X
Przyszedł do mnie raz kochany mój dr Asch — a daleko musiał wędrować, bo mieszkałem w najwięcej osławionej dzielnicy robotniczej na północy Berlina — zachwycał się moją wspaniałą „budą”: stół, krzesełko i łóżko, tak twarde, że niczym prycza więzienna, a potem jął mi robić wyrzuty, że tak długo się u niego nie pokazałem. Dziś jednakowoż już się niczym nie wykręcę: bliski jego kolega, Karol Schleich247, późniejszy profesor chirurgii na uniwersytecie berlińskim, pragnie mnie poznać; a poza tym, jeżeli mnie ten wielki chirurg, który zachwycał się moją broszurą Ola Hansson (a który potem miał czerpać z mego bogatego materiału, przysposobionego do mej pracy: „O histologii rdzenia pacierzowego”), mnie tak dalece nie zaciekawia, to w każdym razie spotkam tam jednego z najtęższych poetów niemieckich — w całkiem innym guście jak bracia Hart, Wille lub Bölsche.
Nazwiska nie wymienił...
Dr Schleich posiadał bardzo piękną prywatną klinikę chirurgiczną i przylegające do niej wytworne mieszkanie. Schleich był nie tylko świetnym chirurgiem, wynalazcą nowego środka lokalnej anestezji przy operacjach, i to nawet bardzo ciężkich, jak wycinanie raka, ale posiadał bardzo piękny baryton i kochał śpiew nade wszystko.
Może w całym Berlinie trudno byłoby znaleźć równie piękny instrument, jakim był Steinway Schleicha.
Gdyśmy przyszli, spotkaliśmy już całe towarzystwo zgromadzone. Paru literatów już mi znanych: Hartleben248, Scheerbart i jeszcze paru innych, a gdzieś z kąta wychylił się młody, smukły człowiek o przedziwnie wyrazistej, całkiem posiekanej twarzy (pamiątka z menzur studenckich), o oczach płonących intensywnym a równocześnie dobroci pełnym blaskiem: Ryszard Dehmel249.
Znałem już to nazwisko, pochyliłem się głęboko przed nim; roześmiał się serdecznie i jeszcze głębiej skłonił się przede mną.
A, wisus!
Chciał mnie tylko ośmielić.
Z każdym innym artystą byłem zawsze przez dłuższy czas na „pan”, zaczem ten tytuł zrobił miejsce podczas jakiejś rozkosznej pijatyki, jakiejś alkoholem podnieconej heure de confidence250, poufałemu „ty”.
Dehmel podszedł do mnie, jakby mnie znał dziesiątki lat:
— Ale dziś będziesz grał — dla mnie tylko grał!
Nieraz się zastanawiałem, co takiego było w mojej na wskroś dyletanckiej grze, co tak ludzi porywało, ba! nawet całkiem wytrącało z równowagi. Zdaje się, że czynił to zwykle mocno podniecony nastrój, w którym ta moja nieokiełznana gra nie pozwoliła słuchaczom patrzeć krytycznie na fatalne niedomagania techniczne; słuch ich tępiał na wirtuozowską stronę wykonania, a tym wrażliwsza stawała się dusza na ogarnięcie ducha utworu, któregom251 moją barbarzyńską grą wyzwalał.
A co im, Niemcom, całkiem o technice mej zapominać kazało, to ich bezustanne zdumienie, że to, co im grałem, to był rzeczywiście Szopen: takiego Szopena nigdy jeszcze nie słyszeli; nawet wyobrazić sobie nie mogli, by to, co im grałem, było Szopenem. Tak dalece tkwiło im we krwi głupie jakieś powiedzenie, że muzyka Szopena, to muzyka d’une chambre du malade252, jakaś histeria rozgrymaszonych nerwów, niemęskiej, rozbeczanej melancholii; a tu nagle posłyszeli jakieś grzmiące, bohaterskie pochody, ból duszy do naga obnażonej, straszne a bolesne cierpienie, heroiczne cierpienie, które się przed ludźmi kryje w wytwornym uśmiechu, a gdy się krzykiem zdradziło, to takim, który niebiosa w pasy drze, jak na obrazie Edwarda Muncha253, zatytułowanym: Skrig (Krzyk)!
Ich przerażone zdumienie, gdy posłyszeli H-moll Scherzo, Fis-moll Polonez, F-moll Fantazję, Drugą Balladę, Barkarolę! A to wszystko grane przez człowieka, który sam podczas gry popadał w jakiś niesamowity trans i drugich nim zarażał! Gdybym był wirtuozem, olśniłbym ich pewnie techniką, a ta nie pozwalałaby na co innego uwagi zwrócić, a tak — przy tej grze „natchnionego”, w zaciekłej ekstazie pogrążonego dyletanta — oddziaływał na nich jedynie „duch” gry.
