XXIV
O Dostojewskim wspomniałem.
Tu tylko jeden nakaz czuję w całym sobie: na kolana!
W Krystianii, dzisiejszym Oslo, zapoznałem się z sekretarzem poselstwa rosyjskiego — nazwisko jego wypadło mi niestety z pamięci — i on mi dostarczył całego Dostojewskiego w tłumaczeniach francuskich Halpern-Kamińskiego, jeżeli się nie mylę, i w świetnym tłumaczeniu na język duński.
Znałem dotychczas tylko Winę i karę, teraz poznałem Biesy, Braci Karamazow, Idiotę, jego nowele, a między innymi przedziwnie piękną Krotkaja. Czytałem to wszystko bezustannie, miesiącami całymi, czytałem od początku do końca, i na odwrót: zacząłem i jednym tchem dążyłem do początku, i wtedy to przeżywałem najcięższą tragedię w moim życiu twórczym.
Wyjść poza Dostojewskiego, to znaczyłoby zrównać się z przepotężną Dwój-Jednią, jaką on stanowi wraz z Szekspirem — dla mnie stanowią obydwaj równe potęgi; lasciate ogni speranza, jak się ma tylko zwykły talent, a i o tym talencie bezustannie powątpiewałem — wkroczyć choćby w ostatni rejon geniuszu Dostojewskiego: na to trzeba było całkiem innego zasobu sił twórczych, jakimi ja rozporządzałem. Ręce mi opadły, szarpnąłem się, by stworzyć psychologię młodocianego, niedowarzonego anarchisty-nihilisty w Dzieciach Szatana, a potem dałem sobie na długi czas spokój — już potem przez kilka lat żadnej powieści nie pisałem, dopóki nie zdołałem otrząść się z przemożnego wpływu, jaki Dostojewski na mnie wywierał — wywierać nie potrzebował, bo aż nadto z jego duszy tkwiło we mnie samym.
Tym się może tłumaczy zdumiewający fakt, że tysiąckroć razy jestem popularniejszy w Rosji, aniżeli w własnej Ojczyźnie. Zaczem Polska coś o mnie wiedziała, już Rosjanie tłumaczyli mój twór na język rosyjski, a ubiegli ich w tym — Czesi!
Przez Pragę czeską dostałem się do Polski.
Można sobie wyobrazić moje radosne zdumienie, gdym otrzymał pewnego dnia — tam wysoko na północy w Kongsvinger — pięknie wydane tłumaczenia czeskie i Requiem aeternam (Totenmesse), i Wigilii, a równocześnie gorące zaproszenie do jedynego pisma poświęconego w Czechach „nowej” sztuce: Moderni Revue. Do głębi byłem wstrząśnięty serdecznym i uwielbienia pełnym listem redaktora tego pisma — Arnosta Procházki514 — nie byłem w stanie pojąć, że parę moich utworów mogło tak głęboki wpływ wywrzeć na kształtowanie się „nowej” sztuki w obcym kraju.
I odtąd pozostawałem w najbliższej styczności z Czechami; nie było jednego numeru miesięcznika, swoją drogą świetnie redagowanego przez wyżej wspomnianego Arnosta Procházkę, który by nie zawierał jakiegoś mojego utworu.
Wszystko, com już odtąd napisał, pojawiało się w czeskim języku, a z najznamienniejszymi twórcami Młodych Czech łączyły mnie serdeczne i bliskie stosunki, z Arnostem Procházką, Jerzym Karaskiem z Lwowic515, Stanisławem Neumanem516, a przede wszystkim z rychło zmarłym, wielkiej a świętej pamięci Hlavačkiem517.
Poznałem wtedy olbrzymi twór Otokara Brzeziny518, jedynego, który w całej Słowiańszczyźnie może stanąć obok Kasprowicza; poznałem Antoniego Sovę519 i Machara520, a za pośrednictwem Przesmyckiego poznałem całą potężną twórczość Zeyera521.
Jeżeli Czesi, jak bezustannie mnie zapewniają, mają mi dużo do zawdzięczenia, to i na odwrót: poczuwam się wobec nich do głębokiej wdzięczności. Jaką to olbrzymią satysfakcję sprawiało mi wtedy to przeświadczenie, że mój ubożuchny twór mógł oddziaływać na twórców, którzy wtedy — według mego mniemania — przerastali mnie o całe niebo!
Mikromania! A może i nie! Z najgłębszym uwielbieniem korzę się przed Otokarem Brzeziną, z głębokim szacunkiem odnoszę się do Zeyera; drogim, ukochanym druhem jest mi Jerzy Karásek, z którym przed paru laty dużo długich godzin razem spędziłem w takim serdecznym porozumieniu, jak rzadko z którym artystą; nieskończenie drogi mi jest Arnost Procházka, z którym prawie przez ćwierć wieku w stałym, dla nas obojga niezmiernie płodnym kontakcie pozostawałem; klęczę z głęboką miłością nad mogiłą twórcy Prostibolo duše Hlavačka, składam cześć Stanisławowi Neumanowi, który miał odwagę drukować Synagogę Szatana — austriacka cenzura pozwoliła mu zaledwie jedną dziesiątą część wydrukować — a pominąwszy wszystko, co mnie osobiście z bogatą, hardą, dumną i w poprzek istniejącym kanonom młodą sztuką Czech wiąże, mam Czechom do zawdzięczenia, że przez nich dowiedziała się Polska, iż istnieje jakiś Polak, wprawdzie piszący na razie po niemiecku, ale podkreślający z jak największym naciskiem w listach do swoich współpobratymców, że jest tylko Polakiem, a posługuje się niemieckim językiem, by móc wyżyć, bo w Polsce samej nie było dla niego miejsca.
