Rozdział VIII
Przybycie do Teneryfy. — Pilot — Port Orotawy. — Ogród botaniczny. — Pan Wildpret. — Plany wycieczki. — Fonda Espanola. — „Łucja-Małgorzata” odpływa naprzód do Santa Cruz. — Powrót do pana Wildpreta. — Panna Luiza. — Droga do miasta. — Pik Teneryfy. — Las Canadas. — Formacja wyspy. — Przybycie do miasta. — Hotel de Teyde. — Piękne damy Orotawy. — Ogrody. — Stary smok. — Wyjazd.
Okręt nasz, który po wypłynięciu z Madery wstąpił w granice pasatów129, posuwał się bystro naprzód i już 31 stycznia przed południem ujrzeliśmy kształtny, 13 497 stóp130 wysoki wierzchołek Teneryfy — Pico de Teyde. Rzadko komu kanaryjski olbrzym ukazuje się w całej swej wspaniałości z daleka; zwykle pokrywa go pas chmur, ponad którymi sterczy szczyt jego biały. Nam jednakże odsłonił się cały około drugiej po południu.
Port Orotawy, do któregośmy dążyli, widocznie nie jest wiele uczęszczany; mapa nie wskazywała nawet latarni morskiej, a natomiast liczne skały i rafy podwodne. Wieczorem więc dla okrętu nieznającego tych wód zawinięcie do portu Orotawy jest niebezpieczne. Toteż kazałem podnieść sygnał żądający pilota i oczekiwaliśmy go z niecierpliwością, gdyż wieczór się zbliżał. Sygnał jednakże wisiał już dobrą godzinę, podczas której lunety nasze były skierowane ku portowi, a nie mogliśmy nic zauważyć, co by odpowiadało naszemu żądaniu. Port podnosił się na małym wzgórzu, przed którym na zupełnie otwartej zatoce sterczały rzeczywiście czarne rozsypane skały. Morze pieniło się naokoło nich i biada łodzi, która by odważyła się zmierzać ku wirującym tym falom. Nieco dalej, o jakie dwie mile morskie od portu, leżało nad nim, w rozległej pięknej dolinie, właściwe miasto Orotawa. Słońce zachodziło właśnie i ozłacało drobne okienka białych domów.
Urocza, nadobna dolino Orotawy, jakże gościnnie przyjęłaś podróżników z północy!
Pilota jednak jak nie było, tak nie było. W porcie w ogóle nie stał ani jeden okręt, tylko wzdłuż brzegów pod samymi skałami płynęła lekka biała goeleta131. Musiała dobrze znać brzegi i wody orotawskie, gdyż pruła fale śmiało, wymijając jak stary bywalec niebezpieczne miejsca. Tymczasem zapłonęły szczyty gór, krajobraz zajaśniał złoto-purpurowym blaskiem i za chwil kilka skryło się słońce.
Nagle goeleta zmieniła kurs, jak gdyby chciała się zbliżyć ku nam, i postąpiwszy w nowym kierunku kilkadziesiąt metrów, spuściła łódź. Spostrzegliśmy na niej flagę pilota, wypłynęła więc na nasze spotkanie podług sygnału. Zatrzymano okręt i wkrótce przewodnicza szalupa znalazła się obok bortu.
— Saludo, senores!132
— Gracia! Buena tarde!133
— Czy nie ma chorób na okręcie?
Jako odpowiedź poleciłem mu spojrzeć na nas. Byliśmy wszyscy przy nadzwyczajnym zdrowiu i w dobrym humorze. Pilot się zaśmiał, podczas gdy szalupie podano linę, by mogła z okrętem podążać naprzód. Lecz nagle po 20 metrach drogi pilot zakomenderował: „Zarzucić kotwicę!”. Staliśmy jeszcze tak daleko od brzegu, że dla odbycia tych kilkudziesięciu metrów zaiste nie było potrzeba pilota.
