VIII. Na przełęczy
Byłoby zwykłym oszukiwaniem samych siebie, gdybyśmy byli nadal usiłowali siebie przekonać, że charakter naszej działalności może pozostać tym samym, że nie zmieniło się nic. Zmieniło się całe zasadnicze usposobienie: struktura wewnętrzna duszy. Dość było powierzchownej znajomości naszych kół, aby przekonać się, że wszędzie dokonywa się ten sam proces. Wyrasta to przekonanie, że niepodobna znosić nieustannie, nie stawiając oporu, deptania praw ludzkich w samym sobie. Byłoby to nad nasze siły, gdyby dało się usprawiedliwić jako nakaz programu czy taktyki, ale chodziło jeszcze o co innego. Nie mieliśmy prawa stwarzania precedensu bierności, nie mieliśmy prawa stwarzania przykładów „chrześcijańskiego znoszenia krzywd”. I gdy myśl uświadomiła to sobie, stawało się jasne, że na pierwszy plan wysuwała się walka z bezprawiem, ze strasznym, urągającym wszelkim pojęciom o godności ludzkiej faktem, że człowiek, prawo, myśl, wszystko może być igraszką przypadku. A gdy się rozumiało już to — wszystko przybierało inny charakter. Już nie chodziło o pojedyncze wypadki buntu, zemsty, o ryzykowne wyprawy w celu odbicia towarzysza: nie, chodziło o stworzenie groźnej siły dla tej myślowej i moralnej potęgi, która była w nas. I tu już nie mogło być wyboru. Gdy myśl jasno postawiła sobie pytanie i dała odpowiedź, gdy rozproszyła się mgła złudzeń i okazało się w całej prawdzie, że my i potworna, wypiastowana przez dzieje rosyjskie siła walczymy o duszę i przyszłość skutych ludów — nie mogło być mowy o odwrocie. Nie można żyć ani myśleć i czuć się niewolnikiem. Gdybyśmy zrzekli się walki o podeptane w nas prawo, złamałaby się jedyna nasza siła: moc moralna, szacunek dla samych siebie.
Czułem, że jest to nieuchronne i że zbliża się ostateczny, decydujący okres. Pisma nasze przybrały charakter wojowniczy, nawołujący do boju o swobodę. Siewierow stworzył całą teorię walki partyzanckiej, systematycznej i nieustannej; w Odessie pojawili się ludzie mówiący o konieczności spisku, mającego na celu obalenie istniejącej władzy i stworzenie rewolucyjnego rządu. Jasną rzeczą było jednak, że zasadnicze jest co innego: poczucie i wymagania godności własnej i przeświadczenie, że lud nie stanie się nigdy wolny, póki nie nauczy się bezprawie strącać, jarzmo łamać i swobodę stwarzać własnym czynem.
Nie odrywajmy się od mas — mówili przeciwnicy nowego prądu.
I my jesteśmy ludem — odpowiadał Michajłow — i tworzymy tradycję ludową, tradycję walki o prawo.
Lud miał już aż nadto przykładów bierności i niewolniczego ustępowania przed siłą. Zresztą życie dowiodło nam niebawem, że sprawa już wyszła poza obręb teoretycznych sporów. Do Petersburga przyjechał Aleksander Sołowjew510 i oświadczył, że postanowił dokonać zamachu na cara. Zwrócił się do nas za pośrednictwem Michajłowa, prosząc o pomoc.
Sołowjew był niezwykłą postacią. I jego charakter właśnie, sposób postawienia sprawy przyczyniły się do tego, że zagadnienie ukazało się przed nami w najgłębszej od razu formie. Mieszkał u nas Goldenberg511 w czasie, gdy przybył do Petersburga Sołowjew, którego wieczorem tego samego dnia przyprowadził Michajłow do mnie.
Z Goldenbergiem żyć było ciężko. Nurtował go nieustanny niepokój. Bez dostatecznego przygotowania życiowego, bez wykształcenia i wyrobienia umysłowego wydostał się on na powierzchnię rewolucyjnego świata i oddychał jego palącą atmosferą. Prawo rewolucji, święte prawo skrępowanej swobody ludzkiej w jego głowie przetworzyło się w coś w rodzaju specjalnego uprzywilejowania rewolucjonistów: oni mogą wszystko, gdyż śmią. Nie lękają się niczego, nie wierzą w chytre wymysły religii i prawa i dlatego mogą działać i walczyć o losy ludzkie. Podziwiał on sam siebie nieustannie w tej roli i w gruncie rzeczy nie mógł w nią wierzyć wewnętrznie. Musiał sobie nieustannie przypominać, że to on przecież zabił generał-gubernatora i zdoła dokonać wszystkiego, co zechce. Niepodobna go było przekonać o istnieniu w naszej działalności nieosobistej logiki, nieosobistego prawa. Goldenberg pojmował to albo tak: rewolucjoniści stwarzają wszelkie prawo, albo też wietrzył reakcyjność. To był jego ulubiony konik. Co tylko nie zgadzało się z jego dziecinnie krzykliwym i dziecinnie powierzchownym sposobem wyobrażania sobie rzeczy, było reakcyjnością. Reakcyjne było wszystko, co zmuszało go liczyć się z jakąś niezależną od samowoli rzeczywistością.
Kirsanow szeroko otworzył usta, gdy mu Goldenberg twierdził, że zasada zachowania energii może być podstępem reakcjonistów, gdyż jedynie postępową jest zasada pokonania energii przez wolę.
— Kto ja byłem? — pytał. — Byłem zwyczajny Żydek, mogłem zostać kantorowiczem, kupcem, bankierem, i oto wszystko. A kto ja jestem? Grzegorz Goldenberg jestem. Dlaczegóż?! Kto mnie tym uczynił? Wola mnie uczyniła. Jakież tu zachowanie? Wszystko jest nowe.
Kirsanow na próżno powoływał się na doświadczenie fizyczne, na wyliczenia, wyniki nauki. Goldenberg spoglądał wrogo nawet na ogólne zasady logiki, jeżeli mu je przeciwstawiał ktoś jako argument. Kirsanow wprost nie był w stanie oswoić się z umysłem, który posługiwał się mającymi kurs w naszym świecie pojęciami i terminami, a żył poza obrębem jakiejkolwiek bądź tradycji naukowej.
Najelementarniejsze wymagania naukowego myślenia były całkowicie obce Goldenbergowi. Uznawał on w nich taką samą dowolność, jak w ustanowieniach prawnych i społecznych. Były one dla niego po prostu wynikiem braku odwagi. Artykuł Michajłowskiego512 o naturalnym biegu rzeczy, zrozumiany przez niego po swojemu, ostatecznie ustalił go w jego zapatrywaniach. Oczywiście poza obrębem jego myśli pozostały wszelkie szersze przesłanki artykułu, jego pojęciowe tło. To była dla niego po prostu niekonsekwencja Michajłowskiego, jego słabość i brak odwagi w wyciąganiu wniosków. Michajłowski zanadto oszczędzał tę szelmowską przyrodę, za dużo jej czynił ustępstw, tchórzył i kręcił. Goldenberg nawet ukuł swój własny wyraz: dworak przyrodoznawstwa. Kirsanowa nazywał szambelanem nauki. Wszystko on wie, jak być powinno. Etykiety przestrzega. Kirsanow zaś tryumfował: oto, dokąd prowadzi michajłowszczyzna. Oto właśnie jak my Europę prześcigamy. I drażnił umyślnie Goldenberga:
— Więc jakże, nie uznajemy przyrodzonego biegu rzeczy?
— Popróbujemy się — mówił posępnie Goldenberg. — Kto kogo może. On mnie czy ja jego. Zobaczymy.
— Astronomię zostawimy na dawnych podstawach czy ją także wprowadzimy w okres subiektywnego antropocentryzmu513? — szydził Kirsanow.
— Ciekawa rzecz wyjdzie. Ja na przykład teraz geologii uczyć się zaczynam. I nie wiem już, czy warto?
— Przestań — nachmurzył się Michajłow.
