Zwycięstwo

Rana Czandaury nie zaopatrzona w porę zaogniła się i ropiała. Król gorączkował i w malignie rwał się do boju. Gdy wracała przytomność, był tak osłabiony, że najmniejszy wysiłek przychodził mu z trudnością. Przy łożu czuwała Wajmuti, gotowa na każde skinienie, leczył Huanako, najlepszy lekarz w kraju. Zioła arcykapłana i driakwie przynosiły choremu widoczną ulgę. Mimo to choroba przeciągała się na tygodnie. Król niecierpliwił się, zżymał, lecz musiał być powolnym Huanace i nie opuszczał łoża. Jedyną osłodą w tym czasie były rozmowy z Atahualpą na temat przebiegu walki i pościgu. Zdradziecki napad Czarnych naprowadzonych przez Marankaguę mimo piekielnego podstępu nie udał się i zakończył się zupełną ich klęską. W rezultacie pozostawili na placu boju 200 zabitych, a 50 ciężko rannych. W czasie dwudniowego pościgu, który sięgnął aż poza granice państwa i zatrzymał się dopiero w wąwozach po tamtej stronie cordillery86, padło ich znów około 100. Jaśni prócz 60 zabitych w czasie nocnego napadu, ludzi przeważnie pijanych lub bezbronnych, stracili tylko sześciu, a kilku odniosło lżejsze lub cięższe rany. Sprawność bojowa plemienia święciła mimo zdrady świetny tryumf. Szczególnie odznaczyły się oddziały przyboczne króla i Atahualpy, uzbrojone w nowy rodzaj broni siecznej, szable i szpady. Broń ta, sporządzona pod osobistym dozorem białych z wybornej stali przez krajowych kowali i płatnerzy, okazała się niezrównana w walce wręcz. Miedziani wojownicy dzięki lekcjom fechtunku, udzielonym przez króla i Atahualpę, władali nią znakomicie.

Mimo choroby i wyczerpania kazał Czandaura zgromadzić żołnierzy „białej broni” przed swoim toldem, wsparty na poduszkach wygłosił do nich krótką, pochwalną mowę. Przyjęli ją z okrzykami uniesienia na jego cześć i zaczęli się tłumnie cisnąć do łoża chorego, aż ich Atahualpa i Huanako siłą musieli wstrzymywać. Wśród wiernej drużyny brakło tylko Izany i Ksingu, bo ci po ukończeniu pościgu nie wrócili do osady, lecz pozostali w górach, by tu w przesmykach i wąwozach czuwać jak orły skalne nad bezpieczeństwem rubieży.

Pomyślne odparcie napadu Czarnych i skuteczność „reform wojskowych” umocniły jeszcze stanowisko Gniewosza wśród krajowców. Patrzyli jak na półboga. Powodzenie, z jakim spotkały się jego pierwsze pociągnięcia na tej dziewiczej ziemi, przekonało go do niej i związało z nią ściślej, niż się spodziewał.

Lecz najsilniejszym łącznikiem między nim a Itongami była kapłanka Rumi. Sympatia okazana mu zaraz w pierwszych dniach przez tę egzotyczną piękność wytrąciła go z apatii i bezwoli. Chęć popisania się przed nią odwagą i rycerskością była jednym z głównych bodźców do czynu. Gdyby mu kto zwrócił na to uwagę, byłby temu stanowczo zaprzeczył. A jednak sam przyłapywał się na tym, że myśli jego w okresie choroby i rekonwalescencji silnie zaprzątały trwoga o los Rumi. Obawy te podniecała jeszcze Wajmuti. Wstrząsnęła nim udzielona przez starą piastunkę wiadomość, że Rumi w chwili porwania miała na palcu szafirowy pierścień z gwałtowną trucizną, kurarą — jako jedyną broń przeciw gwałtowi. Jeżeli Marankagui udało się ściągnąć go z jej palca, zmniejszały się wprawdzie obawy o samobójstwo, lecz za to groziło pohańbienie. W razie przeciwnym nieszczęśliwa dziewczyna mogła w każdej chwili zrobić użytek z swej straszliwej broni. Na samą myśl o jednej z tych ewentualności wzbierały w sercu Czandaury kolejno uczucia bezsilnego gniewu i cierpienia. W takich chwilach zrywał się z posłania, chwytał za szablę i krzyczał, by mu podano konia. I potrzeba było całej powagi i autorytetu Huanaki, by go z powrotem zapędzić do łóżka.

Nareszcie po czterech tygodniach rana zasklepiła się i Czandaura odzyskał siły na tyle, że mógł bez obawy przed recydywą dosiąść konia i ruszyć w pole. Niecierpliwość króla podzielali wodzowie i wojownicy, czekający od dawna na hasło. Toteż wyprawa odwetowa potoczyła się w tempie zawrotnym lawiny. W przeciągu trzydziestu godzin dotarli do podnóża Czerwonej Turni, tu przenocowali, a następnego rana połączyli się na przełęczy Coxayala z przyczajonymi tam już od tygodni wysokogórskimi oddziałami Izany i Ksingu. Relacje obu wodzów były pomyślne. Od czterech tygodni Czarni nie dawali o sobie znaku życia. Pobici i zdziesiątkowani cofnęli się w głąb swych dzierżaw na południe od zębatych grzbietów cordillery i lizali się z zadanych im ran. Porozstawiane po siodłach górskich pikiety i patrole donosiły zgodnie, że ani jeden z nich nie odważył się zapuścić w wąwozy i przesmyki. Wysłany na zwiady tydzień temu, chytry i giętki jak wąż Pomare dotarł aż do głównej kwatery wroga, a nawet wśliznął się nocą do namiotu, w którym Marankagua więził kapłankę. Od niej dowiedział się, że Tarmakore wyleczył się wprawdzie z rany, lecz ani myśli o walce zaczepnej. W ogóle wśród Czarnych miało panować powszechne przygnębienie i obawa przed najazdem. Otoczyli osadę główną obronnym szańcem i rozstawili gęste straże. Na przedpolu obozu snują się niezliczone patrole i podjazdy.

Rumi wychudła i wynędzniała, lecz duch jej nieugięty i nie traci nadziei, że wkrótce przyjdzie odsiecz. Za pośrednictwem Pomarego przesyłała Huanace pokłon, a królowi pismo w zwoju z tappy-papierotki, w którym podobno podawała ważne szczegóły dotyczące siły i rozmieszczenia wojsk Czarnych.

