SCENA I

Pokój dziecinny na piętrze w domu Rozhulantyny. Tumor Mózgowicz siedzi sam w fotelu. Na dywanie mnóstwo zabawek dziecinnych. Olbrzymia butla benzyny stoi w rogu na prawo. Urządzenie pokoju jest szczytem nowoczesnej hygieny. Wszystko białe jak śnieg. Słońce wpada przez duże okna na lewo i na prawo. Jasno jest i ciepło. W głębi czarna tablica do zadań. Na lewo od niej drzwi, wprost widowni. Drugie drzwi na lewo.

MÓZGOWICZ

Rypię całą parą. Bary biorą się z sobą za bary, wrastają w siebie i w pryskach ognia strząsają pyłki w zaświatowej burzy. Przeklęta kultura! Wali pięścią w poręcz. Kto każe mi udawać? Czytałem wczoraj cały ich nowy program. Poprostu rzygać się chce. Vomito negro.

Wchodzi Izia. Czarna, krótka sukienka. Ażurowe pończochy. Pantofelki z czerwonemi pomponami.

IZIA

Mama pyta, czy panu czego nie potrzeba.

MÓZGOWICZ

Trzeba mi byka, rydwanu, bezbrzeżnych pól i twoich niebieskich oczu, Iziu. Powiedz Mamie, że jest jak Pazifaë. — Zzielenieje z zazdrości. A tak okropnie jest skomplikowana, że chyba pęknę w tym całym wirze, który wytwarzacie.

IZIA

Niech pan się uspokoi. Ja wiem wiele — o wiele więcej niż mama i pan nawet.

Wychodzi.

Mózgowicz wstaje i nakręca zegarek.

MÓZGOWICZ

Przeklęta kultura. Niema we mnie ani krzty artysty, ani tyle! Pokazuje to na palcu. A jednak wmawiają mi to wszyscy: ach, co za talent! ach, co za geniusz! Gdyby choć ona jedna mogła tego nie myśleć. Wszystkie moje dzieci są tak podobne do mnie, że to mnie wprost przeraża, że nie znalazła się kobieta, któraby miała siłę zdradzić mnie.

Wchodzi ojciec Mózgowicza w sukmanie i w długich butach.

JÓZEF MÓZGOWICZ

Stary, ale rzeźwy jeszcze chłop. Barczysty jak syn. Mówi z chłopskiem biadkaniem

Jesteś niezwyciężony, syneczku.

MÓZGOWICZ

Papa zawsze pełen jest konceptów. Taki stary, a taki głupi.

deklamuje

Dnem mojej duszy

Jest pierwotna mściwość,

A moim herbem

Jest soczysta larwa.

Zdębiałych koni lawiny

I oficerów zasmucone miny,

Nad losem dawno, dawno zagasłych kurtyzan.

mówi

Oprócz tego, że jestem sobą, mógłbym być: kelnerem, oficerem, albo kurtyzaną. Gdybym był kobietą, straszliwą byłbym rozpustnicą.

JÓZEF MÓZGOWICZ

Jakiż przepiękny jesteś syneczku. Podnosi z ziemi lalkę i całuje ją. Taka była moja maleńka, kiedy umarła. Taka była twoja siostrzyczka, Anzelma.

MÓZGOWICZ

deklamuje

Robaki wkręcają się w oczy

W ciemnej, rozmiękłej przeźroczy.

Jak nożem ostrym

Chciałbym przeciąć sobą,

Zazdrosną o szybkość, przestrzeń.

Ważę ciężary, o jakich nie myślał

Żaden Cezar świata,

A wszystko ulata, jak wata.

I lekkie mi jest wszystko, jak pajęczy puszek,

Jak jakiś mały, niepozorny duszek,

Z innej planety zaduszek.

Napudrowałem twarz moją wielkością

I kukła jestem ohydna.

Takiego wstrętu do siebie, jak ja,

Nie miał nikt, od światów początku.