A miejsca tego nie znalazło się dla mnie nawet w pięć lat później, gdym do Polski zjechał.
I tak się zdarzyło, że przebywał poonczas w Pradze młody literat polski, Maciej Szukiewicz522. Jakąż ciężką przykrość mi sprawił, gdy pierwszy list, który do mnie wystosował, napisał w niemieckim języku, boć pewno myślał, że należę do tych licznych renegatów, od których wtedy Wielkopolska się roiła.
Byłem szczęśliwy, że mogłem mu po polsku odpowiedzieć, iż jestem rdzennym Polakiem, a piszę po niemiecku jedynie dlatego, by w jakiś sposób koniec z końcem związać.
I odtąd nawiązała się między nim a mną serdeczna korespondencja. W kilkunastu listach namawiał mnie, bym do Polski powrócił, ale nie mógł podać możliwości zarobku dla artysty, którego przyszłość w Polsce zbyt czarne nadzieje rokowała.
Paderewski ogłosił poonczas konkurs na najlepszy dramat współczesny — poczciwy Szukiewicz przetłumaczył Dla szczęścia — i aczkolwiek jestem mu bardzo zobowiązany za jego trud — przetłumaczyłem go ponownie sam, ale to na nic: Dla szczęścia nie uzyskało nawet mention honorable — ponoć nawet nie było czytane. Zaczarowane koło Rydla wyparło poza nawias mój biedny dramacik.
I już teraz, kiedy Szukiewicz w kawiarni Turlińskiego mógł wszem wobec dać bliższe wieści o Przybyszewskim, jako że jest Polakiem, a tylko z musu posługuje się językiem niemieckim, kiedy jął tajemniczo opowiadać o grozie De profundis i o Dzieciach Szatana i Synagodze Szatana, rozpoczęły do mnie napływać listy z Krakowa, a między innymi rozkoszne swoim rozmachem, bolszewickim rozpędem nieokiełznane, nieskładne, na ciężki ból zębów chorujące listy Neuwerta-Nowaczyńskiego.
Pisane na świstkach papieru, pełne wykrzykników, a takie drogie i takie w całej swej rozhukanej naiwności dobre i serdeczne!
Co za olbrzymia szkoda, że tych listów nie posiadam! Może w żadnym jego tworze nie ujawniła się tak kochana dusza Adolfa, jak w tych młodzieńczych, „wściekłym” entuzjazmem płonących i listach dwudziestoletniego chłopaka.
Z jaką miłością ja te jego listy czytałem — próbował nawet przetłumaczyć moje Wniebowstąpienie, ale to tłumaczenie było pod psem — natomiast analiza Dzieci Szatana całkiem doskonała: w zachwyt wprowadził go tytuł jednego rozdziału „Król Nowego Syjonu”.
I pisywał listy — bardzo, bardzo piękne, ale niezmiernie trudno było ich sens zrozumieć, zaczem523 ktośkolwiek mógł jeszcze śnić o futuryzmie. Każdy list jego był nadfuturystyczny: jeden piękny frazes — wykrzyknik, jedno wściekłe bluzgnięcie na Kraków —; wykrzyknik, jedno słowo uwielbienia — wykrzyknik; rzygnął w stronę literatów polskich czy to w „Głosie Narodu”, czy też w „Życiu” Szczepańskiego — wykrzyknik; i jak ja tego człowieka nie miałem pokochać?!
Kochałem go nawet wtedy, gdy mnie wstawił w piekielnie przykre położenie, bo po zamordowaniu cesarzowej Elżbiety wykrzykiwał: — Vive l’anarchie! — Mało co brakowało, a Austria byłaby mnie z Krakowa wyrzuciła, jako że ten okrzyk rozdarł ciężkie powietrze jakiejś nocnej kawiarni w mojej obecności; ten sam okrzyk, który i Jerzy Żuławski524 posłyszał, a wobec czego stryj jego, słynny psychiatra, wyparł się wszelkiej łączności z swoim siostrzeńcem.
I właśnie, że tak Cię kocham, mój słodki robaczku, przykro mi rozwiać legendę, jakobyś Ty mnie do Polski sprowadził — po co Ci to było pisać?
Och, och, och! Całkiem inną drogą do Polski się dostałem:
Jak żywo stoi przed oczyma mej duszy jakiś dwudziestoparoletni młodzieniec, już poonczas z długą, czarną, jedwabistą brodą, już poonczas — co mnie bardzo zdumiewało — z porządną łysiną i jakimś dziwnym wyrazem twarzy. Jakby to określić? — Była w niej wielka dobroć i dziecięca naiwność, chwilami nawet coś z kapłańskiego namaszczenia, mesjanistyczne natchnienie, a znowu raz po raz przebłyski czegoś dziwacznie zażartego, obłędnego, całkiem niepojętego dla mózgu, przyzwyczajonego operować tabliczką mnożenia według Adama Riese.
W całym moim życiu, tak zdumiewająco nieprzystosowanym do logiki życia nawet „niezwykłych” ludzi, nie znalazłem tak wspaniałego rywala, jak w nim jednym:
Tadeuszu Micińskim525!
A poznałem go w ciekawy sposób.
Pracowałem wtedy nad demonologią, satanizmem — he — he — i pokrewnymi naukami w bibliotece berlińskiej. Dotychczas otrzymywałem wszystkie dzieła w tym zakresie bez najmniejszej zwłoki, bo poonczas nikt przecież się tym nie zajmował, prócz może jakiegoś wielkiego Kiesewettera, który tej biblioteki nie potrzebował, bo odziedziczył tak bogatą bibliotekę okultystyczną po swym pradziadzie, generale Rosenkreutzerów, jaką się nawet British Museum poszczycić nie może.
