Wstęp
Zaznaczam z góry, że cała ta część mojego „dziełka” może się wydać wielu ludziom śmieszna, a nawet zbyteczna. Śmieszna to ona może i jest, ale co do zbyteczności, to śmiem w nią wątpić (lub o niej wątpić, jak chcą niektórzy — ja jestem za równouprawnieniem obydwu zwrotów. Pierwszy jest silniejszy niż drugi, a nie jest taką już znów potwornością językową, którą trzeba ukatrupić na miejscu). Oczywiście zbyteczność różnych rozdziałów będzie różna. Ale ponieważ piszę tę książkę absolutnie dla wszystkich, więc nie mogę brać pod uwagę tego, że pewni ludzie, lub nawet ugrupowania społeczne, nie znajdą w niej nic nowego. Chcę podzielić się z ogółem pewnymi doświadczeniami własnymi, a nawet wiadomościami, które mam od innych ludzi, a których ci nie mogli dla różnych przyczyn uczynić własnością publiczną. Jestem prawie pewny, że w pewnych kołach durniów i draniów książka ta będzie przyczyną jeszcze gorszego psucia mojej i tak już przez wymienione P. T. czynniki popsutej opinii. Trudno. Przeciw zorganizowanej głupocie i świństwu jeden człowiek walczyć nie może. Muszę zbierać teraz owoce całego życia poprzedniego, w którym starałem się zawsze mówić to, co myślałem naprawdę, bez względu na osobiste dla mnie skutki.
I. O brudzie
Czystość fizyczna osobista nie jest wcale rzeczą tak drogą, jak to się niektórym wydaje. Nie mówię o czystości publicznej (domów, ulic, placów itp.) — nie będę też wdawał się w kwestie czystości mieszkań, jakkolwiek sądzę, że też za psie pieniądze po prostu jest ona osiągalna. Mimo to często widzi się mieszkania, w których wiszą na ścianach drogocenne obrazy, i wszystko jest udywanione i wypoduszkowane, a jednak panuje w nich brud, a nawet smród, często subtelny, ale jakościowo bardzo jadowity. Mam wrażenie, że czystość mieszkań, a dalej czystość publiczna jest funkcją czystości osobistej. Trzeba zacząć od siebie, a z czasem wszystko powoli się wyczyści, bo czysty człowiek nie potrafi żyć w otaczającym go brudzie. Lenistwo i nieświadomość co do tego, jakimi środkami zdobyć czystość, zdają mi się być przyczynami tego stanu rzeczy, który chcę opisać i podać przeciw niemu środki zaradcze. Czemu większość ludzi, którzy bezwzględnie śmierdzieć nie powinni, jednak śmierdzi? Mówię tu o tak zwanej inteligencji, półinteligencji i warstwach poniżej leżących. Nie będę się tu wdawał w analizę smrodologiczną arystokracji niższej i najwyższej, ponieważ zbyt mało znam tę sferę. Ale na podstawie pewnych nikłych danych mam wrażenie, że i tu dałoby się coś na ten temat powiedzieć. Poza kwestią mycia się występuje tu problem zmiany bielizny i ubrania. (Ostrzegam z góry, że będę mówił rzeczy przykre — kto nie chce ich słyszeć, niech nie czyta.) Ale jakiekolwiek są stosunki bieliznowo-ubraniowe danego człowieka, będą one bezwzględnie lepsze, o ile człowiek ten będzie się myć porządnie. Oczywiście ideałem byłaby codzienna zmiana całej bielizny i jak najczęstsze zmienianie ubrań. Ale jeśli ktoś na to nie ma, może przedłużyć czas zmiany za cenę pewnej pracy nad czystością ciała.
Są narody czyste i są brudne. Powiedzmy sobie otwarcie, że należymy do tych ostatnich, i starajmy się temu zaradzić. Czytając powieści polskie, rosyjskie lub francuskie, zawsze mam ten problem na myśli: czy aby ci wszyscy ludzie są dobrze wymyci. Przeszkadza mi ta myśl w przejmowaniu się losami występujących postaci, psuje mi najpiękniejsze sceny, zaćmiewa horyzonty najwznioślejszych uczuć. Mimo wszystkich wad literatury angielskiej wiem jedno — cokolwiek robią, czują i myślą Anglicy, ci są prawie na pewno na ogół czyści. Rosjanie mają tę wyższość nad innymi narodami brudnymi, że jakkolwiek cały tydzień się nie myją, co sobotę jednak wyprażają się w „bani”, wyszorowują maczałkami, wybijają się rózgami i przynajmniej przez niedzielę, a może i poniedziałek mają otwarte pory skóry całego ciała, a nie tylko niektórych jego, najbardzej skłonnych do tak zwanego nieprzyjemnie „zaśmierdzania się”, części. Okropne rzeczy, ale raz trzeba powiedzieć je otwarcie. Człowiek jest, wziąwszy go cieleśnie, dość paskudnym stworzeniem. Pewien hrabia (!) raniony w rękę nie odwijał jej długi czas i trzymał ją pod gumowym bandażem. Ręka zaczęła śmierdzieć. Pokazywał ją innym krzycząc znamiennie: „Żadna noga tak nie śmierdzi, jak moja ręka. Niech pani powącha”. I pchał obecnym pod nosy swoją wspaniałą, rasową, hrabiowską rękę, która rzeczywiście wydzielała subtelną, ale skondensowaną woń przepojonego kulturą dziesięciu wieków ciała. Hrabia — a cóż dopiero mówić o zwykłej „wysokiej szlachcie, świetnym korpusie oficerskim i P. T. publiczności”, jak to było napisane na cyrkowym afiszu z czasów austriackich. Przyczyną przykrych zapachów ludzkości są ubrania. Daleko mniej śmierdzą (pomijając przykre dla nas, jako należących do innej rasy, różnice jakościowe) ludzie dzicy, chodzący nago. A jakże wspaniałe są pod tym względem wszelkich rodzajów bydlęta — zawsze świeże, z doskonale wywentylowaną skórą, wydrapane, wygryzione, wylizane, jak to mówią, na „hochglanz108”. Człowiek jest, ogólnie biorąc, szczególniej w parażach klimatu średniego i zimnego, najbrudniejszym bydlęciem świata, i to głównie z powodu konieczności noszenia ubrań. Ogólnie wiadomo, że na ogół ręce mniej śmierdzą niż nogi — a czemu? Bo nie są zamknięte (exemplum109 ów hrabia i jego rączka) i są oczywiście częściej myte. Chodzić gołym nie można, ale wszystko można nadrobić myciem się, zapamiętałym, fanatycznym, wściekłym. Koszta są minimalne, a czas również bardzo niedługi daje się z łatwością wydrzeć zachłannemu snowi przy minimalnym wysiłku woli. A więc do dzieła, brudasy, a za kilka lat ludzie w mieszkaniach swych i gmachach publicznych: kinach, teatrach, poczekalniach itp. instytucjach, nie będą potrzebowali wdychiwać potwornego niepachu wydzielin niedomytej trzody ludzkiej, z czego wyniknie daleko większa wzajemna życzliwość i pogoda w odniesieniu do tzw. „innych”, której tak brak w naszych stosunkach społecznych. Przecież w porównaniu do innych narodów Polacy są pod tym względem wprost straszni. Ile energii idzie choćby na okazywanie sobie wzajemnej pogardy na ulicy. Nigdzie indziej tego nie ma, przynajmniej w tym stopniu. A wewnątrz gmachów stanowczo smród potęguje to nieprzyjemne zjawisko. Niestety każdy niedomyjec nie zdaje sobie sprawy, że sam jest elementem ogólnego niepachu, że dla innych jego smrodki, które u siebie toleruje, wcale nie są znów tak przyjemne, jak dla niego samego, a może i dla najbliższych.
