Tom drugi

I. Dolori et amori sacrum434

Topolówka, 22 października 1873 roku

Jesień już, beznadziejna, szara jesień. Jakże nie lubię wieczorów jesiennych. Deszcz bije o szyby, a nim zmierzch zapadnie, drzewa stoją w parku takie smutne. W tym roku wcześnie potraciły liście i teraz stoją czarne trupy na tle bladego nieba. Pan Kazimierz umarł i ja jestem sama. Siedzę sobie z jego książkami i myślę, a teraz nie chce mi się nawet ich czytać. Wczoraj przywieziono mi je; mama zobaczyła Renana435 i westchnęła. Nie mówiła mi nic. Tylko dzisiaj, jakby przypadkowo, znów mi pokazywała ten list ojca. Panu Kazimierzowi ciężej było umierać, choć umierał u siebie w domu i nie z ręki wrogów; może dlatego właśnie ciężej. Trzęsę się cała na myśl, że jemu sprowadzono księdza. Jak mogła, jak mogła jego matka o takim miłym dotknięciu rąk, które przedmioty pieszczą raczej, niż biorą, jak mogła ona, która tak gra, to zrobić? Jak on musiał patrzeć na nią tymi swymi zapadłymi oczami, które gasły. Mówić nie mógł ani ruszać się, ale wiem, że myślał. Widziałam, jak myślały, jak żegnały się ze mną jego oczy, kiedy wyjeżdżałam w ten wieczór. Nie pozwolili mi zostać w tę właśnie noc i kiedym wróciła, on już leżał z obrazeczkiem w ręku. Podeszłam i wyjęłam obrazek. Nie śmiano mi przeszkodzić. Mama tylko popatrzyła na mnie smutnie. I córki mi jego też nie dali. Oddali książki, a nie oddali dziecka, a on o to tak prosił, tak błagał. I ja — także nie mam sił do walki. A zresztą choćby mi ją oddali, to czyżbym uchroniła ją od tych samych wpływów? On chciał, aby córka mu wyrosła na pracującego, wolnego człowieka, a czyż ja pracuję, czy i u nas nie byłaby ona w sztucznym świecie, czy nie otoczyłyby jej wspomnienia, marzenia, pamiątki?

Ojciec mój, umierając, wierzył, że zostanie z nami, że będzie czuwał nad nami.

„Bóg mi da rządy waszych serc — pisał — więc nie żegnajcie się ze mną i nie płaczcie, bo się nie rozstajemy. Po drgnieniach duszy swojej poznasz, Milo, że jestem z tobą”.

Czy matka moja nie wątpi? O czym myśli, kiedy godzinami całymi nie wstaje z klęcznika?

Ale pan Kazimierz wiedział, że zostawi dziecko samo, że odbiorą mu tę młodą, najdroższą duszę.

Ostatnich dni powtarzał już nieustannie: „Wszystko, co masz, co będziesz miała, robili ludzie, nieszczęśliwi, biedni ludzie”. Ona otwierała szeroko swoje mądre oczy, widziałam, jak nabrzmiewają żyłki na wysokim czole. Ale czy mogło jej zostać z tego coś prócz wspomnienia?

A może, może kiedyś zwieje wiatr wszystko to, czym w jej pamięci ludzie wspomnienie to przysypią, i ocknie się ono...

Piszę i piszę, a nie uda mi się oszukać własnych myśli.

Tak mi źle i tak mi smutno.

Olu, Olu — przyrzekłaś przecież siłę, przyrzekłaś przecież wytrwałość i spokój.

Niechaj nie bije tak ten deszcz i wiatr nie szeleści: przecież to życie moje ginie. Chwila za chwilą płynie i na zawsze znika. Porywa je noc jak te liście.

Co robi czas ze straconymi chwilami.

Wyobrażam sobie, jakby śmiał się on, mój nauczyciel, że znowu wpadam w styl Hofmanowej Tańskiej436, ale myśli mam rozstrojone, ciężko jest żyć w tym pustym, smutnym domu. Ciężko słuchać ciągle tych samych żartów, anegdot, jakimi stryj Florian sobie i innym czas zabija.

A stryj Oktawian jest smutny i milczący.