Wtem ktoś mi pod nosem wypożyczał najwięcej upragnione przeze mnie dzieła.
To mnie już jęło boleśnie intrygować, bo przychodziło mi na jedną książkę, na jaką z upragnieniem czyhałem — miesiące całe czekać.
A nagle jednego dnia przy stoliku, przy którym zamówione książki się odbierało — donośny głos bibliotekarza:
— Thaddäus Miciński — hier: „Geschichte des Teufels” von Roskoff.
A równocześnie zwrot mojej kartki z zamówieniem:
— Herr Przybyszewski — „Geschichte des Teufels” von Roskoff soeben ausgeliehen.
A o tego Roskoffa tak mi strasznie chodziło — tak mi ten Roskoff był potrzebny.
Spojrzałem w stronę Micińskiego, który się z miejsca nie ruszył, tylko z dobrotliwym, ciekawym uśmiechem mi się przypatrywał.
— Tak panu zależy na tej książce? — zapytał po polsku.
Byłem zdumiony, że ktoś w Bibliotece Państwowej w Berlinie przemawia w języku polskim.
— Pan Polak? — (moje radosne zdziwienie!)
— Tak! i to taki, który zna Przybyszewskiego.
Hej, hej, drogi Tadeuszu!
Dałeś mi, dałeś Roskoffa — nie tylko to — ale w długich godzinach wspólnych spacerów poprzez berliński Tiergarten otwierałeś mi na oścież bramki, ciasne, bardzo ciasne przesmyki do zaułków Twej duszy, w których się nieraz gubiłem, odmykałeś zgrzytające, zardzewiałe rygle od zamków do stęchłych, spleśniałych krużganków, w których Ty sam się gubiłeś, opowiadałeś mi treść Twoich dziwacznych dramatów. Strasznie to było naiwne, a równocześnie tak przykuwające moją uwagę niesłychaną hipertrofią pomysłów, że raz całą noc przepielgrzymowałem przez ogromny obszar Tiergarten’u bez najmniejszego znużenia, wsłuchany w ten dziwaczny, niesłychany, niepojęty rozgardiasz dzikiej, tropikalnej, egzotycznej dżungli Twego mózgu.
I możeś przed nikim, drogi Tadeuszu, nie zdradził [tak] do cna tajemnic Twej duszy, jak przede mną. Śpij spokojnie — ja ich nie zdradzę.
A dusza jego była jak morze — łagodne, dobrotliwe, słodko rozesłane, to znowu nieokiełznane, wzburzone, pieniące się oszalałymi bałwanami, dyszącymi chorą pianą wścieklizny; morze biczowane, smagane, nieświadome, za co cierpi, dlaczego niszczyć i burzyć musi! Ileż go razy widziałem nad brzegiem Atlantyku — tam na krańcu Zatoki Biskajskiej, kiedy zrywał z siebie koszulę i wpół nagi wyciągał ręce i krzyczał w gorącym uniesieniu ku Oceanowi, który na sto metrów podrzucał olbrzymie fale w górę na „Silho blanco”!
Pisał po ciemku — nie znosił światła podczas pisania — nigdy nie byłem w stanie pojąć, jak mógł te groteskowe gzygzaki, jakie podczas pisania w zupełnej ciemności na papier rzucał, potem odczytać — a pewno, że na jawie je inaczej odczytywał: na jawie czekała go ciężka męka — a najcięższa zrozumieć to, co w transie napisał.
Tyle się słyszy głupich bredni o piszących mediach — Orinoko głupoty: czytałem tysiące „wypocin” mózgów tych mediów — jedna idiotyczniejsza od drugiej, głupie, bezsensowe, płaskie. Tego wszystkiego w rachubę się nie bierze.
Jedynym, istotnie na wielką miarę skrojonym „piszącym” medium, czasami sięgającym krańców genialności, o rozpiętości duszy tak olbrzymich rozmiarów, że się bezustannie rwała, kurczyła, w bolesnych konwulsjach zwijała, był — Tadeusz Miciński.
Niczym wizjoner Swedenborg, w którego Miciński tak żarliwie się wczytywał, wobec tych niepojętych, chwilami całkiem niezrozumiałych, chwilami może nawet śmiesznych i obłąkanych wizji, jakie miewał Miciński i je swoimi gzygzakami na papierze — wszystko jedno jakim, czasami nawet na tym, w jaki mu funt cukru owinięto — bezświadomie pętał.
Co się wtedy przez tę biedną męczeńską duszę wielkiego, ale piekielnie niezrównoważonego artysty nie przelewało! i losy biednej, nieszczęsnej jakiejś nauczycielki, i tajemnice pałacu magnackiego, w którego podziemiach odbywały się potworne msze szatańskie, a na górze najczystsze misteria dusz z ciał wyzwolonych; poryki, gwizdy, rozpustą rozwydrzone śmiechy zlewały się w dziki hymn wraz z kajającymi się, na kolanach czołgającymi się modlitewnymi antyfonami najpokorniejszych świętych: noc dzień pożerała, a ledwo świt wstał, już schłonął w ogniste swe piekło błogosławieństwo dnia — a z jak otwartego pieca, w którym kruszec się topi, lała się lawa ognia na jedną i drugą stronę, rozbryzgiwała się w potokach i strumykach, a żadnego wspólnego łożyska znaleźć nie mogła.
To było straszną i krwawą tragedią twórczej duszy Micińskiego!
Rzadko która dusza twórcza tak mnie zaciekawiała, tak mi była bliska, a równocześnie daleka, tak mnie ku sobie pociągała i odpychała swoim niesamowitym dziwactwem, którego krętymi drogami wciąż jeszcze stąpać usiłowałem, jak dusza tego niezwykłego twórcy.