— Jak to, senor piloto, więc to nazywacie portem? Mamy stanąć na pełnym morzu? — zawołał kapitan Boutes zdziwiony. — Nie możesz prowadzić nas dalej?
— O nie! — odparł flegmatycznie wyspiarz. — Teraz w nocy to trudna sprawa.
Musieliśmy więc stanąć na kotwicy, rzeczywiście prawie na otwartym morzu.
— A gdzież port, przystań jaka dla okrętu?
— Tu port — odparł lakonicznie, wskazując miejsce, w którym staliśmy. — Nie ma innego.
To rzekłszy, zapytał, czy nam jeszcze czego nie potrzeba, a otrzymawszy przeczącą odpowiedź, ukłonił się i powrócił do portu. Doświadczeniem więc przekonaliśmy się, że Orotawa nie posiada właściwie portu. Mapy nautyczne134 twierdzą jednakże swoje i oznaczają Orotawę jako port, ponieważ posiada stację pilocką, ową goeletę i portowego kapitana.
Rozstawszy się z pilotem i zapuściwszy jeszcze kilkanaście sążni łańcucha, staliśmy bowiem na 20 sążniach głębokości — widziałem, iż tu z okrętem pozostać nie będzie można, i postanowiłem albo odesłać go następnego dnia do Santa Cruz, zwiedzić wyspę z Orotawy i przybyć do owego portu lądem na spotkanie okrętu, albo zwiedziwszy rano wyłącznie ogród botaniczny, wprost popłynąć do Santa Cruz.
Okrętowej szalupy nie chciałem już tym razem narazić na podobne zajście jak na Maderze zajście, które z powodu skał nadbrzeżnych łatwo mogło przybrać dla nas obrót daleko fatalniejszy. Gdy więc następnego rana odbyły się formalności co do stanu zdrowia osady okrętowej, umówiłem się z pilotem, przybyłym po honorarium za niewielkie swe wczorajsze trudy, by przewiózł nas do portu. Po krótkim targu pilot zgodził się za dwa i pół dolara na żądaną usługę; razem więc z członkami ekspedycji, jako też z kapitanem Boutes pojechaliśmy do Orotawy, by korzystać z okazji i zwiedzić sławny jej ogród botaniczny.
Udaliśmy się tedy do portu. Podchodząc ku brzegom, przekonałem się, że rzeczywiście byłoby niebezpiecznie narażać okrętowe łodzie na buruny, bijące jeszcze silniej niż na Maderze, bo chociaż port miał kamienną przystań dla szalup, jednak fale, odbijane od skał zakrywających wejście, piętrzyły się około nich i tylko przy pomocy podanych z brzegu ramion licznych widzów wydostaliśmy się bez kąpieli na ląd.
Poleciłem szalupie, aby czekała na nas o trzeciej po południu, i postąpiwszy kilka kroków naprzód, znajdowaliśmy się na małym, brudnym portowym wybrzeżu.
— Donde es la capitania?135 — zapytałem jednego z eskortujących nas licznych ciekawych chłopców, zamierzając udać się naprzód do naczelnika portu.
— Aqui, senor, esta casa136 — wskazał zapytany i pobiegł naprzód ku drewnianemu domkowi, którego budowa i stan obecny pozostawiały nader wiele do życzenia.
Krzywe schodki prowadziły na mały ganek z obu jego stron, a na nim stał otoczony kilkunastu ludźmi średniego wieku mężczyzna, przyjemnej powierzchowności, z długą czarną brodą. Był to kapitan portu, który spostrzegłszy przybywającą od okrętu szalupę, wyszedł na ganek i przypatrywał się przybywającym. Widząc, że się z kapitanem Boutes kieruję ku niemu, ukłonił się grzecznie i postąpił kilka kroków naprzód. Przedstawiliśmy się wzajemnie, zapytał nas o zdrowie, o cel dalekiej podróży i o przyczynę przybycia do rzadko odwiedzanego portu Orotawy. Objaśniłem go w krótkich słowach i poprosiwszy o przygotowanie papierów okrętowych na godzinę drugą i pół, pożegnaliśmy się i ruszyli przez portowe uliczki ku ogrodowi.