Otóż moja ogólna teoria smrodu ludzkiego jest następująca i prosta, jak teoria równań różniczkowych czy tensorów: niedokładne mycie całego ciała, a dokładne mycie pewnych jego części: twarzy, szyi, nóg, pach itp., jest powodem, że wszystkie świństwa, które muszą się wydzielać z organizmu przez całą skórę, wydzielają się tylko przez te części, których pory skóry są odetkane. Znałem pewnego eleganckiego pana, który narzekał ciągle, że mu śmierdzą nogi. Mył je po trzy razy dziennie i im dokładniej to czynił, tym było gorzej. Po prostu nie mył się cały dokładnie i wszystko, co miał w sobie najpaskudniejszego, wychodziło mu z ciała przez nogi. Oczywiście są choroby, na które nie ma ratunku. Ale z chwilą dokładnego mycia się zniknęłyby te wszystkie środki, o których ogłoszenia w gazetach czyta się ze specyficzną zgrozą: „Antismrodolin usuwa przykry zapach pach, nóg...” itd. Brrrr... Co za świństwo. Zamiast wydawać pieniądze na podobne ohydy trzeba je zużytkować na kupienie:
1. Dobrego, prostego nawet mydła — zupełnie wystarczy dla ludzi względnie prostych dla umycia codziennego całego ciała.
2. Szczotki — najlepsze są dla tego celu szczotki firmy Bracia Sennebaldt (Bielsko, Biała, Śląsk), 29 H N°2, 30 F N°2 i 137 ε), które przez tę firmę polecane są do bielizny. Wszyscy, którym ofiarowałem szczotki te (a rozdałem już przeszło dwa tuziny dla propagandy), błogosławią mnie i tę firmę. Szczotki są szczecinowe i na pierwszy „rzut oka” robią wrażenie za twardych. Wymoczone trochę w gorącej wodzie stają się wprost wspaniałe. Znałem panie skarżące się na chroniczną chropawość skóry. Po użyciu szczotek stały się gładkie jak alabastry. Pumeks jest tu niczym — wygładza powierzchownie. Tylko szczotka jest w stanie odetkać pory zalepionej tłustym brudem skóry. Wiele osób uważających się za czyste tonie w brudach jak nieboskie stworzenia. Iluż znałem ludzi przerażonych twardością szczotek tych, którzy potem z rozkoszą tarli nimi swe ożywione jakby cudem, sflaczałe ciała nieomal do krwi. Ostatecznie szczotkę można stosować nie co dzień (co drugi lub trzeci dzień), ale mycie codzienne całej skóry mydłem jest obowiązkiem każdego, który chce się za człowieka uważać. Oczywiście są ludzie, którzy nawet nie bardzo się myjąc, mało stosunkowo śmierdzą. Tym lepiej dla nich i dla innych. Ale to nie uwalnia ich od mycia się ze względu na ich własne zdrowie. Naturalnie że zwiększająca się ilość mieszkań z łazienkami i łazienek publicznych przyczynia się znakomicie do wzrostu czystości ogólnej. Ale łazienki trzeba też umieć używać. Znałem ludzi należących do „najlepszego towarzystwa”, którzy poprzestawali w ciągu tygodnia na zimnym prysznicu bez mydła (używali je tylko do części zasadniczych, i to nie bardzo) i następnie wycierali się włochatym ręcznikiem. Codzienna długa ciepła kąpiel jest niezdrowa, szczególniej dla osób nie mających nadmiaru energii. Ale wymycie się mydłem w całości ciepłą, a potem zimną lub choćby tylko zimną wodą jest absolutnym obowiązkiem każdego.
3. Dla ludzi nie posiadających łazienek służyć może w tym celu blaszana duża balia, a dla podróżujących (ze względu na brak odpowiednich urządzeń w większości niższej marki naszych hoteli) „tub” gumowy składany, rzecz trochę kosztowna, ale dla której można wyrzec się mniej istotnych przyjemności (wódki, piwa, papierosów, dancingu, radia, dorożek, aut, kina) na pewien czas, aby ją sobie za uskładane w ten sposób pieniądze kupić.
4. Gąbki albo też tzw. po rosyjsku „maczałki”.
Oto wszystko, czego trzeba, no i trochę czasu (który zawsze znaleźć można) i szacunku dla siebie i swego zdrowia, a także trochę względu na innych, którzy też są przecie ludźmi. Ale te mycia się poranne, które udało mi się widzieć, te absolutne niemycia się wieczorne (wieczorem trzeba umyć przynajmniej części zasadnicze), które obserwowałem — to są rzeczy wprost potworne. I to, powtarzam, tam, gdzie zdawałoby się, że powinno to być rzeczą samo-przez-się zrozumiałą.
To właśnie spowodowało napisanie tych słów, co nie było dla mnie wcale zabawnym ani przyjemnym. Myślę, że może niejeden(na) zaczerwieni się czytając je i będzie mu (jej) wstyd i przykro — ale może za to doprowadzą go (ją) do opamiętania. A przecież nie chodzi tu tylko o względy estetyczne, ale i o zdrowie, bo skóra jest bądź co bądź zasadniczym narządem wydzielania. Wiadomo, że człowiek ze zniszczoną nagle w dwóch trzecich skórą umiera, ale powoli można się przyzwyczaić do każdego zatrucia, a więc i do niefunkcjonowania własnej skóry. Chłopi nasi, którzy się prawie nie myją, nie giną od tego i nie śmierdzą tak znów bardzo jak inne warstwy społeczne. Ale to nie jest dowód: nie śmierdzą, bo nic już przez zatkane pory nie wydzielają, a nie giną z zatrucia, bo się przyzwyczaili przez długą praktykę — wytwarzając widać jakieś antytoksyny. Ale jacy by byli, gdyby się myli, tego nie wie nikt.