Czandaura wysłuchał uważnie relacji, odebrał pismo i zwołał radę wojenną. Postanowiono, że Izana i Ksingu pozostaną na miejscu i pilnować będą dalej przełęczy, a król z resztą wojowników nazajutrz wczesnym rankiem zejdzie w doliny Południa. — Szczegółowy plan ataku zamierzał Czandaura opracować sam po zapoznaniu się z treścią listu Rumi. Ten list schowany na piersi pod żołnierskim poncho przyśpieszał tętno jego serca i budził słodkie niepokoje. Nareszcie późnym wieczorem został sam w swym polowym namiocie. Przy blasku kaganka rozwinął zlepiony starannie klejem z drzewa gumowego rulon i znalazł we wnętrzu nakreślone pięknym, artystycznie wykonanym pismem obrazkowym słowa:

„Ufaj i bądź spokojny! Czuwa nade mną Manu i twoja gwiazda”.

Uśmiechnął się.

Więc pamiętała o nim i czuła, że jest mu bliską. Tych parę słów i niewinne kłamstwo, które posłużyło za pretekst do ich przesłania, ileż kryły w sobie cudownych dla niego rewelacji. Jak zacieśniały między nimi tajemne węzły! Czyż nie były wyznaniem, że poza sprawami wiary i narodu toczy się inna, dla obojga ważniejsza, bo ich sprawa?

Wzruszony i pełen podziwu dla kobiecej pomysłowości przycisnął list do serca i długo w noc pieścił się jego treścią.


Stolica Itonganów Czarnych oddaloną była od stoków południowych cordillery o dziesięć mil. Otaczały ją od północy dziewicze bory, biorące swój początek niemal na zboczach potężnego wału górskiego, który biegł w poprzek wyspy od wschodu na zachód i spadał z obu stron w morze urwistymi, niemal prostopadłymi ścianami bazaltu. Te lasy pierwotne i dzikie stanowiły teraz jedyną naturalną obronę państwa Tarmakorego, ale też przedstawiały i dla wroga niemałą wartość jako teren nadający się do ukrywania ruchów i posunięć. Atahualpa, rozzuchwalony powodzeniem, oświadczył się za jednodniowym rajdem jazdy, która po przebyciu puszczy miała wziąć obóz Czarnych wstępnym bojem. Ngahue, ostrożny i nieufny, przestrzegał przed możliwością zasadzek w głuszy leśnej bezdrożnej, mało znanej i moczarowatej.

Opinię starego wodza poparł Pomare, jedyny pewny znawca tych okolic. Zdaniem tego zdolnego wywiadowcy nie mogło być mowy o jednodniowym przebyciu puszczy. Dróg we właściwym tego słowa znaczeniu nie było, a ścieżki wijące się krzyżową siecią poprzez bory, rozmokłe wskutek ulew i bagniste, utrudniały znacznie jazdę konną. Wobec tego Czandaura podzielił wojowników na trzy oddziały. W straży przedniej szedł Ngahue z Pomarem jako przewodnikiem, potem korpus główny z królem, a zamykała pochód straż tylna pod komendą Atahualpy.

Przewidywania Ngahuego sprawdziły się. Posuwali się bardzo powoli. Konie objuczone sprzętem bojowym i wojłokami z żywnością grzęzły w błocie powyżej pęcin. Ludzie musieli iść przeważnie pieszo i prowadzić je za uzdę. Niedoszły „rajd jednodniowy” przekształcił się w żmudną, pełną niespodziewanych przeszkód, trzydniową wędrówkę. Dopiero czwartego dnia o świcie zaczęła się przerzedzać puszcza, a przeglądać zielona roztocz równiny. Czandaura wstrzymał pochód i nakazał dłuższy odpoczynek przed atakiem. Zdwojono ostrożność, bo lada chwila mogli natknąć na oddziały wywiadowcze wroga. Wysłany z podjazdem Pomare przyniósł wiadomość, że w odległości pół wiorsty spotkał biwakujących wojowników. Główna kwatera Czarnych była już niedaleko. Przesłaniało ją tylko niewielkie wzgórze zarośnięte skrubem z drzew mulga, rodzaju karłowatych akacji o trujących cierniach.

To wzgórze postanowił Czandaura opanować. Przeczekali na skraju borów do wieczora, a o zmierzchu podsunęli się szybko pod pagórek. Koniom obwiązano kopyta szmatami, by stąpały cicho, nie czyniąc tętentu. U stóp wzniesienia jeźdźcy pozsiadali i przywiązali rumaki do wbitych naprędce palików. Ngahue odkomenderował czterdziestu wojowników, którzy mieli tomahawkami porobić przesiecze wśród zbitych, nastroszonych trującymi cierniami chaszczy mulgi. Po upływie godziny utorowano trzy przejścia. Przy blasku księżyca trzy oddziały w różnych punktach wdarły się na grzbiet. Osada Czarnych leżała przed nimi w odległości ćwierć mili. W ogniach watr czerniały wyraźnie zarysy chat i wigwamów. Na jednym z nich w samym środku chwiał się w powiewach nocnego wiatru królewski buńczuk z piór strusia emu.

Czandaura przyzwał do swego boku Pomarego.

— Gdzie jest wigwam, w którym trzymają Rumi?

— Tuż obok królewskiego, pierwszy na prawo.

— Możesz odejść.

Król raz jeszcze ogarnął spojrzeniem całość sytuacji. Była zadawalająca. Pagórek zajęty przez Jasnych ciągnął się wydłużoną linią kolistą na przestrzeni kilku kilometrów i otaczał podkową obóz Czarnych. Rozmieszczenie wojowników na szczycie wzgórza w odstępach kilometrowych umożliwiło atak koncentryczny z trzech stron.

Całą trudność stanowiła niemożność użycia koni. Teren między wzgórzem a osadą był bagnisty, a ponadto szaniec ochronny przed samym obozem bardzo wysoki. Musieli podsunąć się pieszo i wedrzeć na wał i palisadę.

Korzystając z tego, że księżyc zaszedł na chwilę za chmury, Czandaura dał znak białą chustą. Zwinni jak jaszczurki wojownicy zaczęli spływać trzema strugami ze szczytu wzgórza. Zaledwie znaleźli się poza opiekuńczym żywopłotem mulgi, u stóp pagórka, przypadli do ziemi. Teraz już nic ich nie osłaniało przed okiem wrażych strażników, prócz szeleszczącej cicho trzciny bagiennej i źdźbeł szuwaru. Na czworakach, kryjąc się za pałkami wiszarów, kolbami rogoży, pełzali jak węże. Każda kępa turzycy, każdy ostrów tataraku był ponętną przystanią, gdzie można było na chwilę podnieść głowę od cuchnącego zgnilizną bagna i odetchnąć świeżym powietrzem. Grunt falował jak woda i ustępował pod nogami. Miejscami zapadali po kolana w gęstym, rdzawym błocie. Chmury moskitów cięły bez litości.

