Dusza miast

Dusza miast przeszła mi dziś drogę, do głębi przeniknęła mnie swym pozbawionym samotności spojrzeniem istot, które nawet we własnym wnętrzu są tłumem. Zamarło we mnie wszelkie wspomnienie świeżej zieleni łąk, zgasły gwiazdy i zwarła się nieskończoność. Owionęło mnie niezdrowe, przesycone pośpiechem i gorączką tchnienie, otoczyło powietrze ciężkie i lepkie, niby mgła zjadliwa z potu i mozolnych westchnień beznadziejnej, bezjutrznej220 pracy, wyziewów na oślep gnającego pożądania i zawiści tych, co221 już pożądać nie mogą, wysnuta. Myśli moje poblakły i pokryły się kurzem, marzeniom zabrakło przestrzeni, z ukrytych szczelin wypełzały złe, chytre nędze.

Przesmykami szerokimi jak łożyska rzek wyschłych, wąskimi jak szczeliny górskie, o kamiennych, ślepiami okien chytrze świecących ścianach przewalała się i błąkała fala istot, w których zagłuchły222 nieskończone światy. W żelaznym, ochronnym okuciu przedśmiertnym ruchem konającego dziecka szamotało się dławione, znikczemniałe223 drzewo. Szmer jego liści był zeschły, papierowy, urągliwie oswojony i po ludzku w żałości swej śmieszny. Nie pozostało w nim nic ze swobodnego, szerokoskrzydlatego szumu, który szczytami drzew w nieposkromionych łanach i otwartych polach przewiewa. Resztkami samotności mojej przylgnąłem do niego poprzez ten strzęp Wielkiej Bezimiennej do żelaznej kraty na pohańbienie i urągowisko przykutej, pragnąłem wniknąć w jej od wieków tętniące, wiecznie twórcze, niewypowiedziane tchnienie, jej hymn własnej wielkości śpiewany odnaleźć chciałem w tym żałosnym, wynędzniałym szmerze.

Pragnąłem ukorzyć się przed nią w jej niewoli i hańbie, pragnąłem odzyskać światy moje, gwiazdy moje, nieskończoną samotność mej duszy. Ponad głową moją szumiało drzewo, zapomniany odpadek Przyrody, na śmietnisko życia ludzkiego wyrzucony, i dusza moja wyschła była wciąż i bezgwiezdna.

Gdzieś daleko poza ulicami i murami miasta zapadało poza widnokrąg krwawiące się słońce, gdzieś daleko dusze ludzkie zespalały się z jego skonem i nadzieją zmartwychpowstania w cień własny się zagłębiały, i pod gwiaździstymi bezmiarami nieba wstępowały w skupione, zbożne ukojenie. Gdzieś daleko siwą pianą okryte rozbijały się o brzegi fale, szumiąc pieśń żywiołowej twórczości istnień nieznających ni siebie, ni tego, co zrodzi się z ich przemijania.

A i inne, jak zwierciadło spokojne, jak marzenie miłosne zdradliwe, wabiły swą mieniącą się błękitem i zielenią powierzchnią — w wielką, słodką, rozkołysaną i kołyszącą ciszę Bytu, nieznającego Przemiany ni Liczby. Gdzieś daleko dusza ludzka brała w siebie nieogarnioną naukę i nią rosła, w harmonię wirujących światów się wsłuchiwała, przenikała w pełen nędzy Ziszczenia rozpęd gwiazd, które się rodzą, w niepojętą ciszę zamierania tych, co dopełniły kręgu swoich przemian. Gwiazdy i światy wchłaniała w siebie i ponad nie i poza nie rozpościerała wciąż swą tęsknotę.

A nad moją głową szumiało papierowym, zmiętym szelestem zapomniane, pohańbione drzewo; szumiało wciąż jak ktoś, co224 głosu własnej skargi lęka się i wstydzi, i skarży się, i boi goryczy wysłuchania. Kędyś225 w jakieś nieznane drogi wzywał, wiódł mnie ten sierocy, własnej nędzy sromający się226 szelest, jakąś krainę dotąd zamkniętą, zakrytą przede mną mi odsłaniał, lecz nie była to niewypowiedziana, tchnienie myśli chłodem ponadludzkiej samotności ścinająca dziedzina, w której w szematy227 bytów zapatrzone snują swe bezgraniczne, niewyczerpane dzieło, głuche, nieme i dla pojedynczości zjawisk ślepe, a świat barw, dźwięku i rozgwarów228 tworzące i wyłaniające Macierze. Wyczułem jakieś bliskie, najbliższe mi tętno w kornym229 i poniżonym, samoponiżającym się, stłumionym szmerze, lecz nie było to tętno wielkiego serca świata, które w przypływie i odpływie fal morskich, krążeniu soków drzewnych i życiotwórczym szale dwojga kochających się istot jednako bije. Tu tętniło i szemrało ono, to biedne, nędzne, wstydu własnego od dumy odróżnić nieumiejące, przez samo siebie zapomniane serce moje, serce nas wszystkich, którzy drzewu szemrzącemu wśród ulicznego zgiełku podobni jesteśmy i beznadziejni jak ono.

Do drzewa mojego, drzewa, co na smutki swe, których nazwać nie umiało, na utratę mocy swej, której nie znało nigdy, śmiesznym lamentem zmiętej kartki papieru230, przez wiatr na śmietniku targanej, się żaliło, do kory jego zeschłej i spragnionej przypadłem gorzkimi ustami. W bolesnym smutku zespalałem się ze smutkiem jego, ze smutkiem i pohańbieniem istot zbyt nędznych, by nędzę własną przejrzeć, by gorycz własnego bytu nazwać mogły.