Port Orotawy, który dla odróżnienia od miasta Orotawy (La Villa de Orotava) nosi nazwę Orotava el Puerto lub też wprost el Puerto, był widocznie niegdyś założony na większą skalę. Blisko brzegu za kapitanerią zauważyliśmy rozległy plac, w pośrodku którego znajduje się skwer z wielką kamienną fontanną. W wodzie jej basenu igrają drobne złote rybki w towarzystwie mniejszych ryb morskich; woda jednakże mętna, a skwer i plac, niegdyś może okazałe, dziś zaniedbane i obrośnięte trawą. Nieco dalej, za krótką uliczką, piękny stary kościół, także na placu; wszystko jednakże uległo niszczącemu zębowi czasu. Założyciele portu lub następne pokolenia musiały się przekonać, że marynarze wolą bezpieczną zatokę Santa Cruz niż skaliste brzegi, przy których zarzuciliśmy kotwicę. Na założonych placach nie zapanował ruch oczekiwany i port podupadł zupełnie.
Podczas gdyśmy kroczyli naprzód w kierunku, w którym leżał ogród na mapie, gromada dzieci towarzysząca nam od brzegu ani myślała nas opuścić. Kapitan Boutes znalazł jednakże na to radykalny sposób. Wybrawszy sobie w cieniu alei, przez którąśmy przechodzili, mocną gałąź eukaliptusową i sporządziwszy z niej odpowiedni instrument, wpadł nagle pomiędzy natrętne towarzystwo, które też w mgnieniu oka rozproszyło się po okolicy i nie pokazało więcej. Drogę stanowiła z początku górzysta, kręta ścieżka, prowadząca najpierw wzdłuż skał morskich przez piękną aleję, następnie oddalała się od brzegu, wreszcie rozpoczęła się na wyżynie szeroka, agawami wysadzana szosa, na której zauważyłem pierwszych wieśniaków i wieśniaczki. Trzeba podziwiać zręczność kobiet tutejszych, z jaką noszą ciężary na głowie. Używają do tego celu płaskich, twardych, słomianych kapeluszy. Na tej przygotowawczej podstawie umieszcza wieśniaczka swój kosz, wielkie krajowe gliniane naczynie używane do wody lub podługowatą kanaryjską beczułkę i śmiało wędruje z tym ciężarem do miasta, pnie się po górach i schodzi w doliny, bez obawy o chwiejący się na głowie przedmiot.
Po półgodzinnym marszu znaleźliśmy się na zielonej wyżynie, na której zarysowały się też wkrótce mury i drzewa ogrodu. Poza nami w dole widniał port i wybrzeże morskie.
Ciche, szczęśliwe wy mury, poza którymi nigdy nic nie zakłócało spokoju; jak przyjemne były krótkie chwile spędzone pomiędzy wami!
Przed furtką stał rząd kilkunastoletnich smoczych drzew (drakonów)137, zatrzymujących na sobie ciekawy wzrok moich podróżników, widzieli je bowiem po raz pierwszy. Drzewa owe, których zawsze zielone gałęzie podnoszą się jak ramiona świeczników w górę, od dawien dawna odgrywały ważną rolę na wyspach i są ściśle złączone z ich historią. W Orotawie nabrał szczególnego rozgłosu zgrzybiały ich patriarcha: sławne na całą kulę ziemską smocze drzewo Orotawy, którego wiek oznaczył Humboldt138 na 4200 lat. „Czternaście osób, siedzących naokoło stołu, jadało w jego spróchniałym pniu” — pisał Clavijo139, zmarły botanik wysp, wspominając niezwykły ten pomnik roślinnego świata. Później zwiedzimy miejsce, na którym się znajdował; silny orkan bowiem strzaskał olbrzymiego staruszka w 1868 r.