Gra ta niezmiernie mnie wyczerpywała, przecież nawet tak potwornie suchy „liryk”, jak Arno Holz, przestrzegał Dehmla: „Wenn der Kerl sich weiter so verausgaben wird, krepiert er in einem Jahr254!” — ale gra ta stała się najsilniejszym łącznikiem między mną a moimi niemieckimi braćmi po piórze.
„Szopenizować” stało się u Niemców przysłowiem. Jeżeli ktoś użył jakiejś dziwacznej, zbyt śmiałej metafory, jeżeli dowolnie przekształcał język, a raczej wydobywał z niego nieznane dotąd walory, nazywało się, że szopenizuje język. Ktoś popełnił niebywałą ekstrawagancję, było to szopenizowaniem życia. I tak każdy z moich współczesnych Niemców „szopenizował”, gdy się w swoim tworze wił z bólu, gdy jakiś straszny krzyk spod serca się mu wydarł albo gdy już do najkorniejszej, cichej modlitwy złożył ręce.
Majaczono w Polsce o moim wpływie na literaturę niemiecką, i istotnie go wywarłem — ale nie moim tworem pisanym, który to z natury rzeczy był i musiał być im obcy, mimo że posługiwałem się, a raczej posługiwać się musiałem, ich językiem. Słowa rozumieli, byli nawet zdziwieni, że im tak bezczelnie język szopenizowałem, ale duch mego tworu był im więcej obcy aniżeli chiński — jeden tylko go rozumiał: Ryszard Dehmel. Natomiast wywarłem istotny wpływ moją grą — tylko się nie śmiejcie — rozmachem, nieokiełznaną furią mej gry, nieujętej w żadne prawidła, niegrzeszącej metodą konserwatorium lub w ogóle jakiegośkolwiek profesora.
Wyobrażam sobie, z jaką pogardą, ba! nawet z serdecznym śmiechem, słuchałby pierwszy lepszy wirtuoz mej gry — i słusznie! — ale ci ludzie, z których żaden grać nie umiał, tylko odczuwać grę, i to nieraz tak odmętnie głęboko jak Dehmel, powitali moją grę jak objawienie.
Podczas tej gry powstał Dehmla cykl Verwandlungen der Venus, może najwspanialszy dokument jego twórczości; pod wpływem tej gry napisał Juliusz Hart, zresztą bardzo mi niechętny pisarz niemiecki, najlepszy swój poemat Sehnsucht, Johannes Schlaf kilka przecudnych poematów, które wydałem swego czasu w polskim przekładzie, pod tytułem Wiosna255. — Znamienne, że ta iście królewska książka zdobyła sobie w Polsce w przeciągu 25 lat „aż” trzystu nabywców!
Et la tristesse de tout cela...
Henryk Hart wypowiedział wtedy zdanie, które mocno wszystkich zafrapowało: „Jeżeli mową nie wypowiem tych wrażeń, jakie odbieram za pośrednictwem tonów muzycznych, przestanę pisać”. — Wiecznie kpiący Scheerbart — nikt nie słyszał, by kiedyś jakieś poważne słowo powiedział — wpadł w trans i jął pisać o kometach z 48 roku, które dostały ostrego szału i w delirycznych hallelujach w ocean wieczności się rzucały; a w kącie stał cudowny anachoreta, Peter Hille, i spisywał ołówkiem na mankiecie swoje spostrzeżenia, jak się słowo w dźwięk przetwarza, i na odwrót — o sobie nie mówię, bo ja inaczej, jak szopenowskimi dźwiękami, twórczo w ogóle myśleć nie umiem.
Ta dywagacja była potrzebna do określenia mego stosunku do Dehmla: muzyka Szopena zadzierzgnęła między nami te silne, nierozerwalne węzły gorącej i wiernej przyjaźni, która nas odtąd aż do jego śmierci wiązała, i to nie tej zdawkowej — to, co to się zwykle przyjaźnią nazywa — ale tej głębokiej, niezmiernie rzadkiej, która jeszcze u pierwotnych ludzi się znachodzi, a której barbarzyńskim symbolem rozcinanie sobie żył i wzajemna wymiana krwi.
Ta przyjaźń rodzi się jak miłość — w jednym błysku sekundy.
W tej samej chwili, gdy Dehmel podszedł do mnie i powiedział z jakimś tajemniczym uśmiechem: „Dziś będziesz mi grał” (Słyszał już mnóstwo legend, które się naokół mej gry tworzyć jęły.) — tej samej chwili wiedziałem:
Znalazłem przyjaciela!
