SCENA XIV

Dwóch braci zagłębia się oczyma w siebie: jeden rozgorączkowany, rozrzucony, drugi skupiony, zimny.

MŚCISŁAW

po długiej chwili.

Teraz wreszcie jesteśmy razem.

LESZEK

jak echo.

Taka wasza wola książęca.

MŚCISŁAW

Co się tam przechadza w ciemnych krużgankach twej duszy?

LESZEK

obojętnie.

Nic, o czem bym nie wiedział.

MŚCISŁAW

Ha, ha, ha — i ja chciał bym to wiedzieć, czego najprzebieglejszy sługa mój Zygwart, wymiarkować nie umiał — wybacz mi, bracie, moje śmiałe pytanie... zamyślony Mówiono, żeście miłowali księżniczkę Kingę — wybaczcie, że się o to pytam, aleście nazwali mnie bratem, a bratu wiedzieć wolno...

LESZEK

Gdybym miłował Kingę, nie prosiłbym was o pozwolenie zaślubienia Halszki — tę snać umiłowałem.

MŚCISŁAW

waży głowę na jednę i drugą stronę — uśmiecha się z bólem.

Mocną masz duszę i niedostępną — ale ja słyszę wyraźnie, jak się po jej krużgankach coś przechadza, coś, co mi jest wrogiem...

LESZEK

Przecież nazwałem was bratem...

MŚCISŁAW

podejrzliwie.

A może mi się tylko tak zdaje — ale ja czuję, że tam w krużgankach twej duszy tajemnicze i wrogie mi cienie się snują.

LESZEK

O czem mówicie, książę?

MŚCISŁAW

z wytężonem zamyśleniem.

Była tu rychłym rankiem księżniczka Kinga — mówiła mi — a może kto inny mi mówił, że dusza moja zraniona i zbolała... wpatruje się bacznie w Leszka rozumiesz?

LESZEK

Nie, książę.

MŚCISŁAW

zrywa się.

Nie? nie? Jam zmożon tą piekielną walką z tobą!

LESZEK

Jaką walką? ja z księciem mym nie walczę.

MŚCISŁAW

szyderczo.

Krętą masz duszę i krętemi ścieżkami do niej wejścia szukać muszę.

LESZEK

uśmiecha się lekko.

Byleby książę w tym labiryncie nitki Arjadny nie zgubił.

MŚCISŁAW

śmieje się zgryźliwie.

Doskonale to powiedziałeś z tą nitką Arjadny — a może Kingi? Co? może Kingi?

LESZEK

Kingi? po chwili Jeżeli ona dała księciu nitkę do labiryntu mej duszy — to nitka niepewna, nad wyraz cienka i rwąca się...

MŚCISŁAW

A przecież ją miłowałeś!

LESZEK

Nad wyraz cienka i rwąca się nitka Arjadny — Kingi.

MŚCISŁAW

Ha, ha, ha... Ty w twojej wielkiej wspaniałomyślności przyszedłeś prosić o łaskę dla Wity...

LESZEK

zimno.

Nie, proszę o zezwolenie zaślubienia Halszki.

MŚCISŁAW

Nic więcej? Ha, ha, ha! Jakiś ty przebiegły, nad wszelką miarę przebiegły — przychodzisz prosić o piękną rączkę Halszki, a żądasz łaski dla Wity — a ponieważ cię miłuję, mówię ci, że Wita jest już wolną.

LESZEK

Całkiem nie jestem w stanie pojąć, o czem książę mówi.

MŚCISŁAW

Jakto? Czyż istotnie mógłbym się tak doszczętnie zagubić w labiryncie twej duszy — przecież się nie mylę: tylko wielkoduszna myśl uwolnienia Wity, powiernicy, twej siostry stryjecznej, Kingi, tu cię sprowadziła?...

LESZEK

Myli się książę — sprowadził mnie zamiar poślubienia Halszki, która, gdy małżonką moją zostanie, od skrytobójczych zamachów wolną będzie.

Milczenie.

MŚCISŁAW

Odnalazłem wreszcie ścieżkę do twej duszy ha! ha! śmieje się dziko Takeś Kingę ukochał, że z tej umiłowanej ofiarę ponieść pragniesz — dla dyszy ciężko a potem krzyczy dla... miasta!

LESZEK

zimno.

Książę jest w błędzie, posądzając mnie o kręte ścieżki — moja droga jest prosta i ani na chwilę z niej nie zbaczam — z najprostszej mej drogi...

MŚCISŁAW

w uniesieniu gniewu.

By miasto posiąść!?

LESZEK

Zgubiłeś się, miłościwy książę, w labiryntach mej duszy, których wcale niema.

MŚCISŁAW

Idź teraz — bacz tylko, by się szczeble drabiny, po której się wspinasz, pod tobą nie załamały.

Leszek kłania się i wychodzi.