W miarę zbliżania się ku szańcowi teren tężał i scalał się. Po półtorej godzinie doczołgali się na suszę. Od wału dzieliła ich tylko kilkumetrowa przestrzeń kamiennego, darnią umocnionego odkosu i nad brzegiem trzęsawiska szumiące zarośla bambusów. Tu przykucnęli dla nabrania tchu. Czandaura, prowadzący oddział środkowy, znalazł się na linii jednej z bram obozowych. Solidna, zbita z krąglaków bukowych, spiętych żelaznymi kunami, zjeżona bolcami ćwieków szczerzyła się naprzeciw jak zły zwierz, gotowy do skoku. Z drewnianych wież obronnych po obu jej stronach raz w raz wychylały się sylwety strażników. Spoza szańca dolatywał zgłuszony szmer głosów i krzyków lub rżenie koni. Czarni mieli się na baczności.

Król otarł pot z czoła i usiadł na podwiniętym poncho. Po chwili przyczołgał się do niego po rozkazy wysłaniec Ngahuego. I jego ludzie byli już naprzeciw jednej z bram. Czandaura pochylił się do ucha wojownika.

— Powiedz wodzowi, by czekał, aż uderzy Atahualpa. Wtedy niech próbuje podłożyć ogień pod bramę wschodnią.

Żołnierz przyłożył rękę do czoła i piersi i popełzał jak wąż z powrotem wzdłuż linii trzcinowego przedpiersia.

Czandaura pchnął Pomarego z rozkazem do Atahualpy na zachodnim skrzydle.

Wśród tego potężna ławica chmur przesłoniła księżyc i oddała ziemię nieprzeniknionym mrokom. Tylko ogniska osady gorzały niby krwawiące rany nocy. Czandaura polecił wydobyć z wojłoków pakuły, kłaki i susz i sam z dwoma najtęższymi zuchami wypełznął z zarośli na podmurowanie szańca. Pozostali mieli w razie zaatakowania go obrzucić obrońców wału strzałami i pociskami. Król i jego dwaj towarzysze przykucnęli we wnęce między bramą a wystającą ścianą szańca, ułożyli stos z chrustu i przepojonych smołą pakuł i czekali.

Czandaurze czas przeciągał się w nieskończoność. Czuł nerwowy niepokój i podniecenie gracza przed rozstrzygającą partią. Czymże było zdenerwowanie, któremu kiedyś, w kraju, ulegał podczas zawodów o mistrzostwo w boksie czy szermierce, w porównaniu z tą grą, w której stawką były losy dwóch plemion, życie Rumi i jego własne? Mimo wszystko może po raz pierwszy w życiu był w swoim żywiole: ruszał się, działał, walczył. Było w tym coś pięknego, coś rycerskiego, coś, co uważał za istotny, właściwy cel swego życia, podczas gdy wszystko inne w nim wydało mu się irracjonalną, śmiesznie głupią pomyłką. Jakiś rys atawistyczny europejskiego konkwistadora odezwał się w nim późnym echem i dopominał o realizację zdobywczych zachcianek. Jak zwykle w chwilach duchowego napięcia przyszła mu szalona ochota do zapalenia papierosa. Absolutna niemożność zaspokojenia jej wprawiła go w stan nerwowego zniecierpliwienia. Wysiłkiem woli powstrzymał się, by nie powstać i zacząć przechadzać się tam i sam pod bramą.

Jakże imponujący kontrast pod tym względem stanowiło zachowanie się obu krajowców. Siedzieli nieruchomo jak posągi, skamienieli w oczekiwaniu na znak władcy. Ani jeden niespokojny gest, ani jeden żywszy ruch nie zdradzał wewnętrznego nastawienia tych ludzi.

Manekiny obowiązku i karności — dziwił się Gniewosz — czy też ludzie bez odrobiny nerwów? A może tylko przedstawiciele wschodniego stoicyzmu starych, wymierających ras? Co za wspaniały spokój i opanowanie! A może... tylko obojętność wobec przeznaczenia?

Po stronie zachodniej osady odezwało się puchanie puszczyka długie, przeciągłe, żałosne. Gniewosz drgnął i wyprostował się. To Peterson dawał znak do ataku. Nie minęła i minuta, a z tej samej strony nadpłynęła wrzawa bojowych okrzyków i szczęk broni. Jednocześnie rozbłysła różowym brzaskiem luna świateł. Atahualpa rozpoczął akcję dywersyjną.

Czandaura skinął na swoich. Skrzesali ognia i zapalili stos. Potężny płomień buchnął w niebo i zaczął podlizywać czerwonymi jęzorami bramę i wieże strażnicze. Dziki ryk Czarnych i ulewa strzał były odpowiedzią. Król wyrwał zza pasa tomahawk i z krzykiem „Naprzód w imię Manu!” runął na wierzeje. Powtórzyły okrzyk setki wojowników i jednym skokiem znalazły się obok niego pod szańcami. Huk siekier skrzyżował się ze świszczącym akompaniamentem strzał i zgrzytem żelaza. Czarni bronili się zaciekle. Napadnięci z trzech stron równocześnie, nie stracili przytomności i stanęli na wysokości zadania. Najzaciętszy bój rozgorzał przy bramie głównej zaatakowanej przez Czandaurę. Nieprzyjaciel wkrótce zorientował się, że akcją kieruje tu sam król, i dlatego tutaj skupił największy odpór. Była chwila, kiedy zdawało się, że Jaśni, prażeni z góry gradem pocisków i parzeni niemiłosiernie wylewanym z wiader wrzątkiem, ustąpią przed furią obrońców. Sytuację ocalił Czandaura. Chmurny, z rozwianym włosem, jak bóg burz, Tawhiri, z krwawą pręgą na policzku, wspiął się zuchwale po drabinie przystawionej do szańca i pierwszy przyłożył pochodnię do ostrokołu. I chociaż udało się Czarnym ugasić ogień w jednym miejscu, za chwilę wdzierał się niszczący żywioł zażegnięty ręką króla gdzie indziej i wieńczył tryumfalnym pióropuszem szczyty palisady. Zachęceni bohaterstwem białego, kolorowi wojownicy ze zdwojonym męstwem przypuścili ponowny atak.

Wtem odpór zelżał. Po szeregach Czarnych przeszedł powiew zniechęcenia. To Ngahue przez wywaloną bramę wschodnią wkraczał do osady i zagrażał obrońcom od lewego boku.

— Niech żyje król Czandaura! — zawyło z setek piersi i pod ciosami siekier runęły zwęglone wierzeje główne.

Wtargnęli do serca obozu. Lecz już i od zachodniego skrzydła pędził dziki popłoch masy czarnych wojowników. I Atahualpa nie chciał pozostać w tyle w godzinę zwycięstwa. I jemu to przypadł w udziale najświetniejszy czyn tej nocy rozstrzygnięć. Po długiej, uporczywej walce położył trupem Tarmakorego. Śmierć króla zakończyła bój. Czarni, zewsząd otoczeni i zdezorganizowani, wywiesili na wietnicy płat czerwonego sukna na znak poddania się.

— Niech żyje Czandaura, król wyspy Itongo! — wołali zwycięzcy.

— Niech żyje! — podjęli okrzyk zwyciężeni.

