SCENA I
HALSZKA
w najwyższem podnieceniu.
Leszek na białym koniu, krwią zbryzgany, na przedzie — chmurą, burzą, huraganem zwalił się na wojsko Mścisława.
RENATA
Co widzisz jeszcze moja córko?
HALSZKA
woła w uniesieniu.
Leszku! Leszku mój! powiewa chustką Niszczącym klinem werżnął się w zastępy wroga... z zapartym oddechem teraz się odnaleźli, rzucili się na siebie...
śledzi chciwie przebieg walki, raz po raz wydaje okrzyki przerażenia, lęku, to znowu najwyższego uniesienia, a wreszcie usuwa się u nóg Renaty, chwyta powietrze, śmieje się i płacze w uniesieniu szczęścia.
RENATA
Moje oczy ślepną, snać już więcej widzieć nie potrzebują — coś widziała, córko?
HALSZKA
szybko, bezładnie.
Trzykroć na siebie się rzucili w zaciekłych zapasach, kopie podruzgotali, trzykroć zwarły się ich konie i dębem stanęły, a potem schwycili za czekany — koń Mścisława padł łbem o ziemię, a Mścisław zwalił się z siodła z roztrzaskaną czaszką...
słychać surmy zwycięskie, wbiega znowu na mury, powiewa chustką.
RENATA
Co widzisz, Halszko?
HALSZKA
odwraca się do niej.
Zwycięstwo! zwycięstwo! Mścisław nie żyje — garść jego wojska goni, jak oszalała w popłochu przedsię, na oślep powiewa chustką. Leszku! jasny mój! ukochany! A on na przedzie gna ich, jak stado obłąkanych owiec — och! raz jeszcze żygnął krwią Mścisław — teraz leży rozciągnięty na ziemi — patrzeć nie mogę...
RENATA
Nie patrz! nie patrz, moja córko! Ślepota go nawiedziła, a miał ci on cztery bramy w zamku swej duszy i na wschód zarania słońca, i na jego moc zwycięską południa, i na zachód pokoju i na północ spoczynku...
HALSZKA
wylękła.
Cóż mówicie, księżno? Nie cieszycie się zwycięstwem ukochanego wnuka?
RENATA
Oczy moje oślepłe teraz już nic nie widzą — tylko widzący człowiek radować się może...
całuje ją w czoło i idzie ku zamkowi.