II. O gimnastyce
Jestem wielkim przeciwnikiem rozwydrzenia sportowego, które się w ostatnich latach rozwinęło. Te „ambasadory” polskie (szczególnie polskie wobec zacofania na innych punktach) za granicą, te Ciumpały i Wyprztyki110, które reprezentują tężyznę narodu i są czczone jak bogi jakie, to jest gruba i niezdrowa przesada. Nawet już nie zazdroszczę sportowi miejsca w gazetach codziennych ani pism specjalnych, których nie mogła się doczekać nigdy nasza sztuka. Sztukę najwyraźniej diabli biorą i może naprawdę nie warto się już tak bardzo nią zajmować. Ale to ciągłe zaprzątanie umysłów młodzieży tylko tym, że Jasiek Wątorek skoczył o trzy cm wyżej niż Maciek Wąbała, jest objawem przykrym i mogącym na długich dystansach dać w wymiarze ogólnej kultury narodowej wyniki bardzo smutne. Tym bardziej że sport rekordowy musi mieć, jak i wzrost, i siła ludzka, określone granice, których się nie przekroczy, choćby się nawet i pękło. Oczywiście muszą być specjaliści, którzy tylko rekordowemu sportowi poświęcać się będą mogli. Niech sobie będą i niech nawet dla odpoczynku pewna ilość ludzi zajmuje się ich wyczynami. Ale nie może to dochodzić do tego stopnia, żeby na nic już innego czasu w życiu nie zostawało, przynajmniej w sferze myśli. Bo oprócz tego jest radio (jako radiokręcicielstwo, a muzycznie biorąc jako to, co nazywam „wyjącym psem”111), dancing, niekiedy już od rana, jest kino, które coraz mniej nowego ma do powiedzenia i w którego obiecywaną wspaniałą przyszłość coraz mniej chce się wierzyć, jest gazetka, puchnąca z dnia na dzień i zastępująca niektórym wszelką inną lekturę, dla tych np., dla których Wallace czy nasz Marczyński (o Boże!) jest już literaturą zbyt ciężką. Na żadne tzw. „wyższe” zainteresowania nie ma się już czasu: grozi zupełne zbydlęcenie i ogłupienie. Ciągłe obniżanie poziomu artykułów, książek i teatru do gustu danego przekroju społecznego doprowadza do tego, że wychowuje się coraz niższej wartości pokolenia, do których poziomu znowu trzeba się obniżać, i w ten sposób dojdzie się wreszcie do społeczeństwa kretynów, dla których naprawdę sztuki Kiedrzyńskiego będą „niezrozumialstwem” w teatrze z powodu ich zbytecznej filozoficznej głębi, dla których muzyka kabaretowa nawet stanie się poważna, a wagonowa lektura dzisiejsza będzie tak trudna, jak dziś jest dla nich teoria Einsteina. Zanika na wszystkich punktach ambicja stworzenia czegoś doskonałego samego w sobie, chęć prawdziwego wysiłku i szczerości, i dążenia do prawdy — chodzi tylko o zdobycie pieniędzy za wszelką cenę. A temu stanowi rzeczy pomaga oczywiście bezecna wprost krytyka literacka, uprawiana przeważnie przez ludzi, którzy już do niczego innego zdolni nie są i dlatego muszą być krytykami, bo inaczej by po prostu wymarli. Następuje przefałszowanie wartości na wielką skalę, jakie dawniej, w czasach przedwojennych, trudno było nawet sobie wyobrazić. Zmiany te zachodzą powoli i nieznacznie — zmieniają się w naszych oczach ludzie, których zwykliśmy cenić za prawdziwość ich w stosunku do nich samych i do innych. „Umwertung aller Werte”112, ale in minus. Rozwydrzenie sportowe jest jedną z sił składowych ogólnego przesunięcia się na stronę ciemności. Tym niemniej sport uprawiany przez niezawodowców umiarkowanie jest rzeczą wspaniałą i przeciwdziałającą fizycznej degeneracji. Kto zaś nie może się oddawać sportom, musi, ale to koniecznie i koniec, robić codziennie gimnastykę Müllera, bez przyrządów. Można do niej co najwyżej dołączyć hantle. Dla codziennej gimnastyki trzeba mieć jednak trochę więcej woli niż dla codziennego porządnego mycia się. Zerwać się o dwadzieścia minut wcześniej niż koniecznie trzeba na to, aby z ciężką, nie dospaną głową robić pozornie bezsensowne ruchy, to jest wysoka marka dla przeciętnego pracownika umysłowego, a nawet zmysłowego. Ale trzeba się na to zdobyć — nie ma po prostu rady, a po miesiącu lub dwóch dostrzeże taki nieszczęśnik, który tego dotąd nie robił, co przez ten czas stracił, a po roku lub dwóch, pomijając już poprawę stanu psychicznego i wzmożenie sił fizycznych, dostrzeże nawet ze zdumieniem zmiany w budowie swego (może przedtem zanędzniałego) ciała. Pod wpływem masaży znika tłuszcz i nawet chropawa skóra staje się gładka, pęcznieją mięśnie i całe ciało nabiera niebywałego wigoru i lekkości. Dzień, w którym dla różnych powodów nie można było zrobić gimnastyki, staje się dniem przeklętym. Cały czas odczuwa się brak czegoś nieokreślonego, a nawet lekki wstręt do siebie. Oczywiście nie trzeba przesadzać, zaczynając od niewielkiej ilości ćwiczeń (ćwiczenia rano — masaż na noc), a nade wszystko nie zniechęcać się początkowym bólem wszystkich mięśni, a w szczególności brzucha. Na brzuch, tę najbardziej zaniedbaną część ciała, kładzie Müller największą wagę. Śmiech i kaszel są w pierwszych dniach wykluczone. Ale ból ten przechodzi w trzy do czterech dni zupełnie i zostaje tylko czysta rozkosz. Oczywiście nie w chwili samego gimnastykowania się. Jest to poza goleniem się największy wysiłek z tych codziennych, programowych. Ale opłaca się stokrotnie w ciągu dnia, chociażby jako obowiązkowy akt woli, do czego niektórzy w dalszym przebiegu doby mają niekiedy mało sposobności. Do innych właściwości gimnastyki Müllera należy dodatni jej wpływ na funkcje kiszek i żołądka. Ćwiczenia należy bezwzględnie robić przed śniadaniem i przed pierwszym papierosem — oczywiście jeśli znajdzie się taki, który po przeczytaniu niniejszej książki będzie śmiał palić.