Michajłow umiał godzinami całymi rozmawiać z Goldenbergiem w ten sposób, że rozwijał się on i kształcił, nie czując najmniejszego upokorzenia, nie czując może nawet, że rośnie duchem, że spadają z niego łuski uprzedzeń. To już było sztuką Aleksandra Michajłowa: skutkiem jego wielkiej miłości dla każdego, kto stawał w naszym szeregu.
Pojawienie się ludzi o typie umysłowym Goldenberga nie jest przypadkiem. Skłonny jestem widzieć raczej w nim pewne prawo, rządzące rozwojem rewolucyjnego działania. Rewolucyjna działalność, aby była zdrowa, opierać się musi na pozytywnej treści, którą wnosi w życie dane organizujące się pokolenie. Ta treść, ten światopogląd, te żądania i cele, napotykając opór w twardej bryle gotowego świata — rodzą z siebie konieczność walki. Konieczność ta opiera się jednak nieustannie na tym pozytywnym podłożu, z którego wyrosła. Bogactwo tego podłoża rozstrzyga o przyszłości, trwałości i sile ruchu rewolucyjnego. Ruch ten ma tym większe rękojmie trwania i płodności, im bogatsza była ta pozytywna treść, z której wyrósł, im bardziej wyrósł z potwierdzeń życia. Rewolucjonista walczy w imieniu swojej myślowo już istniejącej rzeczywistości, która jest bogatsza niż ta, przeciwko której on występuje. Z wolna jednak wytwarza się atmosfera samej walki, samego zaprzeczenia, beztreściwej swobody — wtedy już świat rewolucyjny idzie, żyje tylko siłą pozyskanego rozpędu. Wyradza się pokolenie epigonów514 o pustce w głowach i wielkiej zuchwałości. Zuchwałości — nie męstwie, gdyż aby naprawdę głęboko sięgnąć w rzeczywistość, trzeba ją zrozumieć. Zuchwalstwo rewolucyjne może iść w parze z wielkim ubóstwem rewolucyjnego ideału. Gdy wytworzył się ten typ rewolucjonisty z profesji, gdy on objął ster nad wypadkami, można bez zawodu twierdzić, że dany ruch, dany kierunek już się wyczerpał, że teraz musi nadejść od strony życia nowa fala. Fala ta jednak napotka na swojej drodze specyficzny opór: rewolucyjnego konserwatyzmu. Organizacje skostniałe, opuszczone przez twórczą myśl, władają na powierzchni życia, stawiają tysiące przeszkód moralnych i materialnych tworzeniu się nowych skupień. Trzeba najczęściej aż wielkiego kryzysu dziejowego, aby wyprowadzić na wierzch te w głębi utajone siły.
Mam wrażenie, że obecnie w Europie całej ruch rewolucyjny cierpi właśnie wskutek zbyt długiego okresu panowania takich skamieniałych rewolucyjnych form. Idzie to w parze z przerażającą płytkością myśli, szerzącą się w kołach rewolucyjnych. Naukowość w myśleniu, bogaty i bezstronny światopogląd stają się w świecie rewolucyjnym rzadkością. Można je spotkać najczęściej u pariasów rewolucyjnego świata; pośród socjaldemokratów wszelkich odcieni tępość umysłowa czyni przerażające postępy. Na szczytach ruchu socjalistycznego we Francji, Włoszech, Niemczech spotyka się takie przykłady płytkości i takiego nieuctwa, że wobec nich blednie walczący z prawami przyrody Goldenberg. Goldenbergowi obce zresztą było to syte zadowolenie, jakie cechuje rentierów515 europejskiego socjalizmu. Rzadko można spotkać tak idealne wprost egzemplarze filisterii516 i ciasnoty moralnej, jak wśród luminarzów europejskiego socjalizmu. Mówiłem to właśnie Kirsanowowi, gdy mówił z właściwą sobie ironią o Michajłowskim lub Bakuninie, który był dla niego ostatnim słowem nieuctwa. Kirsanow był zaślepiony. Trzeba było umyślnie zamknąć oczy, aby nie widzieć, że umysłowo i moralnie nawet Bakunin przerastał niezrównanie epigonów dogmatycznego socjalizmu.
Goldenberg słuchał, uśmiechając się...
— Daj pokój, Miszuk, nie przekonasz. Gdzie już tam, etykiety nie znasz.
Ale tu chodziło o coś głębszego.
-– Wiesz — rzekł Kirsanow — dlaczego maleją w naszych oczach, a może i istotnie, ludzie w nowych pokoleniach rewolucjonistów europejskich? Oto dlatego, że i w samej rzeczy, obiektywnie mają oni coraz mniej znaczenia, coraz bardziej staje się obojętną rzeczą, kim są oni indywidualnie. Osobistości ich schodzą na drugi plan. Wielki sens zdarzeń jest poza nimi. Oni są tylko organami narastania świadomości i inicjatywy w masach. Masy rosną i przesłaniają nam protagonistów517. Protagonistów nie ma już, a jest samo powolne stawanie się nowego świata. Wydatna indywidualność dziś to wynik wyjątkowo szczęśliwych okoliczności. Gdy te wyjątkowo szczęśliwe okoliczności staną się powszechne — wybitne indywidualności znikną; wszystko będzie wybitne.
— Więc my — rzekł Michajłow — mamy zadawalać się wiedzą, że dżdżownice nieustannie tworzą czarnoziem.
— Dokonywać swoją pracę całą siłą — rzekł Kirsanow — ale wiedzieć, że chociażbyś był Bonapartem, nie dokonasz więcej niż dżdżownice.
— W tym jest jakiś niebezpieczny błąd — mówił Michajłow, ale nie zdołał już skończyć, Goldenberg bowiem przerwał mu:
— A w gruncie rzeczy to wy, Kirsanow, właśnie jesteście największy arystokrata. Wy mówicie: nie ma indywidualności wybitych, a myślicie: oprócz mnie. Bo takeście sobie zaufali, że wszystko musi iść według waszego obliczenia, ot, według programu: taka a taka gleba, tyle a tyle nawozu ludzkiego i taka roślinność historyczna jako rezultat. Znów nawóz i znowu inna roślinność. Wy sobie tak myślicie o wszystkim, jakbyście byli bogiem.
— Nauka — rzekł Kirsanow.
— Pluję na waszą naukę, ona zrobi na mnie sekcję po śmierci, zaklasyfikuje: taki a taki robaczek ludzki. Jeszcze żyję, jeszcze żyję...
— Nie rozumiem, o co wam idzie — rzekł Kirsanow — oburzenia waszego nie rozumiem.
— Nie zostanie nic, z człowieka nie zostanie nic. Tyle a tyle postępowego nawozu pod glebę przyszłości. A gdzie zostanę ja, ja właśnie, Goldenberg? Ja z moją duszą. Ja teraz tu jestem, a wiem, że u mnie w domu matka płacze i przeklina mnie. Czy wy wiecie? Policja, jak mnie szukała, cały sklep zburzyła. On był może wart sto rubli — sklep. Ale z niego żyła rodzina. Dziadek mój mógł sobie w fotelu — sparaliżowany on — siedzieć czysty, umyty. Ja teraz wiem. Teraz moja matka z koszykiem po mieście biega. Oni mieszają już nie w widnym pokoju, ale w suterenie. Staremu wilgoć nogi powykręcała. On w nocy nie może spać, bo go ból szarpie, on płacze. On wie, że to przeze mnie. On wie, że to zrobił Grzegorz. On tak chciał, on nie słuchał starych, wyrzekł się rodziny. On nie kochał ani dziadka, ani matki, on tak długo myślał, aż on całą rodzinę zgubił. I matka, kiedy wędruje z koszami, kiedy czeka pod oknem, aż ją kto zawoła, kiedy ją potrącają po kuchniach, przedpokojach, myśli: tak to on zrobił, syn, zły syn, niewdzięczny syn. I ja wiem — to zrobiłem ja. To ja winienem. A teraz ja myślę, kiedy to nie ja robię przyszłość, nie ja walczę, nie ja chcę, ale coś, to po co ja to zrobiłem? Niechby to inne zrobiło, niechby się zrobiło samo, beze mnie. Po co ja odebrałem szklankę kawy z mlekiem mojemu dziadkowi? Pod nawóz historii? Ona już będzie i tak bez tej kawy. Ja wam mówię, że to nie to. Jeżelim poszedł, to znaczy, że ja musiałem, ja musiałem chcieć. I ja muszę sobie powiedzieć: bez ciebie by się nie obeszło.