Właśnie wtedy powołał mnie wydawca — nazwisko jego trzeba upamiętnić: Wrede — otóż ów Wrede ściągnął mnie z Norwegii, bym objął kierownictwo okultystycznego pisma, które po likwidacji „Sfinksa” wielkiej i świętej pamięci Hübbe-Schleidena Ochrzczone zostało na „Metaphisische Rundschau”.
Z radością zgodziłem się na propozycję pana Wredego, zjechałem do Berlina i objąłem redakcję.
Porozpisywałem na wszystkie strony listy, proszące, błagające, zachęcające, ale na wszystkie otrzymywałem rozpaczne odpowiedzi: pan Wrede jest znany z tego, że nikomu żadnego honorarium nie płaci.
Można sobie wyobrazić mój ciężki wstyd, gdy mi tak poważny okultysta, Karol Du Prel526, na moje zaproszenie, by wziął udział w współpracownictwie tej „Metaphisische Rundschau”, odpowiedział długim i serdecznym listem, ubolewającym nad tym, żem się w tak niewłaściwym towarzystwie znalazł, i radził mi, bym przyjechał do Monachium, miejsca jego pobytu, gdzie właśnie powstało towarzystwo o bardzo krótkim, przez kler bawarski zniszczonym bycie: Psychische Gesellschaft.
Byłem redaktorem na papierze — przygotowałem wprawdzie trzy zeszyty miesięczne, ale pan Wrede nie miał pieniędzy, nawet na to, by mi zagwarantowane 200 marek miesięcznie wypłacić. I w tym znojnym czasie był mi Miciński — szczególna rzecz: w towarzystwie Ludwika Scharfa i Wedekinda — niezmiernie miłym towarzyszem. Miłym, jak miłym — o tym można by dużo mówić, w każdym razie towarzyszem-artystą, który w równej mierze mnie, jak i niemieckich kolegów, zaciekawiał.
Bo nagle przestał być Miciński miły.
Stał się opryskliwy, zacinał się, wyzywał ustawicznie na ostre języki, widać było, że się szamotał na wszystkie strony, coś go podrywało, gnało.
Lutosławski Wincenty527 go wzywał — do swojej siedziby w Playa de la Mera, maleńkiej miejscowości nad Zatoką Biskajską naprzeciw miasta La Coruña.
Nagle Miciński znikł — dłuższy czas się nie pokazywał — zaniepokojony poszedłem do jego mieszkania: wyjechał, ale dokąd, nikt nie wiedział.
W międzyczasie poczęły wiać rewolucyjne prądy w Polsce. Z Wiednia przyjechał Ludwik Szczepański, wychowaniec Hermana Bahra, wielbiciel Altenberga i całego Jung-Wien, i jął budować podwaliny pod Młodą Polskę w tygodniku „Życie”528.
Widocznie już wtedy poczęło moje nazwisko być w Krakowie znane — głównie może dzięki niezmiernie sympatycznej serii artykułów pani Zofii Daszyńskiej529, z którą często w Berlinie się widywałem, kiedy w Akademii Humboldta wygłaszała zarys nauk społecznych; widocznie i Ludwik Szczepański dowiedział się, że niczego tak nie pragnę jak tylko tego, by mi jakieś pismo w Polsce otwarło gościnne łamy — dość, że otrzymałem od niego gorące zaproszenie, bym wziął współudział nie tylko jako pracownik w jego piśmie, ale i jako doradca.
Och, jak gorąco mnie to zaproszenie uradowało!
Teraz zapadło we mnie niezłomne, radosne, a równocześnie trwożne i nieśmiałe postanowienie: „Odtąd będę pisać wyłącznie po polsku!”
A było to śmiałe postanowienie: wprawdzie znałem doskonale literaturę polską — w niewielkiej, ale zasobnej bibliotece mego ojca znalazłem już od małego dziecka aż nadto obfity karm, który chciwie pochłaniałem — i naszą klasyczną Trójcę, Kraszewskiego oczywiście, Czajkowskiego, Korzeniowskiego — ba! nawet Libelta i Cieszkowskiego; moje wakacje gimnazjalne wypełniała bezustanna lektura tych bezcennych skarbów, ale od całego długiego szeregu lat nie miałem języka polskiego w użyciu, ani w Berlinie, gdziem się głównie w kołach niemieckich obracał — polskich nie było poza wegetującym Stowarzyszeniem Studentów Polaków Wielkopolski, w której, jak wiadomo, kaleczono poonczas boleśnie język polski — a w Skandynawii miałem sposobność tylko parę razy mówić z Polakami. Brak książek polskich i polskich czasopism dawał mi się bardzo przykro odczuwać; raz po raz widziałem z zdumieniem, jak język polski niesłychanie się rozrasta, pięknieje, w niepojęty sposób się wykształca i bogaci, bom znalazł gdzieś tomik poezji Tetmajera, a Miriam nadesłał mi podówczas Na wzgórzu śmierci i Krzak dzikiej róży Kasprowicza oraz swój własny przepiękny tomik poezji: Z czary młodości, i zląkłem się, ażali530 ja potrafię takim językiem pisać.
Spróbowałem — z początku nieśmiało: szło to trochę opornie, a nagle, jak gdybym się z jakiegoś długiego snu przebudził, zrozumiałem jedną rzecz:
Ja, mimo że język niemiecki do tego stopnia opanowałem jak żaden z Polaków przede mną — to śmiało mogę twierdzić — zrozumiałem nagle z wielkim zdumieniem, że nigdy nie doszedłem do tego, by po niemiecku myśleć: wszystko, co w niemieckim języku pisałem, było tylko niesłychanie szybkim tłumaczeniem polskiego tekstu — tego wszystkiego, com w polskim języku myślał — polska myśl przyoblekała się z zawrotną szybkością w obcą szatę. A ponieważ te przyobłóczyny odbywały się z tą niepojętą szybkością, miałem nawet sam wrażenie, że piszę po niemiecku, kiedy ja tylko na język niemiecki tłumaczyłem.
