Androgyne

Stał przy oknie Alkazaru89 i patrzał90 na dziwne miasto — miasto, które mu ojcowie jego przed tysiącem lat zbudowali.

Była noc księżycowa, a w upiornym świetle straszyły kształty i kontury miasta, co się dziwacznie połamaną płaszczyzną dachów u nóg jego rozścieliło.

Zdawało się, że ziemia się zatrzęsła; gładki, skalisty płaskowyż się połamał i pogiął; olbrzymie skalne złomy się poprzesuwały, wepchnęły się w siebie i popaczyły się.

I rzeczywiście było miasto zbudowane na dziwnie ukształtowanym terenie skalnym.

Był on niby miniaturowy łańcuch gór z tysiącem szczytów, dolin, zrębów, złamów, a na najwyższym szczycie, wybiegającym wysoko głaźnym91 stokiem, stał pałac książęcy, świetny, odwieczny Alkazar maurytański92.

Patrzał długo na miasto u stóp swych. I widział tysiące ostrych, czarnych, dziwnie poplątanych konturów ulic, które olbrzymi teren dachów krajały93 w dziwaczny rysunek.

Cała ta biała płaszczyzna dachów wyglądała jak święty a tajemniczy ornament, złożony z mistycznych arabesków94.

A było to, jakby ręka potężnego maga wyrąbała w białej powierzchni potężnej skały święte runy najgłębszych swych tajemnic.

Z wyżyny Alkazaru wyglądało miasto, jak gdyby nie było budowane, ale w kamieniu wydrążone.

Przed jego oczyma rozścielało się miasto gdyby95 straszny olbrzymi grób katakomb96, opanowany Alkazarem, co wyniośle, poważnie i surowo smukłymi wieżycami wystrzelał w niebo ponad miastem.

Dreszcz przeszedł mrowiem przez niego, kiedy pomyślał, że zstąpi do tych katakomb.

Znał wprawdzie wszystkie zaułki, ulice i uliczki, znał ich skręty i sploty, ich krzyżowania i rozstaje; wiedział, że nie mógłby się w tej zawikłanej sieci ulic zagubić, a pomimo tego czuł jakąś tajemną grozę i przestrach, że mógłby się zabłąkać, lata całe błądzić w tym labyryncie97 i nigdy już z niego nie wyjść.

A nie było nikogo, kto by mu mógł pokazać drogę, bo miasto było martwe.


W bezmiernym smutku patrzał na to miasto, co go grozą i strachem przepełniało.

A przecież tu, tu miał się dokonać wielki cud.

Tu miał wyłonić ze siebie98 to, co było dźwiękiem jego myśli, wyrazem jego uczuć, ruchem jego woli.

Tu miał według przyrzeczeń swego serca mieć tą, którą już raz posiadł, którą utracił, a na nowo miał ją tu odtworzyć, ulepić z brył swej najskrytszej piękności, najtajniejszego bytu swej istoty.

Lecz daremnie czekał, daremnie wytężał swą wolę, daremnie krzyczał i błagał za nią.

Wszystko daremnie.

I na cóż mu te pyszne Alkazary, na cóż te czary i dziwy, to straszne miasto grobów?

Na cóż przebył tyle rzek i gór, i mórz, by tylko dostać się do tego miasta śmierci i mieć ją zawsze przy sobie?

Na cóż kłamała jego dusza, dając mu przyrzeczenie, że tu się dopełni on99 większy cud, że ile razy zechce, ona stanie przed nim i będzie jego?

I zdjął go straszny strach przed tymi potwornymi dziwami, co go wokół otaczały, i całą duszą zatęsknił do swej dawnej ojczyzny, do tego miasta w głębokiej kotlinie, dyszącego łuną gazowego światła, do tych ciemnych alei, po których dniami całymi błądził, kiedy ją100 szukał, do mrocznych kościołów, do tych wzgórzy101, co się poplątanymi pasmami pięły nad miastem i ciemną zielenią spływały w dół gdyby102 zwoje ciężkiego adamaszku...

Ciężką falą przelały się uroki tej świętej ziemi, kołyszące się łany zbóż w sennym upojeniu; ugory, gdy się rozmajaczą w letnich nocach; ogniki błędne, co straszą po ciemnych bagniskach — ach — i całe to niebo, co się rozesłało w czarnych uroczyskach jezior, a z ich dna wykwita czar bladych gwiazd i ściele po szklistej powierzchni cichy urok zatopionych kościołów...


I znowu jął patrzeć na miasto, na wściekły strumień, co w kształcie pętlicy, lub jakiejś świętej Omegi, wrzał i pienił się wokół miasta.

Głęboko w skalistych bezdnach ciskał się z jednej katarakty do drugiej; kłębił się w wirowatych zatorach i odmętach; zlewał olbrzymie, spienione wód kłęby; rzucał je na iglaste głazy, co ostrym grzebieniem z łożyska sterczały; staczał je w głębokie szczeliny raf, co się w dzikich liniach w granitowy brzeg wcinały; gotował się, pienił, wył i pędził, huczał w piekielnym niepokoju w spienionych wirach i rozhukanych tryśćcach103.

Patrzał długo z namiętną jakąś częścią104 na ten święty strumień, co cały łańcuch gór porozrywał, całe zasieki kamienia przerznął105, wykopał sobie ganki i pieczary w głazach z granitu.

W blasku księżyca wyglądał jak strumień z stopionych promieni księżycowych, a tam, gdzie w niezliczonych wodospadach zlewał się w podziemne kanały w granicie wyżłobione, zdawał się ciskać kaskady zamrożonych stalaktytów światła księżycowego.

Z namiętną rozkoszą słuchał strasznego wycia obłąkanych zatorów, bo takim szałem rozpasała się jego rozpaczna106 tęsknota; i patrzał na upiorny, ponury blask kataraktów107, bo tym blaskiem śniedzi i pleśni przeświecały jego spragnione, gorączkowe sny.

Zatamował oddech, wyprężył się w górę, rozwarł swoje ramiona i chciwie ssał oczyma upiorny cud.