Tak bym chciała pójść do niego, objąć go, przytulić go do siebie, tak bym chciała pomówić z nim o nim.

Ja wiem, że on o nim tylko myśli, ale nie mówi nic, tylko chodzi, chodzi... I teraz słyszę, jak skrzypią jego kroki.

Nie powiedzieli mu nic w tym więzieniu.

A jak on wtedy krzyknął na tego oficera:

— Kłamstwo! Mój syn nie uczyni nigdy nic niezgodnego z honorem.

Źle mi, bardzo źle i żadnego nie ma wyjścia.

Tak tu przeżyję nikomu na nic niepotrzebna.

Mamie?

Mama mówi, że nie mogłaby beze mnie żyć, i ja wiem, że mama mnie kocha...

Ale czasem myślę, że chciałabym być sierotą, niemającą nikogo, niepotrzebującą oszczędzać niczyjej miłości.

Dopóki pan Kazimierz żył, wiedziałam, że jemu sprawiam przyjemność swoim towarzystwem, że on zresztą myśli o mnie jak o opiekunce swojego dziecka po jego śmierci.

24 października

Wczoraj znalazłam w jednej z książek list pana Kazimierza do mnie pisany. Cały dzień byłam rozstrojona i myśli zebrać nie mogłam.

„Nie będzie mnie już na świecie, gdy czytać to będziesz, dziewczyno moja ukochana. Bo teraz powiem ci to, czego nie chciałem powiedzieć ci żywy. Wszystkimi siłami ginącego życia kochałem cię. Kochałem twój głos i twoje oczy, i twoje włosy koloru jęczmienia, i twoje usta dumne, których nie pocałuję nigdy. Nie chcę, abyś nie wiedziała o tej mojej miłości. Chcę, abyś pamiętała o mnie, kiedy zbliży się do ciebie ktoś, kogo będziesz mogła kochać. Wiem, że ceniłaś mnie wysoko, więc nauczysz się może cenić samą siebie. Wy, młode dziewczęta, nie wiecie, czym jest życie, i nie wiecie, czym jest miłość. Nie rozumiecie, jak bezpowrotnie oddajecie duszę razem z ciałem. Coś zostanie w tobie z duszy tego mężczyzny, któremu oddasz miłość swą i całą siebie, chociażbyś później odtrącić go miała. Nie odedrzesz już od duszy wspomnienia. O, nie myśl, że pośmiertna zazdrość mówi we mnie. Ja, umierając, drżę o ciebie, tak jak i o dziecko moje. I pragnę, abyś była szczęśliwa. Pragnę, abyś na świat patrzyła zawsze dumnym wzrokiem. Ja ci życzę ze wszystkich sił duszy mojej wielkiej, szczęśliwej miłości. Kochaj i nie bój się namiętności. Tylko sercu sercem nigdy nie kłam. Tylko myśl, myśl, że będzie ojcem twego dziecka ten, kogo kochasz. Tak bym chciał zobaczyć tego człowieka, który całować będzie twoje usta. Tak bym chciał zajrzeć mu prosto w oczy do dna serca!... I nie pozwól, aby cię zabiło życie, nie pozwól, aby ci upłynęły dni młodości na wspomnieniach. Nie pozwól zabrać sobie szczęścia, nie pozwól zabrać sobie swobody. Olu, Olu moja. Nocami wołałem cię, leżąc w gorączce, i spowiadałem ci się ze wszystkich myśli moich, i jakże tęskniłem do ciebie w wieczory, gdyś odjeżdżała, i w ranki, kiedy czekałem na ciebie. Czy pamiętasz, że dałaś mi swoje włosy, z nimi umrę i myśleć będę o tobie. Na twoją jasną duszę zaklinam się, że nie mam do ciebie żalu, że nie żałuję, że spotkałem ciebie, która jesteś na wieki dla mnie utracona. Na głos twój i na twoje spojrzenia przysięgam, że nie żal mi tych chwil bólu, kiedy łamałem ręce nad sobą i rwałem włosy, że nigdy, nigdy nie opleciesz ramion koło mojej szyi. Oczy moje pieściły się tobą, myśli moje uśmiechały się, kiedyś mówiła, na dno serca zapadło mi dotknięcie twojej dłoni. Kiedy umierać będę, modlić się będę do ciebie, duszą przywrę do twej jasnej postaci i tak zejdę w mrok. Gdy zagasi śmierć moje myśli, pozostanie samo bezmierne szczęście, żem widział ciebie. Będzie czas, ludzie będą kochali piękno w sobie, będzie czas, gdy nie będzie ono już niebezpieczeństwem. Chcę ci dać jakąś ostatnią radę i nie znajduję nic. Siebie nie zatrać, nie zatrać siebie, moje kochanie. Ciebie samej tobie powierzam. Bądź szczęśliwa, Olu, bądź szczęśliwa. Za to, żeś dała mi szczęście kochana ciebie — bądź szczęśliwa za to, że umierać będę z myślą o tobie — bądź szczęśliwa, Olu. Całuję włosy twoje, chylę się do twoich stóp, ręce twoje kładę sobie na czole. Wierzę, że kiedy umrę, pocałujesz mnie w to czoło, które leżeć będzie zimne pod ustami twymi, których nigdy nie dotknęły się moje tęskniące i pragnące usta”.

