VIII
Ale wkrótce rozwiał się bogaty sen „bygmestra Solnessa”, by stworzyć jakąś niebywałą i zdumiewającą katedrę. Rozpoczęła się nieskończenie żmudna — techniczno-matematyczna praca, której już podołać nie mogłem. Pragnąłem kreślić gotyckie ostrołuki, a byłem zmuszony ślęczeć całymi dniami nad znienawidzonym attyckim brusowaniem świątyń greckich; miast106 kolumny — Ain Soph — z której wytryskują na całą świątynię płomienie Świętego Ducha (porównaj niezrównany kościółek św. Krzyża w Krakowie lub kaplicę na zamku w Lublinie), byłem zmuszony rysować bez końca kapitele jońskie, doryjskie107 i korynckie; byłem zmuszony wniknąć w tajemnice ciesiołki i prostego murarstwa, a co mnie najwięcej przerażało: zająć się rachunkiem całkowym i różniczkowym.
Temu podołać nie mogłem, a może i nie chciałem, bo w tym samym czasie opętała mnie nauka biologii — a właśnie wtedy stawała się biologia nauką.
A ja poonczas jeszcze wierzyłem, biedactwo, że całe zbawienie znajdę w ścisłej nauce. Jeszcze mi się po głowie plątał i Büchner, i Vogt108, i Moleschott109, mimo to że dusza moja już całkiem innymi szlakami kroczyła.
Straszne to à rebours własnej duszy — niepojęte prawo, które całym życiem moim zawładnęło. Wciąż jeszcze przeżywam tę długą bezsenną, rozpaczliwą noc, w której postanowiłem nade wszystko ukochanym rodzicom moim — a wiedziałem, jak ich strapię — przesłać uroczyste doniesienie, że minąłem się z moim powołaniem: porzucam architekturę i przenoszę się na medycynę110.
Skutek był fatalny: odebrano mi małe stypendium familijne Musolffa111, bo na „eksperymenta” pieniędzy nie było. Rodzice pomagać mi nie mogli. Ach! Jakie to wszystko smutne — te lata ciężkiej udręki, nędzy ostatniej, a może błogosławione lata, bo mi dano, a raczej kazano wymierzyć całą otchłań tej sale corvée de la vie112.
I jaka szkoda, że żywotna siła moja sprzeciwiła się „złemu”. Przecież już raz doszedłem na drodze ascetyzmu, po trzytygodniowym głodzeniu się, do tej doskonałości, żem na ulicy padł zemdlony.
Maluczko jeszcze, a byłbym przestąpił próg, który tylko za pomocą — wszystko jedno czy dobrowolnej, czy wymuszonej — ascezy przestąpić można.
A że i koniecznością wskazana asceza może z biednego człowieka stworzyć coś w rodzaju mahatmy, miałem sposobność przekonać się, gdym słuchał objawień przyjaciela mojego, Piotra Hille113, który po długich błąkaniach po całym Berlinie przywędrował wreszcie do mnie w ostrym stanie delirium głodu.
A o tym „Mahatmie” jeszcze nieraz pomówię.
Na razie wracam do dra Ascha.
Nic więcej go nie interesowało nad długie debaty o Stirnerze114 i o Nietzschem, jakie bezustannie z sobą prowadziliśmy.
Może mało jest ludzi w Polsce, którzy by o tym wiedzieli, że o istnieniu Nietzschego dowiedziały się Niemcy — od szwedzkiego pisarza, Oli Hanssona.
Ola Hansson115, Szwed, proskrybowany przez swoją ojczyznę, wskutek swych „radykalnych”, „wywrotowych” przekonań i aż nazbyt „śmiałych” swoich nowel, uciekł — literalnie uciekł do Niemiec, gdzie znalazł bardzo gościnny przytułek w pięknej miejscowości pod Berlinem — w Friedrichshagen, gdzie poonczas gnieździła się cała literacka bohema Niemiec.
