Wstęp

Praca niniejsza nie będzie żadnym systematycznym wykładem teoretycznym, tylko raczej streszczeniem paru, nie własnych zresztą, teorii i wyliczeniem szeregu obserwacji psychologicznych, dokonanych nad samym sobą i otoczeniem, a następnie próbą ich historycznego wyjaśnienia w silnym oparciu o teorie Freuda, ze szczególnym uwzględnieniem kompleksu („węzłowiska” — węzeł i wężowisko razem) niższości (Minderwertigkeitsgefühlkomplex, inferiority complex).

Zaznajomienie się z metodą Freuda, tzw. psychoanalizą, zawdzięczam przyjacielowi moich Rodziców (i poniekąd mojemu, wziąwszy pod uwagę dużą różnicę wieku), doktorowi Karolowi de Beaurain2, którego pamięci z uczuciem głębokiej wdzięczności, szacunku, podziwu i sympatii pracę tę poświęcam. Lata całe nie doceniałem tego, co ów pierwszy nieomal pionier freudowskich idei u nas pośrednio dla mnie uczynił. Zainteresowany moimi snami zaproponował mi w r. 1912 systematyczny „kurs praktyczny” psychoanalizy, na co się z radością jako na pewną „nowalię” zgodziłem; ale przystąpiłem do tego eksperymentu nie bez pewnej lekkiej nieufności i krytycznego nastawienia. Nie będę opisywał tu szczegółów przebiegu „kuracji”, która zresztą z niczego konkretnego wyleczyć mnie nie miała, gdyż, wbrew opinii Rity Sacchetto (pierwszej żony Augusta Zamoyskiego, rzeźbiarza), która o mnie nigdy inaczej nie mówiła jak: „dieser geisteskranke W.3”, jestem człowiekiem względnie normalnym.

Dla dr. de Beaurain poza osobistą sympatią, którą, jak sądzę, dla mnie „żywił”, byłem jeszcze interesującą „eksperymentalną świnką morską” (ein Versuchskaninchen) — dobrze, że nie lądową — prócz tego, że wyjątkowy ten i niedoceniony u nas człowiek chciał mi dać coś z siebie, ze swojej głębokiej wiedzy o ludziach i życiu, ustokrotnionej potężnym aparatem teorii Freuda4, tego również nie wszędzie należycie docenionego, jednego z największych geniuszy i dobroczyńców ludzkości naszej epoki5. Dr de Beaurain chciał mnie uratować w pewnym sensie od samego siebie. Możliwe jest, że dobrze się dla mnie stało, iż tego w zupełności nie dokonał, ponieważ prawdopodobnie musiałbym wtedy, mając „rozwiązane” (jak to się u nich, psychoanalityków, mówi) wszystkie węzłowiska (kompleksy), wyrzec się pracy w moich zawodach, tzn. w literaturze, malarstwie i filozofii6, a przynajmniej zmienić zasadniczo jej charakter; przestać do pewnego stopnia być sobą. A stwierdzić muszę, że mimo wszelkich ujemnych o niej sądów, ta właśnie ostatnia praca dała mnie osobiście niezmiernie wiele (niezależnie od tego, co mogła lub może dać innym i samej nauce), i że bez niej, mimo dość dziwnych przygód i braku nudy, uważałbym moje życie, którego — przynajmniej dotąd — nie zamieniłbym z żadnym innym (nawet z życiem cesarza Pu-Ji7), za jałową pustynię. Mówię tu specjalnie nie tyle o sztuce i literaturze, ile o filozofii: powtarzam: dotąd, bo na myśl o torturach, których tyle razy szczęśliwie uniknąłem, a na które nigdy zresztą nie zasłużyłem, robi mi się stale chłodno i gdyby takowe miały się w moim życiu spełnić (oby nigdy to nie nastąpiło!), nie wiem, co i jak bym zaśpiewał.