I znowu wezbrało się jego serce nieznaną potęgą jak kiedyś w dawnej ojczyźnie: dziki krzyk rwał mu się z serca, by słońce, które niósł w piersiach, pokazać całemu światu, ale z wolna począł opadać ze sił, zdjęła go jakaś miękka a rozkoszna niemoc, osunął się na ziemię:

Stało się coś niepojętego...



Był sam, odcięty od całego świata, gdzieś w pośrodku oceanu na wyspie, co olbrzymimi złomami bazaltu ciężko i szeroko na morzu osiadła.

Właściwie był to tylko jeden przepotężny słup bazaltu, w tysiąc kątów połamany wielobok, którego linie ścienne zlewały się w morze gdyby108 fałdy ciężkiego adamaszku, spływającego z katafalku.

I widział morze wokół wyspy w czasie przypływu. Fale pieniły się, tryszcząc109 i buchając zziejane110; podrzucały się w skłębionych zawrotach i wlewały się na płaskowyż wyspy.

Pomiędzy wyspą a skalistymi rafami, co potwornym wieńcem wyspę okoliły, szalało morze, wypływało, zawracało i gotowało się w wirach i malstromach; na białą pianę zbite wód roztacza111 skraplały się w górze, wciąż od nowa podrzucane wściekłą siłą. Jak gdyby się roztworzył112 krater podmorskiego wulkanu i ciskał w górę wiry i kłęby w miazgę zbitej piany.

Patrzał z rozkoszą na te zaciekłe zapasy wód, co z jednej i drugiej strony pomiędzy wyspą a długą ławą skał wichrem i szałem na siebie się rzucały. Z jednej i drugiej strony lały się olbrzymie bałwany, ścierały się w środku wąskiego przesmyku, podlatywały w górę, to znowu zwalały się w przepastne leje; szalały, wirowały wokół siebie, gdyby113 płynne ognie gotujących się słońc; rozpryskiwały się wokół gdyby popękane pierścienie planet — ale już lały się z jednej i drugiej strony straszliwe potopy nowych odmętów; przewalały się przez walczące bałwany; coraz nowe, coraz straszliwsze huragany rzucały się w przesmyk: całe morze szalało.

Zza widnokręgów wzdęło się morze w straszliwej potędze, wzniosło się w niebo, opadło, i jeszcze silniej się w górę zerwało; wokół wyspy wzrastał w niebos stropy114 wał trąb morskich; wyżej jeszcze, wyżej.

Morze się na niebie sklepiło, tryszcząc zawiejami, śnieżną wichrzycą piany — teraz znów ocean gdyby kopuła straszliwych chmur zwisł nad wyspą, ale wnet złamała się siła, co topiel od dna oderwała, pękła kopuła wód i z hukiem spadających światów oberwały się ich chmury, spadły na dno, wyskoczyły gejzerami w niebo, opadły znowu, przewaliły się potopem przez wyspę, zlały się — i cisza zapanowała.

I naraz ujrzał swoje miasto i z wzrastającym zdumieniem patrzał na nowy cud.

To było jego miasto, ale inne, nie z tego świata.

Od stóp Alkazaru wiły się ponad białymi dachami ulic olbrzymie pnie winnych latorośli. Wyrastały z fundamentów Alkazaru, rozrastały się nad całym miastem, pokryły wszystkie ulice, rozgałęziały się w olbrzymim bogactwie; a całe miasto wydawało się jedną czarowną winnicą.

Pnie były z brązu, liście z delikatnej blachy miedzianej, grona winne z ciemnoniebieskiego kamienia. I jak daleko oko sięgało, wiły się w splątanych lianach bajeczne winorośla115; na białych dachach krzemiennych rozlały się powodzią barw i tęczy miedziane liście i niebieskie grona, a ponad tym wszystkim krzyczało niebo wściekłe Te Deum116 światła, słońca i żaru.

Przymknął oczy, bo nie mógł znieść tych blasków i żarów, ale wrażenie zbiegło aż do tajemnych węzłów nerwowych, spłynęło z powrotem do mózgu i naraz usłyszał przeraźliwą symfonię grzmiących trąb, krzyczących fagotów, wyjących basów, piszczących skrzypiec: głowa mu pękała i przerażony uciekał przez cały las kolumn, krył się w najskrytsze głębie swego pałacu i padał na wpół martwy na ciężkich, miękkich kobiercach.

Nieskończona błogość przenikała jego ciało.

Z dawno nieznaną rozkoszą patrzył przed siebie.

Sala była niezmierna; olbrzymia aleja filarów zamykała się gdzieś w dalekiej oddali i tworzyła wąską szczelinę, przez którą się z wolna, leniwo117 i jakby obumarłe, przedzierało światło.

W tym świetle półświtów, skojarzonych z półzmrokiem, w tej miękkiej roztoczy barw i woni, w tym cichym jaśnieniu czerwonych porfirowych kolumn, kojonym niebieskawym oddechem bazaltowej posadzki i ciemnym akordem sufitu z drzewa cedrowego, uczuł nagle, że nadeszła wielka godzina...



Wieczór zlewał się na świat. Czerwień porfiru lśniła ciemnym blaskiem drzewa hebanowego; święte krowy kapitelów zlały się w bezkształtne cielska; światło, co wąską szczeliną kolumn alei wpływało, gasło, cichło, drżało, gdyby płomień gasnącej pochodni.

W tej świętej chwili powstał i z wolna, z wysoko wzniesioną głową, jak gdyby dźwigał mitrę zdobywcy świata całego, przeszedł przez las kolumn; stanął na granitowym tarasie swego Alkazaru; dusza jego wyłoniła się z pęt ciała i świętą łaską rozlała się nad miastem i oceanem w bezbrzeżnym szczęściu.

Liść miedziany pociemniał w głębokiej, tęsknej patynie; niebieskie grona zwieszały się czarną, zmęczoną plamą na ciemną zieleń liści, a białe dachy gasły i stygły — I było to jakby cicha modlitwa z marzeń i snów spowita, — tęskna, daleka pieśń gęśli118 jego niewolnic.

A w gasnącej powodzi światła i barw tęczy, w martwej ciszy miasta katakomb, uczuł wreszcie, że jest sam jedyny na całym świecie, gdzieś na obcej, miliony mil odległej gwieździe; zapomniał, że jest jeszcze ktoś prócz niego na świecie.