Och, jak ja mu wtedy grałem! Zapomniałem, że jeszcze ktoś inny jest obecny w tym wytwornym salonie prócz nas obu; coraz gęstszy mrok zapadał; nastało wielkie, skupione milczenie, którego się zawsze bałem; odszedłem chyłkiem od fortepianu, a nagle uczułem rękę Dehmla na swojej:
— Chodź — pójdziemy stąd!
Nie było to grzecznie, ale Schleich Dehmlowi wszystko wybaczał.
Szliśmy długo w milczeniu — Dehmel zdjął czapkę: całe czoło miał spocone.
— Słuchaj — powiedział nagle — tobie nie wolno bawić się ludźmi i obcążkami im nerwy wyrywać!
— Tobie ich nie wyrwę, a aby je drugim wyrwać, na to potrzeba by było kowalskich obcęgów.
Zaśmialiśmy się serdecznie — i to nas wyzwoliło.
Do porządnej restauracji wstąpić nie mogliśmy, na to nas nie było stać, ale zaprowadziłem go w pobliże mej dzielnicy za Weddingem do jakiejś „kaszemy256”, punktu zbornego tak zwanych szumowin wielkomiejskich.
Byłem wtedy przejęty teorią Lombrosa257 o uomo scellerato258 i criminel-né259, nie pomnę, którego z francuskich psychologów, i rozgorzałem gorącym pragnieniem, by poznać duszę zbrodniarza i istotę zbrodni, a poznanie to miał mi ułatwić mój sąsiad, który mi był wdzięczny, że nie pozwoliłem mu zabić jego żony, i tak już prawie na śmierć skatowanej.
Sąsiad mój był z zawodu Steinträgerem (dźwigaczem kamieni); najpiękniejszy zawód w zakresie budowy, bo dzień cały musi dźwigać kamienie i cegły na wszystkie piętra, a równocześnie dziwnie deprawujący zawód: ilu ich spotkałem, każdy z nich zdradzał zbrodnicze skłonności i każdy z nich nieludzko się upijał; a co najgorsze — tragicznie się upijał.
Otóż ten mój kochany sąsiad, który jednakowoż posiadał dużo respektu przede mną, przyszedł razu pewnego do domu z tym szlachetnym zamiarem, by żonę swoją ubić — zanadto go „sekowała” jego pijaństwem.
Słyszę nagle — nie po raz pierwszy — straszliwe krzyki, rozpaczliwe wzywanie pomocy, ale my wszyscy w całej olbrzymiej kamienicy byliśmy do tego tak przyzwyczajeni, żeśmy przestali zwracać na to uwagę. Tym razem jednak wydawała się sprawa poważniejsza.
A gdym się namyślał, co zrobić, wpadła do mojej izdebki wynędzniała kobieta, rzuciła się jak długa na ziemię i wpełzła ostatkiem sił pod moje łóżko.
Ale w tejże chwili wpadł rozwścieczony Steinträger i, zdumiewające, nagle ochłonął.
Zmieszał się i zaczął bełkotać:
— Gdzie moja żona?
Posadziłem go na stołku, zacząłem do niego bardzo delikatnie, bardzo dobrotliwie przemawiać, głaskałem go i ręką, i słowem i zatwardziały Steinträger rozbeczał się tym nagłym bekiem pewnej kategorii pijaków, których się nie tylko w najniższych warstwach znachodzi.
Tymczasem żona jego wydostała się spod łóżka, przyjął ją łaskawie, a po jakimś czasie usłyszałem to piekielne chrapanie, które mnie nocami, gdym musiał najintensywniej pracować, do rozpaczy doprowadzało.
I specjalnym względom tego Steinträger miałem do zawdzięczenia wstęp do tej kaszemy — Chryste Panie! jakie tam towarzystwo się gnieździło!
Całą moc wspomnień z tej kaszemy znajdziecie w moim Krzyku.
Wobec każdego obcego przyjmowano tu bardzo wrogą postawę, bo w każdym wietrzono węchem złego sumienia szpicla, ale ponieważ byłem tu znany i przez ich człowieka wprowadzony, więc Dehmla przyjęto życzliwym skinieniem głów. Poza tym nie zwracano na nas najmniejszej uwagi, jakbyśmy w ogóle nie istnieli.
Może w całym Berlinie nie było tak fantastycznie tanio jak tu — z tej prostej przyczyny, że wyszynk był tylko pozorem, ukrywającym gruby, innego rodzaju interes, który światła dziennego nie znosił.
I tu, w tym — jak Dehmel zauważył — „najwspanialszym towarzystwie”, ale poza jego nawiasem, spędziliśmy długie, długie godziny.