I dusza miast zajrzała mi znów w oczy, lecz teraz znalazłem w niej nieskończony, przez nikogo niewyczuty smutek pogrzebów, za którymi nikt nie idzie, żegnań z życiem, które tęsknymi oczami nie mogą wpoić się w żadną twarz bliską i drogą, które przebrzmiewają nieme w samotności i mroku, wśród sprzętów banalnych i obcych, nieosnutych żadnym pasmem rwącego się na wieki przędziwa. Gorączkę marzeń w czterech gołych ścianach gdzieś hen, na poddaszu młode dusze trawiących, pożogę, która w samotnych głowach światy przepala, by je na nowo wyłonić, ból i rezygnację zapoznania231, tęsknotę za czynem i rozpacz, gdy moc jego w duszy odosobnionej i wśród tłumu jak grób w sobie zamkniętej, w proch się rozsypuje milcząca, w spojrzeniu duszy miast, w szmerze drzewa mego, we własnym wnętrzu z nimi zespolonym wyczułem i odnalazłem.

I spowiadać mi się zaczęła dusza miast z bólów swoich, smutków swoich, marzeń swoich, głosem cichym, jak gdyby to dusza własna myśli mojej spowiedź czyniła. I opowiedziała mi sny swoje wśród nocy i za dnia, na jawie ją nawiedzające: błękitny, purpurowy i cichy.

A błękitny oddychał świeżością majowego poranku, rozbrzmiewał muzyką Szekspirowskiej feerii232, która duszy naszej szczęście prawdopodobnym czyni, a cierpienie zawsze pięknym i kojącym jak w bajce. Rozścielały się w śnie tym zielone łąki i trawa ich naginała się pod lekką stopą przechodnia, by znów powstać świeżą i nietkniętą, z tęczowego cudu rosy mieniącej się w słońcu brutalnym wstrząśnieniem nieodarta. Spośród młodej zieleni wychylały się rośnieniem233 swym rozradowane pączki kwiatów na pół rozwiniętych i żaden rozwój na myśl nie przywodził przekwitania.

Chwila, gdy rozbudzone i drżące kielichy kwiatów ku wschodzącemu słońcu się rozchylają, gdy powietrze pierwszymi promieniami słonecznego złota przenizane234 drga i rozbrzmiewa świeżym, dziewiczym hymnem, gdy nie jest jeszcze żarem i spiekotą upalnej, w rozleniwieniu południa srogiej namiętności; chwila, gdy wszystko jest wobec siebie samego zdumionym przebudzeniem i młodym, nieznającym się cudem; chwila w wieczność zaklęta, od musu przemijania i źrałości235 zezwolona. Kobierce traw świeżych i młodych, zieloności wilgnej i dziewiczej muskały stopy dziewcząt i pacholąt, zbyt pięknych, by ludźmi pełnego wieku kiedyś stać się mogli.

Z zielenią traw, z barwistą świeżością kwiatów, z akordami lekkoskrzydlnych236 zapachów, co przed wietrzną pieszczotą uchodząc z pąków zaledwie ku cudom lazurowego przestworza rozwartych, się unosiły, z muzyką w barwie, dźwięku i woni rozegraną zlewały się i zespalały świeże, naiwne głosy młodych pieśni, które nie zaznały rozczarowania, i wdzięczne, gibkie ruchy ciał, wiążących się w zgodne korowody. I była chwila w cudnym błękitnym śnie znękanej duszy, gdy wszystko zdawało się skupiać w radosnym oczekiwaniu i w drżącym wychylaniu się dusz młodych ku nowemu szczęściu — wstrzymywać oddech, by nie spłoszyć czegoś, co się stać miało, i wtedy łączyły się po raz pierwszy wśród muzyki, kwiatów i tańca, i woni jakieś młodzieńcze i dziewczęce, zaledwie rozkwitłe usta. A w oczach duszy miast, gdy mi sen swój błękitny opowiadała, widziałem dziwne, wstrętem i żałością przejmujące do głębi obrazy. Przesuwały się kobiety w ubraniach jaskrawych, o spojrzeniach wyzywających i tak trwożnych, i bezradnych zarazem pod powierzchnią bezczelną i drwiącą, jak spojrzenie psa — włóczęgi, bitego i wypędzanego wszędzie, który nie miał nigdy ni przytułku, ni pana. I widziałem smutne, z wszelkiego piękna i ludzkości odarte spotkania kobiet tych z mężczyznami, którzy na łup bezbronny wypuszczali trzymane dotąd na uwięzi zwierzę lub też spieszyli się jak ktoś, co237 czyni rzecz, której obmierzłość przeczuwa, i nie chcąc poznać jej, kradnie jej wykonanie przed samym sobą, by dusza jego dostrzec jej nie zdołała. Widziałem zetknięcia te brutalne, pospieszne, nędzne, śmieszne, widziałem w nich rzeczy, w nędzy swej i pohańbieniu duszę bolesnym spazmem238 lęku o człowieka przejmujące, rzeczy, w krótką i nikłą chwilę całe bezmiary niedoli i grozy ujmujące. Widziałem w oczach zaledwie dojrzewających chłopców błysk rozrzewnienia i braterskiego współczucia ku tym, których sprzedajne, na żer wystawione ciało zapoznawało ich po raz pierwszy z miłością. Widziałem rozpacz w oczach zawiędłych239, przedwcześnie zestarzałych mężczyzn, którzy z krótkiego szału oprzytomnieni, w ohydę rzeczywistości i prawdy swego życia wpatrzeni, spoglądali na rozpostarte ciało kobiece, obojętne i gnuśne, z myślą o innych, czystych uściskach, których nigdy nie zaznali, o najbardziej człowieczej ze wszystkich radości — ojcostwa, której nadzieja zagasła na zawsze w ich szarym, spopielałym życiu. I łzę, przez jakieś niespodziewane, z mętów nieszczęsnej duszy wyłonione przeczucie macierzyństwa wyciśniętą, widziałem w oczach nierządnych, majestatem duszy ludzkiej opromienionych w tej dziwnej, krótkiej, na bezpowrotne pochłonięcie w codziennej hańbie i brudzie skazanej chwili, gdy z wyrazem nieznanego, nieśmiejącego się nazwać uczucia spoglądały na jakąś chłopięcą głowę, do piersi sprzedajnej przytuloną. Te obrazy w spojrzeniu duszy miast widziałem, gdym słuchał jej opowieści o śnie błękitnym, śnie czystym — i zlewały mi się one ze słowami w jakiś potworny, w struchlałym wnętrzu rozpościerający się splot, który rozpacz czynił marniejszą, a każde nieziszczalne marzenie — bardziej utraconym.