Po co pisał on to, dlaczego myśleć muszę o nim z takim bólem?

Nie, nie. Nie kochałam go. Nie kochałam go. Nie mogła byłabym go kochać. Mogłam modlić się do niego, ale nie byłabym w stanie objąć go, nie byłabym w stanie szeptać mu do ucha cisnących się na usta wyrazów.

I teraz siedzę tu i myślę, dlaczego? Dlaczego nie mogę mu teraz nawet, we wspomnieniu, oddać swej miłości? Dlaczego buntuje się we mnie coś na samą myśl, że tak być mogło, że — z trudem piszę słowa — jego usta dotknąć mogły moich piersi, ramion, że on mógłby widzieć mnie, jaką jestem?

I czym jesteśmy my, kobiety? Ja wiem, że jeszcze siebie nie znam.

1 listopada

Tak dawno nie pisałam, nie chcę kłamać, kiedy piszę, a kłamie każde moje słowo.

Dlaczego nie śmiem, nie mogę napisać, że marzę o nim, o Michale, w czasie kiedy myślę o miłości? Od czasu, kiedy wiem, że będzie człowiek, do którego należeć będę.

Dlaczego nie mam napisać tego słowa? Tak jest, on mógłby przyjść i wziąć mnie, jak się bierze rzecz, jak się strząsa owoc z drzewa, jak się zrywa kwiat.

Nie wierzę swoim myślom — one kłamią, nie wierzę niczemu, co mówię do siebie wewnętrznie.

Na dnie tego wszystkiego jest tylko to: miłość do niego i tęsknota.

Zawołaj mnie, gdziekolwiek bądź jesteś, i pójdę.

Rzucę wszystko i pójdę za tobą.

Będę słyszała ciężki, długi płacz matki i pójdę z tobą.

3 listopada

Kiedy stuknął do okna w ten wieczór, krzyknęłam, myślałam, że to chyba moja myśl zwołała ducha.

On stał pod oknem taki sam, jakiego go widziałam w marzeniach.

Miał twarz pooraną i spaloną, jakby z brązu wykutą.

Nie wiem, jak przywitałam się z nim. Wiem, że poczułam usta jego na swoich włosach, wiem, że dusiły mnie łzy. Musiałam krzyknąć coś czy powiedzieć, bo on patrzył na mnie ze zdziwieniem.

Nie wiem już nic, bo w drzwiach stał stryj Oktawian.

Nie widziałam nigdy tak bladego człowieka.

Szedł, a nogi mu się chwiały, i mówił coś, ale słyszało się tylko jęk.

Podszedł i zaczął wodzić po twarzy Michała rękami, jakby był ślepy. Coś szeptał, ale nie słyszałam słów.

Michał prowadził go za rękę jak kalekę, jemu z oczu płynęły łzy, a ręką ciągle dłoń Michała gładził.

Potem Michał już stąpał, a on koło jego łóżka siedział. Mruczał sam do siebie i płakał.

Na drugi dzień miał chyba o połowę więcej siwych włosów; kiedy nalewał sobie i synowi wino, ręce mu się trzęsły i wino płynęło po stole. Tak utkwił mi w pamięci i pamiętam wciąż jego oczy z podziwem i strachem w twarz Michała wpatrzone, jak gdyby lękające się spotkać jego spojrzenie.