Lecz oczy wodzów i wojowników na próżno szukały tego, który był przedmiotem owacji. Odezwał się pomruk zaniepokojenia.

— Gdzie król? Gdzie Czandaura?

Atahualpa, choć ranny i pobladły od utraty krwi, wjechał koniem w tłum jeńców i klnąc po angielsku, krzyczał:

— Gdzie król Czandaura, czarni hultaje? Każę was wyciąć do nogi, jeśli włos jeden spadnie mu z głowy!

Aż uspokoił go Pomare, który objąwszy wpół chwiejącego się już na siodle, rzekł półgłosem:

— Król poszedł uwolnić kapłankę Rumi.

Jakoż niebawem z ulicy pomiędzy wigwamami nadjechał Czandaura na białym rumaku. Przed nim na siodle z zasłoniętą zielonym kwefem twarzą siedziała Rumi, za nim ponuro patrząc spode łba szedł pieszo wzięty na lasso Marankagua.

Powitały ich entuzjastyczne okrzyki i szczęk włóczni uderzanych o tarcze.


Tak zakończyła się wyprawa, której wynikiem było złączenie obu plemion i krain pod berłem Czandaury. Kilkanaście pierwszych dni po zwycięstwie poświęcił król zwiedzaniu zdobytych obszarów i zapoznaniu się z nowymi poddanymi.

Pod względem klimatu, fauny, flory i naturalnych bogactw południowa część wyspy mało różniła się od północnej. Tylko konie mieli Czarni o wiele piękniejsze od swoich pobratymców. Obaj biali byli nimi zachwyceni i już w czasie bitwy zdobyli sobie po jednym rasowym okazie.

Pierwszą troską Czandaury po odbyciu podróży okrężnej po nowym terytorium było wyznaczenie namiestnika, który by z jego ramienia rządził południową połacią wyspy. — Na stanowisko to nadawał się najbardziej Atahualpa, lecz ten stanowczo odmówił. Nie chciał rozłączać się z królem.

Czandaura nie nalegał. I jemu ciężko przyszłoby rozstawać się z przyjacielem i jedynym białym człowiekiem na wyspie. Namiestnikiem został Ngahue. Celem ułatwienia szybkiej wymiany myśli między nim a królem i wzajemnego porozumienia się mianował Czandaura swoim odręcznym kurierem Pomarego. Miał on być odtąd stałym łącznikiem między obu połaciami kraju. Dla udostępnienia komunikacji między Południem a Północą postanowił król poprowadzić przez puszczę na południe od łańcucha górskiego szeroki, bity trakt dla pieszych i konnych. Do dzieła zabrano się natychmiast i jeszcze przed powrotem Czandaury do północnej stolicy rozbrzmiały odwieczne bory hukiem toporów i siekier. Wola białego człowieka wdzierała się nieubłaganie w osierdzie lasów i kładła w poprzek jasnym, utartym szlakiem.

Zarządzeniom młodego władcy poddawali się Itonganie bez szemrania; otaczała go podwójna aureola; zwycięskiego wodza i itonguara. Pomruk sprzeciwu odezwał się dopiero wtedy, gdy do oddziałów powracających na Północ wcielił Czandaura spomiędzy Czarnych dwa tysiące najdzielniejszych wojowników. Lecz stanowcza postawa króla i jego żołnierzy uśmierzyła bunt w zarodku i czarni wojownicy potulni jak baranki odmaszerowali w stronę cordillery. W dawnej stolicy Południa prócz Ngahuego pozostało załogą tysiąc świetnie uzbrojonych Jasnych. Na odjezdnym Czandaura pożegnał ich w krótkich, serdecznych słowach, a na pocieszenie obiecał wkrótce odesłać im ich kobiety i dzieci. Wyraził też nadzieję, że za najbliższą wizytą zastanie tu już niejedno młode stadło, powstałe ze skojarzenia się dzielnego wojownika Północy z urodziwą dziewoją Południa. Wreszcie kazał publicznie ogłosić, że granica między obu krajami przestała istnieć i że każdemu dozwolone jest swobodne przejście z jednej strony gór na drugą. Żegnany owacyjnie przez załogę pod dowództwem Ngahuego, Czandaura dosiadł swego siwosza i dał znak do wymarszu. Ruszyli na północ i długo towarzyszyły im spojrzenia pozostałych.

Menhiry87 i wigwam śmierci

Po połączeniu się z oddziałami Izany i Ksingu w przełęczach Czandaura zmienił kierunek marszu i wybrał drogę okrężną, wijącą się dolinami i roztokami wśród turń i krzesanic. Na zmianę ruty wpłynął Huanako, który poradził królowi, by osobiście dokonał ceremonii przebłagania Pele, opiekuńczego bóstwa wulkanu Rotowery. Okazało się bowiem, że oddział braci-błagalników wysłany w tym celu jeszcze przed trzema miesiącami wskutek zdrady Marankagui został napadnięty w górach przez Czarnych i wzięty do niewoli, zanim zdołał wywiązać się ze swego zadania.

Czandaura, powolny życzeniom starca, zawrócił z obranej drogi i teraz pięli się po skalnych gzymsach, otoczeni zewsząd surowym pięknem gór.

Wulkan Rotowera, najbliższy cel ich pielgrzymki, był najwyższym szczytem cordillery. Jego wiecznie śniegiem i lawą pokryty stożek wystrzelał na wysokość 4500 m ponad poziom morza. Wzniesiony w samym środku pasma, bez regli, bez kosodrzewiny, bez mchów, olbrzym nagi i posępny spoglądał z góry na sąsiadów sięgających mu zaledwie do pasa. Ścieżka do ust krateru, trudna i niebezpieczna, zaczynała się na zboczach najbliższej mu turni, okrążała ją trzykrotną spiralą, szła wąskim skalnym gankiem zawieszonym nad przepaścią na wysokości 2000 m i przerzuciwszy się na trzon wulkanu, zmierzała w szerokich skrętach ku jego paszczy.

W godzinach południowych pochód zatrzymał się u stóp góry.

Czandaura z Pomarem, Izaną, Ksingu i Atahualpą wdarli się nań drożyną ledwo widzialną z poziomu roztoki i po trzech godzinach wysiłków stanęli nad czarną jak noc gardzielą wulkanu. Dokoła unosił się ostry zaduch z siarki, smoły i dymu. Czandaura pochylił się nad czeluścią krateru i zatoczył się jak pijany. Trujący oddech Rotowery palił i dławił. Izana wydobył z tajstry myśliwskiej dwie złote monety i podał królowi. Czandaura położył je sobie na dłoni i podziwiał subtelność wizerunku głowy wybitego na rewersie. Był to owal jakiegoś indyjskiego kacyka. Pieniądz był ważki i znać ze szczerego metalu.

— Skąd macie te monety? — zapytał Izanę.