JÓZEF MÓZGOWICZ

słaniając się

Ach, jakiż śliczny jesteś syneczku!

Chodź, pójdziemy do karczmy.

MÓZGOWICZ

z rozpaczą

Ach! Idź ojciec sam. Dziś jeszcze mam napisać statut nowej Akademji Nauk. A tu jeszcze przysłali mi tylko co korektę pracy o funkcjach nadskończonych. Ale ojciec to nawet algebry nie zna. Rzucaj groch o ścianę.

Daje ojcu papier, który wyciągnął z kieszeni

JÓZEF MÓZGOWICZ

wkłada okrągłe okulary i czyta

Über transfinite Funktionen im alef — dimensionalen1 Raume”, Professor Tumor von Mózgowicz. mówi O, jakże mądrym jesteś syneczku! I tylko za to tak cię uszlachcili! Z żalem Miałem sen. Widziałem ciebie jako bóstwo w jakiejś świątyni wschodniej. Nie poznałeś mnie i śmiałeś się z czegoś niewiadomego. A mnie wyrzucił stróż, taki mały, stary i słaby, jak mucha. A twarz miał taką, jak nasz Burek, tylko ludzką.

MÓZGOWICZ

chowając korektę do kieszeni

Na nic nigdy nie miałem czasu, nawet na miłość. Lecz czemże jest miłość dla mnie? Dzieci moje rosną. Syn niedługo zda maturę, córka już wcale nie źle całkuje równania różniczkowe, a ja nie mogę nawet odpocząć. Gdybym choć był religijnym. „Aber mir, keine Marter ist erspart”, jak mówił Franz Josef.

JÓZEF MÓZGOWICZ

kiwa głową i zabiera się do wyjścia

We drzwiach spotyka się z Rozhulantyną, ubraną w jasno-zielony bałachon.

ROZHULANTYNA

Mówiłam wam Józefie, żebyście się szanowali. A on znowu chodzi!

JÓZEF MÓZGOWICZ

E — niechże już ta ostatnia para wyjdzie ze mnie w ludzkiem towarzystwie. A jaśnie pani zdrowa?

ROZHULANTYNA

Jak byk parowy śmieje się.

Józef wychodzi.

Rozhulantyna smutnieje gwałtownie i zbliża się do Mózgowicza.

Co ci jest? Tumor! Ty mnie nie kochasz?

MÓZGOWICZ

podnosi lalkę i ogląda ją

Wiesz przecież wszystko. Jestem cham, ostatnie bydlę. Pamiętam i nie mogę zapomnieć. Rozwaliłem ci cały kredens i musiałaś się wstydzić za mnie przed nimi. Ale nie upić się nie mogłem.

ROZHULANTYNA

Nie myśl o tem. Już wszystko naprawione. Chciałabym módz co miesiąc rodzić, żeby takich, jak ty, było więcej. Jakąś wyspę na Oceanie Spokojnym chciałabym mieć i żebyś ty tam był i tylko nasze dzieci. Wszystko takie chłopy morowe jak ty, wszystko matematyki jeden w drugiego. W środku byłaby Akademja i ty jeden, pan wszystkich słońc, król liczb, książę Nieskończoności, Szach świata absolutnych idei, rozparty w całym wszechświecie, jak w fotelu, siedziałbyś potężny jak...

MÓZGOWICZ

Przestań — dławię się moją potęgą, jak pigułką zbyt wielką dla paszczy wieloryba.

ROZHULANTYNA

Nie kochasz mnie? Chcesz, żeby Izydor przyszedł na świat z krzywemi nogami i z oczami na skroniach?

MÓZGOWICZ

gwałtownie obejmując ją

Nie, nie! Nie mów tak. Kocham cię, strasznie cię kocham nagle flaczeje. Tylko nie mogę zapomnieć, że jesteś księżniczką. Jest w tem coś absolutnego. Dość spojrzeć na twoją nogę Rozhulantyna ogląda nogi, poczem patrzy na niego badawczo. Gdyby ojciec twój, kniaź Bazyli, mógł cię widzieć w objęciach takiego chama, umarłby ze wstydu poraz drugi. Mówię ci: jest w tem coś absolutnego, w całej kwestji rasy. Cóż mi pomoże cała wiedza? Ciska korektę o ścianę. Nie mogę się urodzić poraz drugi.