Główną sławę zdobył drakonom (Draco Canariensis, Dracaena Draco Lin.) właściwym Wyspom Kanaryjskim, lecz napotykanym także na Maderze i Porto Santo — czerwony purpurowy sok, który jakby krew wycieka z pnia podczas lata i zsycha się jako kolorowa żywica. Już Rzymianie znali tę smoczą krew kanaryjskich drakonów, którą nazywali crinabaris. Pliniusz wspomina o niej w swej Historii naturalnej140. Żywica ta nie rozpuszcza się w wodzie bez pomocy alkoholu. Posiadając własności wysuszające i ściągające, bywała używana przez starych Guanczów przy balsamowaniu ich mumii, lecz ma ona oprócz tego ważny użytek w medycynie, gdzie jako środek wewnętrzny służy przeciw dyzenterii141 i utracie krwi, używana zaś zewnętrznie jest wyśmienitym środkiem dla wzmacniania i ściągania dziąseł, toteż zawierają ją wszystkie proszki przygotowywane w tym celu. Ponieważ oprócz tego sok Dracaeny jest pożądany do farb, kolorowych atramentów, werniksów142 i laków, stanowi więc ważny artykuł handlu, dający dziesięciokrotne zyski. Szkoda tylko, że ważne i pożyteczne to drzewo staje się coraz rzadsze i że niestety prawdopodobnie z czasem wyginie, jeżeli mieszkańcy nie uczynią większych niż dotąd starań celem jego rozmnożenia.
Zatrzymawszy się tedy około zewnętrznego rzędu drakonów, weszliśmy następnie do sławnego ogrodu. Zapytałem o dyrektora i czy można będzie z nim się zobaczyć. Otrzymawszy odpowiedź, że jest przy śniadaniu, prosiłem by go nie trudzono, i posłałem swój bilet, rozpatrując się tymczasem bez przewodnictwa.
Ogród, założony w r. 1796 przez markiza de Villanueva del Prado i podarowany w testamencie rządowi, leży na wysokości 85 metrów ponad powierzchnią morza. Nadzwyczajna jednostajność temperatury (średnio 18° Reaumura143) nastręczyła założycielowi myśl użycia pięknego tego punktu orotawskiej doliny do aklimatyzowania roślin stref tropikalnych i przesyłania aklimatyzowanych okazów do metropolii i innych stolic Europy. W tym celu też ogród został założony.
Znajdowaliśmy się w rodzaju przed-ogrodu, w pośrodku którego biła fontanna, ocieniona rozłożystymi drzewami i niższą roślinnością. Gęste korony utrzymywały przyjemne półświatło, poza fontanną zaś, o kilka stopni wyżej, otwierała się, przecinając niski murek, perspektywa na długą, szeroką aleję, w całej długości ogród przerzynającą.
Nie zdołaliśmy się jeszcze rozpatrzyć wokoło, gdy wszedł młody człowiek, syn dyrektora, przepraszając, że ojciec za chwilę dopiero będzie mógł nam towarzyszyć, lecz że z miłą chęcią sam nas tymczasem oprowadzi po ogrodzie. Podziękowałem serdecznie za propozycję i zaczęliśmy rozmowę o ogrodzie, jego założeniu i teraźniejszej dyrekcji.