III. O goleniu się
Ktoś powiedział: „Dobrze się namydlić i mieć ostrą brzytwę czy nożyk do maszynki — oto wszystko”. Otóż nieprawda: golenie się jest rzeczą stokroć zawilszą. Nie każdy człowiek obowiązany wprost do posiadania całkowitej o nim wiedzy naprawdę ją ma w wymaganym dla jego potrzeb stopniu. Obserwacja wielu znajomych i fakt ten, że po dwudziestu pięciu latach golenia się teraz dopiero doszedłem do niektórych podstawowych wiadomości, skłania mnie do poświęcenia temu trudnemu problemowi kilku stronic tego appendixu. (Szalenie lubię appendixy, dygresje, wyjaśnienia, dodatkowe wnioski i poprawki — tylko nie w portretach, a szczególniej na żądanie klienta — to jest wprost wykluczone.) A więc oczywiście trzeba mieć dobry pędzel i dobre mydło113. Następnie bardzo gorącą wodę, w której umoczywszy pędzel należy zwilżyć nim miejsca mające być golonymi; po czym posmarować je mydłem i mydlić jak najdłużej. Oczywiście nie godzinę lub dwie. To są rady banalne dla zupełnych już prymitywów golenia się. Ale tu następuje rzecz, o której nie wie każdy z samogolarzy-amatorów: trzeba znać topografię swojej twarzy, to znaczy wiedzieć dokładnie, w którą stronę rosną włosy w danym miejscu, co nie u wszystkich bywa jednakowe. Zbadawszy to, należy od razu wszystkie miejsca (nawet wąsy) golić pod włos, i to raz tylko, a nie golić raz w kierunku rośnięcia, potem mydlić znowu i golić za drugim razem dopiero pod włos. Jest to tylko niepotrzebne rozdrażnienie skóry i strata czasu. Następnie nie każdy wie, że żyletkę specjalnie należy trzymać pod kątem mniej więcej 45° do kierunku ruchu. Nie każdy również wie, że rączkę żyletki trzeba regulować co do siły jej zakręcenia i że im więcej jest rozkręcona, tym ostrzej goli, i że stan większego rozkręcenia nadaje się bardziej do golenia zarostów starych i twardych. Oto wszystko. Ale to wszystko jest niczym, o ile ktoś nie posiada maszynki do ostrzenia nożów „Allegro” — to jest wprost cud. Każdy golący się, a szczególnie golący sobie wąsy, wie, jak piekielnym problemem, którego rozwiązanie korzystne lub niekorzystne rzuca światło lub cień na cały dzień, bez względu już na jego wypełnienie, jest golenie się. Mogę powiedzieć (a nie jestem bynajmniej agentem firmy produkującej te maszynki), że zacząłem dosłownie nowe życie od czasu, jak używam błogosławionego „Allegro”. Tajemnicą jest dla mnie, dlaczego żadna firma nożowa, poczynając od genialnego skądinąd Gillette’a, nie wyrabia kopert dla noży tak zaklejonych i ostemplowanych, żeby uniemożliwić podkładanie starych noży, na jeden raz naostrzonych na nowo i owiniętych w tłusty papier, do starych kopert. Kupuje się pięć żyletek, z których jedna lub dwie są dobre, a reszta po jednym użyciu okazuje się do niczego. Humor całego dnia, powodzenie, twórczość, sprawy państwa zależne są od takiego drania, który żyje sobie cudownie z podrabianych noży. Wściekłość od rana, porżnięcie pyska, pieczenie tegoż przez cały dzień itp. nie istnieje z chwilą, kiedy się ma „Allegro”. Kosztuje dużo (koło 28 zł teraz), ale opłaca się bezwzględnie. Jeśli nie amortyzuje się dość szybko (jeden nóż można używać dwa, trzy miesiące!), to bezwzględnie opłaca się już choćby w nie dających się przeliczyć na pieniądze wymiarach psychicznych. Wszystkie inne maszynki, które wypróbowałem, są wobec niego niczym.
IV. O hemoroidach
Kiedyś przed laty wpadł do mnie rano mój przyjaciel (podobno był nawet hrabią) Xawery X. i zakrzyknął w te banalne słowa: „Eureka! eureka!” Muszę dodać w dyskrecji, że cierpiał od dawna na hemoroidy114 (czyli hemeroidy, jak mówią ludzie dystyngowani) i że obecne rewelacje moje nic go już obchodzić nie mogą, ponieważ zginął w wojnie przeciwbolszewickiej w r. 1919. Był kawalerzystą, i to dobrym. Przeklęte „guziki” czy „śliwki”, jak mawiał, przeszkadzały mu bardzo, a na operację w czasie wojny zdobyć się nie mógł. „Eureka” — ryczał i tańczył biedaczek z radości. Kiedy się uspokoił, zapytałem go się z polska: „Co zacz?” „Odparł” natychmiast: „Pomyśl, Stasiu: u pięciu doktorów się leczyłem: dawali mi czopki, radzili operację, a żaden z nich nie powiedział mi tego, co sam odkryłem dziś”. (Było to w kwietniu 1918 r.) „Zapychanie — oto tajemnica wszystkiego. To, co dawniej robiłem siodłem przez godzinę, dziś zrobiłem palcem w dwie minuty”. (Oczywiście nie ręczę za dosłowność tej rozmowy — jednak utkwiła mi ona tak w pamięci, że możliwe są chyba tylko drobne dewiacje od rzeczywistego jej tekstu.) „Smaruję się zawsze oliwą przed, potem myję się zimną wodą, ale nigdy mi nie przyszło na myśl zapchać wszystkiego palcem. Otóż dziś, prawie mimo woli, wiedziony jakimś tajemnym przeczuciem spróbowałem. I, o cudzie! — wszystko wlazło, nic mnie nie boli i nie potrzebuję na razie operacji. Pojutrze jadę na front i nic mnie nie obchodzi. Jeśli zginę, to szczęśliwy”. I znowu zaczął tańczyć śpiewając znaną piosenkę:
Ja by dawno uż był gieroj
No u mienia jest giemoroj115.