— Więc bez Grzegorza Goldenberga nie obeszłaby się historia — rzekł Kirsanow. — Przynajmniej teraz wiemy, jak sprawy stoją. Bez Achillesa518 nie może być zdobyta Troja.
— Daj spokój, Jur — powiedział Michajłow — nie masz racji. Musi człowiek wiedzieć: bez niego by się nie obeszło.
— Ambicja wymaga — szydził Kirsanow.
— Nie, Jur, to tylko prawda. Niedobrze jest liczyć na cośkolwiek, choćby na mus.
— Mus, braciszku, nie zawiedzie, mus ma żelazne nerwy i muskuły. Niespodzianek tu być nie może. Tu, braciszku, nie kaprys, nie natchnienie. Tu już nie od tego zależy, czy Achilles, to jest, przepraszam, Grzegorz Goldenberg, chce zdobyć Troję lub nie. Wolę zależeć od musu niż od Achillesa. Sam wiesz, jakie trudności wynikły, kiedy Achillesowi amory były w głowie i grymasić raczył z powodu spódniczki. Lepiej mus. Po co już ja mam całe życie myśleć: to dlatego, że dziadek Goldenberga kawy nie pije. Mój dziadek może także czegoś tam nie pija. Twój także — oto cała lista...
— Wy, Kirsanow — rzekł Goldenberg — w duszę człowiekowi zawsze chcecie napluć. O tym tylko myślicie, aby zawsze mieć taką sposobność.
— Goldenberg! — rzekł ostro Michajłow.
— Dajcie spokój — ironizował Kirsanow. — My doskonale rozumiemy. Nie obrażamy się, skąd znów. Nie jesteśmy w stanie objąć tej wzniosłości. My myśleliśmy, że każdy robotnik, który nawet nie wyobraża sobie, że jego dziadek sparaliżowany może nie zdechnąć z głodu, jest tyle samo wart, ale to pomyłka. Historia czeka właśnie na bohaterstwo Grzegorza Goldenberga.
— Jedno słowo — rzekł Goldenberg — czy historia byłaby ta sama, gdybym ja został tam...?
Kirsanow nie patrzył na niego.
— Niby na mgławicach i tam dalej pewnie by się to nie odbiło.
— Więc każdy może być łajdakiem?
— No, tak... Z tą konsekwencją tylko, że będzie łajdakiem. Przykro jest powtarzać abecadło. Nie historia cierpi z powodu naszego dezerterstwa, ale my sami, jeżeli nie rozumiemy historii.
— To niby, że ja sam siebie szanować nie będę — rzekł Goldenerg.
— Choćby.
— To nie jest warte łez matki.
— Dajcie pokój, Grzegorzu — rzekła Ola. — Gdyby was nie było w pracy, czegoś brakowałoby w niej, czegoś, co wy sami tylko dać możecie.
— Szarpie519 na oparzeliznę — mruczał Kirsanow.
— Nie — powiedziała Ola — tak wierzę i tak jest. Każdy, kto pracuje, wnosi coś swojego, coś, czego nie byłoby bez niego i czego nie wolno mu utaić dla siebie.
Goldenberg siedział w kącie nachmurzony i nie odzywał się już przez cały wieczór. W nocy nie mogłem spać. Z pokoju, w którym mieszkał Goldenberg, dolatywał mnie jakiś dziś dziwny szmer czy jęk.
Podszedłem do drzwi.
— Czyście nie słabi? — zapytałem.
— Nie.
Ale głos jego brzmiał dziwnie. Wszedłem do pokoju. Goldenerg siedział na łóżku pochylony nad ćwiartką papieru zapisanego żydowskim pismem. Na wychudłą twarz płynęły łzy.
— Co wam? — zapytałem.
— Nieszczęśliwy jestem — rzekł głosem, jakiego nie słyszałem u niego nigdy. — Bardzo nieszczęśliwy, myśli tak mi się wikłają i serce mnie boli. Czy wy wiecie, jak to jest, kiedy serce kąsa całkiem jak pies, szarpie piersi? Myślę i myślę, i nie mogę odnaleźć tego, w co wierzę. Po co to wszystko?
— Co — po co?
— My, my wszyscy. Po co my walczymy, męczymy się, i cierpimy sami i dręczymy innych — po co? Czy nie lepiej było umrzeć? No, niechby, myślę: jest źle. Mnie źle i im źle. Teraz nie lepiej i mnie, i im. Im gorzej, a mnie? Ja mówię: beze mnie nie byłoby nic. To, aby serce oszukać, ale ono nie wierzy, ono mówi: to samochwalstwo, ambicja! Chciałeś, aby podziwiano ciebie, abyś sam myślał o sobie i cmokał: ce, ce, ce... bohater. I tyle. A matka, dziadek? A może mi się tylko nie chciało pracować. I tak jest: nie chciało. Nie chciało mi się nigdy niczego, co tam było potrzeba. Siedziałem im na karku. Książki czytałem i nic. Nuda była powodem. Teraz w ciągu dnia myślę: rewolucja, rewolucja — a właściwie, co to jest? To jest tylko tak, jakbym mówił: mądry, wielki dobry, odważny Grzegorz Goldenberg. A serce nie wierzy. Ono wie. Ja tam mieszkałem i nigdy nie byłem zadowolony z siebie. Matce umiałem odpowiedzieć, kiedy wołała: „pracuj!”. On, mój język, mówił, a w duszy ja wiedziałem: ona ma rację. Ona. Ja sobie tu wmawiam, że ja, ale wiem, że ona. Myślę, po co ja tu jestem? No, dobrze, żyję, żyję, zabiłem Kropotkina, zabiję jeszcze kogo, jeszcze co zrobię, wymyślę co dla szczęścia ludzi. I dobrze. Ona umrze i ja umrę. I wszyscy, których ja znam. Przyjdą inni ludzie, będą szczęśliwi, no i co? Czy oni to powiedzą mojemu dziadkowi? Nie, on do końca będzie myślał, że jego wnuk jest łajdak. Powiedzcie mi, Kaniowski — po co ja tu?
— Czy moglibyście wrócić? — zapytałem.
— Nie, ale dlaczego nie? No, wiem: śmieszne by było. Kirsanow by się śmiał, ja sam. Zresztą i tak przecież nie, przecież oni mi nie darują tego Kropotkina. Oni wiedzą, kto, bo już na moją głowę nagrodę nałożyli. Car powiedział, że nie może spać spokojnie, póki Grzegorz Goldenberg po świecie chodzi. Wiecie przecież?
Znoszenie i wysnuwanie najfantastyczniejszych wieści o samym sobie, o wadze, jaką przywiązuje rząd do jego osoby, do postrachu, jaki wzbudza on, należały do nawyknień Goldenberga, z którymi zdołaliśmy się oswoić. Teraz szczególniej nie mogłem i nie chciałem spierać się z nim, widząc, że cierpi i męczy się istotnie.
— Wiem, że dla mnie nie ma powrotu — ale chciałbym zrozumieć, mieć pewność. Myślałem, przyjdzie taki dzień, kiedy mnie już nie będzie, i dzień, w którym lud będzie tryumfował, wtedy przypomni sobie też o matce Grzegorza Goldenberga. Znajdą ją w jej piwnicy i wyprowadzą: oto jest matka Goldenberga, a ona będzie szła ulicami zarumieniona, ze łzami w oczach, i będzie płakać, aż ją zaniosą na cmentarz i tam odsłonią pomnik.
Było mi wprost nieswojo wobec tej dziecinnej naiwności.