Taka cisza jest teraz wieczorami i nocami koło naszego domu. Siedzę i słucham, słucham, czy nie skrada się kto: budzę się i wydaje mi się, że słyszę dzwonki, stąpanie po zmarzniętej ziemi i głosy... Serce bije, głowa się napełnia hukiem. Przechodzi długa chwila, nim rozpoznam, że słyszę tylko trwogę, że nie idzie nikt. O poranku wyszłam do ogrodu. Na czarnych gałęziach był szron. Niebo było chłodne, blade, zasępione, niebo złych przeczuć, lęku i rozterki.

Ja obca jestem tu, w tym domu.

I będę się tu tułała jak więzień wśród czterech ścian, kiedy on pójdzie znów na chłodne pola.

Jego nie rozumie tu nikt.

Nikt nie rozumie, że on nie mówi starych mogilnych słów i ginie.

Nikt nie rozumie go, który się tuła po krwawej, twardej ziemi, który jest sam bez gwiazd, bez Opatrzności.

Kaplice mija, w których lampy płoną dzień i noc. On tu jest obcy.

Nigdzie na ziemi nie ma zgotowanego domu.

Niczego nie wspomina.

Na sztandarze jego płoną słowa, które jutrzejszy dzień dopiero odczyta.

On nie jest sługą żadnego Boga i żaden Bóg nie rozpościera nad nim swej chroniącej dłoni.

Sam jest pod tym chłodnym niebem opuszczenia.

O, gdyby spojrzał na mnie i zrozumiał!

Myśli moje szły za nim i szukały śladów.

Gdy przychodziły pisma i mówiły, że broczy znowu krwią pierś człowieka, że gdzieś rozległ się głos wołający o pomstę za na próżno lejące się łzy, że ręce czyjeś dźwigają sklepienia — ja wiedziałam: tam jest jego serce.

Stałam na ganku, kiedy on przyszedł.

Pierwszy raz byliśmy tu sami.

Wiatr zerwał się i niósł poprzez uliczkę szeleszczące liście.

Nie pamiętam jego pierwszych słów. Coś mówił on i coś ja mówiłam. Serce moje przeczuło, że on mnie słucha, że on słucha mojego głosu, co się łamie.

Szedł koło mnie i mówił.

Mówił o kobiecie, która padła na bruku płonącego miasta. Mówił krótkimi, stężałymi słowami.

Twarz jego była spokojna, ale ja czułam, że w jego duszy jest to samo, co we mnie.

Wrony przeleciały nad nami, kracząc.

— Widziałem je, jak krążyły w tym dniu — mówił — nad ciałem biednego Adasia. Rękoma musiałem wykopać grób, potem siadłem nad nim i chciałem pilnować. Aż wreszcie zrozumiałem, że nie warto było przysypywać ziemią prawdy. Taka jest: na strawę drapieżnych ptaków nasze ciała. Będziemy walać się po rozstajnych drogach.

Opowiadał mi, jak oni giną.

Opowiadał, jak płynie krew, i widziałam, jak usta jego się ścięły.

— Padną nas tysiące, a nowe przyjdą i rozwalą w gruzy ten świat krwi i kłamstwa.

Nadejdzie nasz czas.

Na dnie duszy żyje granitowa pewność: przyjdzie nasza chwila

Niechaj on leży tam, na leśnej ścieżce.

Niech mu wydziobią kruki jasne oczy: taka jest prawda człowieka.

Żywych, konających wrzucano przecież do dołu wraz z trupami.

I nagle spojrzał mi w oczy i zapytał:

— Jak możesz ty tu żyć?

W jakim słowie wyczuł on, że w mej duszy śpi zakopany miecz?

Które słowo zdradziło mnie, że myśli moje były z nim?

A on mówił:

— Nasze życie jest jak przysypanych w podziemiach. Wali się na nas ziemia, ale my leżymy już za życia w grobie. I nie kradniemy innym chleba, światła, powietrza.

Ja wiem, że my zginiemy wszyscy.

Ja wiem, że czają się już drapieżne oczy, że liczy nas ołowiane spojrzenie.