Dusza miast zaś drugi sen swój opowiadać mi wtedy zaczęła, sen potęgi i przepychu — sen purpurowy.

Powstawało w marzeniach jej miasto nad brzegami szafirowego morza wzniesione, o ulicach przestwornych240, po bokach których wśród zieleni drzew bielały marmury tarasów i portyków241, białymi ławicami zstępowały ku morzu szerokie schody, wysmukłe, krągłe wystrzelały szeregi kolumn o wiązaniach zdobnych w płaskorzeźby i kwiaty. Słońce miotało rude blaski na śnieżną białość marmurów lub krwawiło je w purpurze zachodu. Życie rozlewało się szerokim strumieniem nieokiełznane, przepyszne i bujne. Kobiety żyły dla namiętności, mężczyźni — dla niebezpieczeństwa i kobiet. Wszyscy zaś wielbili piękno. Każdy ruch ich, każdy gest, każda postawa domagały się pędzla lub dłuta! Sztuka była przedłużeniem życia, życie zaś — rzeczywistością sztuki. Nie było tu między nimi granicy ni przedziału i stanowiły one tylko dwa powiaty nieustannie zlewającej się ze sobą krainy Piękna. Namiętności były tu silne i całe — nie znano podziału, obłudy lub kompromisu, nie znano obawy śmierci. Przychodziła nagle, nieoczekiwana jak wszystko, co silne — nie lękano się jej i nie ceniono życia, i nie ważono go po kupiecku na cząstki, lecz oddawano i brano w gwałtownym porywie gniewu, zazdrości, miłosnego szału. Trucizna i sztylet sprzątały więcej ludzi niż choroby i brzydzono się śmiercią naturalną, jeżeli nie „była” to śmierć starca, który nieraz jej szukał, a którego ona unikała, śmierć wśród zgromadzonych naokoło łoża pokoleń, majestatyczna i dumna... Żar południa, pełnia źrałej242 siły o wiecznie pieniącym się poprzez kraj życiowego piękna nadmiarze rozbrzmiewały w cichych słowach duszy miast, gdy opowiadała mi ona sen swój drugi — sen purpurowy.

Naokoło mnie zaś, gdym w opowieść jej się wsłuchiwał, roztaczał się inny krajobraz. Ściany domów wyrosły potwornie ku górze, zbiegły się bliżej ku sobie, owionęła243 mnie stęchła wilgoć miejsc zapomnianych przez słońce. Uliczką wąską i brudną, lepkim błotem pokrytą, snuły się w różnych kierunkach tłumy istot chudych, obdartych i brudnych. Z wąskich, ponurych czeluści bram domostw nieustannie wyłaniały się nowe rojowiska. Wszystko to spieszyło kędyś, bez uśmiechu na ustach, bez przyjaznego spojrzenia ku sobie. Nie mogłem znaleźć w tłumie ani jednego mężczyzny, którego plecy nie byłyby wygięte w pałąk, ani jednej kobiety o świeżej, niezmiętej twarzy. W dzielnicy tej nie znano młodości i dzieci nawet miały spojrzenie poważne i bez wiary w przyszłość. Na twarzach wszystkich czytałem jeden i ten sam wyraz niezmiennej beznadziejności dnia codziennego, w ruchach ich wyczytałem uporczywe z dnia na dzień powracanie jednych i tych samych zabiegów, czynności i trudów. Ze wszystkich spojrzeń tryskała żądza zarobku, obawa przemożnej nędzy. Obok mnie stanął człowiek o brodzie siwej, długiej, wychudły i wynędzniały. Ręka, którą poprawiał sobie strzęp czapki na głowie, trzęsła się od wysiłku dźwigania własnego ciężaru. Był bosy, ubranie jego składało się z samych łat, z których każda niemal innego była koloru, oczy miał wyblakłe zupełnie i jakby raz na zawsze w stępiałym przestrachu zastygłe. Stał oparty o bramę domu, do ust włożył kawałek jakiegoś rzemienia i żuł go bezzębnymi żuchwami.

— Jesteście głodni? — zapytałem.

— Nie — rzekł — ja już przywykłem. Podobno bywają ludzie syci. Dawniej jadałem, nie dużo — trochę. Potem — mniej. Teraz stary jestem. Nie robię nikomu krzywdy.

W oczach jego zamigotało coś, niby trwoga, czy nie krzywdzi nikogo, żując skórę. Zamilkł. Po chwili rzekł:

— Kto nie pracuje, nie może jeść! Wielu ludzi pracuje i też ma niewiele. Nie trzeba zabierać miejsca ludziom na świecie.

Patrzyłem na niego ze zdumieniem, on zaś z wolna opuścił się na ziemię i siadł, podwinąwszy nogi pod siebie; z ust nie wyjmował rzemienia. Głowa jego przechylała się, wreszcie zwisła; tak siedział czas jakiś nieruchomy, zastygły. Pochyliłem się nad nim — był zimny, oczy zaszły mu szkliwem244. Umarł. Brudny, obdarty tłum przelewał się obok niego. Nieruchomość starego zwróciła wreszcie uwagę, ten i ów się zatrzymał. Pochylono się nad nim, powstał gwar coraz głośniejszy. Wreszcie zrozumiałem, że to sprzeczają się o ów kawałek rzemienia, który tkwił w bezzębnych zwartych ustach starego. „Dobry rzemień — wcale dobry” — mówiono — i ku kawałkowi skóry pochylały się pożądliwe, drapieżne, o wydłużonych, pozaginanych jak szpony palcach tłumy. Jedni odpychali drugich. Wrzawa rosła. Padały przekleństwa i groźby. Wtem w czyimś ręku zabłysł nóż, okrzyki trwogi rozległy się w gromadzie, potem szamotanie się dwóch ludzi, krzyk bólu, struga krwi trysła na kamienie. Zwycięzca szarpnął rzemień tak mocno, że głowa starego opadła w tył i stuknęła głucho o kamienną posadzkę ziemi, u wejścia której umarł — bezzębne usta rozwarły się z wyrazem zdumienia i lęku i tak leżał ów kościec, żółtą skórą powleczony, dziwnie długi, z rozwartymi szeroko ustami, a zgromadzony tłum rozchodził się z wolna, zazdroszcząc temu, komu tak piękny i dobry jeszcze kawał skóry dostał się w udziale.