„Czemuż Roztopczyn nie wiedział o tej metodzie” — dodał po chwili, bo był bardzo wykształcony w historii. Poradziłem system Xawerego kilku moim znajomym i byli wprost zachwyceni. Dziś podobno leczą tę straszną („samaja niepoeticzeskaja bolezń116” — jak mówił jakiś literat rosyjski) chorobę zastrzykami. Ale kto nie ma na razie odwagi na operację albo nie może sobie pozwolić na zastrzyki, temu polecam system biednego śp. Xawerego.
V. O tzw. «puszeniu się»
Pierwszy Boy zwrócił uwagę na charakterystyczny dla nas Polaków fakt niczym nie usprawiedliwionego tzw. „puszenia się” pewnych ludzi. Np. Dziedzierski, szlachcic co najwyżej średni, ma trochę pieniędzy, może się porządnie ubrać, manier pewnych nauczył się. Nawet jest „skoligacony117”, bo ktoś tam ze sfer naprawdę wysokich popełnił kiedyś w przystępie szału mezalians118 i ożenił się z jakąś Dziedzierską. I nagle pan taki zaczyna „bywać”, jedzie coraz wyżej i wyżej. Bóg z nim, jeśli bywanie robi mu przyjemność — dla mnie bywanie byłoby torturą nie-do-zniesienia. Ale im więcej bywa, tym więcej się puszy. Zaczyna z pogardą patrzeć na szlachciców równych mu, a nawet lepszych od niego, maniery ma coraz lepsze, w głowie za to robi mu się coraz puściej i po pewnym czasie zaczyna wierzyć, że jest prawdziwym arystokratą — jeszcze chwila, a już z pobłażaniem patrzy na pomniejszych hrabiów, już mu nie imponują Lubomirscy czy Sanguszkowie, już marzy o małżeństwie z jakąś Habsburżanką (wszystko przecie jest możliwe) i nagle widzimy, że Dziedzierski jest faktycznie arystokratą. Wywodzi się od jakiegoś pra-Dziedzierza z czasów przed-Mieszkowych, opowiada dzikie rzeczy o przodkach swych i, co najdziwniejsze, wszyscy prawdziwi panowie wierzą mu i traktują, przynajmniej pozornie, jak równego sobie. Może się tam który czasem uśmiechnie pod wąsem lub o ile takowego nie ma, po prostu staropolskim zwyczajem w kułak, ale na ogół Dziedzierski ma wrażenie, że jest wielkim panem, a o to właśnie chodzi. Lubię czasami prawdziwych wielkich panów — nie jestem arystokratycznym snobem — chyba może un tout petit bout de soupçon119, jak każdy zresztą bezpióry dwunóg, ale w prawdziwie wielkich panach jest coś sympatycznego, coś paleontologicznego — tego się nie da w krótkim szkicu adekwatnie wyrazić. Ale bądź co bądź byli oni czymś kiedyś i jako tacy mają bezwzględnie inny odcień niż ci, których przodkowie niczym nigdy nie byli, tylko miazgą, na której wyrastały tamte kwiatki. Nie można odmówić arystokracji pewnych specyficznych właściwości, bo się wpada w przesadę i popełnia się niesprawiedliwość. Tak jak nie można powiedzieć, że byle kundel jest to samo, co bardzo rasowy taks120 czy san-bernard121; tak samo nie można twierdzić, że jakiś książę a Ciumpała to jedno. Chodzi o to tylko — jeśli już jesteśmy w tych nieistotnych sferach i problemach — aby byle kundel nie udawał prawdziwie rasowego bydlęcia. Uwagi te mogą się wydać niektórym nie na czasie. Nieprawda. Właśnie teraz, gdy mamy republikę i gdy zniesiono oficjalnie przywileje i tytuły, ogarnął wielu ludzi, nawet tych, którzy przedtem nigdy się podobnymi głupstwami nie zajmowali, jakiś niepokój co do ich pochodzenia. Są ludzie, którzy doskonale żyją z samego potwierdzania tytułów, wyrabiania szlacheckich dyplomów i dociągania genealogii do najdalszych krańców możliwości, aż do pęknięcia. Dlatego właśnie pożądanym byłoby teraz zhierarchizowanie wszystkich rodów i uniemożliwienie dalszego puszenia się Dziedzierskich i innych, co jest czasami dla niektórych bardzo nieprzyjemne. Mnie osobiście to nie dotyczy — ja nie „bywam”, ale dla niektórych problemat ten jest stosunkowo dość jadowity. Dlaczego za granicą nie ma tego podobno zupełnie. Tam tyle się ktoś puszy, na ile ma prawo i koniec. Wypuszy się, ten drugi, o ile chce, odda mu należną jego stanowisku w tym wymiarze cześć i potem mogą już swobodnie mówić, o czym chcą. A tu u nas puszyć się trzeba ciągle, ciągle podtrzymywać swój autorytet przy pomocy specjalnych uśmiechów, niedomówień, drgnięć twarzy itp. Ile energii na to idzie — strach pomyśleć. Saint-Simon stracił pół życia podobno na udowodnianie, że jest o jeden stopień wyższej marki diukiem od ks. de Luxembourg, i miał ze swego punktu widzenia rację, że o to walczył. Czy mu się udało, nie wiem. Ale w każdym razie tam było to na miejscu, były jakieś kryteria, według których można było udowodnić wyższość lub niższość w tych wymiarach. U nas panuje pod tym względem chaos. Niech się zbierze jakaś Wielka Heraldyczna Rada, niech popracują, zhierarchizują według pochodzenia i koligacji, niech wydadzą odpowiednie wspaniałe almanachy (zarobią na tym idiotyzmie kolosalne sumy) i niech ukrócą puszenie się. Ktoś wchodzi i mówi: „Seria A, oddział drugi, nr trzeci” — wszyscy wstają, kłaniają się i już jest z tym skończone. Ale nie te ciągłe wysiłki wywyższenia się, te ciągłe szprynce i szpryngielki, aby udowodnić innym i samemu uwierzyć, że się jest nie tym, kim się jest, tylko czymś o wiele lepszym — i to w takim wymiarze! Wstyd!
VI. Trochę recept i już koniec
Na zakończenie chcę podać do wiadomości parę recept, które mnie i moim znajomym oddały nieocenione usługi.
Otóż kiedy miałem ból artretyczny w ramieniu, śp. dr Janowski z Warszawy przepisał mi następującą maść, która okazała się znakomitym środkiem na tego rodzaju cierpienia. Wcierać trzeba trzy minuty kawałek wielkości bobu (koniecznie) aż do suchości.
Acidum salicyl. 10,0
Oleum. Terebinth. 10,0
Vaselini 50,0
Albo:
Ung. porci 40,0
Acid. salicyl. 12,0
Ol. Terebinth. 8,0
Extr. Belladon. 0,6
w wypadkach ciężkich bólów.
