skrzywdziłbym ten umysł. Kościół był dla niego prawem życia umysłu ludzkiego, ale nie będzie rzeczą słuszną przedstawić samą tylko jego pracę nad wyjaśnieniem i upodstawowaniem tego prawa, pomijając jego wyniki, przykłady jego chrześcijańskiej kultury in concreto228. Także trzeba zająć się jego studium o Cyceronie229.

B. B. i jego T. z pogardą mówili o Cyceronie. Ile potrzeba czasu, by zrozumieć, jak trudną, rzadką, jak głęboko ważną i jak przedziwnie moralną rzeczą jest „urbanité230, wytworna uprzejmość myśli. Newman wiedział, że chrześcijaństwo ze swoim „moi est haïssable231, obcinaniem dzikich pędów starego Adama, jest w gruncie rzeczy attyckie, humanistyczne; chrześcijaństwo, a przynajmniej katolicyzm, jest najrzetelniejszą, o wiele rzetelniejszą i o wiele zupełniejszą niż renesans, spuścizną klasycznej starożytności. Ile głupstw i to głupstw, które stają się nietykalnymi, obarcza umysły nasze. Lemański jednak będzie i nadal wyrzekał na krytykę, uważał ją za zbyteczną, szkodliwą, niepłodną.


Trzeba, nie odkładając, zacząć czytać Pastora232 i, o ile się da, Sarpiego i Pallavicina233. Trzeba zdobyć prawa zabrania głosu w tej sprawie, najważniejszej dzisiaj może dla nas.


Przy przerzucaniu zapisanych kartek wpadło mi w oko nazwisko Michajłowskiego; jak pięknie byłem młody, gdym go czytał. Nie zmieni już nic tego faktu, że dużo najświeższych moich wzruszeń, najmłodszych, najszczerszych moich myśli zrosło się z tymi nazwiskami. Zresztą krzywdzimy tych ludzi. Pisariew234 wart jest niemniej niż Stirner235, zapewne dużo więcej. Michajłowskiego można czytać obok Proudhona236, Carlyle’a. Bielinski237, Dobrolubow238, Czernyszewski239, mniej niewątpliwie genialni, mniej świetni myślowo (może teraz krzywdzę Bielinskiego), nie mniej zasługują na uwagę i studia niż eseiści angielscy lub francuscy. A drogi mój Gleb Uspienski. Stałoby się to z krzywdą mej duszy, gdybym dał ich sterroryzować i zapomniał o tych pierwszych moich nauczycielach. Pamiętam jeszcze wrażenie przy czytaniu Ojców i dzieci240 Turgieniewa241. Co za książka! Nie znam rzeczy tak harmonijnie tragicznej i ludzkiej w literaturze tego rodzaju. Ale wtedy, w 15. roku, wydawało mi się, że po raz pierwszy spotkałem się z mową dorosłych ludzi. The brain242, jak mówi Meredith — po raz pierwszy spotkałem się z tym żywiołem we mnie, w czytaniu. Dotąd myśl to było coś, czego ja nie znajdowałem sam przez się w sobie, coś uroczystego, nudnego; i pokornie znosiłem ten stan rzeczy. Nagle książka z myślą, która mówiła to właśnie, co mnie interesowało, poruszała się we mnie i poza mną jednocześnie. Potem Zbrodnia i kara243; nie wierzyłem oczom, że to jest napisane, że mogą istnieć stronice tak przyspieszające sam proces wewnętrznego istnienia. Zdaje się, że nie zrozumiałem Idioty244 ani Biesów245, ani Podrostka246. Braci Karamazow247 nie mogłem dokończyć. Ale Преступленіе и наказаніе248 umiałem czytać ze 20 razy i wiem, że bylem zaczął czytać którąkolwiek książkę tego pisarza, już jej nie rzucę — póki jej nie pochłonę całej, zawsze z gorączką wewnętrzną, poruszeniem całej istoty, zawsze odnajdując, że ci ludzie się znów zmienili, że zmieniły się akcenty ich mowy. Balzac ma podobną władzę nade mną, ale nie w tym stopniu; myślę nawet, że Dickens249 mógłby pozyskać najprędzej wpływ równie silny, i teraz będę miał sposobność się o tym przekonać. Nieodwołalnie postanowiłem przestudiować gruntownie wszystko, co on napisał. Sądzę także, że, bylem się zmusił, W. Scott może mi dać dużo szczęścia, zdrowia duchowego i zadowolenia — ale trzeba mieć te książki. Saint-Simona chcę czytać i pewno będę. Są w Polsce ludzie, mający 25–30 lat i sądzący, że znają dobrze, nawet świetnie, literaturę. Czytam Hoffmana obok dwóch Johnsonów (właściwie Ben był bez h).