Nie mamy ani dnia, ani godziny, ale pomimo to ja, szczuty, ja, ścigany, pytam się ciebie, jak możesz tu żyć!?

Czy ty pójdziesz stąd, aby zostać żoną, niewolnicą, zabawką, rzeczą jednego z tych ludzi, których tu jedynie możesz napotkać?

Czy ty pozwolisz, aby całe twoje życie, twoja dusza i twoja myśl poszły na igraszkę dla człowieka, który na dzień przed ślubem z tobą oczyści dla ciebie miejsce w swym domu przez usunięcie jakiejś Marynki lub Małaszki?

Jak cieszyłam się, jak cieszyłam się, że on tak do mnie mówi. Milczałam, myśląc, w czym on mnie odgadł.

Milczałam, myśląc, czy on odgadnie mnie całą...

On mówił:

— Jeżeli cię urażam, wybacz, ale czuję, że ty jesteś człowiek.

Wziął mnie za rękę i uścisnął.

— Strzeż się kłamstwa, Ola. Sobie nie kłam. Wybierz zgubę, osamotnienie, ból, ale nie kłam.

Nie ja, ale moje usta mówiły coś o mamie. Moja myśl szła już z tego domu precz i gryzła palce, słysząc płacz za sobą.

O, mój Michale, czyś ty nie wiedział, że pójdę, czyś ty nie wiedział, że wybiegłabym i tak w nieznany świat ścieżek szukać, po których stopy twoje chodzą?

Czyś ty nie wiedział, że sięgnęłabym po śmierć, chociażbyś nie widział mnie i ginąc gdzieś, mówiłabym twoim mądrym oczom: za twoją sprawę?

Ale on mówił:

— Nie kochałem nikogo tak jak ojca. Kochałem przyjaciela, którego pożegnałem dziś. Kochałem tę, której odważną pierś zmiażdżyło koło armaty i zdeptały konie, i ponad wszystko to chyba droga była mi ta siwa głowa. I nie wiem sam, czy gdy pójdę stąd, tęsknić będę więcej do niej czy do ciebie, do oczu twoich, do twego widoku. W gorączce genueńskiej, kiedy przeklinałem świat i siebie, ciebie widziałem, szum naszych pól, śpiew strumyków i ciebie świeżą jak strumyk.

Nie skończył, bo pochyliłam się do jego rąk, głowa moja upadła mu na piersi.

I mówiłam:

— Dokądkolwiek bądź pójdziesz, pójdę z tobą.

Podniósł mi głowę i patrzył w oczy.

— Moje schronisko jest to — rzekł — które znalazł Adaś.

Czułam, jak łamie ból moje ciało, jak czyjaś ciężka ręka na kark legła i do ziemi gięła. Poprzez szczękanie zębów i cichy jęk dobiegł mnie mój zamarły głos.

— Do końca dni moich będę z tobą.

Wtedy powiedział:

— Czy potrafisz zostać sama?

Serce ścięło się w kamień i upadło. Ktoś lodowaty mówił:

— Chcę, aby ostatnia myśl moja była z tobą.

— A gdy legnę już na jakim rozdrożu?

Niezrozumiałym głosem powiedziałam:

— Będę żyła. Będę żyła dla twoich zgasłych oczu.

Potem nie mówiliśmy już nic.

Zaszliśmy w głuchą uliczkę: tu gwizdał wiatr i wiał chłodem.

On patrzył na mnie ciemnymi oczami.

— Czy wiesz, co to jest miłość? — rzekł.

Zajęczałam...

— Nie jesteś pierwszą kobietą, którą kocham.

Kiwnęłam głową.

A on mówił:

— Usta, które całować cię będą, całowały, choć milczało serce. Kupowałem kobiety i miałem je jak rzecz.

Wtedy podniosłam głowę i powiedziałam:

— Po coś to zrobił?

I stałam w tej chwili przed nim jak obca, patrzyłam mu w oczy i trzęsłam się ze strachu. W tej chwili krzyknęłabym, gdyby się do mnie zbliżył.

Ale on stał nieporuszony i mówił:

— Dlaczego jesteście niewolnice, dlaczego znacie tylko ciało? Dlaczego boicie się namiętności i miłości? Dlaczego to wszystko jest kłamstwem?