Mieszkali tam bracia Henryk116 i Juliusz Hart117, pierwsi, którzy znojne i ciężkie walki staczali o naturalizm Zoli w gwałtownych broszurach, ochrzczonych dosadnym mianem: Kritische Waffengange, a odwagę, butę i zajadłość, z jaką rzucali się na „starą” sztukę i ją zwycięsko zwalczali, przypłacili tym, że bezustannie żyli w ostatniej nędzy. A kiedy po latach całych znalazł się jakiś minister oświaty, który chciał Henrykowi Hart dopomóc, by mógł wykończyć swoje, na olbrzymią miarę zakrojone epos: Lied der Menschheit, Henryk odrzucił wysokie stypendium, bo było zawarunkowane kautelą, iż nigdy nic nie napisze, co by mogło godzić w „posady państwowości”.
Tam też mieszkali i Arno Holz118, i Johannes Schlaf119, nieodłączna poonczas para dioskurów — dziesięć lat później jęli się zwalczać w zaciekłej nienawiści — jeden i drugi odegrali ważną rolę w przełomowej walce realizmu z idealizmem. Wychowankiem ich, przez nich najusilniej protegowanym i wycackanym pupilem był Gerhart Hauptmann120, który wtedy jeszcze miał tyle wdzięcznej odwagi, by pierwszy swój dramat — kto wie, czy nie najlepszy — Vor Sonnenaufgang121 poświęcić „den einzigen konsequenten Realisten — Arno Holz und Johannes Schlaf122”. Ten sam Gerhart Hauptmann, który istotnie niezmiernie dużo zawdzięczał jednemu i drugiemu — bo nie wiadomo, kto więcej nad tym dramatem pracował, oni czy on — a potem, gdy nadspodziewanie szybko w sadło porósł i już owładnął Lessing-teatrem, usilnie przeciwko temu zabiegał, by bez porównania lepszy i głębszy dramat obydwóch, Die Familie Selicke, nie został wystawiony na tej jedynej scenie, której kierownik, Otto Brahm, umiał w bajeczny sposób wyzyskać daną koniunkturę i teatr swój oddał na usługę „konsekwentnemu realizmowi” Hauptmanna.
Och, jaki ten „konsekwentny realizm” był już od samego początku łagodny, kompromisowy; tak doskonale okiełznany i wyfraczony realizm, że cała, nawet najwięcej zacietrzewiona burżuazja od razu jednym słowem ryknęła:
„Taki realizm rozumiemy i taki jedynie ma prawo bytu!”
Wprawdzie była na pierwszym przedstawieniu Przed wschodem słońca, na którym i ja wraz z drem Aschem byłem obecny, przykra burda, bo niejaki fanatyk idealizmu — dr Kaftan (nomen omen, bo temu histerykowi należał się „kaftan” bezpieczeństwa) wyciągnął nagle w scenie, w której za kulisami połóg się odbywa, olbrzymie szczypce połogowe, wymachiwał nimi i ryczał na cały głos: „Hier Hilfe!123”. Ale pan Kaftan wyleciał z piorunującą szybkością na świeże powietrze, a cała awantura zjednała Hauptmannowi tylko większą jeszcze sławę, tak że już drugi jego dramat — całkiem już (i to w najłagodniejszym tempie) ujeżdżony źrebak mógł sobie swobodnie, bez najmniejszego protestu hasać po scenie.
Dramatu tego, Friedensfest, ponoć się Hauptmann później wstydził. Niegodnie wyzyskał gościnę, jakiej mu dr Wedekind, ojciec Franka Wedekinda124, udzielił. Z brutalną, ordynarną i całkiem fotograficzną wiernością odtworzył stosunki familijne, jakie panowały w rodzinie Wedekindów w Zurychu. Toteż wobec Franka Wedekinda nie można nawet było wspomnieć o Hauptmannie.
Biedne te Niemcy, że tylko Hauptmannem się szczycą — a przecież w utworach jego nie napotkasz nigdzie jakiejś głębszej myśli, nigdzie nie ujrzysz jakichś rozległych horyzontów; tam gdzie się sili na symboliczne ujęcia wypadków, tworzy suchy, płytki, naiwnie przezroczysty symbolizm, jak w Dzwonie zatopionym lub I Pipa tańczy — rozczulająco bezradny symbolizm, bo z tych wszystkich obsłonek wszędzie wyłazi „konsekwentny naturalizm”; a gdziekolwiek Hauptmann uchwyci pierwiastek symboliczny, w tej chwili dusi go i dławi realistyczną metodą, bo mózg jego za słaby, by zdołał dotrzeć do tych praiłów, w których wszechrzecz staje się według orzeczeń Goethego „ein Gleichnis125”.