— Odziedziczyliśmy po przodkach naszych, którzy znaleźli je w urnach odkrytych w jednej z pieczar nadmorskich po wschodniej stronie wyspy. Jest ich już niewiele. Przechowują je arcykapłani nasi w świątyni Oro i wydają po dwie tylko w chwilach gniewu bogini Pele, gdy domaga się od nas haraczu.

— Hm — mruknął Czandaura i zakrył dłonią usta, na które wybiegł mimowolny uśmiech. — Więc to tak. — Will — zwrócił się do Atahualpy — czy znasz te pieniądze?

Peterson wziął do ręki, zważył na dłoni, zbadał z obu stron i zaopiniował:

— Wyglądają na stare monety peruwiańskie z czasów szlachetnych Inków. Podobne posiadał w swoich zbiorach Ralph Hulston, szyper z Punta Arenas, stary wyga, który za młodu polował po morzach na własną rękę i nieraz bywał w zatargu z policją. Złoto solidne, pierwszej klasy.

— Ale jak dostały się na wyspę?

— Pewnie w czasie wędrówek plemion. Zresztą może jacyś korsarze ukryli wraz z innymi łupami i te pieniądze w skałach nadbrzeżnych. Jestem przekonany, że w ciągu wieków zaglądali tu nieraz awanturnicy hiszpańscy i pozostawiali po sobie ślad w niektórych zwrotach i wyrażeniach. Kto wie, czy podanie o bogu Tane-Mahuta, który miał zapłodnić jedną z tutejszych kobiet i stać się protoplastą rodziny królewskiej, nie jest zręcznym zamaskowaniem rzeczywistego, lubo mniej cudownego zdarzenia.

Rozmowa białych prowadzona po angielsku wydała się Izanie trochę za długa i nieodpowiednia w tym miejscu i w tej chwili. Z odcieniem zniecierpliwienia przypomniał królowi właściwy cel, w którym tu przybył.

— Gdy wyciągnę rękę ku ustom Rotowery — pouczał króla — wtedy zapłacisz haracz bogini.

Czandaura odebrał monety od kapitana i trzymając je w palcach nad kraterem, czekał.

— Gromowładna bogini — mówił Izana, pochylony ku czeluści otchłani — przyjmij dar ten z rąk twoich dzieci i bądź nam odtąd łaskawszą. Oby nigdy już więcej głos twój straszliwy nie wstrząsał hukiem gromów posad naszej ziemi, żółć twa nie wylewała się potokami ognistej wody na nasze role, a gniew twój nie miotał daleko na chaty nasze i wigwamy gorących chmur popiołu i siarczanego dymu! O Pele!

Wyciągnął rękę ku przepaści, a z palców króla wymknęły się i zalśniwszy po raz ostatni w słońcu, stoczyły się w otchłań krateru dwa złote krążki...

Wieczorną godziną ruszył pochód od podnóża wulkanu, a koło północy rozbili obóz na stokach ostatniej, najbardziej w niziny wysuniętej Turni Błękitnej. Nazajutrz rano zeszli w dolinę rzeki Takaringa, a koło południa znaleźli się w pobliżu Pola Duchów, szerokiego, kopulastego wzgórza, pokrytego 40 przeszło olbrzymimi menhirami. Tu znów zatrzymali się, by odpocząć.

Czandaura w towarzystwie Atahualpy i Huanaki poszedł do namiotu kapłanki Rumi. Zastali ją w towarzystwie najpiękniejszej dziewczyny Południa, sokolookiej Itobi. Obie młode kobiety przylgnęły do siebie od pierwszego wejrzenia i już w okresie niewoli przyjaźń Czarnej osłodziła kapłance niejedną przykrą chwilę. Ojciec jej, Raugis, należał do liczby tych, którzy z rozkazu króla mieli przesiedlić się na stałe na Północ. Toteż Raugis, opuszczając rodzinne strony, zabrał z sobą żonę, chorowitą Rangitatau, i córkę.

Właśnie Itobi rozczesywała przyjaciółce jej długie, czarne włosy, gdy kotara wigwamu podniosła się i weszli dostojni goście. Rumi szybko zasłoniła twarz woalem. Huanako uśmiechnął się pobłażliwie.

— Odsłoń twarz, Rumi. Do króla i arcykapłana możesz przemawiać z odkrytym obliczem.

Usłuchała i odsłoniła twarz. Oczy jej smutne i łagodne jak u sarny spoczęły na Czandaurze.

— Brak ci czego, Rumi? Nie czujesz się zmęczoną? — zapytał król.

— Odpoczęłam do syta i nabrałam sił nowych w słońcu chwały waszego zwycięstwa. Może zechcecie pokrzepić się masą z roztartych orzechów ratta i kokosu, zaprawioną mlekiem i przesączoną przez trzcinę cukrową?

— Któż by odmówił, gdy zapraszają tak piękne usta, a dzień tak skwarny? — odpowiedział dwornie w imieniu towarzyszy Atahualpa i wyciągnął kubek ku Itobi. — Nalej mi, a szczerze, cudna dziewczyno!

Itobi spłonęła jak kwiat waratahu i z malowanego w liście palmowe dzbana wsączyła mu do czarki płyn gęsty, wonny i słodki.

Tymczasem król i Huanako zabawiali się rozmową z kapłanką. Rumi była w tej okolicy po raz pierwszy i okazała chęć zwiedzenia Pola Duchów.

Stanowiło ono część środkową terytorium zajmowanego przed wiekami przez jakiś nie znany bliżej szczep, który praojcowie Itonganów wytrzebili do nogi. Przestrzeni zamieszkiwanych przez nieszczęśliwy klan nie śmieli zająć zwycięzcy z obawy przed duchami wytępionych, które uporczywie krążyły po okolicy, tułając się pomiędzy szczątkami zamarłej przeszłości. Jedynym śladem, który po nich pozostał, były resztki jakichś budowli i czterdzieści przeszło wykutych z bazaltu menhirów, rozmieszczonych na wzgórzu. To wzgórze, zwane Polem Duchów, poszli obejrzeć Rumi, Itobi i ich goście.

Przestrzeń zaludniona posągami wstępowała łagodnie ku górze kształtem rozległej kopuły, porosłej niską, jasnozieloną trawą. Na tle tego naturalnego kobierca dziwnie rysowały się potężne kamienne profile i twarze zewsząd spoglądające na obcych natrętów. Biła od tych czół wąskich z parą upartych, tępo w dal wlepionych oczu, od warg wydatnych, silnie ku przodowi wysuniętych, od owali pociągłych, z anormalnie długimi i lekko zadartymi nosami o szerokich nozdrzach, potężna, nieubłagana statyka wieków.

Nawet zwykle jowialny Peterson chodził między tymi olbrzymami skupiony, poważny i małomówny. Raz tylko u stóp jednego z menhirów, czterokrotnie przewyższającego go wysokością, zauważył po angielsku:

— Wiesz, John, te potwory z kamienia zapatrzone w przestrzeń sprawiają wrażenie niesamowite. Nie miałbym wielkiej ochoty znaleźć się tu sam w ich towarzystwie przy blasku księżyca.