— Być może — rzekłem — przekona się istotnie wasza matka, że zarobiliście sobie na miłość i szacunek ludzi.
Goldenberg wzruszył ramionami:
— Myślę i myślę, co jest życie ludzkie. Dawniej myślałem: Bóg. To był przesąd. Był czas, kiedy i ja stałem na teologicznym stopniu rozwoju. Później zrozumiałem, że jest tylko fermentowanie materii. Skąd powstał człowiek? Przypadkiem, i nic nie zastał gotowym dla siebie. Życie świata biegnie tak, jakby nie było człowieka. Więc człowiek walczy: zmusza materię, aby służyła jemu. Tak, ale poczekajcie. Teraz ja z wami mówię, ja jestem, ja cierpię, ja myślę i nagle nic. Nic. Mnie nie będzie. Czy wy zrozumiecie, nie będzie mnie. Ja nic nie będę widział, wiedział, ja nie mogę pojąć. Chcę uciec — a to goni i jest wszędzie: nie uciekniesz, zawsze dogonię cię i zgaszę oczy twoje, zdławię myśl. Nie można uciec przed śmiercią. A czy można żyć, widząc, że się umrze, że się zginie w tym strasznym i czarnym? Słuchajcie, wy możecie myśleć? Co to jest? Wiecie, że nie będzie nas.
— Nie będzie — powiedziałem.
— Nigdzie, nigdzie — ani was, ani żony waszej.
— Nie...
— Więc po co to wszystko? Po co? To przecież jest szaleństwo. Nic nie ma. Jest noc i ruszające się błoto. Z nocy ciemnej wyłania się coś. Jest i czuje. Czuje, jakby było wszystkim. I znowu nic. Nic, jakby nas nigdy nie było. Więc już teraz jest nic. Bo co jestem ja? Coś, co zniknie. A kto wie — o tym? O słońcu, o ludziach, postępie... Ja? Więc co? Tego wszystkiego nie ma. Ja wierzę w prawdę, znam prawdę. Gdzie ona jest — we mnie. Ale czy ja jestem? Przecież mnie nie będzie. Więc nic nie będzie. A to jest. I serce kąsa. Dlaczego ja cierpię w tej chwili? To nie ma przecież sensu. To nie może tak być. Co to jest wszystko? Czy wam nie żal samych siebie, waszej pięknej żony? Każdej chwili, w której wy nie jesteście szczęśliwi. Przecież to wszystko zniknie. Nic nie zostanie, nic na zawsze. No, ja przyjdę do trupa mojej matki i powiem: tak było trzeba. Czy ona zrozumie? Nie. Czy ona będzie gdzieś, gdzie można będzie widzieć i słyszeć? Nie, ona zniknie. Razem ze swoim bólem zniknie, z tą skargą, że ja jestem zły syn. Ona myśli, jak pieściła mnie, jak mi śpiewała piosenki, jak za ostatni grosz kupowała łakocie, ona myśli, jak się mój ojciec śmiał, kiedy był wesół i widział mnie. I ona myśli, jak to wszystko znikło. I ona zniknie. I cóż ja powiem jej chłodnemu ciału? Nic. Ja sam tak samo będę kiedyś leżał — nie rozumiejąc. To jest okropne. Kto morduje człowieka, kto wymyślił śmierć? Czy warto żyć? Czy nie lepiej było mi żyć szczęśliwym? Ja nie wiedziałem, co to jest śmierć. Wiedziałem, że umrę, ale nie wiedziałem, że to jest to. Czy wam nie jest żal was samych, czy wam nie żal człowieka?
— Człowiek musi znieść tę myśl — powiedziałem — to jest konieczność. Duma nie pozwala bać się znikomości.
— Ja się boję — rzekł Goldenberg. — Nie. Ja mam wstręt. Mam wstręt do śmierci... Słuchajcie... Gdyby tak kto zabił mnie, gdy spać będę — byłoby dobrze... nie wiedziałbym... byłoby dobrze. Ja znieść nie mogę. Siedzi sobie stara Żydówka w ciasnej, brudnej, wilgotnej izbie i płacze. Syn ją zrujnował. Syn, na którego pracowała ciężko. Jeszcze ją boli krzyż od tej pracy, jeszcze łamie jej ból zmęczone ręce na samo wspomnienie. Teraz ona już do końca życia będzie głodna. Zawsze będzie głodna. A jak człowiek głodny, to opada go takie wilgotne, nudne zimno, spać się chce. I spać nie można. Wszystko boli wtedy, w oczach się ćmi, żadnej radości nie ma. Ona siedzi i trzęsie się, i tak już będzie zawsze. A syn chodzi po wielkich miastach, myśli: bohater — po głowie się gładzi. Żyje tak, aby inni ludzie kiedyś nie byli głodni. I oto idzie myślą do domu i zastaje trupa, który był głodny, kiedy umierał. I on sam też umrze. I inni ludzie umrą, i ziemia zastygnie. To wszystko jest śmieszne, śmieszne.
— A jak to wszystko jest pomyłką? — rzekł po chwili.
— Co? — zapytałem.
— To, co myślimy my. Jeżeli jest Bóg...
Ale po chwili zaśmiał się:
— Jak On jest, to ja mam rację: On nie powinien był nas tak stwarzać. Ale Jego nie ma, nic nie ma... — I Goldenberg zaczął bić o ścianę głową, wołając: — Nie chcę, nie chcę — zanosząc się od spazmatycznego płaczu.
Na drugi dzień przyniósł wiadomość, że za nim śledzi dwunastu szpiegów. Car kazał wysłać dwunastu szpiegów dla pilnowania wielkiego rewolucjonisty Goldenberga:
— On wie, że ja wszystko mogę, że ja się nie boję śmierci. Co robić z człowiekiem, który nie boi się śmierci, który wie, że i tak umrze? Na takiego człowieka nie ma rady. Przyroda ustanowiła śmierć, aby człowiek się bał i był taki, jaki jest. Trudno jest przezwyciężyć obawę śmierci. Ale ja wiem — mówił Goldenberg — nie wszystko jedno jest dzisiaj czy jutro. Brzydzę się tym życiem, jakie stworzyła bezmyślna materia. I zobaczymy, kto kogo zmoże.
Cały dzień Goldenberg był w podnieceniu i tworzył coraz to inne projekty. To wpadł mu pomysł zużytkowania kurary do celów rewolucyjnych, to znowu zarzucał wszystkim, że nic nie robią; trzeba zgłosić, że znosi się wszystkie prawa cywilne, państwowe, kryminalne, że każdy właściciel, kapitalista, urzędnik są wyjęci spod praw, że każdy żołnierz, który zabije oficera, wróci do domu i dostanie ziemię. To znowu projektował przebranie oddziału naszych w mundury gwardii i aresztowanie w carskim pałacu cesarza i ministrów. Później zaś wyda się manifest.
Tego wieczora właśnie przyprowadził Michajłow Sołowjewa.