Dusza miast zaś opowiadać mi jęła245 sen swój trzeci, sen najlepszy — sen cichy.

Szum drzew odwiecznych, dobrotliwie nad ludzkim życiem i śmiercią zwieszających swoje gałęzie, szum spokojny i niezamącony, do snu kołyszący i nowych przetworzeń, a poza tym cisza; czasami tylko owad jakiś przeleci w powietrzu, brzęcząc, lub trawa się odezwie albo ptak jakiś zaświergoce. Cicho śpią obok siebie w cieniu drzew zieloną darnią pokryte mogiły miejscowego cmentarza. To, co myślą, niepokojem, troską, lękiem, nieukojone tęsknotą było, tu, na łonie dobrej wielkiej matki spoczywa, w jej objęciach zapomina o ciężkich, złudnych snach życia, jej wielkim, szerokim życiem po latach oderwania znów żyć i czuć się przyucza. Tu wszystko, co w rozpojedynczeniu, rozproszeniu życiowym nie poznawało siebie wzajemnie, wszystko, co było szamotaniem się utarczki i sporu, staje się znowu jednością. Szerokim, wolnym oddechem wznosi się pierś ziemi ponad strudzonymi, zmęczonymi kośćmi, wszystkie je w siebie bierze, ona, która wie wszystko, jest wszystkim — wielka, cicha macierz. I w cieniu lipy, rojem pszczół rozbrzęczanej, ukazywała się w śnie cichym — staruszka, o włosach białych, o uśmiechu spokojnym i mądrym, spojrzeniu siwych oczu przenikliwym i dobrym. Na ludzkie zło i dobro spoglądała z tym samym niezmąceniem. Na głowę zbrodniarza zapowietrzonego jak na głowę świątobliwego człowieka, który przeżył życie w poświęceniu i cnocie, kładła jednako swe ciche dłonie. I nagle milkło dobro i zło, cnota i zbrodnia, i stawały się jednym — myśli rozproszone, biedne myśli ludzkie wnikały w jedyny, wszystkim rządzący Rozum Wielkiego Fetysza ziemi; i woń ziół, i płodność zwierząt, i ludzkie czyny — wszystkie zlewały się tu w jedno, w jej wielkie dobrotliwe życie. I coraz to jakieś tłumnie skupione głowy przypadały do kolan wszystko przebaczającej, wiecznie swe marnotrawne dzieci przyjąć gotowej macierzy — Ziemi. I coraz to nowe wyrastały mogiłki w cieniu drzew na cichym cmentarzu, i zdawało się, że ta ziemia tylko oddycha, i za każdym westchnieniem nowe życie, nowe siły w siebie chłonie.

A przed oczami nowy rozścielał246 się widok — gdzieś wysoko, ponad rzędami czarnych okien świeciło jedno. Światłem tym ciągnęło mnie i nagle ujrzałem to, co było poza nim, jakby nagle kotara jakaś rozwarła się w mej duszy. Wśród gołych ścian, nierównych, mrocznych, źle rozświetlonych przez migotliwy płomień lampki nocnej, na tapczanie, siennikach, ławkach, we wszystkich rogach wielkiej izby spali ciężkim, ołowianym snem mężczyźni i kobiety. W jednym z kątów kobieta chuda i siwa, choć nie stara, karmiła dziecko wyschłą, żółtą piersią. Dziecko krzyczało i miotało się konwulsyjnie. W innym rogu dziecko spało w kołysce, poruszanej automatycznie przez matkę, która już zasnęła na stojącym obok łóżku, lecz przez sen jeszcze wykonywała jeden i ten sam ruch z prawidłowością zegarowego wahadła. Lecz oczy moje w innym pobiegły kierunku i tu przywarły nieruchome, przygwożdżone niewidzialną siłą. Na tapczanie, wśród wysoko ułożonych poduszek, leżał mężczyzna chudy tak, że kości przeświecały przez skórę. Oczy żarzyły się wielkie i czarne w głębokich oczodołach. Przy posłaniu klęczała kobieta blada, o jednym paśmie siwym w czarnych włosach, cała w szept chorego zasłuchana, do ust jego oczyma przykuta. Uliczny gwar wpadał co chwila do pokoju, głuszył ciche, przerywane słowa, zlewał się z krzykiem dziecka, miarowymi uderzeniami kołyski, chrapaniem śpiących.

Za ścianą grał ktoś na harmonijce, od czasu do czasu wykrzykiwał coś pijanym zachrypniętym głosem.

Chory szeptał:

— To jedno wiedz, to jedno pamiętaj, Maniu, o tym jednym myśl, a będziemy razem, nie tu, ale tam, w Wiecznej, niezmiernej Prawdzie Bytu — razem. Wieczność jest i nieśmiertelność jest także. Tylko by być wiecznie, trzeba być. Człowiek zwykle nie jest, jest rozproszony, jest wielością, trzeba, by był jednym; kto zdoła się skupić w sobie i stać się jednym w chwili śmierci, ten będzie na wieki. Inaczej rozproszy się dusza jego, jak i jego ciało. Maniu, Maniu, pamiętaj! Ja to odkryłem. W chwili śmierci stań się jedną myślą, jednym czuciem, wszystkie inne tłum, a będziesz wiecznie, będziemy razem w Wieczności. To wszystko jest tylko sen i próba. Maniu, Maniu! — szeptał, zachłystywał się, brakowało mu tchu. Kobieta łkała cicho głębokim, bezdźwięcznym płaczem. Trwało to godziny, dnie czy tygodnie. Dusza moja stała się duszą chorego człowieka, ja sam znikłem, stałem się sobie samemu przedmiotem obojętnym i obcym.