— Ani ja — przyznał mu rację Gniewosz. — Niektóre z nich mają swoisty wyraz. Można by go określić jako kamienną konieczność. Te twarze, które wychylają się ku nam z perspektywy milionów lat, mają w swym spojrzeniu ich lapidarną powagę. Lecz co powiedziałbyś, Will, gdybym zaryzykował twierdzenie, że to spojrzenie menhirów urobiły w nich wieki?

— Urobiły, tzn. że dawniej spoglądały inaczej — czy to chciałeś powiedzieć?

— Tak, to właśnie.

— To dla mnie trochę za fantastyczne, John. Posągi zmieniające swój wyraz w pochodzie wieków...

— A jednak — kto wie, czy to nie możliwe.

Kapitan potrząsnął niedowierzająco głową:

— Sąd zbyt subiektywny. Zdaje mi się, narzucasz tym dziwotworom z odległej epoki wrażenia i stany uczuciowe, jakie budzą w tobie, człowieku dzisiejszym.

— Nie, Will. W tym, co powiedziałem, jest jednak coś obiektywnego. Stąd lęk, który budzą.

— Nie jestem myślicielem, a tym mniej mistykiem, John. Nie będę się z tobą sprzeczał.

— Jest to lęk przed statyką wieków. Te menhiry — to stężałe w konturach ludzkich twarzy akumulatory wielowiekowej energii. Przechodzimy mimo nich, jak się przechodzi mimo zbiorników o wysokim napięciu. W języku potocznym nazywa się to patosem przeszłości.

Rozmowę przerwała Rumi, która dość szorstko pociągnęła Czandaurę za rękaw. Zwrócił się do niej z uśmiechem.

— Co powiesz, księżniczko?

— Uważaj, Czandauro! Już dwa razy przeszedłeś przez cień kamiennych twarzy.

— Czy to źle?

— Niedobrze jest stykać się z cieniami kamiennych ludzi — poparł przestrogę kapłanki Huanako. — Lepiej obchodzić je. Coś z nich może udzielić się temu, który wchodzi w ich zasięg.

— Co za przesądy! — burknął po angielsku Peterson.

Huanako popatrzył z surową uwagą i nic nie odpowiedział. Lecz odtąd obaj biali omijali głęboko na szczecinie trawy rysujące się projekcje menhirów.

Pod zachód zeszli ze wzgórza posągów ku ruinom świątyni. Miała kształt piramidy ściętej. Z czterech jej stron, odpowiadających czterem stronom świata, prowadziły kamienne schody ku ołtarzowi na szczycie. Obok sterczały resztki marmurowego krużganka z dachem podpieranym przez poczwarne kariatydy.

— Dawna świątynia Słońca — wskazał na piramidę Huanako.

— Przypomina podobne budowle w kraju faraonów i niedawno odgrzebane na przylądku Jukatan w Ameryce Środkowej — rzekł Atahualpa.

— Czy oglądałeś je własnymi oczyma, mój synu? — zapytał z zainteresowaniem starzec.

— Pierwsze, egipskie, znam tylko z rycin, natomiast drugie, wznoszące się do dziś dnia na ziemi dawnych Tolteków, widziałem na własne oczy.

Zeszli ku krużgankowi. Opodal gwarzył już obóz Itonganów. Na widok zbliżających się dostojników mnóstwo mężczyzn i kobiet wybiegło z namiotów na powitanie i na znak czci zatrzymało się w pewnym oddaleniu od ruin.

— Tu, w tym przedsionku — tłumaczył Huanako — kapłani Słońca przywdziewali liturgiczne szaty przed składaniem ofiar na ołtarzu bóstwa. Tu, w tej na pół rozwalonej dziś skrytce, była ich szatnia.

Istotnie portyk od strony wschodniej był zamknięty dwiema ściankami tworzącymi rodzaj zakrystii. Dochowały się nawet szczątki marmurowego fotelu, opartego grzbietem o ścianę.

Czandaura podszedł doń i usiadł. Przymknął oczy. Światło wschodzącego naprzeciw spoza piramidy księżyca oświeciło twarz jego bladą, konwulsyjnie wykrzywioną. Atahualpa pochylił się ku niemu zaniepokojony.

— Co tobie, John? Jesteś chory?

Król podniósł z trudem ociężałe powieki.

— Zdaje mi się. że wkrótce zapadnę w trans. A już myślałem, że życie czynne, które tu prowadzę, uwolni mnie od tych nienawistnych mi stanów. Niestety! Nie tak to łatwo. Może byś mógł mnie w jakiś sposób zasłonić przed oczyma tłumów.

Rumi zdjęła z ramienia swój szafranowy szal i rozpięła go między trzonami kolumn w ten sposób, że zakrył zupełnie siedzącego w fotelu króla. Jego zaś brał już w posiadanie sen coraz głębszy. Przechylił głowę wstecz, ręce opuścił wzdłuż ciała i zapadł w stan niepamięci. Huanako, Atahualpa i Rumi stanęli przed zasłoną na straży.

Wśród Itonganów odezwały się szepty i głosy zdumienia. lecz gdy arcykapłan podniósł rękę, umilkły. Słychać było tylko ćwierkanie koników polnych, idących na spoczynek. Ogromny, srebrny dysk księżyca wytoczył się na niebo i zalał potokami światła krużganek. Na posadzkę rzuciły się skosem cienie kolumn i rozpoczęły powolną wędrówkę...

Zafalowała szafranowa zasłona i między pierwszą parą kariatyd pojawiły się dwa mgliste kształty ludzkie. Były wysokie na dwanaście stóp i głowami sięgały stropu. Twarze wydłużone i szerokie nosy czyniły je podobnymi do menhirów. Zawahały się nad posadzką i ruchem powiewnym posunęły się między kolumnami w stronę piramidy. Za nimi wyrosły z posadzki dwie inne zjawy i poszły za tamtymi. A po tych wyłoniły się znów inne i odpłynęły w ślad za poprzednimi. Tak utworzył się orszak widmowych postaci. Jak we śnie przesuwały się między trzonami filarów, przechodziły przez zasypany odruzgami kapiteli i złomami fryzów podwórzec i wstąpiwszy na stopnie piramidy, rozwiewały się w pełnym blasku księżyca.

— To widma praojców naszych — szepnął Huanako. — To dusze najdawniejszych mieszkańców nie tylko tej wyspy — to cienie może pierwszych ludzi na ziemi. Te czarne, 12-stopowe olbrzymy — to ludzie pierwszej rasy, zwani w starych księgach Rmoahal. Oni to dopuścili się po raz drugi w dziejach ludzkości ciężkiego grzechu, łącząc się ze zwierzęcymi samicami. Stąd wyrosło plemię potworów i obniżyło na wieki całe godność człowieczą. Ci znów czerwonobrunatni — to ludzie drugiej rasy — Tlavatli. A ci w ostatnich szeregach, smukli i kształtni, o orlich nosach i twarzach jak wykutych z brązu — to szlachetni Toltekowie, późniejsi władcy krain Nowego Świata, którzy założyli potężne państwo ze stolicą zwaną przez nich Miastem Złotych Bram.