Mieliśmy razem talara (trzy marki), ale ten talar starczył jak najzupełniej, by wprawić nas w stan jakiejś niezmiernie przyjemnej ekstazy, w której się nasze dusze w braterskiej miłości spowiły. Tak się rozpoczął jeden z najpiękniejszych i najgłębszych stosunków, jakie mnie kiedykolwiek z mężczyzną łączyły.
Odtąd spotykaliśmy się prawie codziennie. Dehmel posiadał doktorat nauk ekonomicznych, ale do pasji go doprowadzało, jeśli go ktoś zatytułował: Herr Doktor! — był sekretarzem Zjednoczonego Towarzystwa Ubezpieczeń w Berlinie i tam ciężko pracował od dziesiątej rano do trzeciej po południu, by zarobić miesięcznie olbrzymią (na one czasy) sumę 250 marek.
Ta jałowa praca często go do rozpaczy doprowadzała, ale wykonywać ją musiał, bo każdy liryk był w Niemczech z góry na śmierć głodową skazany, o ile nie posiadał własnego majątku.
Tam, za granicą, gdzie ponoć, według majaczeń naszych krytyków, umie społeczeństwo ocenić zasługi swych artystów, stokroć razy gorzej i boleśniej „krzyżuje się”, niszczy i wygładza najwybitniejsze talenty, aniżeli u nas. Żaden artysta w Polsce nie przeżywa takiej nędzy, jaką przeżywał istotny artysta z Bożej łaski w Niemczech.
Nędza w Friedrichshagen była przysłowiowa — bracia Hart ratowali swe życie podłą i wyczerpującą pracą dziennikarską; Wilhelm Bölsche pisaniem popularnych artykulików z dziedziny przyrodniczej, a w tym zakresie posiadał istotnie głęboką wiedzę, był przecież ukochanym uczniem Haeckla, profesora zoologii w Jenie, słynnego później twórcy monizmu, w którym to poronionym tworze był mu wielką pomocą właśnie Bölsche; Bruno Wille pobierał małą pensyjkę jako agitator socjalistyczny i kierownik Freie Volksbühne; Arno Holz zarabiał na życie wyrobem zabawek dla dzieci, a biedny Johannes Schlaf spędzał swe życie każde pół roku w najbiedniejszej mansardzie, by drugie półrocze spędzić w domu obłąkanych.
Obok Dehmla najtęższy i najwybitniejszy liryk niemiecki Detlev von Liliencron260 przeżywał skrajną nędzę w Hamburgu, a wszystkie listy jego do przyjaciół i nielicznych wielbicieli to jeden rozpaczny krzyk: „nie pozwólcie mi z głodu zdychać!” (krepieren).
Paul Scheerbart byłby chyba nago chodził, gdyby się nad nim nie był zlitował Eryk Hartleben, który po swoim stryju, bogatym senatorze z Hanoweru, odziedziczył nie tylko cały jego dość znaczny majątek, ale również całą jego garderobę.
A trzeba było całego rozpaczliwego, a zarazem hardego i z całego świata kpiącego humoru Scheerbarta, by móc w biały dzień paradować po ulicach Berlina w obszernym surducie opasłego senatora (a Scheerbart był chudy jak szczapa), sięgającym mu po kostki — na przeróbkę Scheerbart zdobyć się nie mógł — i wyglądało to groteskowo i w wysokim stopniu komicznie. Scheerbart zdawał sobie z tego sprawę i tym dumniej przechadzał się na tych szczytach, gdzie to poeci, według Schillera, spacerują ręka w rękę z królami!
A jedno bolesne wspomnienie do dziś dnia mnie dławi! Pewnego dnia przyszedł do mnie Peter Hille — artysta dużej miary, człowiek o niezmiernie rozległej wiedzy literackiej: znawca, i to głęboki i rzetelny znawca, wszystkich literatur nie tylko europejskich, ale i azjatyckich narodów, wytworny pisarz, którego aforyzmy podziw w nas budziły — przyszedł biedny Piotruś z wyraźnymi objawami delirium głodowego, bo właśnie gospodyni z domu go wygoniła, bo nie mógł się już od paru miesięcy uiścić z pięciomarkowego czynszu mieszkaniowego.
Słuchałem przez całą godzinę opowiadania o jego delirycznych wizjach, które były dla niego oczywiście najistotniejszą rzeczywistością, a mnie bezustannie przebiegały zimne dreszcze, gdym wysłuchiwał tych opowiadań.
Parę filiżanek czarnej kawy uspokoiło go; zatrzymałem go w u siebie.
Usnął, ale wśród nocy nagle się zerwał i stanął na środku pokoju całkiem nagi.