ROZHULANTYNA

obejmując go

Mój jedyny, mój Tumorku najukochańszy — że też ty tego nie rozumiesz. Właśnie w tem jest wszystko, cały urok piekielny. Dlatego opuściłam Krzeczborskiego. Nie cierpię tych demi-aristos. Przeklęte snoby. Jesteś potwornym chamem i jak czuję moją krew, piekielnego zaiste błękitu, jak łączy się z twoją, purpurową, chamską juchą, jak tworzymy razem tę rasę fioletowych pół-bogów, jak myślę o tem, to chce mi się rozprysnąć ze szczęścia w jakąś magmę nie z tego świata.

Twarz Mózgowicza rozjaśnia się w dzikim tryumfie.

Wchodzi Alfred Mózgowicz.

Patrz! Oto on, mój fetysz. Fred — chodź, niech cię uściskam.

MÓZGOWICZ

do Alfreda

Czy rozwiązałeś zadania?

ALFRED

całując matkę, mówi cichym głosem

Tak jest, papusiu. Utrudniłem sobie problemat metodą Whiteheada. Ten potworny starzec umie z najprostszego zagadnienia uczynić coś dowolnie trudnego.

MÓZGOWICZ

Szanuj tego mędrca. Pamiętaj, że byłem jego uczniem.

ROZHULANTYNA

patrząc na nich z zachwytem

Ja chyba nie przeżyję tego szczęścia. Och czemuż, czemuż nie mogę być króliczycą!

MÓZGOWICZ

ponuro

Pamiętaj o białej króliczycy, która do śmierci rodziła moręgowate koty. Raz jeden tylko zdradziła swego białego męża. Alfred zanadto mi przypomina Krzeczborskiego.

ROZHULANTYNA

śmieje się, gładząc Mózgowicza po głowie

Biedna mózgownica! Liczby wyjadły ci całą szarą materję, Tumorze!

MÓZGOWICZ

ryczy

Proszę nie żartować z mego nazwiska! Jest dosyć znane na całym świecie tupie nogami i przewraca oczami w dzikim szale.

Alfred podchodzi do tablicy i zaczyna pisać na niej kredą. Widać olbrzymie całki i zawiłe symbole.

Rozhulantyna klęka i zaczyna budować coś z klocków. Mózgowicz stoi na miejscu. Uspakaja się i zamyśla się głęboko.

Wbiega Izia i młodszy Mózgowicz: Maurycy.

MAURYCY

arystokratycznie wymawiając wyrazy i silnie grasejując

Bo papuś, to pisze wiersze tylko dla równowagi ducha, jak mu liczby już wszystkiemi porami przenikają do duszy. Izia jest poetką naprawdę. Wydrukowali jej wierszyk w naszej dziecinnej futurystycznej gazetce. Iziu, zadeklamuj.

IZIA

deklamuje

Był mały zarodek w cienistej oddali,

Ktoś trącił przypadkiem, ktoś spojrzał ukradkiem

I śliczna wyszła dziecina.

Najprzód ochrzcili, potem nazwali

nazwali ją Ylajali.

Był mały koteczek, zielony kłębeczek

Zjadł na śniadanie w oddali.

Ktoś trącił ukradkiem, ktoś spojrzał przypadkiem

Potem okropnie płakali.

W dziecinnej książeczce, w dziewczęcej teczce

powstała nowa rycina.

W cienistej oddali ktoś ujrzał przypadkiem,

Jak kotka pożarła Ylajali.

Czy to się śniło, czy też tak było,

Napróżno by zgadywali.

Czy to rycina sama powstała

Czy sen się zbudził z rysunku,

Nie zgadłby nawet zielony kłębuszek.