Nastała chwila, gdy nie mógł, nie mogłem już mówić. Pokój dygotał i trząsł się od turkotu przejeżdżających, ciężkich wozów fabrycznych. Światło migotało, z prawej strony łóżka dochodził płacz, który rwał mi w strzępy zbolałe serce. Pozostało mi tylko to jedno uczucie bólu, wszystko inne znikło. Ciała jakby nie było wcale, widziałem tylko kształt chudych swoich nóg pod kołdrą, ale ich nie czułem. Zza ściany rozlegała się muzyka harmonijki i ochrypła pijacka śpiewka, dziecko płakało wciąż i kołyska wybijała swój rytm jakby w samym wnętrzu mej duszy. Dusza moja była teraz miejscem, poprzez które przesuwały się myśli, uczucia, wspomnienia. Strasznym natężeniem starałem się skupić całe swe światło wewnętrzne na jednym punkcie. Wybrałem myśl, która była treścią całego mego życia; widziałem ją jasno, choć nie mogłem jej nazwać. Zaniepokoiło mnie to, lecz pomyślałem, że to tak być musi, że te słowa tracą władzę nade mną, który wchodzę w wieczność. Lecz ta nowa myśl przesłoniła mi tamtą — nie mogłem jej już odnaleźć. Uczułem straszny żar rozpaczy, prędzej, prędzej; nie mogłem, zdawało mi się, że ją ujrzę za chwilę, lecz co chwila przesłaniało mi ją coś nowego: harmonijka, nie, to śpiew, nie, to płacz żony, a tam płacz dziecka; co to jest dziecko? Wszystko zaczynało krążyć i straszna, niepojęta trwoga, a... Ta myśl zaginiona, za chwilę wszystko się rozstrzygnie — prędzej, prędzej, pokój drży, to wozy, nie, to lampka zgasła... Aa, to ja nie widzę. Mrok, mrok jeszcze, jeszcze czas. Myśl moja, moja myśl! Gdzie ona? Mniejsza o nią, skupić się na czymkolwiek. Bezsilne migotanie czegoś, czego nie można nazwać — coraz słabiej. O!

Teraz widziałem nieboszczyka z wyrazem piekielnej, zastygłej rozpaczy na twarzy, wpatrywałem się w nią i nie mogłem pojąć, czy tę straszną śmiertelną walkę przeżyłem ja, czy on. Nie mogłem odwrócić oczu od twarzy jego, jakby wykutej z przerażenia i buntu.

A dusza miast pochyliła się nade mną i sen swój czwarty, o którym milczała dotąd, opowiadać mi zaczęła — sen straszliwy, błyskawicami Gniewu Pańskiego nad grodami Nieprawości zawisły.

Osobliwe przygody i doświadczenia księdza Dionizego Suchoszczapskiego

Ksiądz Dionizy Suchoszczapski miał umysł żarliwy i skłonny do dociekań; w seminarium już wzbudziło to pewną nieufność w jego zwierzchności.

— Nie lubię ludzi chytrych i traktujących wszystko poważnie — mówił o nim ksiądz regens247 Lizus-Ślizgalski — takim bowiem był Kalwin248. — Ksiądz regens przez codzienne używanie tego porównania przywiązał się do niego tak, jak do swoich safianowych249 pantofli i spoglądał na Suchoszczapskiego podejrzliwie i z pewnym zdumieniem, gdyż widział w nim już przyszłego herezjarchę250, a więc istotę należącą do gatunku głęboko dla niego niepojętego.

Wprost przeciwnego zdania co do przyszłości młodego alumna251 był ksiądz profesor Dogmat-Twardzicki, który w ciasnym i upartym czole Suchoszczapskiego wyczytał uzdolnienie do roli prokuratora Świętej Inkwizycji, na intencję przywrócenia której modlił się co dzień, a suszył252, leżał krzyżem i biczował się co piątku, rozdając w tym dniu także dość hojne jałmużny. Toteż nie wątpił, że Bóg miłosierny pozwoli mu jeszcze przed powołaniem go do Swej Chwały widzieć tak upragnioną przez jego chrześcijańskie serce śmierć na stosie osób, których listę krótszą i szczegółową starannie opracowywał i odczytywał co dzień z lubością253 przed udaniem się na spoczynek i po odmówieniu pacierzy wieczornych, i rano podczas karmienia gołębi, w których niezmiernie był rozkochany. Był to bowiem człowiek cichy i niezmiernie łagodny.

Różnica w zdaniach co do przyszłości Suchoszczapskiego stawała się niekiedy przedmiotem sporów pomiędzy jego zwierzchnikami i kierownikami moralnymi.

— Ten człowiek przywiązuje zbyt wielką wagę do dogmatów254, zajmuje się nimi zbyt uporczywie; wszystko musi zgłębić, poznać, sformułować, nieustannie wdaje się w jakieś rozróżnienia, kontrowersje — mówił ksiądz Ślizgalski.

— W ten sposób może przygotowuje go palec Boży do wielkiego posłannictwa, które go czeka w przyszłości. Znać musi dokładnie dobre ścieżki ten, kto ma kiedyś zbaczających nawracać — odpowiadał ksiądz profesor Twardzicki.

Ksiądz regens zwykle milkł na ten argument, raz jednak, będąc szczególniej podniecony, nie wytrzymał:

— Ksiądz profesor zawsze swoje, a tymczasem Święta Inkwizycja jest bezwzględnie instytucją przestarzałą i z duchem czasu niezgodną.