Wziął mnie za rękę i rzekł:

— Posłuchaj, będzie taka chwila, gdy nie będzie między nami nic, myśli ani słów. Będziesz tylko ty i tylko ja. Czy się boisz?

Powiedziałam:

— Nie.

— Nie będziesz żałować nic?

Patrzyłam na niego chmurnymi oczami, nie wiedziałam sama, co jest w moim spojrzeniu.

Wtedy on pochylił się nade mną i pocałował mnie w usta.

A jeżeli ty się mylisz, Michale, jeżeli ja nie twój świat, twoją myśl kocham, tylko ciebie, jeżeli ja tylko chcę widzieć twoje oczy, jeżeli ja tylko pragnę, byś mnie wziął i był mną szczęśliwy, jeżeli ja tylko miłość twoją kocham?

I myślę, dlaczego on mnie kocha i chce mnie wziąć.

Abym mu była pokrzepieniem, kiedy nadejdzie zwątpienie?

On już przywykł iść pod śpiewem kruków.

I jakież pokrzepienie dam ja tobie, ja, która nie wiem, za co ciebie kocham.

Co ja ci dam?

Czy tylko pocałunki moich ust, czy tylko uścisk mych ramion, czy tylko siebie?

Czy nie ma piękniejszych kobiet, które mógłby mieć?

Olu! Olu! Co powiesz mu, kiedy przyjdzie noc? Kiedy naokoło będzie skradająca się cisza, a będzie on, tylko ty i on, on i ty. Co powiesz jego czarnym, mądrym, mężnym oczom?

Położyłabym jego głowę na piersi i śpiewałabym mu pieśń o nim.

Śpiewałabym o człowieku, który wybrał śmierć, który wyszedł o śniadym, chłodnym świcie.

Zabiegają mu drogę mamidła.

Opowiadałabym mu długą baśń o jego czynach.

Olu! Olu! Co powiesz mu w noce, kiedy skrada się śmierć, cisza się czai — kiedy krople deszczu dzwonią o szyby jak pomarłych łzy?

Czy dasz mu tylko upojenie sobą?

A jeżeli ty mnie nie znasz, Michale, jeżeli mnie gryzie, szarpie ból, nie o to, żeś ty tamte kobiety kupował, ale że to nie byłam ja?

Słyszysz, nie znałeś mnie.

I teraz drżę sama przed sobą jak nagi, odarty z listków krzak.

Ja nie chcę, nie chcę tak czuć.

A tak czuje ona, moja krew, tak czuje całe moje nieoporne ciało.

Słaba jestem, naga i bezradna.

A jeżeliś ty się zawiódł na mnie, Michale?...

Mama wyjeżdża dziś, gdy wróci, nie będzie mnie tu. Chcę serce przymusić do płaczu, a ono zacięło się i milczy. Z daleka jestem temu wszystkiemu obecna, co się dzieje naokoło mnie i we mnie.

Michał też ostatnie tu już dni spędza. Potem da mi już tylko znać.

I ja wiem, że to się wszystko stanie.

Ja wiem, że tu przyjdzie do pustego pokoju matka, że będzie łamać ręce, to wszystko wiem, i patrzę na to oschłą, obcą myślą.

Wiem, że skończyło się już na zawsze wszystko to, co znam. I teraz stoję sama na wietrze w zimną noc.

Pytam się mego serca:

Czy się boisz?

Ono milczy.

Pytam się:

Czy tak chcesz?

Nie odzywa się już we mnie nic.

Jak nazywa się ten mus, co mnie goni?

Dlaczego nie trzyma mnie tu nic?

Dlaczego jestem taka sama?

I dlaczego w tej chwili nic mnie tu nie woła?...

Najlepiej byłoby mi już gdzieś w chłodnej, czarnej ziemi.

Noc wszędzie, pusta, wielka noc.

Zmarzły gwiazdy, serce moje zmarzło. Sama stoję w pustym, nagim polu.

A ty, Michale, myślisz pewnie, że mnie teraz płacz i jęk spod ziemi woła, że wołają mnie usta sine i bezkrwiste. Nie, nie myślę o tym wszystkim, nic nie myślę. Jestem jak złamana gałąź rzucona na wiatr.

Teraz już jestem całkiem sama.