Od razu, od pierwszego wejrzenia uderzała w tym człowieku jakaś wielka, skupiona siła. Był on jak ktoś, którego już nic spotkać nie może, kto już swoje rachunki z życiem doskonale zamknął i stoi wobec wszystkiego, co życie jeszcze przynieść może, niezwyciężony. Michajłow uprzedził nas, że Sołowjew przychodzi z czymś ważnym. Byliśmy sami swoi. Sołowjew rzekł cicho:
— Postanowiłem zabić cara Aleksandra Drugiego. Pozwólcie — ciągnął. — Pozwólcie, niech wypowiem wszystko. Obmyślałem zamiar ten długo. Długo ważyłem wszystkie wątpliwości. Stało się to dla mnie koniecznością moralną. Nie mogę uczynić inaczej. Wiem, że zamiar mój może być oceniany rozmaicie. Mogą powiedzieć, że jest on nietaktyczny, że ściągnie prześladowania i nowe trudności, nowe przeszkody dla ludu. Myślę, że ważniejsza od wszelkich przeszkód zewnętrznych jest siła moralna ludu. Siła czystości przekonania. Nie można znosić stanu, przeciwko któremu buntuje się cała nasza istota. Ja nie mogę pozostać sobą, jeżeli przestanę siebie szanować. Przemyślałem wszystko. Myśl moja wszędzie spotykała nieprzemożoną konsekwencję. Ty i twoje postępowanie, twoje ja, los twoich myśli zależne są od jednego człowieka. Wola jednego człowieka może zniszczyć wszystko, w co wierzysz. Nie mogę znieść tego stanu. Aleksander Drugi nie rozumie Rosji, nie rozumie ludu, stał się wrogiem i katem myśli. Ja widzę to i nie mogę być wspólnikiem tego człowieka. Odkąd to rozumiem, każda nowa zbrodnia tam popełniona miałaby i mnie za wspólnika. Gdyby to było możliwe, poszedłbym do cesarza i powiedziałbym:
„Kładę przed tobą broń. A teraz pomówmy z sobą my dwaj w obliczu śmierci. Jeżeli sumienie twoje powie ci, że ja się mylę i ty masz słuszność, jeżeli znajdziesz myśl-prawdę, tobie znaną, wobec której schylę głowę i powiem, że miałeś słuszność czynić tak, jak czynisz — zginę. Zginę i publicznie powiem, żeś zwyciężył. Jeżeli nie — twoje sumienie wyda na ciebie wyrok. Gdybyś był w stanie wiedzieć i rozumieć, wiedziałbyś, że lepiej było ci się nie rodzić, carze wszechrosyjski”.
Ale jest to niemożliwe. Idę więc skazany na śmierć i śmierć niosę. Potępiłem cesarza Rosji, wydałem na niego wyrok. Sumienie moje nie da mi spokoju, jeżeli pozwolę dłużej człowiekowi temu lać krew i lud gubić, jeżeli pozwolę mu być katem swego własnego narodu. Raz jeszcze powtarzam: nie mogę inaczej. Nie mogę poniechać zamiaru. Sumienie moje wydało ten sąd. Nie wolno mi znosić dłużej władzy Aleksandra Drugiego. Czy chcecie mi pomóc?
Osobiście byliśmy wszyscy gotowi. Chodziło jednak o to, jak się będzie zapatrywała organizacja.
— Na naszą pomoc w każdym razie możesz liczyć — powiedziałem.
Sołowjew został u nas. Miałem możność poznania jego cudnej duszy. Sołowjew był urodzonym rycerzem. Rycerzem-ascetą średniowiecznej legendy. Takich ludzi nie zna i nie może znać nowoczesny świat. Jest on ślepy w stosunku do nich. Przekraczają oni jego zdolność wiary. Widzimy właściwie tylko to, w co jesteśmy zdolni uwierzyć, tylko to, co nie przekracza nazbyt granic naszej osobistej natury. To prawo tłumaczy jedynie, że nauka i literatura nowoczesna tak strasznie w tyle pozostaje poza wartością moralną życia. Proszę mi wymienić współczesnego pisarza, który by tworzył postacie takie, jak Mazzini, Pisacano, Orsini520, Traugutt521, Sierakowski, Worcell522. W wzniosłym i ohydnym jednakowo sztuka nie jest w stanie dorównać sprzecznościom i kontrastom, jakie rodzi potęga nowoczesnego życia. Murawjew, Thiers dopominają się wciąż jeszcze o pióro, które umiałoby rzeźbić wstręt i wzgardę. Sztuka banalizuje nas. Powinniśmy strzec się sytej sztuki. Postacie Turgieniewowskich523 powieści uchodzą za non plus ultra524 artystycznej psychologii, za szczyt idealizowanego piękna. Autor ich zyskał sobie sławę tą trafnością, z jaką ujmował i ukazywał żywą, konkretną szlachetność ludzkiej duszy. Tacy ludzie jak Sołowjew kłam zadają całemu nowoczesnemu idealizmowi.
— Raz — mówił on — mieszkałem nad Wołgą sam. Nie widziałem nikogo prawie. Myślałem. Myślałem nad rzeką pod otwartym niebem. Wśród przyrody myśli się jaśniej, pełniej. W pokojach, w czterech zamkniętych ścianach upajamy się naszymi myślami. Ściany oddzielają nas od świata. Myśl stwarza naokoło nas własną swą atmosferę i wreszcie nie widzimy nic prócz niej, nie słyszymy nic prócz niej. Pod gołym niebem myśl musi wznieść się do słońca, musi ostać się wobec szumu rzeki, wobec zieleni traw. Tu musi ona być prawdziwa jak to wszystko. Człowiek tu musi naprawdę myśl przeżyć, aby w nią uwierzyć. I tak przeżyłem ja tę swoją myśl. Od roku chodzi ona już za mną, zżyłem się z nią i zrosłem. Mógłbym przyjść do niego i powiedzieć mu, patrząc mu w oczy: przychodzę cię zabić. I on sam nie znalazłby w oczach moich nienawiści. Był czas, kiedy go nienawidziłem. Nienawidziłem go z całej duszy. Teraz już nie. Teraz już tylko wiem, że sumienie nie może znieść tego, aby on żył. Nie moje sumienie. Każde, które zrozumie. Kiedym słuchał burłackich525 pieśni, kiedy zimny wiatr huczał nad domem i wył w kominie lub kiedy była cisza i tylko drzewa na wietrze trzeszczały, płacząc w wieczór księżycowy nad rzeką, rano, kiedym budził się ze świegotem ptaków — zawsze czułem to samo: nie należy pozostawiać władzy nad życiem i śmiercią, nad myślą i przyszłością ludu w ręku jednego człowieka. Winien jest każdy, kto przyzwala. Rzeka szumiała, pytając się: łzy niosę, dlaczego pozwalasz mi nieść łzy, same łzy ludzkie? Ptactwo świergotało i pytało się moje serce o świcie: dlaczego nieszczęśliwy jest człowiek? Byłem szczęśliwy, byłem bardzo szczęśliwy, kochałem i byłem kochany. Ona zostanie na zawsze w mym sercu z uśmiechem na ustach, które drżały; z wyrazem, jaki mają Madonny na obrazach, w oczach. Taka, jaka była, kiedym jej powiedział: „Nie będziemy nigdy mężem i żoną”. Kiedym jej powiedział, że poślubiłem się ziemi rosyjskiej. Szczęśliwy i dumny byłem: mnie nic nie uczynił złego car Aleksander. Nie idę mścić na nim swoich krzywd. Nie wierzyłem sobie, kiedym chciał go zabić w gniewie, nie wierzyłem, kiedy go potępił rozum, ale teraz wiem: nie śmierć jest najstraszniejsza dla człowieka. Od śmierci straszniejsze jest, że żyje on ze strachem i fałszem w sercu.
Ola spisała rozmowy Sołowjewa po jego śmierci, gdy żyło jeszcze wzruszenie, zrodzone z jego opowiadań:
„Otaczają ciebie, carze, mocne ściany, otaczają cię roty zbrojne, broni dostępu ludzki mur. Przeciwko prawdzie błyszczą bagnety. Twarz przy twarzy, ramię przy ramieniu otacza carski pałac mur piersi żołnierskich. Wyją w piersiach psie, oślepłe serca. Możny carze, dlaczegoś tak blady? Jeden tylko człowiek idzie do ciebie przez plac, przez ulice miasta. Czemu bledniesz, carze, wobec jednego człowieka? Żołnierze stoją ramię przy ramieniu, bagnety błyszczą przeciwko prawdzie. Jasny carze, nie zbawi ta moc. Nazwij mi swoją myśl, mówi człowiek. Myśl mi nazwij swojej carskiej duszy. Tę, w którą wierzysz. Jeżeli nazwiesz ją, zwyciężysz człowieka, który idzie. Idzie on przez plac, w ręku, która nie drży, niesie twe sumienie. Szukaj, badaj, nazwij myśl, a sumienie zmilknie. Nie zna ono innej władzy. Broń podnosi ramię: ty patrz w oczy tego, który mierzy. One patrzą smutne jak twa myśl. Szły poza tobą, jak nie szła za tobą matka, gdyś był młody. Szły poza tobą oczy i szukały, co dzieje się w tobie z człowiekiem. Szły poza tobą jak myśl niezbudzona. Szukały myśli w twoich oczach, szukały myśli w twoim sercu. Możny panie, myśl nazwij, a opadnie ramię. Bagnety błyszczą, czy zabijesz nimi sumienie? Zginie ten człowiek, ty wiesz, zginie — i ty będziesz go widział umarłym. Czy zdołasz, patrząc umarłemu w oczy, nazwać myśl, aby wreszcie uwierzył?