Tłumaczenie Szukiewicza mego dramatu Dla szczęścia, który to dramat radził mi poczciwy pan Maciej posłać na konkurs dramatyczny imienia Paderewskiego, wydało mi się bardzo nieudolne.
Sam je przetłumaczyłem: to tłumaczenie to mój pierwszy utwór polski. Jak głęboko musiała tkwić polskość w krwi mojej, jeżeli śp. pan Chmielowski tę pierwszą próbę moją pisania po polsku ocenił słowy: „Władcą jest Przybyszewski języka polskiego, ale zarazem i jego tyranem”.
A tym tyranem miałem już w dalszym ciągu pozostać, myli się tylko pan Stefan Żeromski, że lepiej pisałem po niemiecku aniżeli po polsku, jak również błędne jego mniemanie, że Sieroszewskiemu łatwiej się wyrazić po rosyjsku aniżeli po polsku.
Nie! panie Stefanie, jeżeli znajdują się w moich po polsku pisanych rzeczach „błędy i usterki”, to całkiem rozmyślne. Nie ja językowi podlegam, ale język mnie podlegać musi.
Jeżeli mi jakiś zaimek niepotrzebny, to go wyrzucam, a jeżeli go nie ma w języku, a mnie jest potrzebny, to go wstawiam. Potrzebny mi jakiś okres, choćby „jak tasiemiec” ciągnął się przez dwie strony, to go się nie ulęknę, a chociażby mnie Bóg wie jak kusił, to go wyrzucam i jednym słowem zastąpię!
Teraz już z całą odwagą zabrałem się do „tłumaczenia” na polski język Wigilii — tylko to nie było tłumaczeniem, bo po niemiecku pisane Wigilie byłyby nieprzetłumaczalne, ale na starym niemieckim palimpseście napisałem pierwotny tekst polski.
Takie były pierwsze kroki, jakie poczyniłem na już nieodwołalnie postanowionej wędrówce ku mojej Ziemi Obiecanej — a nie wiedziałem jeszcze wtedy, czy ją kiedyśkolwiek ujrzę.
Teraz już co tydzień otrzymywałem „Życie” Szczepańskiego. Spodziewałem się Młodej Polski, jako czegoś w rodzaju czeskiej Moderni Revue lub chociażby niemieckiej Gesellschaft, ale poza kilkoma utworami Tetmajera i przepięknym, wspaniałym, w królewską purpurę przyobleczonym: „Byłeś mi kiedyś bożyszczem, o tłumie” Kasprowicza — sromotny zawód: wszechwładnie rozpanoszyła się w Szczepańskiego „Życiu” Maskoff-Zapolska, śmieszne utarczki w obronie Tamtego z panem Ehrenbergiem wypełniały całe łamy pisma, płaskie Jung-Wien święciło swoje orgie epitalamiczne — jedna tylko fizjonomia duchowa wśród wszystkich współpracowników zarysowała się wyraźnie — piękna, przeczulona wprawdzie, niemniej do głębi artystycznego sumienia uczciwa dusza — Artura Górskiego.
I w tym „Życiu” zastanawiał mnie jeszcze jeden artysta — ząbkujący, początkujący Adolf Nowaczyński.
Tu już stawiał pierwsze kroki ten późniejszą tak chlubną przyszłość rokujący linoskok na linie, którą rozpiął między Wieżą Mariacką w Krakowie, posągiem Zygmunta na placu Zamkowym w Warszawie i przeciągnął ją poprzez szczyty ratusza poznańskiego, a obwiązał ją wokół kaplicy Bonarów we Lwowie.
Bądź jak bądź: Szczepański zrobił swoje — cały jego majątek „Życie” pożarło, a ledwiem przekroczył próg Polski, a Polską była wtedy Galicja, spadło na mnie ciężkie, bolesne brzemię fatalnej upadłości.
Ale o tym potem.
Nagle, kiedyś już późną jesienią, otrzymałem list od Micińskiego — wprost z Hiszpanii, z Playa de la Mera, naprzeciw Corunii — z siedziby Wincentego Lutosławskiego; parę słów tylko, na kartce papieru, wetkniętej w obszerny list samego pana Wincentego.
W liście tym, nad wszelki wyraz serdecznym i kochanym, liście, świadczącym o tak niesłychanej dobroci serca, że czytając go łzy mi się ciurkiem puściły — mnie, któremu łzy zwykle pod powieką marzną — list tak piękny, żem mimo woli szepnął do siebie: „A, są jeszcze piękni ludzie na świecie” — w którym mnie jak najgoręcej zaprasza do Hiszpanii; świadectwo, jakie mnie Miciński mu wystawił, wystarcza mu doszczętnie, by przygotować się po moim przybyciu do istotnej „biesiady” duchowej.
Ta „biesiada” trochę mnie zastanawiała — byłem już wtedy trochę obeznany z towianizmem i przypomniała mi się Biesiada, jaką Towiański głupiego błazna-generała Skrzyneckiego kusił.
Skrzynecki okazał się w tym jednym wypadku mądry — nie poszedł na lep „Biesiady” — natomiast ja się skusiłem — pojechałem do Lutosławskiego z najgorętszą miłością, ale rychło spotkało nas ciężkie i bolesne rozczarowanie, o którym długo i szeroko rozpisuje się Lutosławski w swoim paszkwilu Bańki mydlane.