Język Hauptmanna — do tego stopnia fatalny i wyzbyty wszelkiej kultury, że wierszy jego wprost czytać nie można. Gdym czytał Dzwon zatopiony w bajecznym polskim przekładzie Jana Kasprowicza, nie chciało mi się wierzyć, że to mógł być ten sam dramat, którego w oryginale nie byłem w stanie do końca przeczytać.
I pomyśleć, że Niemcy usiłowali tę swoją wydętą, a właściwie bardzo ubożuchną wielkość stawić na równi z Ibsenem! W ogóle w głowę się zachodzi, co Niemcy za dramatyczne arcydzieła uważają — czy może być nędzniejsze dramacidło, głupsze, więcej płytkie od Die Jugend Maksa Halbe126, a przecież to dramat, który cała niemiecka krytyka z jakimś obłąkanym entuzjazmem przyjęła.
Do dziś dnia tłucze się jeszcze ten marny utwór po wszystkich scenach niemieckich — a nawet próbowano go wystawić w Warszawie. Fatalny pomysł, bo dramat na scenie polskiej padł sromotnie, ale równocześnie okazało się, o ile publiczność polska kulturą swoją przewyższa niemiecką i o ile wyższy jest poziom krytyki literackiej w Polsce od niemieckiej.
Jak tylko Hauptmann kupił sobie swoją pierwszą willę, wziął od razu doszczętny rozbrat z kolonią artystyczną w Friedrichshagen, zerwał wszystkie z nią stosunki — a może i słusznie: nie chciał być bankierem swej literackiej braci, która przecież do niedawna ostatnim kawałkiem chleba z nim się dzieliła.
To ostatnie, com powiedział, to nie frazes: bo często gęsto nie było nawet tego „ostatniego kawałka”. A z innej strony nie jest frazesem: panowała między tą gromadką artystów taka solidarność i tak przeczulona niemal koleżeńskość, że nie było między nimi żadnego, który by się z kolegą nie podzielił wszystkim, co miał.
Bezwzględny komunizm, piękny, ofiarny — nie! nie ofiarny! bo to samo przez się się rozumiało, że jeżeli ja coś mam, to i drugi artysta mieć musi; komunizm i biologiczna niemal symbioza, która nie pozwalała słabszemu zmarnieć; komunizm wydziedziczonych, tak absolutnie niezrozumiały dla sytego motłochu, że zdołał go zohydzić słynnym paszkwilem:
Wir wollen uns mit Schnaps berauschen.
Wir wollen unsere Weiber tauschen,
Wir wollen uns mit Talg beschmieren
Im Sonnenscheine nackt spazieren —
Wir wollen echte Russen sein!127
Ostatni wykrzyknik odnosi się do nihilistycznych prądów rosyjskich, które nurtowały właśnie w friedrichshagenowskiej kolonii, a każdy z jej członków uchodził za niebezpiecznego anarchistę!
Och, jak łatwo wprawić ludzi sytych w ciężki, paniczny lęk przed głodnymi obdartusami, a oni właśnie cisi i pokorni. Kiedym badał historię głodów w Europie podczas średniowiecza, uderzyła mnie jedna wzmianka kronikarska, że pewien piekarz obronił swoją piekarnię przed napadem ludzi z głodu umierających prostym „kijaszkiem”.
Toteż nihilizm i anarchizm całej tej kolonii istniał jedynie w teorii; głęboka sympatia, jaką odczuwała dla rosyjskich „męczenników”, była li tylko platoniczna, a zresztą dla duszy niemieckiej jest dusza rosyjska i w ogóle każda słowiańska czymś tak zasadniczo obcym i niezrozumiałym, że chociażby Niemiec ze wszystkich sił zapragnął i Bóg wie jak się mozolił, nigdy w nią wniknąć nie zdoła.