Był sam.

Ściemniało. Zastygły cuda na niebie, i ciemna noc opadła ciężkim kirem na miasto.

A dusza jego drżała, błądziła, jak ptak przed burzą w strasznym niepokoju, bo czuła, że nadchodzi wielki cud, że przepaście się otwierają, że już blisko chwila, w której dusza wszelkie tajnie119 przenika i w przepych własnej nagości patrzy.

A było, jakby się ze wszech stron przestrzeń ścieśniała, ku niemu się zbliżała, jakby linie i kontury się od miasta odrywały, w nowe kształty się przetwarzać jęły; ciemność zdała się pogłębiać jeszcze, stała się ciałem, zbliżała się coraz bliżej — coraz bliżej, a naraz pękły czarne opony120 nocy i stało się światło, dziwne światło: jaśniejące tchnienie woni letnich nocy, zimny, jednostajny odbłysk ukrytych światów — stało się światło, jakie się tworzy przez refleksy metalicznych zwierciadeł, wewnętrzne światło, światło duszy wszechnatury.

I w tym bezświetlnym jaśnieniu widział, jak z wolna wstępowała na taras jego pałacu — Ona, Duch święty jego bytu odwiecznego, On — Ona.

I szła ku niemu jak światło zbłąkane wśród mgieł — jakby z wolna i z trudem przedzierała się świetlistą swą łaską przez głuche i ciemne opary, gdy w jesiennych rankach znad bagnisk się wznoszą.

Szła, jak idzie na mile całe jęk dzwonów pod wieczór zimowy po śniegiem skrzących się polach, po czarnych ugorach i mrozem skostniałych burzanach na bezprzestrzennych bachorzach.

Szła z wolna, faliście, jak zmrok, gdy znachodzi121 śnieżyste, fioletowym czarem spowite góry. Poprzez rafy i szczeliny wdzierają się ostre, długie kliny cienia, mrokiem swym stapiają czystą jasność i tęskne fiolety — wżerają się długimi, ostrymi językami w iskrzącą się biel odwiecznego śniegu; gasną z wolna kryształowe skry; mrocznieją płaskowyża i stoki; leje się cień, poważna, natchniona, pełna smutku, głębi i ciszy.

I szła ku niemu, jak idzie białe lśnienie srebrnych topoli w noc zaduszną, straszna i rozpaczna. Gdzieś na bólem stężałych polach osiadł i świszczy skłębiony tuman wiatru, a wraz biją o siebie smutnym dźwiękiem ostatnie, metalicznym łyskiem bielejące liście.

Cofnął się przerażony.

A poprzez las kolumn szła ku niemu srebrna jaśń122, cicha jaśń światła, drącego ciężkie opony123 mgły, falistość jęków rozbujałych dzwonów, ponura tęsknota mroków, spływających z gór w dolin padoły.

Cofał się w najciemniejsze głębie swego Alkazaru, padł na twarz i szeptał drżący:

— Przyszłaś wreszcie. Dusza ma skrwawiona i skrzydła jej poszarpane, — przeszedłem góry i morza; zabija mnie upiorny strach tego miasta śmierci, ale czekałem, bo tak mi serce mówiło, że Cię tu znajdę...

Zaległa cisza. Zląkł się, że to nie ona.

I rozciągnął w krzyż swe ramiona i błagał rozpacznym124 szeptem:

— Kto jesteś?

A przez jego duszę przeszedł głos jak ciche lśnienie bolesnego uśmiechu, jak blada fala światła, niknący oddech rozmodlonego westchnienia:

— Jam jest najtajniejszą głębią Twej duszy, jestem linią tego, coś przeżył; jestem dźwiękiem i barwą Twych snów; jestem celem Twoich pragnień; jestem krwią, którą wciąż od nowa Twoja chuć nabiega — przeze mnie i we mnie zostałeś poczęty — przeze mnie i we mnie dokona się żywot Twój...

A po olbrzymiej sali rozeszło się gdyby łkanie jesiennego deszczu, gdyby zaduszne tchnienie grobowych tajemnic, gdyby niewypłakana łza, co skamieniała na oku, stężałym w bólu, a o sklepienia odbił się żal i jęk:

— Pomnisz125 noc, gdym tuliła Twą twarz w mych dłoniach, gdym obejmowała Cię gorącym oplotem mych ramion; głowa Twa spoczęła na mej piersi, a jam błądziła cichymi palcami w Twych miękkich włosach?

Wił się z bólu; głos ten pełen jęku, pełen nieziemskich tęsknot, pełen strasznych wspomnień zapierał mu łkaniem piersi, wrastał w krtań — kajał się i błagał:

— Och chodź, chodź — tak długo czekałem na Ciebie, czekałem w tych strasznych grobach, bo tak mi dusza mówiła, że tu Cię odnajdę, i tu Cię mieć będę, ile razy zechcę.

Gdzież Cię uchwycić? Patrz, szukam Cię naokoło, roztwieram me ramiona — spłyń — spłyń...

I zdało mu się, jakby ktoś przypadł do jego kolan, czołgał się przed nim, zwieszał się na jego szyi, opadał na jego piersi z rozkoszą i bólem mdlejących zachwytów.

Długie milczenie zaległo cedry sklepień i zielony sjenit126 ścian poza kolumnami...

I czuł, czuł jej ciepłą, drobną, miękką rękę, widział ją w swej duszy, jak się nad nim chyliła i szeptała namiętnie:

— Tak długo błądziłam, szukałam i czekałam, czy może Twa ręka nie wyrwie mnie z nicości, nie ujmie mnie w kształty i w ciało nie przetworzy...

Słyszysz mnie, ukochany? Czujesz mnie?

Odeszłam od Ciebie, boś patrząc na mnie, patrzał w Twoją własną duszę — bo jestem ciałem Twej myśli, jestem kształtem i ciałem Twych tęsknot, wyrazem Twych uczuć i ruchem Twej woli... Odeszłam, bom127 była Twoim zniszczeniem i śmiercią...

