SCENA SIÓDMA
Przez chwilę scena próżna. Głośna muzyka. Gość patrzy nieruchomie na pałac. Nagle muzyka cichnie, a po chwili wychodzi Adam chwiejny, podchodzi do gościa.
ADAM
Tyś go wpuścił?
GOŚĆ
Sam wszedł.
ADAM
Czemuś go wpuścił? Teraz już nie mogę przekroczyć progu tego domu.
GOŚĆ
Nie.
ADAM
Nie ma ratunku?
GOŚĆ
Nie!
ADAM
I dla niej też nie?
GOŚĆ
Dla kogo?
ADAM
Dla mej żony.
GOŚĆ
Zaraz tu przyjdzie.
ADAM
Gdzie Pola? — szukam jej, szukam — Pola! Pola!
GOŚĆ
Schowała się w najskrytszy kąt twego pałacu. Ona cicha i spokojna — a teraz ma lęk. Bo dziwnych i strasznych masz gości.
ADAM
Straszne!
GOŚĆ
Pamiętaj, com ci mówił. O przypadek tak łatwo. Przypadkiem łódka utonie — noga się górach obślizgnie — tysiące sposobów... po chwili. Zresztą dziwni jesteście. Bierzecie to życie tak strasznie na seryo. Czemu? To trochę szczęścia, ta śmieszna ułuda, która na chwilę pokrywa otchłań życia, by się za chwilę głębsza i straszniejsza odsłoniła... Te chwile upojenia, to omamienie, że żyje się po coś i na coś — że się ma cele w życiu — he he... jacyście wy śmieszni — biedne robaki, piłki w rękach losu i przeznaczenia i wielkich, nieznanych tajemnic — a wam się zdaje, że wy ster prowadzicie... A ja już cię nie opuszczę, bo opuścić cię nie mogę... Patrz, idzie żona twoja... I ją ten nieznajomy z domu wypędził... Teraz na chwilę pozostawię cię twoim rozmyślaniom — w wielkiej godzinie życia zwykle ludzi opuszczam... chwilę zamyślony albo też poczekam — przejdę się po parku... Ludzie w takich chwilach dziwnie tchórzliwi: życie wydaje się im nagle tak dziwnie piękne, takie ponętne... Poczekam... Mnie jeszcze nikt nie zwiódł — nikt jeszcze przedemną nie uciekł...
Odchodzi, spotyka się na drodze z Belą — patrzą chwilę na siebie.