Bruno: — był on na szczęście głębszy, niż popularny przesąd go przedstawia; w istocie był on przecież platonikiem, idealistą — wierzył w ducha, w żadnym razie nie prekursor Haeckla i wszystkich tych chamów masonerii i niewiary.


Nie wiem, jak jest w malarstwie, muzyce, innych gałęziach twórczości — wiem, jak jest w literaturze — w tych wszystkich formach, które tworzą w słowie. Tu zależność od epoki, związek z nią, są przerażająco subtelne, wnikają w najwątlejsze rozgałęzienia, w sieci całkiem niedostrzegalnych żyłek i tkanek. Irzykowski! Nie chce on widzieć po prostu faktów. Gdy chcemy tworzyć w słowie, ukazuje się ono nam zawsze, jako to, czym jest ono w znanym nam społeczeństwie. — Słowo ma znaczenie wynikające z życia, jakie nas otacza, i gdy chcemy nadać mu znaczenie obce, odmienne, niespotykane w tym życiu, jest to praca prawie nadludzka, może niewykonalna. Twarda to i oporna materia. Znaczenie „słowa” wrasta w nas przez sam proces życia — jest ono tym dla nas, czym je to życie uczyniło. Proszę: spróbujcie napisać teraz komedię à la Ben Jonson, dramat à la Massinger250, à la Racine251, o ile jesteście głębokim i szczerym człowiekiem, nie zdołacie stworzyć nawet zadowalającego pozoru. Łatwą rzeczą byłoby życie, gdybyśmy mogli być tak vogelfrei252. Niestety, zastajemy istotnie świat, zastajemy siebie, ale w innym znaczeniu, niż to Avenarius253 przedstawia. Człowiek kulturalny nie może nauczyć się myśleć biologicznie o swoim życiu, o samym sobie, jako o czymś nie tylko poważnym, ale niezmiernie rzeczywistym, w sensie, jaki uwydatnić chce J. H. N.254, gdy mówi, że ma tylko siebie i nie może siebie odrzucić, bo nie miałby czym zastąpić. On sam już niewątpliwie rozszerzał to i na życie zbiorowe (tekst, w którym mówi on o wyrzekaniu na swoją epokę jako słabości) i trzeba się przeniknąć tą myślą, a jest trudno ją nawet dobrze zrozumieć: — że nie możemy odrzucić swojej epoki, nie możemy odrzucić historii — historii ludzkości jako ostatniego i najgłębszego dzieła, gdyż nie mielibyśmy ich czym zastąpić. To tylko ma człowiek. Słowo nie ma absolutnych pozahistorycznych znaczeń. Jest to zawsze ułomny i ograniczony twór życia: ułomny i ograniczony nawet, gdy rozważamy je jako dzieło całego gatunku, ale jedyny. Rzeczywistość człowieka jest względna, niegotowa, nieskończona, nie ma żadnej gotowej, skończonej, zamkniętej rzeczywistości.


Przy rozważaniu Bradleya i jego „absolutu” nie tracić z oczu tych punktów widzenia. Jest bowiem ciekawe, że często stają się podziemne, zapadają gdzieś najważniejsze w danym momencie punkty widzenia.


Dr Biegeleisen255 kazał mi czytać Bradleya. Być może będzie to z mojej strony niesprawiedliwe i jest ryzykowne, ale robi to takie wrażenie, jak gdyby wyszukał on właśnie nazwisko, którego ja nie wymieniłem. Brak wszelkiej wspaniałomyślności w tym, co ludzie piszą o moich pracach, jest zjawiskiem powszednim. Lange256 i Chlebowski257 są wyjątkami. Trząsłem się całym ciałem i w nocy dostałem ataku spazmatycznego po artykule Chlebowskiego. Niewątpliwie był to czyn. Heine chwali jakiegoś cesarza, który posłał Lutrowi258 puchar wina. Chlebowski zrobił coś podobnego259. Niech Bóg mu da wszystko dobre. I myślę właśnie, że to jest coś więcej niż piękny zwrot.