Odeszłam, ale dziś błagam, krzyczę ku Tobie: włoń Twoją rękę w moją nicość: niech powiąże miliony poszarpanych, rozwianych dźwięków w jeden akord mego ciała, niech stopi miliony wokół rozlanych barw w słońce, które to ciało ogrzeje...

O jasny mój, Boże mój promienny! Tak długo błądziłam, szukałam, krzyczałam za Tobą, ale wiatry przewiały mój krzyk i moją rozpacz, a Tyś mnie nie słyszał...

Nie lękam się już Twej zguby — wiem, że patrząc we mnie — w duszę Twoją — zginąć musisz, ale Ty przecież nie chcesz żyć beze mnie — więc wyrwij mnie stąd lub przyjdź do mnie — przyjdź, och! przyjdź.

Tęsknota obłąkała mą duszę, orkany bólu rozwiały me złote włosy, och chwyć te strzeliste promienie, okręć je wokół Twych rąk, wyrwij mnie z tej otchłani, bo rajem jest z Tobą, a bez Ciebie piekłem...

Słyszysz mnie? Czujesz mnie?

I jakiś straszny ból tęsknoty, niewysłowionego żalu grał kurczowym podrywem w bezmiernej sali:

— O jasny, promienny mój — wołałam, wiłam się w krzyku i rozpacznej modlitwie, ale głos mój przebrzmiał, a nie oddźwiękło Twe serce — drżałam, chwytałam Cię; usta me Twych szukały; rozchylała się dla Ciebie mistyczna róża mego ciała, a nie odczuło mnie Twe serce; wczołgałam się w Twe sny, wiłam, kąpałam się w ich żarach — a budząc się, zapominałeś o nieziemskich pieszczotach mego ciała...

I coraz silniejszą, gorętszą namiętnością rwał się głos jej:

— O spłyń Twą ręką po mej piersi, po mych biodrach, chwyć mnie w ramiona, podrzuć na Twą pierś, niech włos mój grzywą się najeży w dzikich pożarach Twej krwi...

Widzisz?

Patrz, ciałem się staję! czujesz żar mego ciała? słyszysz bicie mego serca!?

Krzyknij, rozszalej Twą wolę, bym się stała...

A naraz zerwał się, wyprężył, zolbrzymiał orkanem woli i po trzykroć razy odbił się o sklepienia straszny krzyk:

Stań się!

I ujrzał ją, siebie samego — nagą, w świętym przepychu.

I już opadała ciałem i niszczącym żarem w jego ramiona; oplotła go; jej ciało wwinęło, wtuliło się w niego:

I znowu straszny krzyk...

Wszystko zanikło —



A otóż rozwichrzyły się na niebie olbrzymie fiolety przedpotopowych paproci; niebotycznymi szczytami wystrzeliły czarne lasy palm i cyprysów; cichą rozkoszą wykwitły w górę potężne lilie; wgryzały się w błękit krwawe języki potwornych orchidei; łagodnym smutkiem rozścielały się liście nenufarów; a wszystko to szalało w rozpasanym orkanie barw: zieleń, fiolety, purpura pasowały się z sobą w zaciekłych zapasach. Przez krzyki czerwieni palącego się żelaza wiły się fioletowe paski, gdyby strumienie górskie, widziane z najwyższych gór szczytów; w zatorach czerni i głębokich błękitów kwitły zielone plamy liści nenufarów, a na jeziorach ciemnej purpury kołysało się senne kwiecie białych lilij128.

Było, jakby się naraz dawno zamarłe światy roztęczyły, kiedy jeszcze natura w olbrzymich potęgach się przejawiała; kiedy wierzchołki palm szczyty gór przewyższały, kiedy potężne pnie powojów i lianów129 lasy w nieprzerwalne gąszcze pętały, kiedy jeszcze gwiazdy w bezatmosferycznych przestrzeniach, gdyby130 olbrzymie księżyce bezżarnym, metalicznym blaskiem łyskały, a niebo całe krwawiło się ciemną purpurą stęchłej krwi.

I znów ją ujrzał, jak błądziła, gdyby jasny cień w rozkoszach ogrodów rajskich; jak nikła, rozwiewała się, spływała w krzyczących szałach barw.

I w strasznej tęsknocie krzyczał za nią, wyciągał ręce, błagał i łkał.

Stanęła. Cichym jaśnieniem przebiegł przez jej usta niewypowiedzianie słodki, tkliwy uśmiech.

A głos jej rozanielił się w jego sercu:

— Pójdź za mną. Ta miłość nie z tego świata. Pójdź za mną! Tam Ty i Ja staniemy się jedno — nie tu, nie tu...

Och chodź, chodź, słodki, jedyny mój — tak długo krzyczałam za Tobą, rwałam się ku Tobie, wiłam się w kurczach bólu i tęsknoty, a ciałem stać się nie mogłam, a teraz wiem, że żadna choćby najpotężniejsza ręka mnie stąd wyrwać nie zdoła...

Och chodź, przyjdź, jedyny kochanku mój!

Utulę Cię taką rozkoszą, uśpię Cię takimi czary131, o jakich nie śniłeś w twoich najgorętszych snach, pokażę Ci nowe światy, odsłonię Ci opony132 wszystkich tajemnic, owinę Cię moim ciałem, spoczniesz przy mnie jak na łonie Boga — czemu się wahasz?

Cofała się z wolna, spływała w dal, a on szedł za nią, chwiał, potykał się, ale zdawało mu się, że jakaś niewidzialna siła sprzęgła jego oczy z jej postacią, rwała go za oczy, aż mu z orbit wychodziły — szedł — szedł...

Spływała w dal, gasła. Jeszcze jeden uśmiech jak słaba błyskawica, co się delikatnem jaśnieniem zleje wzdłuż krańców nieba:

Stał oszalały na tarasie swego pałacu i patrzał w straszliwe cuda.


Morze stało w płomieniach.

To już nie morze, ale orkany fal z płynącego metalu, tryszczące133 warami134 gotujących się kamieni.

Było, jakby cała powierzchnia ziemi płynną się stała, zagotowała i rozszalała się w przedpotopowych burzach, w potwornych konwulsjach, podrywach i szałach.