Niemiec zna tylko Empörung — zgorszenie, ale nie zna buntu! A jeżeli się kiedy zbuntuje, to przestrach go chwyta na myśl, co bunt wywołać może. Nigdy nie był uleglejszy i pokorniejszy, jak po swoim „buncie”, swej karykaturalnej rewolucji w 1848 r., maluczko, a ujrzycie wspaniałe owoce buntu roku 1917!
Wprawdzie zamieszkał tu Tyrteusz ówczesnego anarchizmu Karl Henckell128; rzucał gromowładne błyskawice na podłą burżuazję i wymachiwał z okrutnym impetem czerwoną chorągwią, ale uspokoił się i przycichł, kiedy zabrał z sobą żonę przyjaciela, u którego zamieszkał, i drapnął z nią do Zurychu. Zbytniej krzywdy mu nie zrobił, bo były mąż korespondował czule w dalszym ciągu z byłą żoną.
Natomiast składał częste wizyty w Friedrichshagen anarchista, wytworny, bogaty Salon-Anarchist129, John Henry Mackay130, który przed niedawnym czasem odkrył — a istotnie, dzięki swym rozległym stosunkom i zasobom pieniężnym, umożliwiającym mu kosztowne rozjazdy i poszukiwania w Berlinie i Londynie — odkrył Stirnera131 i z zupełnego zapomnienia wydobył na jaw tak kapitalne dzieło, jakim jest niechybnie utwór Stirnera: Der Einzige und sein Eigentum132.
To już obojętne, że John Henry — Niemcy poonczas wypierali się swojej niemieckości i dumni byli, że rodowód swój mogli z jakiegoś innego narodu wywodzić — chełpił się tym, że jest z pochodzenia Szkotem (był nieznośnym snobem z tym błazeńskim kokietowaniem z najrozpaczliwszymi teoriami, jakimi ostatnia już nędza zbrodnie swoje usprawiedliwić pragnie); obojętne, że ten zamożny człowiek nękał istotnego nędzarza, jakim był Piotr Hille, o 20 marek, które mu kiedyś w Genewie pożyczył — trzeba być sprawiedliwym: John Henry Mackay wyrządził garstce ludzi, którzy są w stanie Stirnera w całej jego niezmiernej głębi rozumieć, olbrzymią przysługę — o ile go znam, wyrządził ją całkiem nieświadomie, bo wątpię, czy choć jedno zdanie Stirnera rozumiał — ale mniejsza o to: uratował ten arcykapitalny utwór „Jedynego” dla „Jedynego” — dla Fryderyka Nietzsche.
Wprawdzie Nietzsche nigdy Stirnera nie wspomina, ale nie ulega wątpliwości, że dzieło jego znał, i to znał dokładnie, bo całymi garściami z niego czerpał, i tu już na nic się nie zdadzą żadne wykręty, żadne wstydliwe przebąkiwania ani też frasobliwe drapanie się w głowę:
Nie byłoby Übermenscha Nietzschego, gdyby nie było Stirnera Der Einzige.
Może jedyny Nietzsche znał Stirnera przed Mackayem, tak jak jego znał jedyny Ola Hansson, zanim miała się na niego zwalić ohydna lawina jego późniejszych „wielbicieli”.
Och, ci wielbiciele!
Często spotykałem Mackaya u dra Ascha — Asch był w bliskiej komitywie nieomal z całą ówczesną literaturą — i często próbowałem dojść z nim do jakiegoś ładu.
Ale nie sposób.
Na wszystko miał tylko jedną odpowiedź:
— Przeczytaj pan moją powieść Anarchiści.
— Ależ ja ją czytałem; niestety nie znalazłem w niej tego komentarza do Stirnera, o którym Pan mówi.
— To w takim razie zwróć się pan do Nietzschkego.
— Pan myśli o Nietzschem?
— Nietzsche — Nietzschke, to wszystko jedno.
— Pan zna Nietzschego?
— Po co? Znam Stirnera!