A może właśnie dlatego ten paszkwil napisał, że może mnie kochał — upatrywał we mnie jakiegoś przez Boga wysłanego mu adepta, narzędzie-wysłannika, który by Słowo jego głosił na całą Polskę, spodziewał się wykształcić mnie na swego Jana z Patmos, a bolesnym i ciężkim przeżyciem musiało być dla niego, gdy natrafił na całkiem mu obcą, na diametralnie przeciwnym biegunie rozłożoną duszę, a mimo gwałtownych uderzeń laską w opokę tej duszy nawet jednej iskry — tej mu potrzebnej iskry, by całą watrę rozpalić — wykrzesać nie zdołał.
Stąd może całe jego bolesne rozgoryczenie, które znalazło tak nikczemnie mały upust w Bańkach mydlanych.
Ale ta osobista przykrość zupełnie mi oczu nie mąci na istotną wielkość tej niesłychanymi zdolnościami uposażonej duszy, o takiej pojemności, jaką rzadko która dusza polska poszczycić się może; cała jego tragedia, że przyszedł za późno — może być, że w czasach towiańszczyzny byłby odegrał olbrzymią rolę i pchnął świętą „Sprawę” na całkiem inne tory niż te, na jakie je Mickiewicz zepchnął i ostatecznie zabagnił — może być, że ongiś mógłby się stać jakimś olbrzymim prorokiem, wychowawcą całego narodu i przeprowadzić go poprzez Morze Czerwone — ale ten czas go ominął. W naszym czasie jest anomalią, posthumus, caeso, ale haniebnym było usiłowanie, by go w Krakowie zasadzić do domu obłąkanych — a może przyszedł za rychło? i to przypuścić można, że ten człowiek, ten Wincenty Lutosławski, przyszedł istotnie za rychło — że to wszystko, co głosił, w co całe swe życie i mienie włożył, później bogaty plon wniesie w gospodarza-narodu dom. Chi lo sa531?
I osobiste moje zatargi z tym bądź co bądź niezwykłym człowiekiem, którego jedyną może wadą było, że nie znał granicy, kędy się kończy szczerość, a rozpoczyna swe niechlujne panowanie wulgarna i ordynarna nachalność, wdzieranie się w tajniki obcej duszy — te osobiste moje pretensje są niczym wobec głębokiej wdzięczności, jaką dla niego odczuwam jako do człowieka, nie mówiąc już o niezmiernym szacunku, jaki dla niego żywię, jako twórcy stylometrii532 i może najgłębszego w Europie znawcy Platona.
I w tym uczuciu wdzięczności i szacunku całkiem mi nie przeszkadza ta olbrzymia obcość, która cyklopicznym murem między nim a mną wyrosła.
Lutosławskiemu zawdzięczam Hiszpanię!
A to już niezmiernie dużo — och! jak to na moim umysłowym i twórczym życiu zaważyło!
Czym wobec tego małe, wprawdzie bardzo przykre niesnaski — a takie zwykle są najprzykrzejsze — jakie często gęsto zachodziły między panem Wincentym a mną; czym moja głęboka przykrość, gdym widział, jak pan Wincenty się na mnie zawiódł — wszak ci ja miałem pisać powieść na tle prusko-wielkopolskich stosunków, a pisałem Nad morzem; czym tak na wskroś męska zazdrość o duszę Micińskiego, który w daleko większym stopniu podlegał mojej, aniżeli jego; czym wszystko to Menschliches, Allzumenschliches, co mi duszę i serce podczas całego pobytu w Playa de la Mera raniło, mimo całej niezwykłej gościnności tak z strony pana Wincentego, jak i małżonki jego, Zofii z domu Casanowa — wobec tych niesłychanych rewelacji artystycznych, jakich doznałem w Hiszpanii: Goya, Theotokopulos Graeco, van Aaken, którego jedynie w madryckim Prado oglądać można, Giorgione — ten boski, ten niepojęty Giorgione w Prado! — jedno z najpotężniejszych objawień twórczej duszy ludzkiej — i znowu Goya i Graeco. He, he: dziś to wszystko zwulgaryzowane, Goya i Graeco na wszystkich ustach, ale wtedy, trzydzieści lat temu, kto coś o nich wiedział? — to były wielkie, niesłychane objawienia, wobec których dusza ślepła od nadmiaru światła.
Ten istotny, ten przepotężny Goya mieścił się poonczas w Madrycie, w muzeum, zwanym wtedy: Calcographia — nie wiem, jak jest dziś — i tam spędzałem, bez przesady, przez kilka tygodni po trzy i cztery godziny dziennie. Nasycić się nie mogłem — tak bratniej duszy nie znalazłem ani w Ropsie, ani w Munchu, ani w Vigelandzie, jak właśnie w Goyi; „bratniej” — powiedziałem przed chwilą — śmieszny napad megalomanii: znalazłem moje bóstwo, przed którym się głęboko korzyłem, tak jak w Toledo z pokorną czcią kajałem się przed obrazami Theotokopulosa, w małym, ale niesłychanie bogatym toledańskim muzeum.
A jechałem do Hiszpanii z radością, że zobaczę Velasqueza, Murilla — dziwna rzecz, że tych właśnie całkiem nie widziałem, a jest ich setkami w Prado.
Majaczy mi się jeszcze w głowie Zurbaran — ta sroga, nieustępliwa, paniczny lęk budząca asceza jakiegoś twórcy, powołanego do niesłychanych potęg twórczości, a sczezła w suchym potwornym bólu na mokrym sklepisku nędznej celi.