„Aliści” okazały się jeszcze inne właściwości tej maści. Może się wydać to przesadzonym, co powiem, szczególniej na tle krążących o mnie plotek, ale faktem jest, że mam bardzo delikatną skórę. Od najmniejszego podrażnienia mogę (ale nie muszę) dostać wyrzutów122. (Słońce, wiatr, zmiana wody, np. z zakopiańskiej na warszawską lub z cejlońskiej na australijską itp.) Pomyślałem sobie, że salicyl może dobrze na tego rodzaju rzeczy robić. Jako też okazało się, że tak. Maść owa usuwa wszelkie brutalniejsze wyrzuty, zgrubienia skóry, skórki koło paznokci i nagniotki (przynajmniej u innych — ja nie znam tej klęski). A nawet dobrze robi na drobne rany, o ile się nią jeszcze takowe na dodatek po zajodynowaniu posmaruje.
Drugim wynalazkiem zrobionym przez pewną moją ciotkę jest działanie na wszelkie wyrzuty (pomijam trąd, syfilis, raka, sarkomę itp.) maści śp. prof. Wicherkiewicza na oczy. Dobra była na oczy, ale co najmniej równie dobra jest na twarz i w ogóle wszelkie miejsca pokryte nie bardzo jadowitymi wyrzutami, np. szczególniej dobra jest na uporczywe strupiaste wyrzuty pokataralne i poopaleniowe około ust i nosa, tzw. herpes. Wcierać lekko na noc. Przepis brzmi:
Thigenoli „Roche” 0,50
Xeroformi „oryg”. 0,60
Hydr. pr. flav. 0,15
Lanol. Vasel. a 7,50
Trzecim przepisem, który muszę podać, jest płukanie pewnego mojego znajomego dentysty. Płukanie to (dziesięć kropli na szklankę wody) może być używane codziennie (trzy, cztery razy na dzień) do zębów, w razie kataru do nosa, a w razie lekkich podrażnień gardła do tego ostatniego. Przepis brzmi:
Tinct. Rathan. 10,0
Tinct. Myrhae 5,0
Mentholi 1,0
Thymoli 0,5
Spir. vini rect. 50,0
Na silny katar należy wpuszczać do nosa pipetą krople następujące:
Glycerini 10,0
Protargoli 0,1
Nie myślcie, kochani czytelnicy, że to, co w „dziełku” tym napisałem, jest wszystkim, czym chciałbym się z wami podzielić. Jest to zaledwie cząstka, ale dotyczy rzeczy, o których najmniej otwarcie się mówi i pisze. Byle dureń może właśnie na ten temat napisać w jakiejś krytyce literackiej w poważnym organie, że właśnie książka ta jest dowodem, że nigdy nie paliłem, a jestem za to pijakiem i kokainistą, że nigdy nie zażywałem peyotlu, a za to, że się nigdy nie myję i nie gimnastykuję, że się nie golę i mam brodę do pępka, że mam hemoroidy i nigdy nie miałem pryszczów na twarzy i że recept takich nikt nie napisał. Takie czasy, tacy ludzie. Trudno — muszę wśród nich niestety żyć i robić dalej to, co mi nakazuje głos sumienia.
Więc tymczasem żegnam was — może na długo, a może na zawsze. Kto wie? Nie palcie, nie pijcie, nie zażywajcie kokainy — spróbujcie w razie czego peyotlu. Myjcie się porządnie i gimnastykujcie, golcie się moją metodą, nie puszcie się, bo szkoda czasu, i kupcie sobie zaraz po przeczytaniu tej książki „Allegro” i wymienione specyfiki. Wszystkich zaś wzywam, aby dążyli do zorganizowania ligi mającej na celu prohibicję tytoniowo-alkoholową.
I have spoken123 — reszta należy do was.
Przypisy:
1. par excellence (fr.) — w całym tego słowa znaczeniu. [przypis edytorski]
2. NP1 — numery przy NP oznaczają ilość dni. Tego samego markowania używam na moich rysunkach. [przypis autorski]
3. durchhalten (niem.) — kontynuować, przetrzymać. [przypis edytorski]
4. igriwost’ uma (ros.) — zręczność umysłu. [przypis edytorski]
5. á propos (fr.) — w odniesieniu do poruszanego tematu. [przypis edytorski]
6. Po napisaniu brulionu tej pracy przeczytałem niedawno w artykule, którego autora nazwiska nie pamiętam, a który dotyczył książek pani Żurakowskiej — właściwie całego artykułu nie znam, tylko ktoś mi pokazał takie zdanie (cytuję z pamięci) — coś takiego: „ani kokainowe wyczerpanie Witkiewicza, którego wybuchy nie są wybuchami”. Przede wszystkim, gdzie jest definicja ścisła pojęcia „wybuch” (w literaturze)? A po wtóre, albo autor tego artykułu jest człowiekiem głupim i nie wie, co robi, albo złym i programowo popełnia świństwo, pisząc takie brednie na podstawie plotek. W każdym razie dziwię się redakcji „Wiadomości Literackich”, że tego rodzaju nieetyczny czyn literacki na swoich tzw. „łamach” toleruje. Oskarżenie kogoś w krytyce literackiej o nałogowy kokainizm (bo jakże zrozumieć to „wyczerpanie”) jest zwykłym oszczerstwem. Można oskarżać o wyczerpanie, ale to trzeba udowodnić, i to nie na podstawie głupich plotek. [przypis autorski]
7. Wochensaufer (niem.) — pijak upijający się raz na tydzień. [przypis edytorski]
8. drog — narkotyk. [przypis edytorski]
9. a la maniere russe (fr.) — na sposób rosyjski. [przypis edytorski]
10. idiosynkrazja — nadwrażliwość, wstręt. [przypis edytorski]
11. par intermittence (fr.) — z przerwami. [przypis edytorski]
12. ganc Wurst und Pomade (niem. idiom) — wszystko jedno. [przypis edytorski]
13. schleichender Vorgang (niem.) — stopniowy proces. [przypis edytorski]
14. katzenjammer (niem.) — kociokwik, kac. [przypis edytorski]
15. niepodobna (daw.) — nieprawdopodobne, niemożliwe. [przypis edytorski]
16. perspikacja (z łac.) — jasnowidztwo, tu raczej: widzenie siebie. [przypis edytorski]
17. Boy — pseudonim Tadeusza Żeleńskiego (1874–1941), krytyka literackiego i teatralnego, tłumacza literatury francuskiej, lekarza z wykształcenia. [przypis edytorski]
18. Für elende Müssiggänger ist Opium geschaffen (niem.) — opium jest dla nędznych próżniaków. [przypis edytorski]