A było to właśnie w tym czasie, kiedy rozczytywałem się w pismach Nietzschego.
Dotychczas zajmowałem się poza oficjalnym studium medycyny wyłącznie psychologią. De l’Intelligence Taine’a133 zrobiło na mnie silne wrażenie, przestudiowałem całego Ribota134, Paulhana135, z niemieckich psychologów Wundta136 i Münsterbergera137, no i oczywiście ubóstwianego poonczas Spencera138. Toteż nie dziw, że Nietzsche swoją psychologią „naukową” imponować mi nie mógł, bom już to wszystko znał, a i względność jego etycznych poglądów — Jenseits von Gut und Böse139 — nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia — to miałem w krwi. Dawno już nie wiedziałem, co dobre, co złe, co piękne lub brzydkie — przestałem już operować kategoriami. Co natomiast wywołało we mnie najwyższy zachwyt i podziw — to język Nietzschego.
Nie główne dzieło Nietzschego: Menschliches Allzumenschliches140 było dla mnie objawieniem — zaledwie parę kartek było dla mnie nowością, ale królewski, majestatyczny w swej bezmiernej poetyckiej piękności utwór: Also sprach Zarathustra!
Wiecie, kto mógłby ten utwór na język polski przełożyć?!
Jedyny Zygmunt Krasiński!
Język Nietzschego w Zarathustrze, to język Krasińskiego w przedmowie do Irydiona i w interludiach Nieboskiej.
Kiedym niedługo potem miał poznać siostrę wielkiego samotnika z Maria Sils (il piccolo santo141, jak go Włosi w Maria Sils nazywali), panią Elżbietę Nietzsche-Förster, która jęła głosić naokoło, że Nietzsche pochodzi z polskiej hrabiowskiej rodziny Nickich — odnalazł się nawet sygnet, przechowywany w rodzinie, z polskim szlacheckim herbem Nickich — wcale tym opowiadaniem zdumiony nie byłem, bo przecież i Nietzsche zdawał sobie sprawę z swego obcego pochodzenia, gdy pisał, że właśnie dlatego zdołał wniknąć w najgłębsze tajniki języka niemieckiego i wykrzesać z niego ukryte i tajemne piękności, których przed nim nikt nie przeczuwał, że nie był Niemcem, i zawsze podkreśla swoje polskie pochodzenie.
Według opowiadań pani Elżbiety, której pochodzenie polskie przypominały tylko i jedynie jej piękne rasowe ręce polskiej szlachcianki, jakich żadna Niemka nie posiada, wywędrował praszczur Nietzschego, dysydent polski, z lęku przed prześladowaniami z Polski do Saksonii i tu osiedlił się jako pastor ewangelicki. Potomkowie jego doszczętnie się wynarodowili i zniemczyli nazwisko Nickich herbu Radwan — na Nietzsche142.
Ale to już obojętne, ile w tym wszystkim prawdy: Polska nie ma na razie ochoty — niestety! — upomnieć się o tego syna, który byłby, Bóg wie, w jaki niesłychany sposób wzbogacił język polski, gdyby nie było mu przeznaczonym robić zdumiewające odkrycia w terra incognita143 obcego języka. (Nb.: a z jaką łapczywością odbywa się obecnie rewindykacja dla Polski Korzeniowskiego-Conrada144, który przecież z Nietzschem mierzyć się nie może!)
Cud języka Nietzschego może odczuć tylko Polak — toć to najcudowniejszy język polski, przetransponowany przez geniusza na język obcy! Język niemiecki Nietzschego gwałcił niebywale niemczyznę jego czasów: czytało go się jak obcego pisarza — język ten wywoływał zdumienie i gorący protest. Niemcy szkalują Nietzschego mianem filozofa, a on nigdy nie był ani chciał być filozofem, brzydził się tym mianem — on był przede wszystkim i jedynie potężnym poetą i twórcą własnego, jemu tylko właściwego języka, tak jak nim był w zakresie muzyki brat jego, Szopen.
Dla Niemca jest język Nietzschego więcej jeszcze może obcy niż dla Francuza język Szopena.