I ja zerwałem się przerażony: okazało się, że Hille nie posiadał wcale koszuli, a papierowe mankiety, całe zapisane drobnym, dla niego tylko czytelnym maczkiem, były umocowane na sznurku, przewieszonym przez szyję nędzarza.
A wspaniała w swym majestatycznym tragizmie była śmierć tego, który czterema tomikami swego tworu, wydanego przez Henryka Harta po jego śmierci, wzbudził nie tylko głębokie zainteresowanie, ale wprost entuzjazm, i to nie tylko wśród braci literatów, ale i u szerszej publiczności.
Odnaleziono go gdzieś, w parku jakimś pod Berlinem, całkiem głodem wycieńczonego i w nieprzytomnym stanie. Z gazet dowiedziała się o tym Elza Lasker-Schüler261, wyjątkowo zdolna w Niemczech poetka, obdarzona rzeczywistym talentem. Przywiozła go do swego mieszkania, pielęgnowała, czuwała nad nim dniem i nocą; wreszcie po kilku dniach Piotr Hille odzyskał przytomność, rozejrzał się dookoła, obejrzał czystą pościel, na której leżał, uśmiechnął się cicho i wyszeptał: „A ja wiedziałem, że raz wreszcie musi się człowiekowi w tym życiu dobrze powodzić...” — i skonał...
A sześćdziesięcioletni Detlev von Liliencron, teraz uznany już przecież w Niemczech za największego liryka współczesnego, pisze do swego przyjaciela Kurta Pipera:
Najwyższym dla mnie szczęściem byłoby za życia umrzeć i pójść w zapomnienie — to uważałbym za jedyne szczęście na ziemi — ale cóż począć? Kto mi da środki, by móc siebie i moją rodzinę wyżywić? Jestem więc zmuszony jeździć po odczytach. A każdy taki odczyt jest dla mnie wyrafinowaną torturą... Proszę Pana na klęczkach, nie przychodź Pan na mój odczyt! Czytam same głupstwa! Przecież publiczność nie rozumie mych poezji, przychodzą tylko po to, by na mnie się gapić!
I tenże sam Liliencron, dla którego ma niezadługo stanąć w Hamburgu pomnik, puka z coraz większą rozpaczą do drzwi 78 (siedemdziesięciu ośmiu) redakcji pism niemieckich, by drukowano w felietonie jego pamiętniki zatytułowane: Życie i kłamstwo (Leben und Lüge). Nie raczono mu nawet odpowiedzieć.
A straszny byłby los Dehmla, gdyby go nie była ratowała nad wszelki wyraz wyczerpująca dla niego praca w Biurze Ubezpieczeń, a następnie dochody z kamienicy, którą w pięć lat później odziedziczył po śmierci ciotki swej pierwszej żony. Mógł wtedy, szczęśliwiec, porzucić biuro — zamieszkać w pobliżu cudownego parku w Pankow pod Berlinem, w pobliżu pięknego pałacyku, w którym Fryderyk Wielki osadził swoją znienawidzoną żonę.
Otóż tak wyglądał i wygląda prawdopodobnie dotychczas „raj” artystów za granicą — przynajmniej w Niemczech; — a niewiele lepiej w Skandynawii, choć tam już zrozumiano, że artysta stanowi bardzo poważną część majątku narodowego; toteż państwo szczególną opieką ich otacza, wypłacając co wybitniejszym miesięczną ratę w wysokości płacy wyższego urzędnika państwowego.
Otóż znowu dywagacje, ale właśnie tym pozornym odskakiwaniem od „tematu” zabarwia się wyraziściej tło życia tych artystów, przede wszystkim ich dziwnie bohaterską wolę i fanatyczną miłość sztuki, która im w tej życiowej udręce, w tej beznadziejnej nieraz mitrędze wytrwać kazała.
Nie dziw, że często przychodził wisielczy odruch, by zapomnieć, odurzyć się czymkolwiek bądź, byle tylko nie pamiętać o całej tej nędzy dnia powszedniego — zapomnieć, och! zapomnieć!
Marny, lichy „fuzel”, bo nikogo nie stać było na „szampańskie”, jakaś flacha „Nordhäusera” — za jedną markę cały litr — starczyła, by rozpaczna myśl o jutrze zamieniła się w pijanym transie w jakiś rozkoszny sen o wielkiej, wspaniałej przyszłości, o triumfach i o sławie, pogromie filistrów i zwycięstwie Piękna nad ohydą życia.
O, to biedne, to rozpaczne vigilantium somnia262!
A nazajutrz cięższe jeszcze rozczarowanie, boleśniejsza jeszcze udręka i rozpaczniejszy krzyk za wyzwoleniem!