Nie zgadła nawet Ylajali.

MÓZGOWICZ

ponuro, krótko

Za dużo sensu.

ALFRED

odchodząc od tablicy

To wszystko na nic. Ojciec jest zdrajca. Ojciec kocha się w Izi. Mama o tem płacze po nocach. Ja nie chcę.

MÓZGOWICZ

krzyczy

Czyś ty oszalał!

MAURYCY

wskazując na ojca

Tak, ja wiem. To on chodzi po nocach i wyje. On jest warjat.

Rozhulantyna zrywa się

ROZHULANTYNA

Tumorze!

IZIA

klaszcze w dłonie z zachwytu i podskakuje

Oberwała się lawina.

MÓZGOWICZ

odchodząc od zmysłów

Wścieknę się! Jak oni śmią!

ALFRED

Zupełnie zwykła historja. Jutro będzie w gazetach mały artykulik p. t. Zdemaskowanie oszusta.

ROZHULANTYNA

wybucha nagłym śmiechem

Rozkręca się stara mózgownica, rozkręca!

MÓZGOWICZ

z żalem

Tak było dobrze i tak się wszystko popsuło.

do Izi

To ty, arystokratyczny demonku! Zawsze mówiłem, żeby wytępić Krzeczborskich, że inaczej nie damy rady.

ROZHULANTYNA

do dzieci

Cicho! Uspokójcie się. Jeszcze czas jest wszystko odwrócić. Groźnie do Alfreda, hypnotyzując go. Tego wcale nie było! Rozumiesz? środkowemi drzwiami wchodzi Józef z jakimś nieznanym panem w binoklach Zapóźno!

IZIA

Dzień dobry, Józefie. Kogóż to przywlekliście ze sobą?

JÓZEF

Ano, szukał Jaśnie Pani. Mówi, powiada, że jest gość pierwszej klasy.

NIEZNAJOMY

Jestem zaiste gościem i zdaje się, że w porę przybywam.

Alfred podchodzi do Nieznajomego

ALFRED

do Nieznajomego

Nie waż się pan wtrącać do spraw naszych prywatnych.

ROZHULANTYNA

niespokojnie

Dzieci, cicho! To jest tylko moja sprawa prywatna. Tak się boję o Izydora. Wyjdźcie wszyscy. Muszę zostać z nim sama.

MÓZGOWICZ

ponuro

Z kim? z Izydorem? do Izi Mówiłem, że za dużo jest sensu w tem wszystkiem. Wychodzi na lewo.

Maurycy i Alfred chcą go zatrzymać. On im się wyrywa i ucieka.

NIEZNAJOMY

Jeszcze chwila, a będzie zapóźno. Wynalazłem ratunek ostateczny.

MAURYCY

Nie wierzę panu. My już wszystko to przeszliśmy. My się kręcimy w miejscu, aż do zupełnego zawrotu głowy. My już nie możemy więcej.

ALFRED

Tak! To są wszystko maski dla nich, dla członków Akademji, ale z nami jest bardzo źle.

IZIA

pada na kolana przed matką

Oddal tego pana. Mamusiu, oddal go!

ROZHULANTYNA

stanowczo i łagodnie

Nie, Iziu. Teraz się musimy zdecydować. Przemawia przez ciebie zepsuta krew Krzeczborskich.

NIEZNAJOMY

twardo (do Rozhulantyny)

Musisz pani wybierać między nim, a córką. Cały wszechświat w Was tylko jest wpatrzony. On nie może zmieniać obowiązującej matematyki tylko dla fantazji tej dzierlatki. On może wszystko. Ja znam już ten dowód, którym on przekona nawet samego Whiteheada. Wszystko zaczęło się od Alefów: gdzie wchodzi w grę aktualna nieskończoność, tam jego wszechmoc jest zupełna. Ale dla całej kultury, w imieniu wszystkich dotychczasowych ideałów ludzkości, musimy to powstrzymać.