Czytajcie choćby tylko wstęp do Also sprach Zarathustra — tym majestatem dytyrambicznych, natchnionych, organowych dźwięków rozporządza jedynie język polski, który największą swą mistyczną potęgę osiągnął w muzycznej parafrazie Szopena.
Język Nietzschego wydał mi się od razu — może to wrażenie było, mimo swą oślepiającą prawdę, na wskroś paradoksalne — transpozycją muzyki Szopena.
Mało kto zdaje sobie z tego dokładnie sprawę, w jak wysokim stopniu kształtuje poczucie muzyki język artysty. Wiedział o tym Verlaine, kiedy w uniesieniu wołał: „De la musique avant toutes choses”; świadomym jest tego nieograniczonego wpływu piszący te słowa, któremu Niemcy zarzucali, że lekkomyślnie szopenizuje ich język, i wiedział o tym Nietzsche, gdy właśnie w tym czasie, w którym pisał swego Zarathustrę, jął namiętnie kochać Szopena, a w jego Barkaroli145 dopatrywał się najszlachetniejszego, najwznioślejszego cudu, niemającego nic równego w całej literaturze muzycznej.
Barkarola!
Ten boski, orficzny hymn — czyż można by go lepiej, głębiej w słowach wypowiedzieć, jak słowami Nietzschego:
Nie noch fand ich das Weib, von dem ich Kinder mochte, es sei denn dieses Weib, das ich liebe, denn ich liebe, liebe Dich, oh Ewigkeit146!
Denn ich liebe Dich, oh Ewigkeit!
Barkarola! ta niezrównana pieśń nad pieśniami — jak łatwo ją usłyszeć w przeróbce, genialnej wprawdzie, ale zawsze w przeróbce — w Feuerzauber Wagnerowskiego147 dramatu Götterdammerung i Liebestod w Tristan und Isolde!
Mógłbym dużo jeszcze powodów przytoczyć, dlaczego w pierwszej mej książczynie, pisanej po niemiecku a zatytułowanej Chopin und Nietzsche, zestawiłem Nietzschego z Szopenem, ale zajęłoby to zbyt dużo miejsca, bo już musiałbym teraz rozwijać całą moc psychologicznych problematów, które wonczas w moim mózgu się kotłowały, a raczej jasno już się krystalizowały.
Pisałem tę książczynę, a raczej broszurkę, luźnymi kartkami, tak od niechcenia, bo ta niewiarogodna myśl, by to miało być kiedyś drukowane, nie powstała w mej głowie. Pisałem to dla siebie, tak ot! na marginesie dzieł Nietzschego.
Nietzsche zdawał sobie jak najzupełniej sprawę, że w swoich zamierzeniach psychologiczno-filozoficznych nie da sobie rady bez znajomości nauk przyrodniczych, toteż, jak wiadomo, zamierzał krótko przed swoją chorobą udać się do uniwersytetu wiedeńskiego, by tam gruntownie zapoznać się przede wszystkim z biologią, o której miał tylko słabiuteńkie wyobrażenie. Nie dziw zatem, że wpływu na mnie wywrzeć nie mógł, właśnie w tym czasie, gdym przetwarzał w moim mózgu zasady psychofizjologii, a nawet napisałem pracę o „progu świadomości” Fechnera148 — oczywiście nie dla siebie, ale dla jakiegoś pana, któremu zachciało się być doktorem, a sam tej doktorskiej pracy napisać nie umiał.
Trzeba bowiem wiedzieć, że istniało poonczas w Berlinie biuro, które bogatym doktorantom dostarczało prac, na mocy których otrzymywali doktorat.
Otóż pracą w tym biurze zdobywałem sobie środki do życia — błogosławione biuro, bo nie wiem, jakbym inaczej był się na uniwersytecie utrzymał.
Napisałem kilka tych prac: jedną o wyprawie Napoleona na Moskwę — dużo przy tym zyskałem, bom poznał całą jego korespondencję z tych czasów, wydaną przez Napoleona III; pisałem o wpływie chloroformu na organizm zwierzęcy; jedną pracę z zakresu histologii, a mianowicie o tworzeniu się zębów u embrionów; inną zasię o najnowszych teoriach układu komórki organicznej; no i wreszcie o tym progu świadomości.