Usłyszawszy to, ksiądz Twardzicki oniemiał, popatrzył na księdza regensa dziwnym wzrokiem, ale nie powiedział już nic w tym przedmiocie, lecz porozmawiawszy z księdzem Lizusem-Ślizgalskim z niezwykłą uprzejmością i słodyczą o różnych sprawach bieżących, powrócił do siebie i karmiąc swoje gołąbki, wpisał imię księdza regensa zrazu na listę bardziej szczegółową — z dodatkiem „podejrzany”, potem, namyśliwszy się, skreślił je i wpisał na listę krótszą osób szczególniej obciążonych w jego oczach, a obok niego postawił wyraz: „pelagianista”255. To uczyniwszy, podszedł do biurka i podkreślił uczynioną notatkę czerwonym atramentem, przewrócił w notesiku kilka stronic i w rubrykę wydatków osobistych wpisał „grochu cukrowego dla gołębi: kwarta groszy 20”.

Po ukończeniu seminarium i otrzymaniu święceń kapłańskich ksiądz Suchoszczapski ani twórcą nowej herezji, ani członkiem Świętej Inkwizycji nie został, ale objął jeden z wakujących256 wikariatów257 i oddał się całkowicie swoim obowiązkom i systematycznemu zastanawianiu się nad nimi. Ponieważ zaś myślał zarówno wolno, jak wytrwale, więc po upływie dwóch lat zaledwie sformułował wątpliwości, które narzucały mu się z powodu opłaty pobieranej za nabożeństwa żałobne.

„Nabożeństwa te są potrzebne — myślał — do zbawienia duszy, zależy od tego, czy rodzina zmarłego lub osoby o nim pamiętające mają pieniądze; czyżby więc zbawienie miało też od stanu majątkowego zależeć?”. Sformułowawszy ten wniosek, zaniepokoił się i napisał w trapiącej go sprawie specjalny list do dziekana. Zamiast odpowiedzi odebrał wezwanie stawienia się osobiście, które zresztą było zredagowane tak uprzejmie, że wyglądało raczej na zaproszenie.

Dziekan księdza Suchoszczapskiego należał do rasy księży „wytwornie tłustych”, miał dobrego kucharza i podobno niezłą bibliotekę. Przyjął księdza Suchoszczapskiego niezmiernie uprzejmie, posadził go na amarantowym258 fotelu i poczęstował dobrym cygarem.

— Bardzo zainteresował mnie wasz list, księże — rzekł — dziwię się tylko i zrozumieć nie mogę, co was właściwie niepokoi i zatrważa. Skoro okazuje się, że pieniądz jest potrzebny dla zbawienia, grzechem byłoby powątpiewać o tym.

— Jednakże Ewangelia mówi, że „łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niźli bogatemu wnijść259 do królestwa Bożego” — wykrztusił nieśmiało ksiądz wikary.

— Należy oczywiście rozumieć, że tu zostały opuszczone słowa: „jeżeli nie jest dość bogaty”, gdyż mogłyby one zbyt wielu przerażać i zniechęcać.

Ksiądz Suchoszczapski mimo woli roztworzył260 usta z podziwu, wydawało mu się to proste i logiczne.

— Dlaczegóż więc — rzekł po chwili — duchowni czynią ślub ubóstwa?

— Ależ naturalnie dlatego, aby dać poznać, że jedynie tak wysoki Sakrament, jak kapłaństwo, majątek zastąpić może.

Ksiądz dziekan spostrzegł wyraz oszołomienia na twarzy Suchoszczapskiego, uśmiechnął się i rzekł:

— Wydaje się to wam nieco nowe, nic dziwnego, nic dziwnego — w Kościele katolickim wieje dziś nowy prąd, zbliżenie — że tak powiem — do życia i jego wymagań. To trudno, Kościół jest dla ludzi i jeżeli oni oddalają się od niego, to musi podejść do nich. Trudne to nieraz, niewątpliwie, ale przy dobrej woli, stopniowo, wszystko da się wykonać.

Tu ksiądz dziekan zamilkł na chwilę, przełknął ślinę, wreszcie zaczerwieniwszy się z lekka, rzekł:

— Tak na przykład ja pracuję nad dziełem, w którym, gdy wyjdzie, znajdziecie, księże wikary, rozwiązanie niepokojących was pytań. Tymczasem zaś sądzę, że ułatwiłoby wam zrozumienie wielu rzeczy, gdybym wam przeczytał stronicę, którą przed chwilą napisałem.

Ksiądz Suchoszczapski skłonił się, zamamrotał coś i opuścił cygaro na dywan. Wobec tego ksiądz dziekan wziął do ręki gruby zeszyt. Rozdział zatytułowany jest: Neokatolickie pojmowanie zasad wiary, stwierdzone przez zasady oczyszczonego od błędów Darwina. Na brzmienie tego nazwiska ksiądz Suchoszczapski drgnął mimo woli, był bowiem przed kilku laty obecny przy auto-da-fé261 w miniaturze, podczas którego ksiądz Dogmat-Twardzicki spalił na zaimprowizowanym z kilku pudełek zapałek stosie wyciętą z fotografii figurkę, noszącą to właśnie miano i przybraną w sporządzony z bibuły całkowity, zgodny z tradycją kostium kacerski262.

Ksiądz dziekan zaś mówił tymczasem:

— Widzę, że was to dziwi, że mówię o Darwinie, ale zobaczycie, że jeżeli się tylko usunie pewne nieporozumienia, mówi on rzeczy bardzo rozumne i przez Zakon Ojców Jezuitów263 dawno praktykowane.

— Początkowo — mówił — chciałem zatytułować tę pracę: Podstawy neokatolicyzmu, czyli zasady wiary katolickiej na użytek majętnych i dobrze myślących bezwyznaniowców systematycznie wyłożone — odradzono mi to jednak, zmieniłem więc tytuł i dzisiaj brzmi on: Neokatolicyzm, czyli zasady wiary katolickiej, pogodzone z wymaganiami ekonomii politycznej i prawami przemysłowego wzrostu społeczeństw.