Wkrótce nadszedł też sam pan Wildpret, serdeczny, gościnny Szwajcar, ogólny ulubieniec wyspy, a duch opiekuńczy ogrodu. Pan Wildpret oświadczył mi, iż jest tylko głównym ogrodnikiem, w rzeczy samej zaś jest on wszystkim dla ogrodu. Sam dyrektor, Don Nicolas Benitez de Lugo, rzadko kiedy znajduje się w ogrodzie, zawsze prawie jest w podróży i o ile mi się zdaje, posiada tylko tytuł nominalny. Natomiast dla poczciwego pana Wildpreta nie ma nic droższego na świecie nad powierzony mu ogród. Dwadzieścia sześć lat pracuje już nad nim przez rok cały, gdyż nie ma tu zimy, dozwalającej odpocząć ogrodnikowi. Panuje tu wieczna wiosna, a dla niego jest ciągła praca. Toteż tylko zamiłowaniu, zaparciu się siebie samego i zupełnemu poświęceniu p. Wildpreta ogród zawdzięcza swój byt. Rząd płaci mu tak mało, że wątpię, czy znalazłby się kto inny, który by się zdecydował na ćwierć wieku opuścić Europę dla ciągłej pracy w odległej, choć pięknej dolinie.
— A jednak — rzekł mi smutnie — rozstać się z Orotawą i z mym ogrodem nie mogę. Mówię: mój ogród, boć przecież ja sadziłem te drzewa, w których cieniu przechadzamy się. Delikatną roślinkę tej wysokiej palmy trzymałem w ręku, sadząc ją w tym miejscu, gdzie od dawna dom mój przerosła. Kiedym objął ogród, było w nim sześćset roślinek; dziś posiada on przeszło trzy i pół tysiąca przedstawicieli egzotycznego świata. Wtedy — dodał z westchnieniem — byłem młody i silny. Dziś, choć siwy, nie zostawię ogrodu bez opieki, przeciwnie, boję się nawet, by mnie z niego nie wyrzucili na starość.
Nigdy nie widziałem tak cichego, zupełnie oddanego swemu powołaniu pracownika. Nikt go prawie nie wspiera, rząd wyznacza na utrzymanie ogrodu sumkę nadzwyczaj szczupłą, bo rząd nie jest bogaty, Orotawa daleko od Madrytu, a pan Wildpret dokłada swego grosza, aby tylko nie brakło niczego roślinnym jego oblubieńcom.
Śliczne palmy przede wszystkim zwracają na siebie uwagę zwiedzającego. Wysoka palma kanaryjska (Phoenix canariensis), palma królewska (Oreodoxa regia)144 i australijski kokos (Cocos australis)145 królują blisko wejścia. W niewielkiej odległości od nich ciekawa zagadka przyrody: madagaskarskie „drzewo podróżnika”, wspaniała musacea146, Urania speciosa147. Oryginalna ta roślina rozsyła ze swej korony olbrzymie zielone wachlarze, kierujące się zawsze podług słońca i dające pod sobą cień zmęczonemu podróżnikowi. Pożyteczne łodygi i pień tej rośliny są wewnątrz puste i podczas tropikalnych deszczów napełniają się obficie wodą, którą potem krajowcy Madagaskaru przez uczynione nacięcie toczą z zielonego źródła, dostarczającego jej w znacznej ilości.
Olbrzymie eukaliptusy, wprowadzone przez p. Wildpreta, dają ogrodowi wiele cienia. Niezmęczony botanik zwrócił mą uwagę na ośmioletni Eucalyptus globulus, który doszedł już do 32 metrów wysokości. W ogóle wyspa zawdzięcza swemu botanikowi dotychczas przeszło 5000 tych pożytecznych drzew. Drzewo papierowe (Azabia papyrifera148), dające sławny chiński papier, prosperuje tu również. Obok pięknej grupy bambusów stoi wielki jawański Pandanus, lecz głównie zwraca uwagę naprzeciwko niego z drugiej strony alei stojący afrykański Pandanus utilis. Oryginalne to drzewo, z którego korony i pnia wrastają w ziemię drewniane kolumny, rodzaj pustych powietrznych korzeni, niewstrzymywanych nawet najtwardszym gruntem, wygląda z daleka jak olbrzymi żyrandol. Spód zaś, to jest pień, wydaje się jak gdyby był poobstawiany naokoło znaczną ilością pałek. Ojczyzną tego drzewa, dającego niewielki jadalny owoc, jest dolina rzeki Kongo, odkrył je zaś wielkiej pamięci Livingstone149. Główny ogród, tj. część przecięta aleją, leży kilka stóp wyżej od powierzchni fontanny wspomnianego już przedtem ogrodu, w końcu zaś alei podnoszą się znów schodki do ostatniej, jeszcze wyżej leżącej części. Tu znajduje się granitowy basen, którego woda, sprowadzana z gór przez dreny i sztuczne kanały, służy do potrzeb ogrodu podczas zbyt długiej suszy. Tu też zastaliśmy bujne, zielone grupy bananów, rosnących naokoło olbrzymiego abisyńskiego bananu, niedającego owoców. Mierzyłem jeden z ich liści: miał 2 i ½ stopy szerokości na 7 długości. Piękne te liście są jednakże nader delikatne; lada świeży wietrzyk przerywa owalną, podługowatą powierzchnię aż do środka i czyni je podobnymi do wielkich piór powiewnych.
