I. Problem NP

Najważniejsza rzecz: kwestia niepalenia.

Po wydaniu książki mojej o narkotykach nie paliłem osiem miesięcy, potem paliłem miesiąc, potem nie paliłem pół roku i paliłem dwa tygodnie. Od tego czasu (październik 1932 r.) nie palę już przeszło trzy i pół roku (obecnie piąty rok) i jestem z tego niezmiernie wprost zadowolony. Nawroty do palenia połączone były zawsze z ogólnym upadkiem energii i wytwórczości, nie mówiąc o ohydnej psychicznej, a nawet fizycznej depresji, która to pierwsza nie opuszczała mnie czasem aż do jakiejś piątej lub szóstej wieczór, podczas gdy teraz zredukowana jest (całkiem pozbyć się jej normalny schizoid nie może) do dziesięciu minut gimnastyki Müllera, po czym ginie przeważnie bez śladu, tym bardziej o ile pójdę wcześnie spać. Chodzenie bowiem późne spać, bez użycia żadnych narkotyków, nawet tak łagodnych jak herbata lub piwo, wywołuje coś w rodzaju glątwy (czemu nie przyjęło się to piękne słowo, moje „ukochane” wprost, zamiast wstrętnego katzenjammeru, nie wiem) popojkowej w miniaturze — dowodzi to, jak jest szkodliwe. Dość sobie przypomnieć Henri de Crozant z Climats Maurois171, który o dziesiątej wyrzucał ze swego łóżka najpiękniejszą kobietę i szedł po prostu spać; dlatego prowadził życie, które nazywał „intensywnym” (vie intense), zdaje się słusznie.

Jakieś nieodpowiedzialne kanalie rozpuściły oczywiście plotkę (ciekawy jestem, czy po mojej śmierci nie ustaną te potwornostki wymyślane na mój temat?), że ja udaję tylko, że bez przerwy pięć lat nie paliłem, i że potajemnie lub w czasie (nielicznych zresztą) popojek zaciągam się tą smrodliwą ohydą. Otóż jest to kłamstwo tzw. „wierutne”. Pięć lat bez jednego miesiąca nie miałem w ustach tego świństwa. A raz, gdy byłem zakokainowany i pijany do nieprzytomności (niestety zdarzały się jeszcze takie rzadkie ekscesy; zresztą jestem tylko przeciw nałogom — prawdziwy tytan może sobie czasem na szpryngle pozwolić, ale trzeba być tytanem naprawdę), wsadzono mi w gębę zapaloną „kumetę”, ale nie mogli ci „przyjaciele” (?) zmusić mnie do pociągnięcia dymu.

Po przerwaniu palenia trzeba się liczyć z trzema — czterema miesiącami zmniejszonej wytwórczości i „twórczości”, po roku już nie ma z tego śladu: intelekt pracuje daleko lepiej niż w czasie palenia, następuje tylko zmiana czasu: odpada praca nocna: snardz idzie wcześnie spać, a za to wspaniałe godziny ranne (w lecie od piątej już) stoją mu do dyspozycji dla wykonania rzeczy najtrudniejszych. Senność i wzmożony apetyt, i połączone z nim tycie, którym lubią tłumaczyć niemożność NP różni ludzie, a szczególniej tłustawe damulki, mija po pół roku zupełnie. Oczywiście, że jeśli przyjdzie wojna czy inny jaki kataklizm dziejowy, możliwe, że zacznę palić papierosy z zaciąganiem się, ale kto mnie w normalnych warunkach z kumetą w pysku zobaczy, będzie mógł powiedzieć, że czasowo lub w zupełności zrezygnowałem z wyższych aspiracji intelektualnych i w ogóle duchowych.

Podczas pierwszego roku czasem jeszcze miałem ochotę na „papierosika” na wycieczkach górskich. Od początku roku drugiego z politowaniem i zgrozą patrzyłem na tych, którzy mieli odwagę wchłaniać do płuc cuchnący przetwór niedostatecznego spalania tego wstrętnego zielska172. Wskutek wspomnianych przerw w NP są ludzie, którzy przestawszy palić pod wpływem mojej książki, mają dłuższe okresy NP ode mnie; szczerze im tego zazdroszczę i czuję się bardzo upokorzony wspomnianymi nawrotami — wolałbym, aby ich nie było. Wzywam tu po raz ostatni już chyba wszystkich palaczy, aby masowo organizowali się w kluby NP-istów w celu zwalczania ohydnego, nic niedającego nałogu. Inaczej by wyglądały losy nasze, gdyby pewni ludzie nie palili173. Wierzę, że gdyby kierownicy wszechświatowej polityki nie palili, cały świat miałby dziś zupełnie inną niż obecnie strukturę, a Polska stałaby może na czele postępu ludzkości.