W czarne niebios sklepienia buchały wściekłe wodotryski kipiącego metalu, tryszczały135 gejzery gotujących się zatorów; opętane golfy136 kurczyły się, buchały i rzucały się na siebie w orkanach ognia i skier; ze wszech stron lały się straszne potopy ognia i warów; kołowały się w wirujących odmętach w gotującą się ciecz stopione głazy, skały i gór łańcuchy.

A otóż nagle zgasło morze i tam gdzie jeszcze przed chwilą widział wściekłe pożary, roztaczały się przed jego okiem nagie, rozwichrzone sierry137.

Podartymi strzępami wykrzykiwały w niebo rozpasane odmęty kamienia, podrzucone i zastygłe w chwili gdy je straszny tai-fun138 ziemi w niebo ciskał. Wirowały się wokół zatory kamienne, skurczone, powikłane, wkręcone w niebo spiralną linią sprężyny. Z jednej i z drugiej strony wżerały się w siebie dwa łańcuchy gór, gdyby dwa rozjuszone malstromy139, co się wzajem w bezdenne leje zwalić chciały. A z góry do dołu lały się wodospady kamienia, sterczały katarakty skalne; tu i owdzie ciskały się w niebo w kształt smukłych wieżyc ostre złomy i wirchy, jak gdyby w chwili skamienienia całe łono ziemi się w szmaty podarło i z wszelkich szczelin i czeluści płynne strumienie lawy z siłą Niagary w niebo ogniem rzygały.

I z wzrastającym przerażeniem patrzył na to w góry, skały i kruszec zsiadłe morze.

A naraz zajaśniały skały i gór łańcuchy czarnym połyskiem stali, niebieskim lśnieniem rzniętego140 ołowiu, białawym błękitem cyny, brudną szarością żużli węgla kamiennego; wyprysła i rozlała się tęcza wszelkiego kruszcu i nagich pokładów drogiego kamienia, a poprzez ten orkan stężałych wirów i zatorów, poprzez katarakty i gór malstromy, poprzez zwieszone kruszcem wirchy i złotodajne gór doliny, wił się w spiralach i parabolach, w dzikich splotach lianów141 i spowiciach winnych latorośli zielony golf142 omszałej miedzi.

I z wolna wzmagała się, rosła, potężniała jasność, aż wreszcie rozpaliły się wszystkie szczyty i stoki, i złomy jakimś bezżarnym, tęczowym światłem palących się soli i gazów, eterów i olei, — cały świat stał w pożarach, co trawiącą siłę ognia straciły — głuchych pożarach światów, nie otoczonych żadną atmosferą.



Zerwał się. Zdjęła go straszna trwoga, strach i przerażenie.

Dusza jego połączyła się z ciałem.

W dole, w głębokiej kotlinie, zgasło miasto; rozpierzchły się w górze ostatnie odgłosy, tylko wspomnienie wielkiej nocy cudu rozpostarło swe olbrzymie skrzydła nad światem.

Patrzał błędny, niepewny, co jawa, a co sen — jakby z najodleglejszych krańców ziemi dochodził go łoskot spadających wodospadów, a jak najdalsze echo wspomnień zamigotały przed jego oczyma złote szczyty wieżyc Alkazaru.

Zamknął oczy.

Coś, jak gdyby cichy łopot skrzydeł mewy polarnej:

Przyjdź, przyjdź!

Jakieś jaśnienie, jak gdyby błysnęła bezgłośna błyskawica:

Przyjdź, przyjdź!

Coś obejmowało słodkiemi rączętami jego serce, tuliło, całowało:

Przyjdź, przyjdź!

A z duszy wyrwał mu się namiętny, łkający krzyk:

Idę już, idę!

A tam w dole ciemne aleje kasztanów. Zdawało mu się, że widzi świetlaną jaśń jej postaci wśród czarnych drzew.

A tam w dole mroczne, wilgne143 kościoły, w których złożono zaśniedziałe sarkofagi książąt i królów. Zdawało mu się, że czuje jeszcze drganie jej serca, oddech jej gorący, ciepło krwi, którą się jej twarz zalała, gdy ją raz spotkał w ciemnych krużgankach.

A tam w dole — och! w tym mieście cudu kołysał ją jak dziecię w swych ramionach, to znowu gwałtownie podrzucał na piersi, to znów układał lekko na posłaniu, a wokół rozlewały się fale jej złotych, promienistych włosów.

Przypadł twarzą do ziemi, leżał długo, aż ból się w nim przełamał, a w sercu jego ucichło jakąś nadmierną ciszą nie z tego świata.

Leżał, wsłuchiwał się w siebie, zwrócił oczy w głąb swej duszy.

Cisza:

Morza zamarły, tętno ziemi bić przestało; ku niebu sterczyły144 obumarłe, zwęglone wierzchołki niebotycznych palm i pni potężnych paproci; na nieruchomych bezkresnych polach lodu leżał straszny posiew bielejących kości przedpotopowego stworzenia —

Cisza:

Zastygłymi promieniami wiązał się księżyc ze ziemią, a nie było ręki, która by z tych strun choć jeden dźwięk wyrwać mogła, — szerokim łonem rozwarła się ziemia, ale nie było światła, które by je zapłodnić mogło: w bezpowietrznych obszarach wiszą bez ruchu ogromne gwiazdy w kształt zimnych globów miedzianych, a słońce, czarnym kirem pokryte, dogorywa, swym własnym ogniem strawione.

I w tej ciszy zerwała się w nim od nowa tęsknota za tą, którą już raz posiadł, którą utracił, a miał ją na nowo z duszy swej odtworzyć, z brył swych uczuć, myśli i woli na nowo ulepić — a nie miał dość sił ku temu.

Całą duszą zatęsknił za tą, której już nigdy tu na ziemi nie miał ujrzeć. Noc cudu, którą z nią przeżył, rozciągnęła się w nieskończoność; zdawało mu się, że był całą wieczność z nią razem, że skosztował cały bezmiar pieszczot, całą bezdeń rozkoszy.