Mamy nie ma i Michała już nie ma. Stryj Oktawian chodzi przygarbiony przez oświetlone, pokoje. Chodzi, jakby sam z sobą rozmawiał.

I czego ty się męczysz, staruszku?

Czy nie lepiej byłoby tobie brnąć w śnieg, w zawieję, nie mieć nad głową dachu, nie wiedzieć, gdzie tę swoją mądrą, siwą głowę złożysz?

Czy nie lepiej byłoby tobie z synem stąd pójść precz? Stary dwór i stare papiery na cztery spusty zamknąć i podpalić albo niechby stał tak, niechby szumiały wiatry przez umarłe, wielkie pokoje.

Nie chcę myśleć o tym, jak wy tu będziecie mieszkać i żyć, samotni, wyziębieni, starzy. Nie chcę myśleć, o czym będą wam mówić wiatry jesienne i zimowe cisze, kiedy tylko drzewa stękają i trzeszczą na mrozie. Nie chcę myśleć o niczym.

Śnieg, wczesny śnieg spadł już, leży tak, jak obojętność i niechęć w mym sercu.

Co dzieje się ze mną?

Dlaczegoście nauczyły mnie stare, wielkie, samotne pokoje nadsłuchiwać, co szepce mi serce, dlaczego nauczyłyście mnie żyć z samą sobą tylko?

I teraz patrzę w siebie jak w zmarłe jezioro, w którym się nic nie przegląda.

Taka pustka naokoło mnie.

I nic nie umiem, tylko siedzieć tak i samej sobie się przed sobą użalać i skarżyć.

Jestem jakby sama jedna na świecie, nikomu i na nic niepotrzebna.

15 listopada

Nie każ mi tak długo czekać, Michale, bo przecież ja co dzień i co godzinę żegnam się już ze wszystkim, drzwi zamykam za sobą i pozostawiam tu matczyny płacz, a później tu zostaję i słucham, jak płyną jej samotne łzy i odpowiada im deszcz, który bije w szyby.

Leżę i słucham zagaszonym sercem.

Tak będzie ona tutaj żyć dzień i noc.

Co dnia będzie budzić się i na mnie czekać. Czekać nie wiadomo na co. Tak siedzieć u okna i patrzyć w dróżki, którymi ja już tu nie przyjdę. I przyjdzie wieczór, i ona już będzie wiedziała, że nic, że idzie znowu pusta, głucha noc i wali się na serce.

Po co ty mi to każesz widzieć?

Potem przyjdzie noc taka długa, zimna, czarna.

Łzy płyną.

O, nie szlochaj ty tak po mnie, nie płacz!

Ja muszę iść.

Wstaję, idę do twojego łóżka — i powtarzam zimnymi ustami.

— Muszę.

I chodzę, tak tu chodzę po tych pustych pokojach.

Wyszłam w nocy do salonu — nie mogłam spać. Siedziałam tam w tym dużym pokoju, gdzie nikt nie mieszka i gdzie nikt nie będzie po mnie płakać. Drzwi otworzyły się cicho, wszedł stryj Oktawian ze świecą.

Chciałam wstać, ale on podszedł do mnie i długą chwilę patrzył mi w oczy.

— Czy już dziś?

— Co dziś? — spytałam.

— Czy już dziś chcesz iść do niego, Olu?

— On mówił?

— On nie mówił. Ja wiedziałem i wiem. Czy już dziś?

Siadł koło mnie i białą ręką mnie po ramieniu i po włosach gładził.

— Ja cię nie wstrzymam. Matka twoja. — Rozłożył ręce. — Ja tu będę z nią. A ty pisz. Ty nie wiesz, co to jest czekać na list. Przechodzą noce, myśli szepcą. Serce się w piersi powoli jak nóż obraca: gdzie on?

I mówi noc:

Staruchu, jesteś sam.

I znowu powoli, powoli rozwija się zatruta myśl: gdzie on, co dzieje się z nim?

I odpowiada chłodna noc:

Staruchu, jesteś sam.

Zegar szepce w kącie swe piosenki:

Oj, był sobie pan,

Szczęśliwy pan, wesoły pan.

Młodą żonę, syna miał...

Cyt, cyt...

Staruchu, żona gdzie?