Powoli pochód fantomów wyczerpywał się. Ostatnie szeregi synów Słońca przeszły aleją kolumn, znikły na stopniach piramidy i znów tylko pusty krużganek z cieniami kariatyd pławił się w zielonawej poświetli.

Czandaura westchnął i obudził się. Ujrzał nad sobą pochylone życzliwe twarze przyjaciół.

— Czyście co widzieli? — zapytał.

— Przeszłość przesunęła się przed naszymi oczyma — odpowiedziała Rumi. — Czyś bardzo znużony, królu?

Pogładził z uśmiechem jej włosy.

— Trochę. Gdy wychylę kubek guarapo, podany przez ciebie, odzyskam siły i będę krzepki jak w dzień wyprawy.

Powstał i podtrzymywany przez Atahualpę poszedł z przyjaciółmi do oczekujących ich rzesz wojowników.

Reszta tej nocy pogodnej i cichej przeszła spokojnie, a gdy brzask zaróżowił wierzchołki lasów, obóz zwycięzców i pobitych ruszył w dalszą drogę do rodzinnego gniazda.


Po powrocie do domu odbył się sąd nad Marankaguą. Czandaura powierzył przeprowadzenie sprawy i wydanie wyroku Radzie Dziesięciu. Nie chciał, by go pomawiano o żądzę osobistej zemsty.

Rozprawa nie trwała długo. Wina była oczywista. I wyrok nie nasunął sędziom żadnych wątpliwości. Jednomyślnie skazali zdrajcę na spędzenie 24 godzin w „wigwamie śmierci”. Król zatwierdził wyrok.

Kara była straszna, lecz sprawiedliwa. Wigwam śmierci — była to absolutnie ciemna, bez okien chata na krańcu osady, niedaleko skał nadmorskich, w której zamykano najgorszych przestępców, by spędzili jedną dobę w towarzystwie wpuszczonych tam poprzednio jadowitych węży. Po upływie przepisanego czasu drzwi chaty otwierano. Jeżeli skazańcowi udało się cudem jakimś uniknąć ukąszenia jednego z rozwścieczonych od głodu gadów, wsadzano go na lichą, z desek eukaliptusowych zbitą pirogę i zdawano na łaskę oceanu.

Natomiast jeżeli zginął od jadu jednego ze współwięźniów, ciało jego obrzucone mierzwą zakopywano jak padlinę daleko za osadą w miejscu ogrodzonym, zwanym „fejtoką zbrodniarzy”.

Do wykonania wyroku przystąpiono natychmiast. Wieczorem o godzinie szóstej wielki tłum ludu zebrał się przed złowieszczym domem i oczekiwał przybycia skazańca. Gdy zbliżył się oddział egzekucyjny, wiodący skrępowanego szamana, podniosły się zewsząd okrzyki oburzenia i obelgi pod jego adresem. Zwłaszcza kobiety rozjedzone na zdrajcę przypadły do niego z pięściami i pluły mu w twarz. Jedna z nich, młoda i urodziwa, imieniem Napo, która straciła męża w czasie nocnego napadu Czarnych, ugodziła więźnia kamieniem w piersi. Wtedy strażnicy otoczyli go zwartym szeregiem i nie dopuścili do dalszych napaści. W końcu stanęli u celu. Dwóch wojowników rozwiązało Marankagui ręce i trzymając go mocno pod ramiona, podprowadziło go do drzwi wigwamu. Dwóch innych stanęło po obu ich stronach na straży. Naczelnik eskorty, Ksingu, odsunął zaworę z żelaza, zamykającą wejście, i lekko uchylił drzwi. W tej chwili żołnierze trzymający Marankaguę pchnęli go z całej siły do wnętrza ciemnicy, a strażnicy natychmiast zamknęli za nim drzwi i zasunęli rygle. Tarcza słoneczna, czerwieniejąca pomiędzy skalami, była wtedy zanurzona w oceanie już do połowy. Dopiero nazajutrz o tej samej godzinie miał Ksingu własnoręcznie odryglować wejście i zwolnić strażników.

Część pierwszą egzekucji wykonano. Przez chwilę panowało w tłumie głuche milczenie. Ludzie wytężali słuch, czy nie dojdzie ich głos jakiś z głębi ślepego wigwamu. Lecz nie doszedł żaden. Cicho było dokoła domu i cicho w jego wnętrzu. A gdy wśród tej ciszy ogromnej nareszcie zapadło słońce pod powierzchnię morza, kazał Ksingu żołnierzom rozpędzić tłum do domów. Rozeszli się niechętni, odwracając głowy. Wojownicy eskorty utworzyli znów zastęp i równym, miarowym krokiem odeszli do osady. Pozostali tylko dwaj strażnicy, którzy z podniesionymi włóczniami zajęli swe miejsca u drzwi chaty.


Czandaura nie był obecny przy egzekucji. Gdyby nie stanowcza wola ludu domagającego się kary śmierci, byłby zamienił ją na dożywotnią banicję. Lecz Huanako, którego zdanie było mu zawsze najwyższym wyrazem uczuć i przekonań Itonganów, odrzucił propozycję króla z oburzeniem i zażądał spełnienia wyroku. Zdrajcę należało ukarać z bezwzględną surowością. Wobec tego król musiał pozostawić Marankaguę jego losowi.

Tegoż wieczora o zmierzchu skorzystał z chwili wolnej od zajęć i ścieżką ukrytą wśród krzewów żywoci i surmii zakradł się do świątyni Pele. Zastał Rumi przy zniczu dorzucającą do ognia polan z drzewa sandałowego i okrągłych jak głowa ludzka szyszek igławy. Po świątyni snuły się wstęgi błękitnych dymów i napełniały wnętrze woniami. Na widok króla kapłanka powstała od ogniska, złożyła mu głęboki ukłon i chciała odejść w głąb chramu. Zatrzymał ją błagalnym ruchem ręki.

— Dlaczego uciekasz przede mną, Rumi? Ciebie tu szukałem.

Przystanęła z pochyloną nisko głową.

— Czego życzysz sobie, królu mój i panie?

— Przyszedłem powiedzieć ci, Rumi, że jesteś mi droższą nad to królestwo moje i cenniejszą nad życie. Przyszedłem wyznać ci miłość moją.

Zachwiała się jak palma pod ciosem topora. Coś jak jęk cichy, jak kwilenie gołębia wyszło z dziewiczej piersi. Zakryła twarz rękoma.

— Dlaczego mi to powiedziałeś. Czandauro? — poskarżyła się cicho.