19. Debora Vogel (1902–1942) — awangardowa poetka i filozof, pisząca po polsku i w jidisz. [przypis edytorski]
20. assommoir (fr.) — pułapka. [przypis edytorski]
21. weltszmerc (z niem.) — smutek spowodowany przez niedoskonałość świata. [przypis edytorski]
22. przemagać — pokonywać. [przypis edytorski]
23. passez moi l’expression grotesque (fr.) — pozwólcie mi na groteskowe wyrażenie. [przypis edytorski]
24. karkasa — korpus, powłoka. [przypis edytorski]
25. specjalnie — tu: szczególnie. [przypis edytorski]
26. schizoidalny — przejawiający zachowania charakterystyczne dla schizofrenika, lecz nim nie będący. [przypis edytorski]
27. astenik — osoba o smukłej budowie ciała, nieśmiała i drażliwa. [przypis edytorski]
28. pyknik — osoba otyła, wzrostu niskiego lub średniego, o krótkich kończynach, skłonna do okresowych zmian nastroju. [przypis edytorski]
29. zasada Monroe — doktryna izolacjonizmu ogłoszona przez prezydenta USA Jamesa Monroe w roku 1823. [przypis edytorski]
30. Hinter dieser glanzenden Fassade sind nur Ruinen (niem.) — za tą lśniącą fasadą są jedynie ruiny. [przypis edytorski]
31. Kórperbau und Charakter (niem.) — budowa ciała i charakter. [przypis edytorski]
32. ésprit (fr.) — inteligencja, polot. [przypis edytorski]
33. causeurstwo (z fr.) — sztuka prowadzenia konwersacji. [przypis edytorski]
34. Malarze, którzy przestawali palić, wiedzą najlepiej, jak działa nikotyna na ich wizję koloru, a nawet na pewność rysunku. Świat staje się po prostu ścierką, a linia rysunku traci swoją absolutną pewność, tę jedyność, która jest jej najistotniejszą wartością. [przypis autorski]
35. marka — znak, tu przen.: osiągnięcie, rekord. [przypis edytorski]
36. échantillon (fr.) — próbka. [przypis edytorski]
37. skwapliwie (daw.) — szybko, chętnie. [przypis edytorski]
38. meine Wahrheiten sind nicht für die Anderen (niem.) — moje prawdy nie są dla innych. [przypis edytorski]
39. zankylozowany (z gr.) — zesztywniały. [przypis edytorski]
40. wo cztoby to ni stało (ros.) — co by się nie działo. [przypis edytorski]
41. coute que coute (fr.) — za wszelką cenę. [przypis edytorski]
42. Goetel, Ferdynand (1890–1960) — pisarz i dramaturg. [przypis edytorski]
43. To znaczy tak co do wina, jak i piwa. Alkoholicy urodzeni „wódczani” będą pić piwo i wino tylko w szalonych ilościach. A reszta rozpije się też powoli, podlegając jeszcze powolnym skutkom działania ubocznych składników tych napoi, prócz zatrucia samym alkoholem. Zresztą piwo i wino w 95% to tylko wstęp do „stiffdrinków”, czyli po prostu wódy. [przypis autorski]
44. Przepowiedziany został przeze mnie jeszcze przed wojną w r. 1912 w pracy niestety (?) nie ogłoszonej, która weszła potem w pewnej transformacji w książkę Nowe formy w malarstwie... [przypis autorski]
45. ci-devant (fr.) — dawny, były a. z dawnych czasów (pierwotnie o szlachcie trzymającej się sposobu życia sprzed Rewolucji Francuskiej). [przypis edytorski]
46. point de declenchement (fr.) — punkt początkowy, punkt odbicia. [przypis edytorski]
47. narkotik — und alkoholfrei (niem.) — wolny od alkoholu i narkotyków. [przypis edytorski]
48. zadawalniać — dziś popr.: zadowalać. [przypis edytorski]
49. konwergować — zbiegać się. [przypis edytorski]
50. tonus — stałe napięcie mięśni, pozwalające utrzymać postawę. [przypis edytorski]
51. perihelium — punkt na orbicie najbliższy Słońca. [przypis edytorski]
52. ekscytans (z łac.) — środek pobudzający. [przypis edytorski]
53. ochlapnięcie — tu: oklapnięcie. [przypis edytorski]
54. ganglion — zwój komórek nerwowych. [przypis edytorski]
55. Quartalsaüfer (niem.) — pijak na co dzień zachowujący trzeźwość, co pewien czas spożywający jednak duże ilości alkoholu. [przypis edytorski]
56. I have spoken (ang.) — przemówiłem. [przypis edytorski]
57. cyklotemia — dziś: cyklofrenia. [przypis edytorski]
58. Wyrażenie nie moje. [przypis autorski]
59. Odbitka. Warszawa. Nakładem mgr farm. Fr. Heroda, redaktora „Wiadomości Farmaceutycznych”, 1928. [przypis autorski]
60. farmakognozja (z gr.) — wiedza o lekach. [przypis edytorski]
61. miast — dziś: zamiast. [przypis edytorski]
62. paradis artificiel (fr.) — sztuczny raj. [przypis edytorski]
63. fée blanche (fr.) — biała wróżka. [przypis edytorski]
64. Peyotl, la plante qui fait les yeux emerveilles (fr.) — peyotl, roślina, która wprawia oczy w zadziwienie. [przypis edytorski]
65. drog — narkotyk. [przypis edytorski]
66. le grand rideau du peyotl s’est dechire (fr.) — wielka zasłona peyotlu rozdarła się. [przypis edytorski]
67. étrangeté de la réalité (fr.) — dziwność rzeczywistości. [przypis edytorski]
68. passez moi l’expression grotesque (fr.) — pozwólcie mi na groteskowe wyrażenie. [przypis edytorski]
69. gargul — gargulec, rzygacz, ozdobne zakończenie rynny w kształcie głowy zwierzęcej bądź ludzkiej. [przypis edytorski]
70. Byłem kiedyś przed wojną na Cejlonie i w Australii, jako też oglądałem fotografie meksykańskich świątyń, ale nic nie usprawiedliwia tej dokładności widzenia realnego przechodzącego o nieskończoność najdokładniejsze wspomnienia z tylko co widzianych rzeczy. [przypis autorski]
71. cloisonné (fr.) — przegroda, tu: parawan. [przypis edytorski]
72. W dwa lata później miałem podobne wrażenia przy zażyciu ya-yóó w postaci harminy Mercka, oczywiście poza seansami portretowymi z peyotlem i meskaliną. [przypis autorski]
73. tank — czołg. [przypis edytorski]