I mówił do niej:

— O oczy wy moje,

tyle razy spływała moja dusza w zielone głębie wasze, gdyby spadająca gwiazda w otchłanie oceanu —

raz jeszcze wchłońcie bezmiar mego bólu; niech się w waszych bezdnach rozpłynie jak strumień światła niewidzialnych gwiazd w bezkresnych przestworzach, —

o oczy wy moje!

— O usta wy moje,

tyle razy błądził wasz smutek na mej piersi, wżerała się wasza rozpacz w me ciało, a wasza pieszczota syciła me usta słodkim jadem niewypowiedzianych żądz — tyle razy składałyście się do rozkosznych szeptów, do rozpustnych krzyków i bezładnych bluźnierstw, — tyle razy drgałyście jękami lubieżnego bólu, gdym silnym ramieniem przeginał to słodkie ciało, —

raz jeszcze niechaj się rozchyli wasz czarowny kielich, a zeń spłyną w mą duszę wasze straszne czary,

o usta wy moje!

— O głowo ty moja,

tyle razy tuliłem Cię do mego łona, tyle razy obwisłaś w mym uścisku, przechylałaś się w żarach mych spragnionych ust, obezwładniona dreszczami rozkoszy opadałaś na miękkie posłanie, —

raz jeszcze wtul się w moje łono, rozlej toń Twych gwiezdnych promieni na mojem ciele — opaszę splotami twych jedwabnych zwojów gdyby królewskim naremnikiem ramiona moje,

o głowo Ty moja, o złoty strumieniu włosów, o strugo złota roztopionego!

— O całe ciało przenajsłodsze,

raz jeszcze rozszalej się przenajświętszym grzechem na mym rozżarzonym ciele, zamieraj w nieludzkiej pieszczocie, rozkrzycz się w dzikim szale rozpusty, pień się wielkim Alelujach145 w ciemną otchłań, w której się pamięć zatraca,

o całe ciało moje!



W kotlinie u nóg jego zaległa czarna noc — jedno tylko światełko żarzyło w kształt tlącej się głowni.

Już nie rozpaczał. Tylko cicha tęsknota za tymi oczyma, co swe gwiazdy odbijały w głębiach jego duszy taką bezmierną miłością, takim wielkim bólem i taką krwawą rozpaczą. Tylko cicha tęsknota za tymi dłońmi, co tysiączne swe linie, całe swe rozpaczne losy i przeznaczenia w twarz jego wrażały. Tylko cicha tęsknota za jej szeptem, za jej smutnym uśmiechem, za tą mroczną zadumą, co raz po raz na jej białym, jasnym czole zalegała...

Już nie rozpaczał. Bo wiedział, że pójdzie do niej; połączy, zleje się z nią w odwiecznym łonie, które jego i ją porodziło.

W ciemnej nocy krzyczały dwa wielkie kwiaty; gięły się i kurczyły dwie łodygi narcyzów, a w jakimś ciemnym morzu ujrzał odbicie dwóch płonących gwiazd.

Rozlewały się na spienionych falach w dwa długie strumienie, rwały się w roztopione bryły na pianę tryszczących146 grzbietach, to znowu stapiały się w ogromne złociste tarcze, ale coraz zbliżały się ku sobie, walczyły z wód odmętami, wydłużały i kurczyły się, biegły ku sobie wężami światła, rwały się, by rzucić się na siebie, aż wreszcie z wielkim krzykiem zlały się w jedno olbrzymie ognisko.

Tak!

On i ona mieli powrócić do wspólnego łona, by zlać się w to jedno ognisko, w to jedno święte słońce.

Tam się dokona cud; wielki, nieziemski cud:

będzie jednym i niepodzielnym,

będzie Bogiem wszechjedynym, znowu Bogiem, co tu na ziemi rozłamał się w kawałki i cząsteczki, —

odsłonią mu się niepojęte tajemnice, rozwiążą się wszystkie cele i przyczyny bytu, —

i zakróluje nad wszelką ziemią i wszem147 stworzeniem.

On — Ona.

Amen.


Objęła go pieszczota jej drobnych rącząt, owionęła go rozkoszna woń jej ciała, — dwie gwiazdy jej oczu wiodły go za sobą, a w duszy jego rozanielił się przedziwny szept jej głosu:

Idź już, jasny mój, idź za mną!

A on szedł z wielkim tryumfem śmierci w swym sercu tam, gdzie w oddali szklił się księżycem osrebrzony pasek ciemnych zatorów siedmioramiennego jeziora; szedł cichy i wielki, tylko z nieskończenie tkliwą miłością powtarzał bezustannie:

Idę już, idę...

Toledo – Kraków 98/99

Przypisy:

1. Androgyne (z gr. ανδρογυνής) — istota łącząca w sobie cechy męskie i żeńskie; w filozofii: człowiek idealny, pełny; wg koncepcji romantycznej: miłość idealna, całkowita jedność kobiety i mężczyzny. [przypis edytorski]

2. patrzał — dziś popr. forma 3os. lp cz.przesz. r.m.: patrzył. [przypis edytorski]

3. mistyczny — tu: tajemniczy. [przypis edytorski]

4. dziwna, że (...) — dziś: dziwne, że. [przypis edytorski]

5. pyszny naręcz — dziś popr. r.n.: pyszne naręcze. [przypis edytorski]

6. tuberoza — właśc. tuberoza bulwiasta, kwiat o białych lub jasnoróżowych płatkach, o charakterystycznym mocnym, upojnym, słodkim zapachu, używanym przy produkcji perfum. [przypis edytorski]

7. betleemski — dziś popr. pisownia: betlejemski. [przypis edytorski]

8. azalij — dziś popr. forma D. lm: azalii. [przypis edytorski]

9. orchideja — dziś popr.: orchidea. [przypis edytorski]

10. usty — dziś popr. forma N. lm: ustami. [przypis edytorski]

11. upieka — dziś: spieka, upał. [przypis edytorski]

12. usamotniać (neol.) — czynić samotnym. [przypis edytorski]

13. tatarka (reg.) — gryka. [przypis edytorski]

14. prześlizgło się — dziś popr.: prześlizgnęło się a. prześliznęło się. [przypis edytorski]

15. leniwo — dziś: leniwie. [przypis edytorski]

16. zawody — tu: zawodzenia. [przypis edytorski]