Gdy przenikniemy się Myersowskimi260, Bergsonowskimi pojęciami o naturze ludzkiej, inne znaczenie przybierają te wszystkie rzeczy. Ciekawe, dlaczego faktycznie wolno bez kompromitacji nie myśleć o takich pisarzach jak Myers. Myers już co najmniej jest dziś takim nowatorem jak w swoim czasie Bruno. Ale tacy Nałkowscy nawet zbudowaliby dla niego stos. „Ten Brzozowski”, mówiła Z. R. Nałk. „rozmawia tylko o spirytyzmie”. To mówiła poetka, osoba o kulturalnym naprawdę zakroju natury, po rozmowie, w której starałem się ukazać jej świat poetycki Mereditha i Browninga, niewątpliwie dotąd dla niej obcy.

Nie powinienem być tchórzem i napisać o Myersie261.


Wiek XIX, stulecie nadziei nadludzkich i wiar poronionych. Nie umiemy żyć jeszcze po oswojeniu się z faktami, że tak jest, że nie ma żadnego sposobu, by życie ludzkie stało się czymś innym niż życie. W tym wieku nie umiano myśleć o życzeniach jako niedających się urzeczywistnić. Mieć odwagę to znaczyło wierzyć, że każde życzenie jest do urzeczywistnienia. Znaczyło to stworzyć system racjonalnej nadziei dla każdego życzenia. Być rozczarowanym to znaczyło nie wierzyć w żaden z tych systematów, to znaczyło widzieć tylko spalenisko tych wmówień, usiłujących przekonać, że człowiek może być czymkolwiek bądź zechce, bez ograniczeń. Dzisiaj jest trudno wywlec duszę ze wszystkich tych subtelnych ścieżek i powikłań błędu. To, co jest najbardziej elementarne, staje się dostępne jedynie jako szczyt sztuczności. Schemat tymczasowy: od XVI stulecia jest już pewne, że człowiek, o ile jest on reprezentowany przez europejski Zachód, wyszedł poza granicę, obręb wszelkich dotychczasowych form. Na razie przynajmniej u pewnych natur przemaga uczucie tryumfalnego lub rzecz rzadka: i bardziej drogocennego — zdrowego, tj. obywającego się bez chorób (?), a podniecającego i podnoszącego duszę aż na szczyt radości — oczekiwania. Szekspir in idea. U innych przemagają międzycząstkowe pierwiastki oczekiwania, interesy są ześrodkowane na pewnej dziedzinie, wtedy daje się to pogodzić z przywiązaniem do pewnych określonych form. Wreszcie bywają wypadki, gdy przeważa poczucie zguby istniejącego. Machiavelli262 z pewnych punktów najtragiczniejszy: niemożność brania udziału w tym nowym życiu. Co tak wzniosło Anglię: wiara w dokonane organicznie odrodzenie zbiorowe (reformacja) — (bez przeciwieństwa na razie z innymi faktami, przeciwnie: jako jedno i to samo). Zawsze ulubieńcy dziejów, dalej typy (?), gdy już rozdwojenie i rozdarcie wystąpiły silnie — życie stało się ciekawe, pełne intelektualnych rozkoszy i niebezpieczne (modlitwa czy prośba do przypadku Leonarda263). Niebezpieczeństwo nie tylko zewnętrzne, lecz i moralne; tragiczna dusza Michała Anioła264 — nie bądź tchórzem, napisz, co o nim myślisz, za podstawę biorąc tylko literaturę, poezje, listy. W tym niebezpieczeństwie ci, co nie mają moralnej jego natury, a są uzbrojeni wobec zewnętrznych. Benvenuto Cellini — niezrównany, awanturnicy, którzy już mają w sobie romantyzm — nadzieję, chimerę — Campanella265; Bruno, porównaj z Pikiem266 (nie wiem, jak wypadnie, źle, słabo, z czwartej ręki znam Pica). Wreszcie Galileusz267 — nauka zostaje wywikłana z awanturniczej przedsiębiorczości — to różnica między Galileuszem a Baconem268. Z wolna wyrasta świat stały, coraz bardziej określony. Wiek XVII — porządek państwowy staje się warunkiem, wśród którego myśl musi istnieć. Różne formacje — Kartezjusz269, Hobbes270, Spinoza, w formie organicznej wiek Ludwika XIV, wielki wiek Francji. Trzeba dalej snuć tę analizę, ale dziś już przestaje ona mnie bezpośrednio ożywiać, a tu zapisuję myśli tylko sub specie271 poruszenia duchowego, niejako materiał erudycji.


Bezwzględne samopoznanie jako tożsamość poznającego i poznawanego — do tego dąży wszelka dialektyka, ale linia, która prowadzi do Sorela i Mereditha, jest do dziś dnia zapoznana, jak gdyby nie istniała ona w porządku rzeczy.