74. à la fourchette (fr.) — dosł.: przyjęcie na stojąco bądź śniadanie, na które podawane są zimne mięsa. [przypis edytorski]
75. kagda ja pierestanu kuszat’ pamidory (ros.) — kiedy przestanę jeść pomidory. [przypis edytorski]
76. Eine allgemeine Peyotltheorie (niem.) — ogólna teoria peyotlu. [przypis edytorski]
77. Wszystko dosłownie cytowane z nocnego protokołu. Pod wpływem wizji wszystko to zdawało mi się prawdą dowiedzioną. [przypis autorski]
78. taks — jamnik. [przypis edytorski]
79. rococo — rokoko, dekoracyjny styl w sztuce europejskiej w latach ok. 1720–1790. [przypis edytorski]
80. kirasjer — żołnierz jazdy pancernej. [przypis edytorski]
81. pour les princes (fr.) — dla książąt. [przypis edytorski]
82. kepi — rodzaj sztywnej czapki wojskowej zaopatrzonej w czworokątny daszek. [przypis edytorski]
83. perszeron — ciężko koń pociągowy. [przypis edytorski]
84. bleu acier — szaroniebieski, stalowy. [przypis edytorski]
85. specjalnie — tu: szczególnie. [przypis edytorski]
86. Ossowiecki, Stefan (1877–1944) — inżynier uważany za jasnowidza. [przypis edytorski]
87. atrakcyjny — przyciągający. [przypis edytorski]
88. supposons (fr.) — przypuśćmy. [przypis edytorski]
89. compagnon (fr.) — towarzysz. [przypis edytorski]
90. anestheticum (łac.) — środek znieczulający. [przypis edytorski]
91. kubiczny — sześcienny. [przypis edytorski]
92. in medias res (łac.) — od środka, bez zbędnych wstępów. [przypis edytorski]
93. decrescendo (z wł.) — stopniowe wyciszanie, wygasanie. [przypis edytorski]
94. analgeticum (łac.) — analgetyk, środek znieczulający. [przypis edytorski]
95. iniekcja — wstrzyknięcie. [przypis edytorski]
96. Aryman — hinduski bóg ciemności i zniszczenia. [przypis edytorski]
97. principium (łac.) — zasada. [przypis edytorski]
98. By Jove (ang.) — na Jowisza. [przypis edytorski]
99. interlokutor (z łac.) — rozmówca. [przypis edytorski]
100. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
101. rab — niewolnik. [przypis edytorski]
102. Ewers, Hanns Heinz (1871–1943) — niemiecki poeta oraz autor literatury grozy. [przypis edytorski]
103. buffle noir, avec une tête de pourceau tombant jusqu’à terre et rattachée a ses épaules par un cou mince, long et flasque comme un boyau vide (fr.) — czarny byk z głową świni opadającą do ziemi, którą łączy z tułowiem wąska, długa i płaska szyja, jak opróżnione jelito (tłum. Paweł Kozioł). [przypis edytorski]
104. Personne, Antoine, n’a jamais vu mes yeux ou ceux qui les ont vus sont morts. Si je relevais mes paupières roses et gonflées, tout de suite tu mourrais (fr.) — Nikt, Antoine, nigdy nie widział moich oczu, a ci, którzy je widzieli, nie żyją. Gdybym podniósł swoje różowe i obrzmiałe powieki, umarłbyś natychmiast (tłum. Paweł Kozioł). [przypis edytorski]
105. Ah! ah!... celui-la... a... a! Eh bien!... Si j’avais envie de les regarder, ces yeux? Mais oui, sa stupidité feroce m’attire! je tremble!... Oh! quelque chose d’irresistible m’entraine à des profondeurs pleines d’épouvante (fr.) — Ach! ach! tamten! a... a! A gdybym miał ochotę spojrzeć w te oczy? Ależ tak, jego straszliwa głupota mnie przyciąga. Och! Coś nieodpartego przyciąga mnie w głębie pełne grozy! (tłum. Paweł Kozioł). [przypis edytorski]
106. seconde personnalite narcotique (fr.) — druga, narkotyczna osobowość. [przypis edytorski]
107. trotuar (z fr.) — chodnik. [przypis edytorski]
108. hochglanz (niem.) — wysoki połysk. [przypis edytorski]
109. exemplum (łac.) — przykład. [przypis edytorski]
110. Proszę mnie nie posądzać o jakiś fałszywy arystokratyzm, tylko że przeważnie jakoś takie dziwne nazwiska zdarzają się w sferach sportowych, bo oczywiście w warstwach nie zdegenerowanych jest więcej ludzi o tęgich mięśniach. [przypis autorski]
111. „Wyjący pies” to taki typ, którego jest pełno w sferach radiowych (90%), a który słucha muzyki nie muzycznie, tylko uczuciowo, i któremu prawie wszystko jedno jest, czy słyszy Szymanowskiego, czy granie pijanych górali np. na harmonii. [przypis autorski]
112. Umwertung aller Werte (niem.) — przewartościowanie wszystkich wartości; główny postulat filozofii Friedricha Nietzschego. [przypis edytorski]
113. Co do tej kwestii muszę powiedzieć rzecz przykrą. Oto krajowe mydła, których używałem i które z początku dorównywały zagranicznym, popsuły się i zmusiły mnie do powrotu do Colgate’a. Zdobyć markę dobrym wyrobem, a następnie obniżyć wartość produktu dla doraźnych dochodów wydaje mi się być bardzo złą zasadą w przemyśle. Moja firma tak nie postępuje. Ostatnio firma Puls osiągnęła niezłe wyniki. [przypis autorski]
114. hemoroidy — choroba objawiająca się guzami w odbycie. [przypis edytorski]
115. Ja by dawno uż był gieroj No u mienia jest giemoroj (ros.) — ja już dawno byłbym bohaterem, ale mam hemoroidy. [przypis edytorski]
116. samaja niepoeticzeskaja bolezń (ros.) — najbardziej niepoetycka choroba. [przypis edytorski]
117. skoligacony — spokrewniony. [przypis edytorski]
118. mezalians — małżeństwo z osobą biedniejszą lub niższego pochodzenia. [przypis edytorski]
119. un tout petit bout de soupçon (fr.) — najmniejsza część szczypty. [przypis edytorski]
120. taks — jamnik. [przypis edytorski]
121. san-bernard — bernardyn. [przypis edytorski]
122. wyrzuty — tu: powierzchniowe zmiany skórne. [przypis edytorski]
123. I have spoken (ang.) — przemówiłem. [przypis edytorski]