To powiedziawszy, zaczął czytać: „Teoria Darwina widzi źródło postępu i rozwoju w walce o byt, w empirycznym swym zaślepieniu jednak i zacietrzewieniu nie dostrzega głębszych przyczyn i praw rządzących tą walką. Czyż bowiem nie jest ona dziełem Opatrzności i czyliż wola Boża nie ujawnia się w niej? Streścić więc całą zdrową istotę darwinizmu można w ten sposób: «Bóg jest zawsze ze zwyciężającymi». Jawną zaś jest rzeczą, że Kościół katolicki w całym rozwoju dziejowym kierował się tą zasadą i brzydził się zawsze słabszym jak potępionym. Słabość bowiem może być tylko skutkiem gniewu Bożego, inaczej niepodobna jej zrozumieć. Tymi prawidłami kierować się powinien i rzeczywiście kieruje Matka Nasza Kościół Święty w trudnych dzisiejszych okolicznościach, jak na przykład w sporze germano-słowiańskim. Tam, gdzie pierwiastek germański jest silniejszy, być Germaninem znaczy to samo, co znajdować się w stanie łaski, a każdy katolik do stanu tego dążyć powinien, a więc starać się winien też, by w najkrótszy i najłatwiejszy sposób stać się Niemcem. Czy znaczy to jednak, aby Kościół nasz sprzyjał szczególniej Niemcom? Nie, jest on wzniesiony ponad narodowości i rasy i skoro się tylko okaże, że Niemcy są słabsi, natychmiast się od nich odwróci”.

Długo jeszcze czytał wytworny dziekan, a gdy wreszcie ksiądz Suchoszczapski do domu powracał, głowę miał pełną nowych myśli i ważnych postanowień.

Jakoż w krótkim czasie rozeszła się po okolicy wiadomość, że odmówił on rozgrzeszenia jednemu ze znanych ze skąpstwa obywateli okolicznych, Kalasantemu Starowieprznickiemu, za to, że w jakimś niepojętym dla samego siebie uniesieniu darował połowę zaległego procentu wdowie jednego ze swych wierzycieli. Ksiądz wikary ujrzał w tym brak troskliwości o zbawienie wieczne, „gdyż łatwiej jest przejść wielbłądowi przez ucho igielne, niźli bogatemu wnijść do Królestwa Niebieskiego”, jeśli ma za mało. Któż zaś może twierdzić, że ma dosyć? Czyliż nie jest pychą szatańską poprzestawać na tym, co się ma i nie starać się o pomnożenie kapitału, który w każdym czasie na mszę żałobną zamieniony być może? Czy może Starowieprznicki sądzi, że modlitwy Kościoła są dla niego zbyteczne i w takim razie istotnie na wskroś grzeszną i zatwardziałą ma duszę?

Skruszony kapitalista, wyjednawszy wreszcie odpuszczenie tak ciężkiego grzechu pychy i zatwardziałości, po powrocie do domu rozpisał do swych dłużników listy następującej treści: „Niniejszym mam zaszczyt zawiadomić Wielmożnych Państwa, że nawrócony przez spowiednika mojego i nie chcąc narażać wiecznego zbawienia duszy mojej, zmuszony jestem podwyższyć procent, jaki od Wielmożnego Państwa pobieram, do wysokości...” — tu następowała cyfra, pozostająca w stosunku wprost odwrotnym do stanu majątkowego adresata, gdyż dla ludzi bogatszych Starowieprznicki, pomny nauk księdza Suchoszczapskiego, żywił pewien szacunek jako dla takich, którzy mają stosunkowo więcej szans.

Współzawodnik Starowieprznickiego, małomiasteczkowy kapitalista Srul Pijawker, dowiedziawszy się o tym, zmartwił się bardzo. Po dłuższym namyśle postanowił przyjąć katolicyzm, co też wykonał ku wielkiej radości księdza Suchoszczapskiego i zawiadomionego o wielkim triumfie swych zasad dziekana.

Na drugi dzień zaś, po chrzcie, dłużnicy pana Stanisława (dawniej Srula) Pijawkera otrzymali okólnik264, w którym zawiadamiał on ich o swoim wstąpieniu na łono Kościoła, a także o tym „że z tego powodu będzie on od dziś pobierał procenty według neokatolickiej normy...” — tu następowały cyfry zupełnie nieprawdopodobne.

Wkrótce potem w wikariacie księdza Suchoszczapskiego zdarzył się inny wypadek, który odbił się przemożnie w całej jego karierze. W jednej z okolicznych wsi zdarzył się wypadek — młocarnia265 urwała rękę parobkowi. Majątek należał do Niemca, Johanna Schweinstimmunga, który bezwzględnie odmówił jakiegokolwiek odszkodowania parobkowi i jego rodzinie, twierdząc, że oni sami sobie są winni, gdyż spowodowali wypadek przez zwykłą głupotę „polskiego bydła” i że dowodem jego niemieckiej wspaniałomyślności jest, że nie będzie on na nich swych strat dochodził.

Ponieważ pan Schweinstimmung był katolikiem, więc chłopi postanowili udać się do księdza, aby on wpływem swym wyjednał dla nich coś od dziedzica.

Ksiądz Suchoszczapski przyjął ich i żony ich z twarzą surową, a razem266 cierpiącą; znać było, że całą duszą boleje nad ich upadkiem.

— Cieszy mnie to, bracia moi — rzekł — że przychodzicie tu z własnego popędu. Świadczy to, że nie wygasły jeszcze wszystkie iskierki prawdziwego światła, jakie Kościół katolicki w duszach wiernych roznieca. Tak jest, bracia moi, nie rozpaczajcie, bo dobroć i łaska Matki Naszej nie mają granic, nie wpadajcie jednak w zbytnie samodufania, lecz, póki czas, wejdźcie na drogę pokuty i żalu za winy. Bo, bracia moi, nie mogę zataić przed wami, że winy wasze są ciężkie, bardzo ciężkie i zważcie tylko: pan Schweinstimmung jest bogaty, a wy go narażacie na straty, jest Niemcem, a wy śmiecie się na niego skarżyć, maszyna jego kosztuje pieniądze, a wy ją niszczycie. A czy wiecie wy, że majątek jest błogosławieństwem i znakiem widomym łaski? — i tak długo jeszcze mówił ksiądz Suchoszczapski.

