I

Ilekroć razy539 przystępowałem do jakiegoś nowego tworu, odczuwałem na miesiące przedtem dziwny niepokój, który się wprost fizyczną udręką stawał, i przykry lęk, który nie zezwalał mi na chwilę spoczynku — ale nigdy nie doznawałem tych uczuć w tej mierze, jak w tej chwili, kiedy powziąłem tę myśl, by napisać drugi tom Moich współczesnych — Wśród swoich.

Wśród obcych to epizod w moim życiu, który dla mnie nabrał niejako historycznego znaczenia, mogłem na niego patrzeć z dalekiej perspektywy — wszak to trzydzieści lat minęło, odkąd to wszystko przeżyłem — a w tej odległości mogłem na wszystkie wydarzenia patrzeć spokojnym, prawie że obcym wzrokiem — co byłoby mi oczywiście niemożliwym, gdybym był540 między obcymi pozostał i stworzył dla siebie nieprzerwaną ciągłość: długotrwałą teraźniejszość.

Inaczej ma się rzecz z zamierzeniem, które teraz przedsięwziąłem. To moje „wśród swoich” zostało tylko na chwilę przerwane pobytem wśród obcych i jest dla mnie właśnie tą ciągłością i tą długotrwałą teraźniejszością, wśród której już się z tą swobodą nie orientuję i orientować nie mogę, z jaką kreśliłem ów epizod mego życia, spędzony na obczyźnie.

Tamto już dawno przebrzmiałe, ostatnim, choć silnym jeszcze echem dobiega uszu mej duszy. Tu wszystko żywe, drgającym życiem rozegrane, to moje „dziś”, to tylko ogniwo olbrzymiego łańcucha wszystkich wydarzeń mego najodleglejszego „wczoraj” — a na cośkolwiek spojrzę oczyma mej duszy, zlewa się to moje dziś z wszystkim, com wczoraj przeżył, w jeden dzień teraźniejszy; a chociaż już się ku wieczorowi skłania, wiem, że wszystko, com przeżył, w tym jednym dniu się wydarzyło; bo tylko to, co obce, ma swoje wczoraj.

Tu sobie nie potrzebuję niczego „przyswajać”, bo żyję „swoim”, a ta swoistość, to moje najistotniejsze ja: immanencja i nieprzerwalna ciągłość.

A to „swoje”, którym na chwilę żyć nie przestałem, to ziemia, na której na świat przyszedłem — wielka i tajemnicza rzecz, dlaczego właśnie tam się urodziłem, a nie gdzie indziej; — to język, którym pierwsze me słowa wybełkotałem — a przecież nigdzie indziej nie mógłbym posługiwać się polskim słowem, gdybym się właśnie na tej ziemi nie był urodził.

Słowo pozostaje w nierozłącznym związku z ziemią.

Istnieje geografia zwierząt i roślin — tylko w takim, a nie innym klimacie może jakieś zwierzę bytować, w takiej a nie innej strefie żyje i rozwija się jakaś roślina — i tak samo istnieje ściśle określona geografia języka, jakim się autochtoni posługują.

To znaczy, że gdyby nawet cała ludzkość wyginęła, a po milionach lat na nowo do nowego życia miała być powołana, to na tej samej połaci ziemi, na której język polski swój królewski majestat święci — ten sam język polski niechybnie by do nowego życia wskrzeszon został; żaden inny język w geograficznej Polsce nie mógłby się ostać ani nie jest do pomyślenia. Cała ta porównawcza filologia języków ma o tyle sens, o ile się przyjmie oczywiście jeden język, który w danym klimacie, w danych warunkach ukształtowania ziemi się w ten lub ów sposób przekształca.

Tak jak zwierzę dostosowuje się do charakteru ziemi — metafizycznego charakteru, który wtedy tylko rozpoznać można, gdy się głęboko w niego wmyśli, a wtedy się zrozumie istotne prawo mimikry, bo z charakteru danego zwierzęcia lub rośliny można, na odwrót, wnioskować o charakterze ziemi — dostosowuje się język do tej ziemi; a na odwrót: można z języka wysnuć niezawodne wnioski o ziemi, nawet gdyby się jej nie widziało.

Ale o języku na samym początku mowy jeszcze być nie może: słowo wyłoniło się po długim, astronomicznym czasie z dźwięku — bo pierwsze słowo było śpiewem, rykiem, nabrzmiałym potęgą uczucia, czy to miłości, czy też krwiożerczej zemsty, pragnienia, chuci, bólu, zwycięstwa; język ten to surogat tego słowa, jakim się zwierzęta z sobą porozumiewają; artykułowane słowo potrzebowało bezmiaru wieków, by się wyzbyć olbrzymiego ciężaru, jakim było słowo, wyrażone za pomocą uczuciowych dźwięków. Niewiele mogło być tych „śpiewanych” słów, wyrażanych przeciągłym wyciem rozpaczy, psalmodią jęków bólu, słodką ulewą dźwięków, rozpierającej miłości — na jedno nasze mówione słowo składały się długie muzyczne okresy — ile wieków było na to potrzeba, by z jakiegoś długiego hymnu ekstazy mogło się wyłonić słowo: kocham; ile wieków, by z dzikich skowytów, charczeń wywlokło się słowo nienawiści — a z przeraźliwych jęków oznajmienie ciężkiego bólu w jednym jedynym słowie.

W swojej strupieszałej pisowni dźwiga taki język bastardyczny, jakim jest język angielski, całą swoją genezę; każde słowo pisane jest jego historią powstania, przeobrażania, nawarstwienia — dlatego język angielski nie jest autochtonicznym, pozostanie nim odwieczny język Druidów — autochtoniczne języki nie tworzyły się nawarstwieniem, ale przeciwnie, odrzucaniem zbytniego bogactwa, które stawało się uciążliwym balastem.