Cyt, cyt...

Staruchu, a syn gdzie?

I dzwoni znowu głucha noc.

Staruchu, jesteś sam.

Przejdzie dzień i serce bije, gdy ktoś przez pokój idzie: list niosą, a może on sam.

I przychodzi wreszcie ten czekany list. Ty nie wiesz, ty nie wiesz, jak upaja się samotne serce. Ty nie wiesz, jak ono wtedy wszystko zapomina.

Nie było nigdy długich, pustych nocy.

Nie było nigdy szyderstwa zegara.

Cisza nocna zakłada ci na szyję ręce: mój ojcze...

Serce płacze, chce biec, cierpi, ale to jest żywy, ciepły ból.

Pisz, Ola.

Do swojej matki pisz i do mnie.

Nagle wstał.

— Ola, proszę cię, teraz mówię do ciebie jak do mężczyzny, jak do silnego, uczciwego człowieka. Gdyby Michał... — Nie skończył. — Gdyby Michał... — przerwał raz jeszcze — jego szukają, gdyby jemu stało się co, gdyby stało się to, gdyby spełniło się to, co mi noc mówi...

Ty napisz mi.

Jasnym, krótkim słowem mi napisz.

Czy ty wierzysz? — rzekł.

— W co, stryju?

— W ten wasz mus.

Opuściłam głowę:

— Muszę, stryju.

— Czy wierzysz?...

— Wiem, że tak trzeba.

Potem mi już mówił o matce, o tym, jak zajmie się nią.

21 listopada

Przyszedł list...

I już ostatnia godzina.

Zamknęłam list, który z drogi wyślę, tak jakbym rzuciła na trumnę kamień.

Stryj Oktawian już był i jeszcze przyjdzie, jemu oddam te kartki.

Położył mi na kolanach głowę i całował ręce — nie mówił nic, nie chciał powiedzieć, że mi za Michała dziękuje...

— A jeżeli, Olu, on ciebie zgubi...

Roześmiałam się.

— Będę z nim, będę sama.

On jeszcze raz wstał, dwa razy próbował coś mówić.

Nagle rzekł:

— Ty go proś, ty go proś, niech on się oszczędza.

I jeszcze raz pochylił głowę i podniósł oczy, swe mądre oczy: prosiły teraz o coś jak oczy dziecka...

— Gdyby, gdyby... Olu... — rzekł, zacinając się — urodziło się wam dziecko... mnie go przyślijcie. Słyszysz, Olu, mnie.

Matce twojej nie powiem nic, żem wiedział, rozżaliłaby się na mnie i odeszła, ale ciebie ja nie mogę wstrzymać: człowiek musi robić wszystko sam.

I jeszcze mówił:

— Nie mam Boga, który słucha modlitw, i nie mam komu powierzyć cię, dziecko moje. Żadnemu Bogu. Idziesz sama. Ale teraz, kiedy będę myślał o nim, będę wiedział, jesteś ty, a o tobie — jest Michał.

Idę i zamykam trumnę.

Nie będę płakać — nie chcę.

Bądźcie wy dla niej litościwe, wiatry jesienne.

Bądź miłościwym dla niej ty, słońce.

Mówcie jej, że wszystko przemija, trawy i liście, nauczcie ją cichego, dobrego smutku. Niechaj ona po mnie nie rozpacza. Mówcie jej, że powróci wiosna. Niechaj śpi, niechaj marzy moje stare biedne dziecko.

My się przecież, mamo, zobaczymy.

Tu ja nie wrócę i nigdy już nie będziemy jak dotąd razem: ale zobaczymy się.

A teraz idę już, konie czekają za bram.

O tym nie wie nikt — tylko stary Tychon.

Stary Tychon, który marzy: chodzić będzie jeszcze nasz Michałek, w złotej, kowanej koronie.

Teraz patrzy na mnie i ociera łzy.

Dziś pchał mi gwałtownie w ręce woreczek pieniędzy.

Stryj Oktawian dał mi ich aż nazbyt dużo.

Chciałabym teraz pomyśleć o czymś wesołym, ale nie mogę.

Płynie do mnie z tamtego pokoju cichy płacz.

Zamykają się już z łoskotem dębowe, ciężkie drzwi.