Prolog
Żywych jaszczurów napiętnowane mordy
Gęgają w rudą przestrzeń bezimiennej planety.
Pokarbowane w mękę nad-istnień,
Poząbkowane w niemowlęce fałdki,
Pofałdowane w starcze uzębienia,
Żywych morderców żałobne sztylety,
Obrzmiałych serc pożądaniem gnane,
Dobiegają do tamtej mety:
Do węzłowego punktu hyperbolicznej komety.
W starczych uzębień klawikordy
Pcham słowa zmiażdżone, rozkwaszone żarem.
Padło potwora, utłuczone na rozstaju,
Wyżera pępek sobie i małym ptaszkom świdruje otwory w tęczowych skrzydełkach.
Znam to dobrze.
I tak dobrze jest.
Widma na przełęczach świata gest
Uśmierza mękę zidjociałych tłumów.
Młodziutkie wabią się wieszcze,
Wśród krzewów pachnących i cienistych tumów.
Ona, (kto?) woła za ścianą: jeszcze!!
Na bezpowrotnej, śmiertelnej lubieży,
Tłukąc ciało o kości, z wywróconą wstecz szczęką,
Zęby płomienne z poza węgłów szczerzy
I dłubiąc pelikana dzióbkiem,
W jaskini, którą opanowały ich cienie,
Tych tłumów cienie, spatroszonych nad-bydlęcą męką.
Rozpiera wodną otchłań fajansowym kubkiem.
Ja wiem, że kłamię i że nad śmiech, konstrukcja prawdy tylko wyższa,
Babilonową, skręconą wieżą wżera się w ciemności.
Babel, Jezabel i angielska Mabel,
Co czyta Biblję na mdłym podwieczorku,
Gdy naszej gwiazdy grzmiąca fotosfera
Parska wybuchem płonącego gazu.
Wodór się pali i Helium powiewa,
Oświetla przestrzeń pośredniego mroku.
Wieczór i świt przemierza starzec bez brody
I na przełęczy ostatecznych pojęć
Manometr świata na Nicość nastawia.
Być nim, czy też pozostać sobą,
W meta-bydlęcym, rokokowym stroju
I gzić się dalej na gwarnych pastwiskach.
Oto problemat godny kłamstw Cezara.
Zużyte zęby miamlą jeszcze pokarm
Przeżuty dawno przez podwójny worek,
Którym się szczyci dumna Pazifaë.
Elektron niańczy w magnetycznem polu
Ślepy wzrok widma wstrzymany w swej drodze.
Względność przestrzeni wszystkie linje zgina,
A ślepiec liże bezbarwne przedmioty.
Duch, jak łza czysty, bezjakościowym rzyga wciąż fluidem...
Ludzkość, bóstw dawnych obmierzła maszyna,
Nad dawnym Tybrem spiętrza żądz wymioty,
W tygrysie fałdy, w pylniki kąkolu.
(Marabut stoi gdzieś na jednej nodze).
Zużyte wszystko, słów miazga nie cieknie
I nie spowija grozy dawnych djabłów.
Oni się korzą przed wyplutą pestką,
Tybald się boi Kainów i Ablów.
W uściskach stonóg zaklęta pantera,
Jej centki świecą, różowe i dumne.
Przez trawę pełźnie cudowna hetera,
Miażdżąc swym brzuchem słowa zbyt rozumne.
Uchyl zasłony, bo na scenę wchodzi,
Z tumorem w mózgu, sam Tumor Mózgowicz.
Co nas to wszystko właściwie obchodzi?
Zmacerowany — cepem — spacerowicz.
OSOBY:
- Tumor Mózgowicz, matematyk bardzo sławny, nizkiego pochodzenia. Lat 40.
- Rozhulantyna Bazylówna, z książąt Baar-Łukowiczów Zakaspijskich. Primo voto: Romanowa hrabina Krzeczborska, secundo voto: Tumorowa Mózgowiczowa. Lat 36.