Ponieważ jednak doktorant przy egzaminie w Zurychu nie miał wyobrażenia o tym nieszczęsnym progu, nie wiedział nawet, że go logarytmem wyrazić można, więc sromotnie przepadł — praca jego wywołała silne podejrzenia — po nici doszło się do kłębka i jednego dnia zastałem biuro puste: pan dyrektor zdołał się w sam czas ulotnić.
A katastrofa ta przypadła właśnie na ten czas, kiedy krótko przedtem zapoznałem się z Stanisławem Grabskim, którego wtedy policja polityczna berlińska bardzo uważnie i czujnie śledziła.
Istniało wtedy w Berlinie pismo dla polskich robotników socjalistów: „Gazeta Robotnicza”, subwencjonowana przez zarząd socjalistycznej partii niemieckiej, ale ciesząca się jak najzupełniejszą autonomią i w niczym przez partię niemiecką ani kontrolowana, ani krępowana — mogłaby równie dobrze służyć interesom międzynarodówki, jak usilnemu pragnieniu, by stworzyć odrębną socjalistyczną partię polską.
W zarządzie partii niemieckiej jedyny Auer149 patrzył podejrzliwie na poczynania, coraz jaśniejsze i wyraźniejsze nasamprzód za czasów redakcji Ignacego Daszyńskiego, a następnie Stanisława Grabskiego. Auerowi nie było w smak to bezustanne podkreślanie polskości polskich robotników socjalistów — toteż witał nas już u drzwi ironicznym okrzykiem: „Polen kommt! Polen kommt150!”. Bebel zachowywał się obojętnie, zbyt dobrze wiedział, że z tej mąki — to znaczy z polskiego robotnika — chleba nie będzie; z całą zaś sympatią odnosił się do partii stary Liebknecht, jedna z najpiękniejszych i czci najgodniejszych postaci, jakie w ogóle w mym życiu poznałem; a zachwycający był stary Singer, bogaty fabrykant żydowski, ale wiernie „sprawie” oddany, kiedy raz po raz sypnął ostatnim dowcipem, który posłyszał w słynnej Börsen-Café, a wiadomo, że wytwórnią najlepszych dowcipów to — giełda.
Rychło uporała się policja berlińska z Daszyńskim, a i Grabski, poddany rosyjski, czuł, że i jego bytowania w Berlinie długo nie będzie: coraz boleśniej przygrzewała mu stopy cała sfora szpiclów, więc w sam raz, w przededniu, kiedy go w triumfie paru szpiclów odstawiło do granicy, powierzył mi redakcję „Gazety Robotniczej”.
Ponieważ byłem pruskim poddanym, nie można mnie było wyrzucić, a ponieważ nie znałem innej religii nad ukochanie cierpienia i nędzy ludzkiej — nie! nie ludzkiej, tylko nędzy pracujących, wydziedziczonych, oszukiwanych, wyzyskiwanych — więc z rozkoszą objąłem w „Gazecie Robotniczej” krzesło redakcyjne.
Już Grabski ośmielił się krytykować Marksa i Lassalle’a — ja poszedłem dalej.
Stara międzynarodówka polska starała się na robotnika polskiego w ten sposób działać, aby przede wszystkim oderwać go od Kościoła i wyzbyć go wszelkich wierzeń religijnych.
„Chytry Wielkopolanin”, jak mnie nazwał jeszcze w Krakowie pan Ehrenberg151, obecny redaktor „Kuriera Porannego”, nie wspomniał ani razu o Marksie ani o Lassalle’u.
To Hekuba dla robotników polskich, przeważnie analfabetów.
Natomiast powoływał się bezustannie na Ewangelię, na pisma Ojców Kościoła152, św. Ambrożego153, Tertuliana154, Laktancjusza155, rozpoczął walkę z konserwatywno-katolicką, na wskroś niemiecką, ale w polskim języku redagowaną prasą na Górnym Śląsku, której najzjadliwszym organem był bytomski „Katolik” pana Napieralskiego — znacie go chyba z wojennych czasów; pisał ogniste artykuły, co by się stało z Chrystusem, gdyby się teraz zjawił na ziemi; a artykułem pt: Siedem kłamstw „Katolika” zjednał sobie „chytry Wielkopomlanin” nawet życzliwe poklepywanie po ramieniu przez Londyn!