Oto staje on, człowiek, przed tobą, człowiekiem.
Przynosi ci wiarę swoją.
Ty ją znasz.
Mówią ci o niej usta tych, których skazywałeś na śmierć, grzebałeś w syberyjskich śniegach.
Carze, carze — podnoszą się ręce w kajdanach, gdy ten człowiek mówi. Świadectwo dają jego wierze.
Naokoło połyskują bagnety.
Proś boga, proś boga twej duszy.
Słowo powiedz, on jest serce, które serca słucha...
Serca szukasz: serce ci nie bije.
Bagnety strzegą trupa. Trup twój tylko siedzi na tronie.
Carze, carze — tyś siebie sam zabił”.
Sołowjew był to Bayard526 naszej rewolucji. To, co dokonywał on, było bayardyzmem duchowym.
„Przed jasne słońce, przed Wołgę rzekę powołałem cię, carze, na sąd.
Szliśmy z sobą razem poprzez wsie.
Czarne, wychudłe ręce podniosły się ku tobie z wezwaniem. Szliśmy poprzez wsie — które dławił głód. Słuchaliśmy z tobą razem płaczu dzieci.
Siedliśmy poza wsią nad rzeką i pytałem:
Po co umierają dzieci?
Ty pochyliłeś głowę i rzekłeś: Ja nie wiem.
Pytałem cię: Co dzieje się ze złotym ziarnem, dlaczego czarne i spieczone są usta tych, którzy ziemię swoim uprawiają potem? Dusza twoja odpowiedziała: Ja nie wiem.
Postawiłem cię na wiejskim cmentarzu, gdzie leżą ciała Antonowa i jego towarzyszy, którym dałeś śmierć za to, że uwierzyli, że jesteś carem chłopów.
Milczały mogiły.
I ja cię pytałem.
Powiedz carskie słowo chłopskim prochom.
Dusza twoja, carze, płakała.
Jako przechodzień podszedłeś do mnie, pytając o drogę...
Wyprowadź zbłąkanego z bagniska.
Jasny carze, biorę cię za rękę.
Duszę twoją wywodzę z mroku.
Szukałem, szukałem w carze serca, nie znalazłem nic prócz wyrazu nudy.
Lud rosyjski nad tobą i nade mną. Ja, śmiertelny, tobie niosę śmierć.
Ja i ty słuchaliśmy jęku i rzężenia dzieci, które umierały głodne, choć złociły się falujące niwy.
Mnie i ciebie otacza szczęk kajdanów, mnie i ciebie otacza śpiew popów. Kruki krążą czarne nad ziemią. Ja i ty znosiliśmy śmierć i mękę ludu. Carze, carze — oto jest swoboda.
Serce twoje powiedziało: śmierć.
Dusza twoja powiedziała: śmierć.
Śmierć ci niosę, ona wyzwoli.
Już idzie po schodach pałacu; idzie, woła na duszę.
Już idzie: siada na tronie.
Ona rządzi.
Przed nią stoimy, podsądni.
Życie daję, byś uwierzył, gdy wołam:
Carze — nazwij słowo, aby odeszła śmierć!
Z tobą razem ją, carze, zostawiam.
Serce twoje niechaj ciebie sądzi”.
Niepodobny był Sołowjew do nikogo z tych, co kiedykolwiek podnosili rękę na tyranów. On stoczyć szedł istotnie śmiertelny bój o prawdę wewnętrzną. Zmysł prawdy żył w nim głęboko. Kiedy na drugi dzień Goldenberg i robotnik Polak, Kobylański527, ofiarowywali swoją gotowość wzięcia udziału w zamachu lub wykonania go na swoją rękę, Sołowjew, podczas gdy inni wytaczali taktyczne argumenty i względy, mówił krótko:
— Wątpię, aby ktokolwiek z was czuł się tak upoważniony do wykonania dzieła.
— Zabija kula, nie prawo — rzekł Goldenberg.
— Trzeba, aby zabiło prawo. I nieprawdą jest, że się tego nie wyczuje, a chociażby i tak, trzeba, abyśmy sami w sobie dla siebie wiedzieli, że tak jest. Prawdy nie da się udać. I wszystko zostawia następstwa, czyn, który nie był pełny w sobie, któremu brakowało wiary, pewności wewnętrznej, mści się na sprawcach jak zbrodnia. My z carem Aleksandrem walczymy o prawdę. Wtedy tylko śmierć jego nie będzie mordem, gdy nasza myśl zabije go, gdy nasze sumienie zwycięstwo odniesie nad jego wiarą, jego przekonaniem.
— To dla niego już jest wszystko jedno — obstawał przy swoim Goldenberg.
— Nie wolno człowieka tak traktować. Przez to, że narodził się człowiekiem, należy on do ludzkości i nad nim jest myśl, choć on nie wie o tym. Myśli jego nie wolno zabijać inaczej jak myślą.
— Dla was Aleksander należy do społeczeństwa — rzekł Goldenberg.
— Do ludzkości — tak. Każdy należy do ludzkości — mówił Sołowjew poważnie.
— Oni są jak dzikie zwierzęta. Kto swobody nie rozumie, jest jak dziki zwierz. Człowiek wytępił dzikie zwierzęta. Takie samo prawo my mamy wobec nich. Wy nie powinniście podnosić ręki na niego, w takim razie dla was jest on brat.
— Jego sumienie i moje idę uwolnić od tej zbrodni, która ciąży na nas; odpowiedzialni jesteśmy za życie rosyjskie...
— Jesteście przyjacielem Aleksandra.
— Tak — odpowiedział krótko Sołowjew — jego jedynym przyjacielem.
To nie był frazes. Dusza Sołowjewa tego była kalibru.
— Są przecież okoliczności, kiedy wkładamy przyjaciołom najbliższym broń do ręki. Nie czuję, abym jako człowiek krzywdę wyrządził Aleksandrowi Drugiemu — człowiekowi. Gdyby tak chciał, zabiłbym się sam wraz z nim.
— I po co?
— Aby stało się prawdą, że niezgodne jest z sumieniem człowieka istnienie rosyjskiego cara.
— Coś nowego — powiedział Kirsanow. — My, Rosjanie, ciągle uczymy Europę.
— Kromwell528 — powiedział krótko Sołowjew — Orsini. Nie wolno znosić niewoli.
— Więc konstytucja Magna charta529. I swobodny rozwój rosyjskich łupigroszów — mówił Kirsanow — i dlatego my mamy zejść ze swej drogi.
Dyskusja zapowiadała się gorąca i namiętna. Kirsanow był blady. Zejdenman co chwila coś pisał na skrawku papieru, Michajłow był spokojny i zdecydowany, Sołowjew spoglądał z niepokojem na Kirsanowa, którego bardzo kochał. Ola była wzruszona tak, jakem jej nie widział od czasu sądu nad Wierą Zazulicz530. Atmosfera była ciężka. Pierwszy zaczął mówić Zejdenman; nie czekając odezwania się Sołowjewa, zaczął atakować nowy kierunek w działalności organizacji, ujawniający się w sposobie prowadzenia pisma.