- On: olbrzym zbudowany jak tur. Bawole czoło, ze spadającą blond grzywą zmierzwionych włosów. Wspaniale ubrany. W klapie czerwona wstążeczka. Przez gors widać lentę zieloną jakiegoś wschodniego orderu. Garnitur szary, z najlepszego kortu i żółte pół-buciki. Oczy niebieskie, jasne. Krótko przystrzyżony, płowy wąs. Zresztą ogolony.
- Ona: wspaniale rozwinięta bruneta z meszkiem. Czarne płomieniste oczy. Trochę wschodnia. Wściekle rasowa i ponętna.
- Balantyna Fermor, panna. (Right Honorable Miss Fermor). Córka Henryka Fermor, VI-tego Earla of Ballantrae. Lat 32. Piękna, majestatyczna blondynka; zdrowa, rasowa i bardzo ponętna.
- Profesor Alfred Green z M. C. G. O. (Em. Si. Dżi. Eu. Mathematical Central and General Office.). Blondyn w binoklach. Typ bardzo angielski. Lat 42. Wygolony zupełnie.
- Józef Mózgowicz, chytry chłop, lat 75. Czerstwy jak rzepa. Nic nie podobny do Tumora. (Tumor jest podobny do matki). Sukmana, długie lakierowane buty. Brunet siwawy. Orli nos.
- Ibissa (Izia) hrabianka Krzeczborska, córka Rozhulantyny i Romana Krzeczborskiego. Lat 18. Ruda, oczy niebieskie. Bardzo rasowa i wściekle wprost ponętna, demoniczna dziewczynka. Podobna jak dwie krople wody do ojca.
- Alfred Mózgowicz, lat 16. Syn pierworodny Tumora z 3-go małżeństwa jego z Rozhulantyną. Wykapany ojciec. Ubrany w kostjum sportowy, szaro-różowy.
- Maurycy Mózgowicz, lat 14. Następny numer w kolekcji młodych Mózgowiczów. Bardzo podobny do matki. Ubrany w kostjum sportowy szaro-bury. Kołnierz wykładany. Malinowy krawat La Valière.
- Irena Mózgowiczówna, lat 23. Córka Tumora z 2-go małżeństwa. Nie ładna, bardzo inteligentna brunetka, o trochę semickim typie.
- Lord Arthur Persville, 4-ty syn księcia Osmond (przyszły Duke of Osmond, Marquis of Broken Hill, Viscount of Durisdeer, Master of Takoomba-Falls) największy demon z Central and General Mathematical Office i największy z bezkarnych zbrodniarzy: tak zwany „King of Hells”, król piekieł i szulerni — (Amfibologja liczby mnogiej od Hell). Lat 33. Najtęższy geometra na kuli ziemskiej. Uczeń Hilberta. Król mody. Ubrany w kostjum żakietowy i cylinder, laska w ręku. Twarz młodzieńcza niezwykłej piękności. Ogolony, oczy czarne. Silny brunet, coś między prawdziwym lordem, a typem z karnych kolonji. Ruchy wytworne. Oczy nigdy się nie śmieją, podczas gdy prześlicznie zarysowane, pełne usta, osadzone w delikatnych, lecz potwornej siły szczękach, mają uśmiech trzyletniej dziewczynki. Pozatem jest to człowiek, (o ile człowiekiem nazwać go można) wzbudzający najpiekielniejszą zazdrość i zawiść na całym globie.
- Książę Tengah. Malaj bardzo piękny, syn Radżdży Timoru, Patakula. Lat 23. Błękitny turban, czerwony sarong. Kriss u boku.
- Stary Radżdża Patakulo. Stary Malaj z siwą brodą, lat 60. Przepaska na biodrach.
- Kapitan Fitz-Gerald. Wygolony wilk morski. Komendant krążownika „Prince Arthur”.
- Malaje ze straży. Ubrani jak Tengah, z lancami.
- Dwaj inni, w czerwonych turbanach z lancami.
- Tłum malajów.
- 2 białych ludzi w kakowych ubraniach i hełmach.
- 6 Ludzi z załogi krążownika. Ubrani biało, po marynarsku.
- 2 agenci Greena — bezosobowe istoty.
- 4 tragarzy w niebieskich fartuchach. Zupełnie bezosobowe postacie z brodami.
- Izydor Mózgowicz — w pieluchach.