17. rozpaczny — dziś: rozpaczliwy. [przypis edytorski]

18. płomienić — dziś: płonąć. [przypis edytorski]

19. prześlizgło się — dziś popr.: prześlizgnęło się a. prześliznęło się. [przypis edytorski]

20. pozamieście — dziś: przedmieście. [przypis edytorski]

21. modeł — dziś popr. forma D. lm: modłów. [przypis edytorski]

22. nieprzerwalne — dziś: nieprzerwane. [przypis edytorski]

23. latorośle (daw., r.n.) — dziś popr. w r.ż.: latorośl. [przypis edytorski]

24. gdyby — tu: jak, niby. [przypis edytorski]

25. płomienić — dziś: płonąć. [przypis edytorski]

26. dyszyć — dziś popr.: dyszeć. [przypis edytorski]

27. jaśń — jasność, blask. [przypis edytorski]

28. biódr — dziś popr. forma D. lm: bioder. [przypis edytorski]

29. trzy nocy — dziś popr. forma: trzy noce. [przypis edytorski]

30. Samyaza (mit.) — upadły anioł. [przypis edytorski]

31. płomienić — dziś: płonąć. [przypis edytorski]

32. cześcią — dziś popr. forma N. lp: czcią. [przypis edytorski]

33. pomnąć a. pomnieć — pamiętać, przypominać sobie. [przypis edytorski]

34. rozpacznie — dziś: rozpaczliwie. [przypis edytorski]

35. opona (tu daw.) — zasłona. [przypis edytorski]

36. gdyby — tu: jak, niby. [przypis edytorski]

37. ócz — dziś popr. forma D. lm: oczu. [przypis edytorski]

38. skrzydły — dziś popr. forma N. lm: skrzydłami. [przypis edytorski]

39. posowa (reg.) — sklepienie. [przypis edytorski]

40. słodkogórz — psianka słodkogórz, półpnącze o fioletowo-żółtych kwiatach i czerwonych owockach, roślina trująca. [przypis edytorski]

41. ogniów — dziś popr. forma D. lm: ogni. [przypis edytorski]

42. eleuzyński — dziś: eleuzyjski. [przypis edytorski]

43. zorz — dziś popr. pisownia D. lm: zórz. [przypis edytorski]

44. Indyj — dziś popr. forma D.: Indii. [przypis edytorski]

45. orgij — dziś popr. forma D. lm: orgii. [przypis edytorski]

46. sabath — dziś popr. sabat (tu: spotkanie czarownic). [przypis edytorski]

47. war — coś wrzącego, kipiącego. [przypis edytorski]

48. miast — tu daw.: zamiast. [przypis edytorski]

49. gzems — dziś popr.: gzyms. [przypis edytorski]

50. wyżlin — lwia paszcza, roślina ozdobna. [przypis edytorski]

51. czysta jak kwiat lotosu — lotos jest uważany za wyjątkową roślinę, ponieważ jego kwiaty i liście mają właściwość samooczyszczania się, co nauka nazywa efektem lotosu. [przypis edytorski]

52. kwiat lotosu, kiedy Boga rodził — motyw bóstwa wyłaniającego się z kwiatu lotosu pojawia się zarówno w mitologii starożytnego Egiptu, jak i Indii. [przypis edytorski]

53. usty — dziś popr. forma N. lm: ustami. [przypis edytorski]

54. prześlizgło się — dziś popr.: prześlizgnęło się a. prześliznęło się. [przypis edytorski]

55. Ekbatana — w starożytności (VIII–VI w. p.n.e.) stolica Medii, organizacji państwowej indoirańskiego ludu Medów; dziś Hamadan w płn.-zach. Iranie. [przypis edytorski]

56. zarykły — dziś popr.: zaryczały. [przypis edytorski]

57. w znak — tu: na wznak, na plecy. [przypis edytorski]

58. akacyj — dziś popr. forma D. lm: akacji. [przypis edytorski]

59. którem kochał — dziś: które kochałem. [przypis edytorski]

60. linij — dziś popr. forma D. lm: linii. [przypis edytorski]

61. miesiąc (tu daw.) — księżyc. [przypis edytorski]

62. skrzydły — dziś popr. forma N. lm: skrzydłami. [przypis edytorski]

63. bliźni — tu dziś: bliźniaczy. [przypis edytorski]

64. nieruchomie — dziś: nieruchomo. [przypis edytorski]

65. przeźroczy — przezroczysty, przejrzysty. [przypis edytorski]

66. pozamieście — dziś: przedmieście. [przypis edytorski]

67. pająk — tu: żyrandol, świecznik u sufitu. [przypis edytorski]

68. ażali, azali a. zali (daw.) — czy. [przypis edytorski]

69. wykwitują — dziś popr. forma: wykwitają. [przypis edytorski]

70. we wieczności — dziś popr.: w wieczności. [przypis edytorski]

71. on mąż (tu daw.) — ten człowiek, ten mężczyzna. [przypis edytorski]

72. Gehenna — tu: piekło, potępieńcze męki. [przypis edytorski]

73. oślizgła się — dziś: ześliznęła się. [przypis edytorski]

74. gdyby — tu: jak, niby. [przypis edytorski]

75. golf (z niem. Golf: zatoka morska) — tu: wysunięty język ognia. [przypis edytorski]

76. Malstrom (norw. Moskstraumen, tu przen.) — prąd morski, obfitujący w wiry, wywoływany pływami w fiordach północnej Norwegii. Opisywany w średniowiecznych islandzkich Eddach, a także m.in. w utworach Juliusza Verne’a i E. A. Poego. [przypis edytorski]

77. ziemi — dziś popr. forma D. lm: ziem. Tu możliwe też odczytanie: wszystkich czasów i wszystkiej [tj. całej] ziemi. [przypis edytorski]

78. usty — dziś popr. forma N. lm: ustami. [przypis edytorski]

79. wślizgło — dziś popr. forma: wślizgnęło. [przypis edytorski]

80. przeświadczyć się — upewnić się. [przypis edytorski]

81. ze ziemi — dziś popr.: z ziemi. [przypis edytorski]