— Odsuwamy się od naszego jedynego zadania, od stworzenia szerokiego ruchu ludowego — rozpoczynamy zwykłą polityczną walkę na swój rachunek. Lud nie zrozumie jej, i słusznie. Wszelka bowiem walka polityczna, przeprowadzona przez taką lub inną oderwaną od masy grupę, może doprowadzić jedynie do zmiany formy wyzysku ludu. Do utworzenia na jego barkach i nad jego głową nowej, w stosunku do niego całkiem obcej, zewnętrznej organizacji przymusowej. Trzeba jasno zrozumieć, czy zakładamy podstawy dla socjalistycznego ustroju w Rosji, czy też tylko chcemy konstytucji, by zabezpieczyć i wyrównać teren dla działalności rosyjskiego kapitalizmu.
Zejdenman mówił logicznie i z wewnętrznym przejęciem, głos mu drżał, gdy wołał, że nasza idea nie przez nas została stworzona, że ona została wypracowana przez całe męczeńskie życie inteligencji rosyjskiej. Siłą naszą było i jest, że nie mieliśmy żadnych innych dążeń prócz tych, które samorodnie żyją w piersi ludu. Gdy staniemy się przedstawicielami tylko własnych praw, będziemy straceni.
Zejdenmanowi odpowiadał Siewierow. Mówił o tym, że nieprawdą jest, aby idea walki obca była ludowi. Bynajmniej. Nawet przy dzisiejszym strasznym biurokratycznym ustroju ludowi nie jest obca idea walki o prawo. Idea ta żyje, brak jej woli i głowy, która by jej samej ją samą uświadomiła. Rząd niszczył wszystkie naturalne związki i węzły pomiędzy grupami ludzkimi. Sieć policyjno-podatkowa stała się jedynym łącznikiem. Bierna masa nie jest naturalnym stanem: ona jest wytworem nieustannej morderczej działalności rządowej. Niezadowolenie żyje ciągle i wszędzie: wybucha tu i ówdzie drobnymi pożarami. Ale jeden wybuch nie wie o drugim. Każda wieś pozostawiona jest samej sobie. Gdy wybuchnie w niej konflikt, tworzy naokoło niej rząd pas martwy, poprzez który nie prześliźnie się żadna wieść żywa. Telegrafy roznoszą tylko tę jedną wieść: przysłać żołnierzy, więcej żołnierzy. I potem: już idą, idą, idą. I dla każdej wsi, każdej gminy reszta kraju to martwa pustynia, poprzez którą zdąża zawsze tylko wroga siła, gotowa więzić, bić, wiązać, zabijać i palić. Tak wytwarza się myśl o bierności. Kładzie się na duszę ludową ciężkim brzemieniem lodowców i śnieżnego stepu. Każda wieś jest sama. I te komórki pszczele, te zmartwiałe, skamieniałe wsie walą się na wsie żywe ciężarem więziennych kamieni. W każdej pojedynczo jest bunt, wszystkie razem są martwe i głuche.
— Więc? — zapytał Kirsanow.
— Trzeba stworzyć zbiorową falę buntu. Niechaj każda wieś wie, że na drodze ku niej iść mogą nie tylko kozacy, nie tylko gubernator z żołnierzami, ale i mściciele ich krzywd. Że w kraju już jest siła biorąca odwet, że siła ta rozlewać się zacznie po kraju, sączyć się strumieniami jak krew.
— Nie rozumiem — mówił Kirsanow, podnosząc brwi.
— To jest jasne — rzekł Siewierow. — Nie twórzmy tylko teorii usprawiedliwiających bezczynność. Lud już dawno powtarza: ziemia i wola, i my z nim. Nauczmy się sięgać i brać.
Michajłow podniósł głowę ze swojego kąta i zaczął mówić jasnym i silnym głosem:
— Oderwiemy się od masy, lud nas przestanie uważać za swoich — mówi Zejdenman. — Ja myślę, że to właśnie dzisiaj tak jest. My patrzymy, jak lud ginie, i stoimy bezczynnie. Co najwyżej wołamy: patrz, i my giniemy! Jesteśmy albo obojętni więc, albo słabi. Czy lud zrozumie teorię usprawiedliwiającą naszą bierność? Nie. I Pożałować was trzeba — powie — że wy tak jeden za drugim giniecie i coraz nowi wychodzą z was, i znowu giną. Żałośliwi wy, sieroty boże. I tyle. Jurodiwych531 zna dużo już lud. Nie twórzmy mu nowych, którzy razem z nim idą pod pletnie.
Kirsanow zrazu mówił zwykłe, teoretycznie znane rzeczy. Mówił o prawie rządzącym życiem społecznym, o nieustannym działaniu drobnych przyczyn, o istocie procesu społecznego, który sam wytwarza i wychowuje siły niezbędne do wykonania danego zadania. Historia to nie jest coś obcego człowiekowi, to jest on sam taki, jaki jest. Gdy może być dokonane jakieś dzieło, są już gotowe środki. Bo jedno i to samo stawia zadanie i tworzy siły niezbędne do ich rozstrzygnięcia. Dopóki siły te narastają dopiero, nie pomoże to nic jednostkom, które rozumieją charakter najbliższej fazy, mającej nastąpić, że będą usiłowały przeskoczyć same siebie, swój czas. Powinny one czuć się tym, czym są: fermentem i organem masy, jej świadomością.
Sołowjew rzekł spokojnie:
— Czy chcesz wszczepić masie ludowej krew, o której wiesz, że jest zgniła?
— Masie nic się nie szczepi z zewnątrz. Masa myśli szczerze, tak jak musi.
— Tak jest, jak musi. Ale my musimy wiedzieć, kim my jesteśmy wobec mas. Ja czuję się widzem ich cierpień, wspólnikiem tych przerażających, wszelką miarę słowa przekraczających zbrodni, jakie dokonywają się na niej. Muszę wierzyć w siebie, abym śmiał myśleć za lud.
— Więc...
— Jeżeli nie dokonam tego, com postanowił, nie będę mógł szanować siebie.
— To jest twoja sprawa.
— Nie, nie usprawiedliwiam kłamstwa, ja nie mogę być jezuitą532 rozwoju, kłamać duszy mojej w imię praw ewolucji.
Kirsanow zbladł.
— Istnieje — rzekł — epikureizm533 zguby. Pieczoryn534 w nas wszystkich żyje.
— Daj spokój, Jerzy — rzekł Sołowjew. — Ty wierzysz tak, a ja inaczej. Ty masz prawo, ciężkie prawo żyć. Myśl wydała ci ten wyrok surowy. I będziesz musiał przeczekać skrzyp szubienic, noce, w które bieleją włosy. Ciężką obmyśliła ci dolę twoja prawda. Tobie nie wolno umrzeć. Bo ty tak wierzysz i czujesz. Czujesz, że w ten sposób jesteś potrzebny.
— Nie zależymy od swoich upodobań.
— Jutro idę zabić Aleksandra — rzekł Sołowjew. — Niech sumienie wasze powie wam, co potrzeba czynić.
— Nikt nie ma prawa dla swojej myśli, dla swojego przekonania narażać sprawy ogólnej — powiedział Zejdenman.
— Sprawa ogólna — rzekł Sołowjew — trzyma się naszymi przekonaniami: jeżeli nie wierzymy w siebie, nie wierzymy sobie, nie ma pod nami żadnej ogólnej sprawy. Szacunek własny, wiara w prawdę własną jest podstawą, która wszystko trzyma. Gdy się załamie ta kolumna — wszystko runie.
— Co znaczy śmierć jednego człowieka? — pytał Zejdenman. — Pytam się was, czy wy się łudzicie, że on żyje tam w Zimowym Pałacu i że dosyć ugodzić go kulą w serce, aby on zginął. On żyje w milionach serc i myśli.
— Tak — rzekł Sołowjew — tak, on żyje, nietykalny pan dusz i losów. Strach pomyśleć, o obłęd przyprawia myśl — miliony ludzi żyje, myśląc: jest taki człowiek, który ma prawo rozporządzać mną, moim życiem, moją krwią, całą moją dolą; myślą, gdy giną, nie zaznawszy w życiu nic: nie można inaczej, on tak chce. Tak. Ołtarz jego wznosi się po wszystkich ruskich chatach i tam go trzeba obalić. Trzeba, aby lud zrozumiał, że jego myśl może zabijać i sądzić, aby uwierzył w swoją myśl.