ALFRED

zaczyna się orjentować

Moryc, stań w drzwiach. Maurycy staje w drzwiach środkowych.

Rozhulantyna nie wie co robić. Widać w jej ruchach i twarzy potworną walkę ze sobą.

ROZHULANTYNA

krzyczy z nagłą decyzją

Tumorze! Ratunku!

NIEZNAJOMY

wyjmując kartę z pugilaresu

To nic nie pomoże. Jestem profesor Green z Em. Si. Dżi. Eu., z Mathematical Central and General Office. Green, Alfred Green.

Izia jednym ruchem jest przy drzwiach. Rozhulantyna pada zemdlona, krzycząc: „Green”.

Moryc łapie Izię, Alfred szepce coś na ucho Greenowi.

GREEN

głośno

Tam są moi agenci.

Izia wyrywa się Maurycemu i rzuca się do drzwi

Wpada dwóch agentów, którzy łapią Izię.

Józef cały czas pęka ze śmiechu, zanosząc się jednocześnie starczym, flegmiastym kaszlem (teraz aż zapiał z zachwytu).

Na to wpada z lewej strony Tumor Mózgowicz i staje jak wryty.

GREEN

krzyczy do agentów

Na automobil z nią i jazda na piątą szybkość.

Agenci z szaloną szybkością okręcają głowę Izi czerwoną chustką i wybiegają, trzymając Izię na rękach, przez drzwi środkowe

Tumor przeskakuje przez leżącą Rozhulantynę i rzuca się do drzwi. Zastępuje mu drogę Green

GREEN

groźnie, ale z uszanowaniem

Panie profesorze! Ani kroku dalej.

Alfred i Maurycy z dwóch stron podchodząc do ojca, czając się jak koty

JÓZEF

krzyczy, szczując ich

Pyf!!!

Obaj chłopcy rzucają się na ojca, starając się skrępować mu ręce w tył

Green rzuca się z przodu, chwyta go za gardło i stara się zatrzymać

Nieruchoma i niema scena, jak Ursus z bykiem w „Quo Vadis” Sienkiewicza

Trwa to bardzo długo. Milczenie, przerywane sapaniem zmagających się.

Józef decyduje się i jak drapieżny sęp bez skrzydeł, podpełza do Mózgowicza, łapie go za nogi w kolanach i powala na ziemię. Wszyscy w milczeniu krępują Mózgowicza chustkami, łańcuszkami od zegarków. Green liną, którą miał przygotowaną.

Mózgowicz ryczy krótko, poczem bezwolnie poddaje się

Mózgowicz leży skrępowany. Wszyscy siedzą na ziemi, dysząc ciężko.

GREEN

spokojnie

Spełniłem mój obowiązek.

JÓZEF

z politowaniem

Widzisz syneczku, na co ci przyszło. A mówiłem zawsze: nie przeciągaj nitki, bo pęknie.

ALFRED

wstając

Nie była to nitka, lecz gumka.

MAURYCY

b. arystokratycznie

Mam wrażenie, że papusiowi nieskończoność paruje ze wszystkich włosów. zbliża się do matki

Rozhulantyna budzi się z omdlenia

ROZHULANTYNA

To jest sen jakiś okropny.

Green wstaje i patrzy na zegarek

MÓZGOWICZ

leżąc bez ruchu

Któż zwycięży moją myśl ostatnią? Jestem niezwyciężony. Możecie mnie uwięzić. Będę milczał, tylko zostawcie mi papier i ołówek. Ostatni poemat musi być skończony.

ROZHULANTYNA

do Greena

Gdzie Izia? wstaje, otrzepując się

GREEN

Sacred Blue, jak mówią Francuzi. Gdybym sam to wiedział. Stało się to tak szybko, że nie zdążyłem wydać im rozkazów.

ROZHULANTYNA

nagle wesoło jakby wszystko jej się w głowie rozjaśniło

A może to jest jedynem rozwiązaniem! Może tak właśnie trzeba.