I o tych nędzarzach chodziły zdumiewające gadki i legendy, że święcili w swoich „cenaclach” potworne orgie — bachanalie, że pławili się w wódce i szampanie!! he! he! szampanie! że odprawiali jakieś nieludzkie „czarne msze”; o mało co, a już miało stać się pewnikiem, że wszystko to samo działo się w tych kółkach biednych cyganów263, co Minutius Feliks264 o pierwszych chrześcijanach opowiada!
Biedne, głupie, śmieszne brednie!
Więcej może aniżeli w jakimkolwiek społeczeństwie żył artysta niemiecki całkiem poza obrębem tego społeczeństwa. Do „obywatelskich” domów drzwi były dla niego na dziesięć spustów zamknięte, zresztą nie starał się do nich wdzierać w tym dumnym przeświadczeniu, że jedyne towarzystwo, godne artysty, to artysta — poza tym burżuazja niemiecka miała straszny lęk przed tymi „obłąkanymi” wywrotowcami.
Widziałem kiedyś wspaniałą karykaturę, nie pomnę, kto ją rysował — zdaje się, że nieśmiertelny Oberlander265 — pod tytułem „Aktorzy idą!”
Schludne podwórko w jakimś małym miasteczku. Na sznurach, porozwieszanych między drzewami, suszy się bielizna, na murawie pasą się kury, kaczki i gęsi. I ta osobliwa chwila, na okrzyk: „Aktorzy idą!” (Schauspieler kommen!) — wypadają na podwórko w panicznym strachu kumoszki z całego domu, ściągają czym prędzej z sznurów bieliznę, chwytają pod pachę kury i kaczki, by to wszystko czym prędzej ukryć przed złodziejskimi zakusami wygłodzonych aktorów.
Mniej więcej tak samo traktowało społeczeństwo niemieckie tę garść artystów, którzy podówczas coś znaczyli — oczywiście tylko „za granicą”. W samej ojczyźnie: darmozjady, zbereźnicy, chemicznie wyprani z wszelkiego poczucia etyki i wspólnoty społecznej, banda anarchistów, których bezustannie denuncjowano prokuratorii państwowej, pornografi266, a jakże! wpół obłąkani deliranci, którzy na domiar wszystkiego podatków płacić nie mogli!
To już szczyt wszystkiego! Obywatel państwa niemieckiego, który podatków nie płaci! I do mnie zawitał raz poborca podatków, a ponieważ pieniędzy nie miałem, a nic nie posiadałem, co by można fantować, włożył ręce do kieszeni i z ciężką pogardą odezwał i się do mnie: „I taki człowiek uważa się za wykształconego” (Und so was will ein gebildeter Mensch sein!).
A były to czasy, kiedy Ibsena w berlińskim teatrze dwukrotnie wygwizdano, w Lipsku wytoczono proces pięciu obmierzłym naturalistom o ciężką obrazę publicznej moralności, a Maks Nordau267, ten; bougre-Dieu obłudnej burżuazji, pisał rozpaczliwe lamenty nad zwyrodnieniem literatury niemieckiej i w każdym artyście berlińskiej bohemy dopatrywał się doszczętnej degeneracji i obłędu.
A już z całą rozwydrzoną, zajadłą zaciekłością rzuciła się cała prasa na tę Jung-Deutschland, wyszydzaną przez nią i wyśmiewają w całkiem niechlujny sposób, jako Grün-Deutschland (smarkaczowskie Niemcy); z taką plugawą ohydą nie miała jednak Młoda Polska do walczenia — nasz Jeske-Choiński268 był wytwornym panem wobec tych niemieckich krytyków, którzy zaopiekowali się berlińską bohemą.
Toteż zrozumiałe jest moje caeterum censeo269 po powrocie moim do Polski, że Polska jest bądź co bądź najkulturalniejszym — bynajmniej nie sądzę, by najwięcej ucywilizowanym — narodem w Europie.
Ale pół biedy, że krytyka niemiecka wylewała codziennie cebry niechlujstwa na biedną bohemę, w każdym razie to zaciekawiało, zmuszało do kupowania, „chyłkiem” oczywiście, jednego lub drugiego utworu; ale gorzej było, gdy krytyka chwyciła się podlejszej a skuteczniejszej broni: przemilczania. A to Totschweigen270 było często wprost wyrokiem śmierci dla artysty; w całym tego słowa znaczeniu było nim dla Piotra Hille, Ludwika Scharfa271, Scheerbarta, Conradiego i tylu innych; naród lokai skłaniał się w pokorze przed obcymi literaturami, toteż Arno Holz razem z Johannesem Schlafem, którzy wtedy tworzyli i stale byli przemilczani, wydali jedną książkę, podając za jej autora Norwega Bjarna P. Holmsena.