82. odzian spiżową zbroją (daw.) — zakuty w spiżową zbroję. [przypis edytorski]

83. linij — dziś popr. forma D. lm: linii. [przypis edytorski]

84. płeć (tu daw.) — cera, skóra; karnacja. [przypis edytorski]

85. wirch (reg.) — wierch, szczyt. [przypis edytorski]

86. ilekroć razy — dziś popr.: ile razy a. ilekroć. [przypis edytorski]

87. Ierusch-Halaim — zbliżony do ortografii niemieckiej zapis hebrajskiej formy nazwy miasta Jerozolimy: יְרוּשָׁלַיִם, czyt. [Jeruszalajm]. [przypis edytorski]

88. Alkazar (hiszp. alcázar; z arab. القصر, al kasr) — wybudowany przez Maurów warowny pałac w centrum miast hiszpańskich (Sewilli, Toledo, Kordobie i in.); tu przen.: serce miasta, siedziba władcy. [przypis edytorski]

89. Alkazar (hiszp. alcázar; z arab. القصر, al kasr) — wybudowany przez Maurów warowny pałac w centrum miast hiszpańskich (Sewilli, Toledo, Kordobie i in.); tu przen.: serce miasta, siedziba władcy. [przypis edytorski]

90. patrzał — dziś popr. forma 3os. lp cz.przesz. r.m.: patrzył. [przypis edytorski]

91. głaźny — kamienisty. [przypis edytorski]

92. maurytański — dziś popr.: mauretański. [przypis edytorski]

93. krajać — dziś: kroić. [przypis edytorski]

94. arabesków — dziś popr. forma D. lm: arabesek. [przypis edytorski]

95. gdyby — tu: jak, niby. [przypis edytorski]

96. katakomby — dziś: katakumby. [przypis edytorski]

97. labyrynt — dziś popr. pisownia: labirynt. [przypis edytorski]

98. ze siebie — dziś popr.: z siebie. [przypis edytorski]

99. on (tu daw.) — ten. [przypis edytorski]

100. ją szukał — dziś popr.: jej szukał. [przypis edytorski]

101. wzgórzy — dziś popr. forma D. lm: wzgórz. [przypis edytorski]

102. gdyby — tu: jak, niby. [przypis edytorski]

103. tryściec — tu: fontanna, gejzer. [przypis edytorski]

104. cześcią — dziś popr. forma N. lp: czcią. [przypis edytorski]

105. przerznąć (daw.) — przeciąć. [przypis edytorski]

106. rozpaczny — dziś: rozpaczliwy. [przypis edytorski]

107. kataraktów — dziś popr. forma D. lm: katarakt. [przypis edytorski]

108. gdyby — tu: jak, niby. [przypis edytorski]

109. tryszcząc — dziś: tryskając. [przypis edytorski]

110. zziejany — dziś popr.: zziajany. [przypis edytorski]

111. roztacza — tu: coś roztoczonego, rozproszonego. [przypis edytorski]

112. roztworzyć — dziś: otworzyć. [przypis edytorski]

113. gdyby — tu: jak, niby. [przypis edytorski]

114. strop — sklepienie, sufit. [przypis edytorski]

115. winorośle (daw., r.n.) — dziś popr. r.ż.: winorośl. [przypis edytorski]

116. Te DeumTe Deum laudamus (łac.: Ciebie Boga wysławiamy), początkowe słowa hymnu dziękczynnego, śpiewanego podczas szczególnych uroczystości. [przypis edytorski]

117. leniwo — dziś: leniwie. [przypis edytorski]

118. gęśle — dawny instrument smyczkowy, używany wśród ludów słowiańskich i na Bliskim Wschodzie. [przypis edytorski]

119. tajnia — tajemnica. [przypis edytorski]

120. opona (tu daw.) — zasłona. [przypis edytorski]

121. znachodzić (daw.) — znajdować, natrafiać na coś. [przypis edytorski]

122. jaśń — jasność, blask. [przypis edytorski]

123. opona (tu daw.) — zasłona. [przypis edytorski]

124. rozpaczny — dziś: rozpaczliwy. [przypis edytorski]

125. pomnąć a. pomnieć — pamiętać, przypominać sobie. [przypis edytorski]

126. sjenit — skała, używana m.in. jako budulec piramid egipskich i Stonhenge. [przypis edytorski]

127. bom była — dziś: bo byłam. [przypis edytorski]

128. lilij — dziś popr. forma D. lm: lilii. [przypis edytorski]

129. lianów — dziś popr. forma D. lm: lian. [przypis edytorski]

130. gdyby — tu: jak, niby. [przypis edytorski]

131. czary — dziś popr. forma N. lm: czarami. [przypis edytorski]

132. opona (tu daw.) — zasłona. [przypis edytorski]

133. tryszczące — dziś: tryskające. [przypis edytorski]

134. war — coś wrzącego, kipiącego. [przypis edytorski]

135. tryszczały — dziś: tryskały. [przypis edytorski]

136. golf (z niem. Golf: zatoka morska) — tu: wysunięty język ognia. [przypis edytorski]

137. sierra (hiszp., z łac. serra: piła) — łańcuch górski. [przypis edytorski]

138. tai-fun (z chińskiego) — tajfun, cyklon tropikalny. [przypis edytorski]

139. Malstrom (norw. Moskstraumen, tu przen.) — prąd morski, obfitujący w wiry, wywoływany pływami w fiordach północnej Norwegii. Opisywany w średniowiecznych islandzkich Eddach, a także m.in. w utworach Juliusza Verne’a i E. A. Poego. [przypis edytorski]

140. rznięty — cięty a. rzeźbiony. [przypis edytorski]

141. lianów — dziś popr. forma D. lm: lian. [przypis edytorski]

142. golf (z niem. Golf: zatoka morska) — tu: wysunięty język. [przypis edytorski]

143. wilgny — dziś: wilgotny. [przypis edytorski]

144. sterczyć — dziś popr.: sterczeć. [przypis edytorski]

145. Alelujach — dziś popr. pisownia: alleluja. [przypis edytorski]

146. tryszczących — dziś: tryskających. [przypis edytorski]

147. wszem — dziś: całym. [przypis edytorski]