Ale co duszę moją w najwyższą ekstazę wprawiało, to architektura katedry gotyckiej w Toledo i Burgos. To inny gotyk, jak ten niepokalany, nieskończenie czysty, surowy, z wszelkich ozdób świadomie obdarty, jak w północnej Francji, jak u nas, hen — na Wschodzie, w Toruniu lub Gdańsku; gotyk hiszpański to rozwydrzone, przeolbrzymie bogactwo jakiegoś Samjazy, księcia upadłych aniołów, który je ściele u stóp Tego, od którego odpadł, a którego teraz przebłagać pragnie; gotyk hiszpański jest tym, czym jest najwyszukańszymi, najkosztowniejszymi zachodami wyhodowana orchidea — nie wiem, dlaczego ten chory, najwytworniejszą chorobą chory kwiat skojarzył się w moim mózgu z hiszpańskim gotykiem — orchideą i cudem wszystkiego, co jest skazane na wymarcie: takie przebogate, tak olśniewające swoim przepychem i wytworną, miliony lat starą kulturą, taką, co niewidzialnym strumieniem płynie tysiące kilometrów w ukrytych jaskiniach pod szczytami gór, by na chwilę zwalić się olbrzymim wodospadem w podszczytową dolinę i tam znowu w jakiejś górskiej jaskini zaniknąć!
Zbytnio nie nęciło mnie niesłychanie misterne, ponad wszelką miarę podziwu godne majsterstwo i najwyrafinowańsza sztuka arabska, jaką oglądałem w Toledo w Casa de los Moros i w mauretańskiej kaplicy w samej toledańskiej katedrze. Ponadto możesz ją podziwiać w każdym niemal domku Toleda — trzeba tylko zajrzeć w jakieś podwórze, a w jakimś dawnym przecudownym pałacu mauretańskim znajdziesz teraz stajnię, chlew albo remizę dla wozów i najprzeróżniejszych gratów... Nie! nie! Nie nęciła mnie Granada, ani nawet nęcić nie mogła, bom miał za mało pieniędzy, ale miałem na tyle opamiętania twórcy-artysty, że wyjazd poza Toledo — choćby nawet do niedalekiej Kordoby — byłby zniszczeniem tego niesłychanego wrażenia, jakie w Toledo odniosłem: jak biedne, jak nieskończenie skromne moje usiłowanie, by dać choć odrobinę tego, com w Toledo przeżył, w opisie Toleda w mojej smutnej powiastce: Androgyne!
Tak — tak! Stałem na szczycie toledańskiego Alkazaru — z trudem się tam dostałem, bo była to wtedy wojna hiszpańsko-amerykańska — a każdy cudzoziemiec uchodził za „Inglese”, a co najmniej za szpiega amerykańskiego — ale spojrzeli na moją niesamowitą słowiańską gębę i puścili mnie na wieżę.
I z tej wieży toledańskiego Alkazaru, z którego mogłem objąć całą olbrzymią potęgę katedry, tak piekielnie wtłoczonej w setki najciaśniejszych uliczek, że jej z żadnej strony ujrzeć nie można — z tej wieży Alkazaru, z której widziałem żółty, brudny, spieniony, bezustannymi wodospadami walący się Tajo, popod tymi mostami, których cud żadne słowo opisać nie może, tam, drogi panie Wincenty Lutosławski, tam Ci korną podziękę składałem, a oczy wlepiłem w przedziwny architektoniczny cud: San Juan de los Rayes — przed paru godzinami tam byłem i na kolana padłem przed dziwami i cudami wnętrza tej drugiej katedry toledańskiej, na której Izabela Katolicka rozwiesiła łańcuchy kajdanów wyzwolonych jeńców chrześcijańskich.
Pięć dni i pięć nocy błądziłem po poplątanych arabeskach, w jakie ulice Toleda są wycięte — trzy godziny błąkałem się po mieście, zaczem zdołałem trafić do mojej „fondy” — już trzykrotnie dostałem się przez ciasną uliczkę do wnętrza katedry, by tam znowu godziny spędzać na oglądaniu witraży, wyolbrzymionych do boskości najwyższego Piękna zachodzącym słońcem — dostawałem się na jakiś placyk, nie większy jak mieszkanie, które obecnie zajmuję, i znowu zaułki — ciemne kanały, przez które i muł obładowany z trudnością się przedostawał, a gdym wreszcie dotarł do mojej „fondy”, rwało mnie na drugi brzeg Tajo, do jakiegoś samotnego klasztorku, z którego wszystkie cuda Toleda w świetle księżyca przybierały jakiegoś już nadboskiego uroku.
Ale nawet to wszystko, co Ci, panie Wincenty, zawdzięczam — to Toledo, to niesłychane madryckie Prado, ta przedziwna świętość Awilli i to boskie bogactwo Burgos — niczym wobec tego, żeś stał się pomostem, przez który do Polski się dostałem.
Otrzymałem poonczas list od Macieja Szukiewicza, a wiecie co mu odpowiedziałem?
Czym są te raje i cuda, które tu teraz w Hiszpanii przeżywam, gdzie niesłychane bogactwo sztuki człowieka tak oszołamia, że oczy sobie z zdumienia przeciera, ażali to jawa; czym ta niesłychana, najwytworniejsza, a może i najpotworniejsza potęga twórczości ludzkiej, która pod koniec najcudowniejszym kwieciem cały świat potopem zalewa, że nie jak za czasów Nerona tylko uczestnicy uczty Trimalchiona się dusili, ale cała czująca, rozumiejąca ludzkość w rozkosznych spazmach skonać by mogła; czym to ostatecznie wszystko wobec raju i cudu mojego Gopła i rodzinnej wsi Łojewa, i tej słomianej strzechy szkoły mego ojca, pod którą się urodziłem.