— Bo kocham cię, Rumi, i chcę, byś była moją.

Porwał ją w ramiona. Nie spotkał oporu. Rozłożyła ręce ruchem bezbronnego dziecka i przymknęła oczy pełne złotych blasków. Usta jej gorące jak szkarłat kennedii zakwitły uśmiechem rozkoszy, gdy uczuły palący żar pocałunku, a smagłe łono spragnione pieszczot podniosło się łukiem tęsknoty na spotkanie mężczyzny.

— Jesteś silniejszy niż moi bogowie, Czandauro — szeptała, oplatając go ramionami — silniejszy niż cienie praojców, silniejszy niż duchy żywiołów. Jesteś moim przeznaczeniem.

A on, pieszcząc jej piersi soczyste jak owoc gojawy, a wonne jak balsam peruwiański, rzekł mocno:

— Odtąd płyniemy oboje na jednej łodzi. Los mój jest twoim losem, Rumi.

Przytuliła się do niego.

— Teraz musisz mnie wziąć w obronę przed boginią Pele. Złamałam śluby. Zbezcześciłam jej chram.

Wziął ją na ręce jak dziecko i obsypując pocałunkami, obnosił po świątyni.

— To, co dla mnie uczyniłaś, biorę na siebie — uspokajał, kołysząc ją w ramionach. — Wyzwolę nas oboje spod praw tej ziemi. Bo czuję, że i twoja dusza jest mieszkanką innych lądów, innych krain, że i ty buntowałaś się nieraz przeciw temu, co ci narzuciło życie.

— Mój Mądry, mój Mocny, mój Król! — szeptała w upojeniu.

Mijały chwile, upływały godziny i odchodziły w dal niepowrotnie. Zeszedł księżyc, zajrzał do świątyni, obrzucił kochanków łaską blasków, skrył się za murem, zaglądnął znów do wnętrza przez drugie okno, uśmiechnął się i przepadł za filarem.

Rumi usnęła Czandaurze na rękach. Dotknął wargami raz jeszcze ust jej rozchylonych jak płatki lorantu i lekko złożył ją na posłaniu. Zakrył sobie twarz połą poncha i cicho wymknął się z chramu na ścieżkę po tamtej stronie.

Była północ i księżyc wędrował wysoko po niebie. Król zwolnił kroku i szedł, przeżywając powtórnie chwile upojenia. Miłość Rumi szumiała w nim jak wino. Słyszał szept jej, nieśmiało domagający się pieszczot, czuł wstydliwe dotknięcia jej palców. Umiała kochać ta półdzika seniorita! Mantillę koronkową zarzucić jej na głowę, złoty grzebień i różę wpiąć we włosy i wachlarz dać do ręki — niech króluje najpiękniejsza z Kreolek przy dźwiękach gitar i mandolin w tanecznych skrętach habanery. Pampera88 stepowa!

Pijany szczęściem król nie spostrzegł się nawet, jak wyszedł z gąszczu akacji i błądził wybrzeżem wśród skał. Dopiero chlust fali, co obryzgała mu twarz wrzątkiem piany, obudził go z marzeń. Podniósł głowę i rozejrzał się. Po prawej ocean docierał mu do stóp zalotami podplusków, naprzeciw sterczał blok skalny z płaską platformą szczytową, po lewej czerniał pandanowy bór. W tę stronę zawrócił Czandaura. Nie uszedł dziesięciu kroków, gdy zatrzymały go na miejscu dwa niemal równocześnie, ostro w ciszy nocnej brzmiące głosy:

— Kto idzie?

— Czandaura, król — odpowiedział i spostrzegł, że stoi przed wigwamem śmierci.

Strażnicy na dźwięk dobrze znanego im głosu odstąpili o parę kroków i podnieśli włócznie wysoko ponad głowami na znak powitania. Czandaura położył rękę na zasuwie drzwi. Nasunęła się szczególna myśl:

Czyżby rzeczywiście tylko dziwny przypadek sprowadził go na to miejsce po tym, co przeżył tak niedawno? A może to nie przypadek? Może przychodzi jeszcze w porę?

Powoli, uśmiechając się, odsunął rygle.

— Królu! — usłyszał głos sprzeciwu jednego ze strażników. — Godzina naznaczona przez sędziów jeszcze nie nadeszła. Północ zaledwie minęła.

Czandaura zmierzył go surowym spojrzeniem.

— Mój brat — rzekł wolno — niech milczy. Nie przystoi żołnierzowi wstrzymywać ręki króla swego i wodza.

Wojownik wyprostował się i jakby skamieniał w pozycji. Król przez chwilę jeszcze wahał się i nadsłuchiwał z ręką na skoblu. Grobowa cisza domu zdawała się go onieśmielać. Wtem w ciszy tej rozległ się dziki, rozpasany do rozpuku śmiech... Odbiły go skały nadbrzeżne, powtórzyły lasy i wchłonęła noc. Czandaura otworzył drzwi.

Na progu oświetlona pełnią księżyca ukazała się postać szamana. Stał wpatrzony błędnie w przestrzeń i znów zaniósł się tym samym okropnym śmiechem. Dookoła niego owinęły się dwa węże: grzechotnik i kobra. Pierwszy, okręciwszy przegubami szyję Marankagui, zawisnął nad jego czołem niby diadem — drugi, nie mniej złośliwy, opasał mu tors i rozwartą do ataku paszczę zbliżał powoli ku piersi. Powtórna salwa śmiechu znać rozdrażniła bestię. Oczy węża nabiegły krwią, ogon miotnął się wściekle parę razy i paszcza przywarła do lewego boku szamana. Z twarzy Marankagui zniknął wyraz obłąkańczej radości, a wypełznął piekielny strach. Z głuchym rykiem rzucił się do ucieczki.

Biegł pędem strzały, spuszczonej z cięciwy, przez chaszcze surmii i drążni, zarośla ramiennic, cierniste kępy mulgi, aż wypadł między skały. Sylweta jego czarna, wyniosła, uwieńczona esowatą linią węży, mignęła na stożkowatym bloku plaży, przerzuciła się nieprawdopodobnie śmiałym skokiem na blok sąsiedni, przesunęła lotem błyskawicy po bazaltowej platformie i runęła w morze. Lecz go nie dosięgła. W drodze ku otchłani oceanu ciało czarownika natrafiło na wystającą z wody kończystą igłę rafy i wbiło się na nią jak motyl na szpilkę.


Tak skończył Marankagua, pierwszy szaman Itonganów, czarodziej, wróż i lekarz Wielką Medycyną zwany. Zwłoki jego wyschłe na drzazgę i sczerniałe od słońca i wichrów morskich długo jeszcze rysowały się ponurym konturem na szczycie nadbrzeżnej iglicy. Aż któraś z fal śmielsza dotarła do niego w rozmachu chlustów, podważyła i uniosła z sobą w dal na roztocza oceanu...