Ale mimo to Londyn kwaśno się uśmiechał. Socjalizm bez Marksa! Socjalizm bez radykalnego wykorzenienia wiary z robotnika — horror i herezja! Ale na razie trzeba było odczekać. Liczba abonentów stale wzrastała, pismo docierało i do Galicji, i do Kongresówki. Kolportowano je gorliwie w Królewskiej Hucie, Bytomiu, Katowicach, Szarleju, bom właśnie na Górny Śląsk, to główne w onym czasie zbiorowisko mas robotniczych polskich, zwrócił całą moją uwagę: zbyt dobrze wiedziałem, że z rolnym robotnikiem w Księstwie Poznańskim nic począć nie można, ale wreszcie snadź przeholowałem. W tym samym czasie, w których mnie w Księstwie Poznańskim wyklinano z ambon, zostałem oskarżony o „propagandę katolicką” przed zarządem partii niemieckiej i anim się spostrzegł, a już towarzysz Mokłowski156, niezmiernie zdolny architekt, który po sobie pozostawił świetne dzieło o budownictwie polskim, zajął moje miejsce.
To by było jeszcze pół biedy.
Socjalistą w oficjalnym znaczeniu nigdy nie byłem i oczywiście być nie mogłem. Przecież nie mogłem się godzić na naiwne, tak prostacko grubo materialistyczne pojmowanie dziejów Marksa, ani też na adwokacko-ochlokratyczną politykę Kleona-Lassalle’a; nie mogły mnie głębiej zainteresować pisma samouka, genialnego wprawdzie, ale najgrubszym materializmem zakajdanionego samouka Bebla, ani też oschły dogmatyzm Engelsa... To wszystko było dla mnie za naiwne, a znowu zbyt mądre i niedościgłe dla prostaczego rozumu robotnika — więc z punktu widzenia kanonicznego socjalizmu byłem całkiem nie na swoim miejscu i Jodko-Narkiewicz miał słuszność, gdy twierdził, że artysta w polityce może tylko zamęt wytworzyć.
Tak, to byłoby pół biedy.
Ale zaszła jednak okoliczność, która mnie całkiem wytrąciła z tej drogi życia, którą iść postanowiłem.
Mój szósty semestr medycyny dobiegał do końca. Policja od dawna już mnie pilnie śledziła, ale jakoś nie mogła się do mnie przyczepić (chytry jestem — co, panie Ehrenberg?), ale Stanisław Grabski, którego przepędzono ze Lwowa do Paryża, zjechał nagle, mimo surowego zakazu, do Berlina, by wziąć udział w wyborach na Śląsku. Wynająłem mu w Berlinie po kryjomu mieszkanie, co stanowiło poonczas polityczną zbrodnię, i obydwaj byliśmy na tyle naiwni, żeśmy sądzili, iż go już teraz nikt nie pozna, bo nosił olbrzymie niebieskie okulary, aleśmy się pomylili.
Na drugi czy trzeci dzień zaaresztowano Grabskiego, mnie już osadzono w więzieniu w Moabicie157, a gdy mnie wypuszczono, znalazłem zawezwanie do rektora, wielkiego Virchowa158, który mnie pożegnał tymi słowy: „Wenn Sie von der Universität nicht weggehen, so werden Sie gegangen159”.
Tak się zakończyły moje psychopatyczne sny o profesurze psychiatrii, bo było moim najpiękniejszym marzeniem zostać wielkim psychiatrą!
Zawsze kochałem obłąkanych, psychopatów, degeneratów, wykolejeńców, ludzi niedociągniętych, spaczonych, takich, którzy śmierci szukają, a ta ich unika, jednym słowem: biednych, wydziedziczonych, dzieci Szatana160, i oni mnie nawzajem kochali.
Raté, raté, ça encore raté161!