Siewierow postawił pytanie na ostrzu noża:
— Kwestia jest jasna. Sołowjew nam wyłożył swój zamiar. Zamiaru tego dopełni on niezależnie od naszego zapatrywania. Czy chcecie być tylko biernymi świadkami? Patrzyć, jak będzie on szedł, mówić: obłąkany, on nie rozumie naszej spokojnej mądrości, która pozwala nam w myśli, jak w balonie, wznosić się ponad nieustannym zabijaniem godności ludzkiej, wiary w swobodę własną w narodzie, czy tak? Będziemy patrzyli z naszego szczytu na jego szubienicę, śmierć jego wpiszemy na długą listę tych, którzy szlachetnie błądzili, którzy prostowali nasze ścieżki. Ale to już będzie niekonsekwencja. Nie dość jest być obojętnym, trzeba przeszkodzić.
— Tak jest — rzekł Zejdenman. — Nie powinniśmy być obojętnymi widzami. Siewierow ma słuszność. Stawiam wniosek potępiający, jako bezcelowe i szkodliwe, wszelkie zamachy na życie cara.
— Stawiam wniosek — rzekł Siewierow, trzęsąc się — aby nazwę naszej organizacji zmienić: niechaj zamiast Ziemia i Wola nazywa odtąd Bractwem imienia Komisarowa535.
— Takich rzeczy się nie zapomina — rzekł Kirsanow.
— Nie masz słuszności, Siewierow — rzekł Sołowjew. — Kto z nas może wybrać życie, wybiera cięższy los.
— Nie o to idzie — rzekł Siewierow. — Teraz mamy zasadniczą kwestię. Czy jesteśmy demoralizatorami ludu, czy jego wskrzesicielami.
— Lud nie patrzy na was — rzekł Kirsanow — nie rozumie was ani waszych szubienic. Lud chce pracy i sprawiedliwości.
— Kto jest rzeczą, nie ma prawa chcieć, my wszyscy jesteśmy własnością cara Aleksandra Drugiego. Myśląca własność — niewolnicy.
— Tylko zmiana form życia wytwarza nowe dusze.
— Niewola znoszona biernie jest trucizną i wytwarza sofistów536 caratu.
— Zdaje się, że istotnie sprawa stoi zasadniczo — rzekł Kirsanow. — Razem nie możemy pozostać w organizacji.
— Głosujemy nad wnioskiem Zejdenmana — rzekł Michajłow.
Za wnioskiem podniosło się trzy ręce.
— Ziemia i Wola nie potępia zamachu.
Kirsanow chciał coś mówić. Michajłow podszedł do niego:
— Daj pokój, Jur. Pamiętaj, co sam mówisz, nie wolno podporządkowywać sprawy ogółu nawet najgłębszym przekonaniom osobistym.
— Musi zapanować jasność — rzekł Kirsanow.
Ola zażądała głosu. Mówiła ona rzadko na zebraniach, ale liczono się z nią.
— Mam wrażenie — mówiła — że jesteśmy ślepi. Jutro brat nasz idzie zginąć za sprawę. Tak czy inaczej zapatrujemy się na to — rezultat jest jeden i ten sam. Wszyscy już dawno rozstaliśmy się z osobistym życiem. Żyjemy już tylko jako momenty historii. Człowiek stwarza historię po ciemku, my chcielibyśmy żyć, widząc. I dlatego nie ma i nie może w nas być nic prócz tego nieustannego spalania się w świecie przyszłości. Jesteśmy razem, to jest jedyna ludzka strona naszego istnienia. My sobie zastępujemy wszystko; szczęście, życie i cały świat dla każdego z nas — to nasza gromadka. Tu każdy z nas żyje nie jak katorżnik jutra, lecz jak człowiek. Tu odpoczywa. Dzisiaj ginie i to ostatnie. Sołowjew idzie na śmierć, jakby był sam. Jakby sam szedł przez tłum ludzi nieznających go. My dzisiaj sądzimy go tylko. I on stoi tu przed nami nie jak brat wobec braci, lecz jak przed sędziami. Ważyliśmy jego serce...
— Daj spokój, Olga — rzekł cicho Sołowjew — ja widzę do głębi dusz. Ja rozumiem. Jutro ja pójdę w śmierć, a wy zostaniecie. Szczęśliwszy jestem od was. Jeżeli jest wśród was ktoś, co zażąda tego czynu, oddam mu go. Ale musi czuć się bardziej przekonany ode mnie. Rok cały myślałem o tym dniu: całą istotą zżyłem się z nim. Nie zawaha się we mnie nic, nie będzie we mnie ani jednego drgnienia obcego czynowi.
— Losujmy — rzekł Goldenberg.
Sołowjew popatrzył na niego, podszedł i pocałował go dwa razy w usta.
— Bracie, nie — rzekł — ty sam wiesz, że nie.
Goldenberg pochylił głowę.
— Jeżeli tobie się nie powiedzie — rzekł — pójdę cię pomścić.
— Mnie — rzekł Sołowjew — mnie oni nic nie zrobią. Gdy szedł w dawnych wiekach rycerz w kraj nieprzyjaciół, ofiarowywał się śmierci. Sam całą duszą uczył się umierać w długie, samotne wieczory i ranki. A kiedy cały był już skąpany w czarnej rzece, szedł. Był nietykalny. Nie mógł go zabić nikt, nikt mu nie mógł odebrać swobody. Wszystkiego dokonał już przedtem on sam. I mógł stać wśród męki i urągowiska jakby duch czysty i spokojny.
Rozchodzono się już. Kirsanow podszedł do Sołowjewa i objął go. Odsunęliśmy się i słyszeliśmy łkanie. Kirsanow płakał.
— Ciężko mi — mówił. — Odchodzić tak będziecie wszyscy, wszyscy będziecie tak iść jeden za drugim, a ja zostanę tu na waszych grobach. Przekonaj mnie, że tak trzeba, przekonaj mnie, że mam prawo umrzeć.
— Nie — rzekł Sołowjew. — Ty żyć będziesz, boś wyszedł myślą poza nas. Musisz znieść swą własną myśl.
— Wolałbym iść z tobą.
— Wiem, Jerzy. Jesteś silny. Masz myśl mocną i zdrową. Przetrwasz. Trzeba, żebyś ty był. Żeby był ktoś prócz nocy nad trupami, aby myśl pozostała w głębi i kuła, bez przerwy kuła.
— A wasza krew będzie płynąć w podziemiach. Wołać będzie krew wasza: ryjesz, żyjesz, krecie.
— Umierając, będę myślał: kują myśl w podziemiu, naszą myśl. Jerzy, bądź kowalem żelaznej myśli rosyjskiego ludu. Tobie zostawiamy pamięć naszą jak młot. Stalową moc myśli wykuj w głębi dusz niewolniczych. Niepowstrzymaną jak te siły, które powołał człowiek, by mu służyły. Kuj myśl niezłomną, myśl rządzącą sobą, myśl nieblednącą.
— Pocałuj mnie jeszcze i wybacz — rzekł Kirsanow.
— Mnie, Zejdenmanowi, wybacz. Ciężką rzeczą jest żyć na mogile.
— To wy mnie wybaczcie — rzekła Ola — piękni jesteście ludzie, piękni, piękni. Nie umiałam zrozumieć was.
Zmusiliśmy Siewierowa i Kirsanowa, aby się uściskali. Była chwila uroczysta.
— Starym zwyczajem — rzekł Sołowjew — usiądźmy.
Siedliśmy w milczeniu.
Sołowjew wstał i lekko potrząsając głową, rzekł:
— W ręce wasze oddaję Ziemię i Wolę, wszystko, co mam na świecie.
I szedł potem wkoło, całując każdego trzy razy.
Goldenberg szlochał na głos.
— Ja jestem mały człowiek, zły człowiek, ja o sobie ciągle tylko myślę, wyście nie powinni ze mną żyć.
— Będę jutro myślał o tobie — rzekł Sołowjew.