MÓZGOWICZ

obojętnie

A może? Któż to może wiedzieć?

Wchodzi Balantyna Fermor, ubrana w kostjum do gry w golfa.

Rozhulantyna rzuca się na jej spotkanie

ROZHULANTYNA

Szczęście, żeś przyszła. Czy widzisz co za katastrofa? Aż mi się śmiać chce z tego, tak jest to dzikie jakieś i nieprawdopodobne.

MÓZGOWICZ

deklamuje

Wszyscy słuchają skamieniali.

Nad zrębem planety,

Pośród gwiezdnej nocy,

Szereg alefów w nieskończoność pełznie.

I nieskończoność, unieskończoniona

Zamiera w sobie, przez siebie zdradzona.

Kłęby Tytanów i rogate widma

Sypią gwiazd roje

W wydarte otchłanie.

Myśl w własne wątpia zapuściła szpony

I gryzie siebie w swej własnej otchłani

Lecz myśl ta czyja? Samo się nie myśli

Tak jak grzmi samo i samo się błyska.

Punkt się rozprzężył w n-wymiarów przestrzeń

I przestrzeń klapła

Jak przekłuty balon.

Dech wyszedł cały. Tak nicość dyszy

Sama własną pustką

I każde coś gnębi w czasie, który stanął.

Hop! Szklankę piwa!

GREEN

Zaraz profesorze. Dobrze, że nie słyszą tych wierszy w Em. Si. Dżi. Eu.

Wyobrażam sobie, jakieby miny porobili.

MÓZGOWICZ

Pure nonsense, my dear Alfred. Czy nareszcie dostanę piwa?

Co za szkoda, że Izia nie usłyszała tego wiersza.

do Maurycego

Czy i teraz, idjoto, nie uważasz mnie za poetę?

ALFRED

do Maurycego

Nie mów nic do papusia.

BALANTYNA

do Greena

Sprowadź więcej ludzi, profesorze. Trzeba go zawieść zaraz do więzienia.

Green wychodzi

A wy, dzieci, idźcie się przejść. Dzień jest cudowny. Taka wiosna w powietrzu. Puszki zielenią się na drzewkach. Widziałam nawet dwa motyle, cytrynki, które zbudzone ciepłem opuściły swe larwy i robiły łamane kółka w przesyconem zapachami powietrzu. Nie wiedzą nieszczęśliwe, że kwiatów jeszcze niema i że czeka je śmierć głodowa.

Twarze chłopców się rozjaśniają. Rozhulantyna całuje ich w głowy.

ROZHULANTYNA

Tak idźcie przejść się. Masz rację Balantynko. Ty i ja jesteśmy, jak te cytrynki o których mówiłaś.

MÓZGOWICZ

ironicznie

A ja jestem ten kwiat, co się nie rozwinął jeszcze. Ale rozwinę się jeszcze. Nie bójcie się.

Chłopcy wychodzą

JÓZEF

A to ja, proszę łaski jaśnie pani, ich odprowadzę.

ROZHULANTYNA

Tak, dobrze. Idźcie Józefie, a potem przyjdźcie do nas na obiad. Będzie wasza ulubiona kasza.

Józef wychodzi, nizko się kłaniając.

Wchodzi Green z czterema tragarzami w błękitnych bluzach, którzy biorą Mózgowicza i wychodzą. Green wychodzi za nimi.

Rozhulantyna rzuca się do Balantyny Fermor z nagłym niepokojem

ROZHULANTYNA

błagalnie

Powiedz mi co to znaczy? Zaklinam cię, nie męcz mnie już dłużej. Na wszystko cię proszę, powiedz mi.

BALANTYNA

uspakajająco

Poprostu znarowiliście się do pewnych pojęć. Izia ma z was najwięcej prawdziwej intuicji przyszłości.

ROZHULANTYNA

z rozpaczą

Biedna, biedna Izia! wpatruje się z bólem przed siebie.

Kurtyna.