Mistyfikacja się udała — krytyka niemiecka poświęciła całe szpalty temu „niezwykle uzdolnionemu” Norwegowi!
Swoją drogą trzeba być sprawiedliwym: co by się było ze mną w Polsce działo, gdybym nie był przywiózł z sobą śmiesznego zagranicznego patentu: made in Germany, jako że jestem genialer Pole272!
He, he, he!
Właściwie nie miały Młode Niemcy żadnej publiczności — książki ich rozchodziły się nieskończenie powoli, a jeżeli jaka książka ukazała się po paru latach w drugim wydaniu, przy nakładzie trzystu egzemplarzy, to już było niesłychane powodzenie. Artysta pisał dla siebie i dla bliskich mu artystów, wyodrębniał się coraz więcej wśród swego społeczeństwa i tak tworzył „Jedyny dla Jedynego” i wprowadzał w życie najwyższy postulat ideologii Stirnera.
A takiego „jedynego” — który, zdaje się, li tylko dla siebie i dla swego ukochanego bóstwa, Ryszarda Dehmla, tworzył — miałem niebawem poznać: „barona” Detleva von Liliencron.
— Dziś musisz koniecznie do mnie przyjść — Liliencron przyjechał. Uciekł przed dłużnikami. Nie pożałujesz, że go poznasz — powiedział mi raz Dehmel, gdyśmy się, jak zwykle, w małej kawiarence po południu spotkali.
Pod wieczór poszedłem do Dehmla. Mieszkał na piątym piętrze, a dom zdawał się być położony na najwyższym punkcie Berlina, bo z okien mieszkania Dehmla rozścielał się nieporównany widok na cały Berlin — a raczej olbrzymie morze dachów, wież, kopuł, kominów fabrycznych; pierwszy i jedyny raz, że mi się w tym upalnym zmroku — właśnie w tym czasie dziesiątkowała cholera ludność Hamburga — Berlin nieomal piękny wydał.
Może właśnie dlatego, że w tym czasie dyszało nad nim do białości rozżarzone powietrzne widmo cholery, która już kilkanaście ofiar w przeciągu dwóch dni w Berlinie samym zabrała, a lada chwila spodziewano się w ciężkim przerażeniu wybuchu tej zabójczej, a tajemniczej choroby.
U Dehmla zastałem, prócz Liliencrona, jeszcze Scheerbarta i pośrednika między Młodą Francją a Młodymi Niemcami: Henri Alberta, Alzatczyka, który wówczas właśnie się wahał, czy ma pisać po francusku czy po niemiecku. Był stałym współpracownikiem „Mercure de France”273” i pisywał tam obszerne lettres allemandes274, a równocześnie zasilał stałymi korespondencjami o stanie literatury niemieckiej „Revue Blanche275”.
Liliencron na zewnątrz niczym się nie wyróżniał: zwykły typ oficera pruskiego w cywilnym ubraniu, ale w każdym calu zdradzał, wytwornego, w najsurowszych tradycjach junkierskich wychowalnego pana. Jedyny junkier z tych kilkunastu, którzy się prawie przemocą do naszego cygańskiego koła wdarli, który nie wnosił do pokoju specyficznego zapachu stajni.
Rozmowa szybko się zawiązała. Liliencron przebywał jako chorąży przed wojną francuską 1871 w Poznaniu. Wyrażał się entuzjastycznie o Polakach, zwłaszcza o Polkach, jedynych kobietach, które się „ubrać” umieją. Opowiadał niezmiernie ciekawe rzeczy o rozpasaniu i zdziczeniu ludności w Hamburgu właśnie w tym czasie, kiedy cholera tam najwięcej się srożyła: jednym słowem nie zdradził się w nim ten nędzarz, któremu po prostu ostatnią koszulę zdzierano za długi, jakie u jakiegoś lichwiarza zaciągnął.
Dehmel postawił kilka butelek wina — rozmowa coraz więcej276 się ożywiała — teraz tylko już o literaturze była mowa. Nagle wyciągnął Dehmel z teki swej manuskrypt i jął czytać: był to poemat, jeden z najpiękniejszych poematów, jakie wówczas powstały, Liliencrona Aldebaran.
Deklamacje Dehmla miały niesłychany urok. Każde słowo nabierało w nich jakiegoś intensywnego życia, lśniło nieporównanym blaskiem, śmiało się, zgrzytało, kwiliło, płakało, pyszniło się purpurą wzniosłego majestatu, tuliło się biedne, siermiężne, żgło lub broczyło krwią. Słyszałem mnóstwo artystów, deklamujących swoje lub obce utwory — przecież było to celem naszych zebrań — ale nigdy przedtem ni też już nigdy potem nie słyszałem żadnego artysty, który byłby w stanie słowo do tej potęgi w brzmieniu podnieść, do jakiej ją Dehmel wyolbrzymiał.