Bo (wracając do poprzedniego) mówią, że wszelka praca tzw. górnolotnie „twórcza” z węzłowisk nierozplątanych pochodzi i wraz z ich rozwiązaniem ginie, jak potok wysychający latem w górskim korycie. Czy tak jest, trzeba by z wszelką pewnością stwierdzić; a ponieważ skomplikowany niezmiernie eksperyment nie może być powtórzony w tych samych warunkach (przerobienie czyjegoś życia z psychoanalizą i bez), więc rozstrzygnięcie nie będzie tu nigdy zupełnie pewne. Możemy mówić z pewną dokładnością o usunięciu u kogoś jakiegoś kompleksu na tle wielu podobnych wypadków, ale o czymś tak kapryśnym jak twórczość, artystyczna specjalnie, nic na pewno, mimo niezliczonych doświadczeń, powiedzieć się nie da. W każdym razie, o ile nawet w rzadkich wypadkach usunięcie węzłowiska (kompleksu) chorobowego — pojęcie to wyjaśnię zaraz dokładniej na przykładzie — może przynieść uszczerbek tzw. twórczości, to w większej ilości wypadków, u ludzi tzw. „zwykłych”, nieoddających się jakiejś specjalnej, szczególnie artystycznej, twórczości, może mieć skutki tylko dodatnie. Oczywiście stosowana na większą skalę przez dyletantów psychoanaliza może przybrać znaczenie fatalne i doprowadzić do poważnych nerwowych zaburzeń. Nie sztuka jest bowiem kogoś psychicznie rozbabrać, ale sztuką jest załagodzenie jego cierpień i odpowiednie zsyntetyzowanie uprzedniej analitycznej roboty. Tego stadium właśnie nie przeszedłem z dr. de Beaurain do końca z przyczyn od nas obu niezależnych i dlatego może psychoanaliza ta (na razie) nie miała na mnie wpływu tak dodatniego, jak to po niej zasadniczo można by się spodziewać, co ujawniło się w pewnych bezpośrednio po niej zaszłych zdarzeniach mojego życia, które też na długie lata odwróciły moją uwagę od tej sfery; a gdy do niej myślowo wróciłem, to raczej w sposób jakby trochę ironiczny, co objawiło się bezpośrednio nawet w pewnych sztukach teatralnych. Ale nieprawdą jest, abym kiedykolwiek zupełnie psychoanalizę deprecjonował, jak mi to imputowano razem z antysemityzmem i czort wie czym jeszcze. Oczywiście są to rzeczy mało ważne, ale ponieważ mam zamiar napisać wielkie pochwały dla tej nauki, a u nas ze zmiany istotnej przekonań robi się często jakieś dziwne dowody czyjejś interesowności, a nawet nieuczciwości, więc uważałem za stosowne dodać tych parę wyjaśnień z dalekiej przeszłości.

Faktem jest, że mimo iż posługiwałem się do pewnego stopnia w introspekcji i badaniu innych osobników psychoanalizą, w najgrubszej zresztą postaci, i używałem nawet jej terminologii, sfera ta była u mnie jakby w stanie uśpienia przez długie lata — wszystko to, mimo pozornego stosowania, było martwe, jakby skamieniałe. Książką, która dokonała we mnie formalnej rewolucji i zasadniczo zmieniła mój stosunek do samego siebie i innych ludzi, otwierając mi (jako leptosomowi-schizotymikowi, w tej chwili mogę powiedzieć nieomal: „byłemu” — tak bowiem od tych czasów spykniczałem) nieprzeczuwane horyzonty, było dzieło Ernsta Kretschmera8 Körperbau und Charakter, wydane u Springera w Berlinie. Nie będę tu wchodził w szczegóły teorii tego genialnego psychologa i psychiatry, którego to właśnie wymienione dzieło powinno być znane bezwarunkowo wszystkim ludziom względnie inteligentnym, ale w szczególności tym, których zadaniem życia jest przewodzenie masom, a materiałem ich twórczości żywy, stający się człowiek, czyli zadanie wychowywania w najszerszym znaczeniu tego słowa — od nauczycieli szkoły ludowej do szczytów władzy państwowej. Aby zachęcić tych, którzy będą w stanie zrozumieć doniosłość dzieła Kretschmera i zaznajomić się z nim osobiście, podam tu tylko krótkie streszczenie9.