— A jeszcze wtedy nie wiedziałem — co mi jeden jasnowidz później potem przepowiadał, a czego wtedy nie rozumiałem: Pod słomą się urodziłeś, a „pod blachą” umrzesz.
Jakim ja cudem dostałem się „Pod Blachę”?!533
I miał nadejść kres mej krwawej nostalgii, która mnie całe lata w niepowiedziany sposób trapiła.
Nie wiem — przynajmniej mimo mnóstwa wywiadów — nie zdołałem dociec, by ktośkolwiek choć w mikroskopijnej cząstce swego uczucia tak się tą nostalgią dławił jak ja.
Co ja byłbym wiedział, jakie zdumiewające spostrzeżenia byłbym mógł zrobić, jakie niezwykłe rzeczy przeżyć, gdyby nie ta chora tęsknota! A już od małego dziecka mnie trapiła — uciekałem z gimnazjum do domu, żadna siła nie byłaby w stanie mnie powstrzymać, bym na święto Bożego Narodzenia nie miał przyjechać do domu rodzicielskiego. — Hej! hej! „Graj, skrzypku — będziesz w niebie, a basista obok ciebie”!
Już dość tych bredni!
Jadąc do Hiszpanii, zatrzymałem się przez tydzień w Paryżu. I tam osobiście poznałem Zenona Przesmyckiego — Miriama.
Najgłębszy, najserdeczniejszy pokłon, drogi mój Zenonie, na którego Z czary młodości kształtowałem mój język polski, za Twoją nieskończenie dobrą gościnę, jakiej u Ciebie doznałem!
Jedno z najpiękniejszych wspomnień moich — najcudowniejsza kropla, która przelała się poza brzeg Twej kosztownej Czary!
A teraz — teraz, kiedy już się stałem tym małym, maleńkim Schopenhauerem534, którego można czytać od początku do końca i na odwrót: od końca do początku, bom nie wiedział jeszcze wtedy, że mam jeszcze coś do powiedzenia, i to bardzo, bardzo dużo, a jeżeli dotychczas nie wypowiedziałem, toć przecież rozwarte przede mną na oścież mnóstwo żyć — stał się dziwny cud.
Wróciłem z Hiszpanii goły jak turecki święty — na razie zwrócił się do mnie z doraźną pomocą Zenon Przesmycki, ale i on sam ostatnim groszem gonił.
I takoż się stało, żem przez Przesmyckiego poznał dwóch nieskończenie mi drogich braci Siedleckich535, Franciszka (znanego artystę malarza) i Michała (profesora uniwersytetu w Krakowie), parę zdumiewająco pięknych braci.
Zaprowadzili mnie do niezmiernie gościnnego domu pp. Danyszów — gdzieś tam w Auteuil. Pamiętam piękny ogród, na wskroś polski dworek, niezmiernie uprzejmą panią domu, Danysza samego, który przypominał mi uczonych niemieckich, ale w jak najlepszym stylu — kto wie, czy nie tkwiło w nim albo nie tkwi coś z tego Curie, który w kieszonce od kamizelki chował odrobinkę radu, nie wiedząc o tym, że to radium może mu wątrobę i nerki przepalić? — i w domu pp. Danyszów dokonał się najważniejszy etap mego życia.
Bogata była kolacja, którą państwo Danyszowie na cześć znanego już Polaka, rozsławiającego imię polskie poza granicą — coś niecoś już znane we Francji — wystawili; bogata i kochana, i niezmiernie dobra była ta cała ich gościna, ale najgłębiej utkwiła w mej pamięci — gdybym powiedział „osoba”, to byłoby istotną obrazą — nie utkwiła, ale utkwił aż do samego dna duszy — człowiek? — zjawa? — przeznaczenie? — zesłaniec Boga moich losów?
Bo ja wiem?!
Kazimierz Dłuski536!
Panie Kazimierzu, byłeś Ty wtedy — a to było na początku maja 1898 roku — byłeś Ty świadom, kiedyś siedział przy mnie przy fortepianie, na którym ja łokciami, knykciami wygrywałem Fis-moll Sonatę Schumanna, Fis-moll Polonez Szopena, byłeś Ty w tej chwili świadom, gdyś mi jął mówić o Paderewskim, że on jedyny mógłby się na mojej barbarzyńskiej muzyce poznać i ją pokochać; och! Chryste Panie! byłeś Ty świadom tego, żeś w tej chwili — nie! w tych godzinach mego obłąkanego grania, którego Ci dosyć nie było — pokierował całym moim dalszym losem?! Wyobrażam sobie, co to musiał być za list, pisany przez Dłuskiego do Paderewskiego, jeżeli już za tydzień otrzymałem parę tysięcy franków, które mnie wyzwoliły z bolesnej prusko-berlińskiej, tak nieskończenie bolesnej niewoli — może bym dotychczas gnił w tej niewoli, boć jak było się z niej wyzwolić?
Jak będę miał kiedyś pieniądze, to kupię taki gruby, taki ciężki łańcuch, jaki widziałem opasujący całą katedrę San Juan de los Rayes i poślę go tam z szczerozłotym napisem:
„Paderewski wyzwolił Przybyszewskiego”.
Ja, dziś blisko sześćdziesięcioletni człowiek, nie będę się u stóp Twoich słaniał — zbyt wielkim panem jesteś, by moja wdzięczność Cię nie zabolała: jedno tylko wiedz — gdybyś miliony lat żył, nie sprawiłbyś żadnemu człowiekowi ani sobie samemu tego przeolbrzymiego szczęścia, jak mnie w tej jednej świętej chwili, gdym granice Prus przekroczył i do Krakowa zajechał!