Chłopi słuchali, wzdychali, a jedna z kobiet, staruszka, wysoka, zupełnie siwa, o czarnych, wielkich oczach i sinych ustach, bólem i znużeniem zwartych, patrzyła na księdza z wyrazem zalęknionej pokory i raz po raz biła się w piersi. Było coś w spojrzeniu tym, co obmotywało267 się naokoło serca księdza Suchoszczapskiego i ściskało mu je jakimś dawno zapomnianym skurczem. Lecz on nie zważał na to i mówił o tym, że siła jest zawsze oznaką i dowodem łaski Bożej, że Bóg jest z silniejszymi, bo i jakże inaczej silniejszymi by być mogli. Rozeszli się, kiwając głowami, a jeden z nich, zwany przez towarzyszy Buhajem, wyprowadził z nauki księdza wniosek, że Bóg jest dlatego z Schweinstimmungiem, iż uważa go za silniejszego. Zaczaił się na dziedzica i bardzo go poturbował, po czym udał się do księdza, obwieszczając mu, że obecnie Pan Bóg jest z nim, z Buhajem, i że pan Schweinstimmung powinien wypłacić odszkodowanie. Sprawa przybrała jednak przykry dla Buhaja obrót, księdza Suchoszczapskiego zaś wysłała zwierzchność jego do klasztoru na rekolekcje „za brak taktu”.

Wyrok ten przyjął ksiądz Suchoszczapski z tępym zdumieniem — zaczęło się w nim dziać teraz coś dziwnego. W głąb duszy wżerały mu się wciąż czarne, zalęknione oczy. Zdawało mu się, że widział on je już kiedyś u kobiety zawiędłej i siwiejącej, którą zwał matką w czasie, gdy jedyną matką jego nie był jeszcze Kościół. Powtarzał „matka” i chciał zbudzić coś, co trzepotało się bezsilnie jak źródło piaskiem zasypane, ale wydobyć się na wierzch nie mogło, by orzeźwić spiekotę jego zaschłego w chudych piersiach serca. I tylko smutne czarne oczy szukały czegoś w duszy, o coś błagały swą trwogą, lecz on na próżno szukał w sobie czegoś, czym mógłby ich niemą, lękliwą prośbę zaspokoić. Nad duszą jego jak ponad drogą, którą jechał, unosiły się tumany żółtego kurzu i nagle poczuł ksiądz Suchoszczapski, że czegoś pragnie, usłyszał w sercu swym jakiś stłumiony, żałosny płacz dziecinnej, nieukojonej tęsknicy. I zdało mu się nagle, że tęskni za zielenią traw i drzew, i za błękitem nieba, i za szerokim oddechem wolnej piersi, i za wilgotnym tchnieniem czarnej ziemi, w którą ojciec jego złote, promieniejące w słońcu ziarno rzucał. Pamiętał, że wydawało mu się raz, iż ojciec światło i promień sieje w czarną rolę — nagle ze wspomnieniem tym owionęło go powietrze dzieciństwa, obudziła się w nim zapomniana, z ziemią zrosła, krzepka chłopska dusza. Ręka jego zapragnęła pługa lub kosy, tęsknym ruchem wyrzucała w żar piasków nieobecne ziarno.

I nagle, z myśli swych zbudzony, spostrzegł ksiądz Suchoszczapski, że nie jedzie sam w bryczce; obok niego siedział w piaskowego koloru kitlu jegomość o zeschłej, pergaminowej twarzy i rękach chudych i długich, dziwnie do łapek pajęczych podobnych. Oczy nieznajomego biegały wciąż tak, że niepodobna było ich spojrzenia uchwycić.

— Tak — rzekł on, niepytany — jestem Hirngespinnst, doktor Hirngespinnst; nazywają mnie także kanonikiem, ale to już drugorzędne. Główna rzecz: nazwisko Hirngespinnst — spinne268 — snuję pajęczynę z myśli... he... he... pomiędzy życiem i duszą dziwną pajęczynę, na której człowiek zawisa, a ona go obmota zewsząd, ze wszystkich stron, w serce się wciśnie, serce oplecie jak kokon, do życia nie dopuści... he... he... I bardzo niepotrzebną jest rzeczą szamotać się, pajęczynka mocna, nie popuści... he... he... Nieprawdaż, księżuniu, mocna. I tak się werznie, wpije, że o wszystkim człowiek zapomni i o niczym innym myśleć nie zdoła...

Bryczka jechała wolno, ksiądz Suchoszczapski jednym susem wyskoczył z niej, rzucił się w bok, na przełaj przez pola, lecz tuż poza sobą słyszał kroki tego niespodziewanego towarzysza podróży i jego śmieszek drewniany i skrzypiący. Ksiądz Suchoszczapski biegł, jak mógł najdalej, zrzucił sutannę, aby nie przeszkadzała mu w drodze, na jedną chwilę przypadł ustami do źródła, tryskającego niby płynny kryształ chłodny i rześki, i biegł znowu, a Hirngespinnst był tuż za nim, tuż za nim.

Dopadł do lasu, upadł bez tchu na miękkie mchy. Drzewa szumiały nad nim poważnie, pochylając swe sękate, dobre gałęzie. Słońce przeglądało poprzez liście wielkie i miłosne. Ksiądz Suchoszczapski uczuł, że tryska w nim źródło długoletnim piaskiem przesypane, że budzi się w nim coś, co go z mchami tymi, drzewami, słońcem zespala.

I tu dopadł go Hirngespinnst, cienkimi rękoma szyję oplótł i śmiał się, ściskając coraz mocniej, mocniej.

Drzewa szumiały uroczyste i bezgrzeszne, słońce spływało miłością i złotem, a Hirngespinnst śmiał się cicho, oplątując szyję Suchoszczapskiego wpijającymi się w nią cienkimi rękoma.