To, co przy zwykłym czytaniu mogło się wydać brudne, nabierało w jego czytaniu powagi i świętości, ustępy, które by się w czytaniu prawdopodobnie opuszczało, bo były przydługie, pragnęło się w czytaniu Dehmla jeszcze raz posłyszeć, a nawet trywialna rzecz stawała się czymś, godności pełna.
Kiedy Dehmel skończył, zaległo długie, pełne uroczystego zadumania milczenie — i od tej chwili jąłem czcić w Liliencronie istotnie wielkiego artystę.
— Teraz wam coś innego przeczytam — powiedział Dehmel po długiej chwili.
I przeczytał swe zdumiewające tłumaczenie — och! nie! to nie było tłumaczenie, to przewspaniała parafraza z Verlaine’a La Sagesse277. Po raz pierwszy poznałem wtedy Verlaine’a, a nie umiem powiedzieć, jak do głębi całą moją duszą wstrząsnął.
A gdy przeczytał to ostatnie westchnienie:
— O pauvre âme, c’est cela... (O, arme Seele, so ist’es recht)278 — buchnął nagłym płaczem.
Była to chwila tak uroczystego podniesienia, tak świętego skupienia, że jakieś słowo byłoby jej zbezczeszczeniem.
Milczeliśmy długo.
Wreszcie uspokoił się Dehmel — powoli ożywiła się rozmowa, a było to, jakby nas był wstyd ogarnął, żeśmy się tak do najistotniejszych głębi wzruszyli — bo najgłębsze wzruszenie jest nieskończenie wstydliwe — w mig wypróżniliśmy flaszki; Dehmel postawił nowe.
— Słuchaj tylko, Stasiu — jedyny Niemiec, który mnie tak stale nazywał i to „Stasiu” dobrze wymówić zdołał. — Nie macie wy tam czego w polskiej literaturze, co bym mógł przetłumaczyć? Ty już wiesz, o jakiego rodzaju poemat mi chodzi.
Przypomniał mi się nagle Rabski i jego deklamacja Ujejskiego przed paru laty w gimnazjum wągrowieckim.
— Ależ tak! Sam właśnie o tym myślałem. Ja przetłumaczę ci dosłownie, prozą, jeden poemat świetnego polskiego artysty — a ty — już będziesz wiedział, co z tym zrobić.
Wino poczęło działać: widzę jeszcze Scheerbarta, rozciągniętego: na dywanie, jak wali pięścią w podłogę i krzyczy na całe gardło: „Weltgeist, wo bist du?!” — Majaczy mi się blada, zmiętoszona twarz Henri Alberta, który nam nie tylko Verlaine’a, ale i Rimbauda, i Laforgue’a279 z Paryża przywiózł. Widzę usiłowania zawsze trzeźwego Liliencrona, by Scheerbarta uspokoić; potem śledzę jeszcze gwałtownie kołyszące się ruchy lampy w rękach Dehmla, sprowadzającego nas na dół; potem buchnął na mnie piekielny żar ulicy — tego lata sypiać nie było można wskutek tego niesamowicie rozżarzonego powietrza, którego upał zdawał się być jeszcze więcej280 spotęgowany w nocy — ale zdumiewające: gdym uszedł kawałek — otrzeźwiałem.
To była noc wielkiego cudu. Wiem doskonale, że od tej nocy jęło coś we mnie kiełkować, jakieś mgławice krążyć i formować się, ale jeszcze nie nadszedł czas.
Kiedy po dwóch czy trzech dniach zaszedł do mnie Dehmel, już przetłumaczyłem cały Marsz żałobny Ujejskiego, który Dehmla w zachwyt wprawił.
I teraz rozpoczęła się mozolna praca.
Dehmel wsłuchiwał się po kilkanaście razy w dźwięki nieznanej mu mowy — deklamowałem mu to bezustannie, jak to słyszałem w deklamacji Rabskiego — potem Dehmel czytał słowo po słowie; wypytywał się o wszystkie możliwe synonimy każdego wyrazu; badał rytm, jego wzniesienia i spadki, nagłe jego zmiany; aż zabrał się do wielkiej i prawdziwie twórczej pracy.
Tłumaczenie to Dehmla przewyższyło niemal oryginał — przestało być tłumaczeniem, a stało się czymś na wskroś twórczym. A w mojej duszy dokonywała się bezustannie jakaś dziwna, podziemna praca: w pół roku potem miał powstać pierwszy mój poemat prozą — Totenmesse (1893 r., w polskim: Requiem aeternam).