Środek głównego ogrodu zajmuje także obszerna fontanna, której kamienny obwód jest obrośnięty kanaryjskimi euphorbiami150 i drobnym fioletowym kwiatem teneryjskich nieśmiertelników. Kiedym przystąpił do fontanny, by bliżej obejrzeć tę drobną barwną roślinę, objaśnił mnie p. Wildpret, że posiada ona wielu amatorów, a właściwie amatorek; nieśmiertelnik ten bowiem, mimo żywego swego koloru, nigdy go nie traci, toteż dość znaczne transporty jego wypływają corocznie do Francji, by spocząć na główkach paryżanek. Zapytałem starego botanika, czyby mi nie udzielił pęczka tych faworytek, abym mógł kiedyś przywieźć je nad Wisłę, dla paryżanek północy. Serdeczny Szwajcar napełnił nam nimi kieszenie i butonierki. Czy je wam zdołam przewieźć w całości, nadobne151 me rodaczki, po dalekich marszach, jakie mnie czekają, prawdziwie nie wiem i nie śmiem obiecywać, lecz postaram się spełnić.
Po obejrzeniu ogrodu p. Wildpret zaprosił nas, byśmy odwiedzili skromny jego domek; weszliśmy więc i wypoczęli przy kieliszku teneryfy, ciesząc się pięknym widokiem, jaki przez otwarte okna odsłaniał się na morze.
— Może chcecie panowie — zagadnął nagle niezmęczony gospodarz — zwiedzić moje zbiory nasion?
— I owszem — odrzekłem i poszliśmy do jego gabinetu.
Po pracowni poznajesz pracownika. Od posadzki do sufitu ciągnęły się tu półki zawierające uporządkowane nasiona.
— Oto — rzekł p. Wildpret, dobywając kilka kawałków starego spróchniałego, czerwonego koloru drzewa — drogocenne relikwie Orotawy, ostatnie szczątki starego smoka; były one świadkiem czterech tysięcy lat i serce się ściskało wszystkim, gdy kilkanaście lat temu straszny orkan rozbił w proch naszego patriarchę. Zechciejcie panowie przyjąć te jego szczątki od nowego, lecz serdecznego przyjaciela.
Ucieszyłem się drogocenną zdobyczą dla zbiorów ekspedycji, a wkrótce p. Wildpret zbogacił152 nas nowym podarunkiem. Była to starożytna czaszka Guancza, odkopana na południowym brzegu. Nie wiedziałem, jak mu wyrazić swą wdzięczność, lecz radość moja powiększała tylko zadowolenie poczciwego starca, niechcącego nawet słyszeć o podziękowaniu.
— Czy pozostajecie panowie w Orotawie? — zapytał on, gdyśmy wychodzili z gabinetu.
— Nie jestem jeszcze zdecydowany — odparłem. — Port niezbyt bezpieczny, myślę więc wysłać okręt do Santa Cruz z kapitanem Boutes, sam zaś z towarzyszami pragnę udać się tam lądem, by zwiedzić wnętrze wyspy.
— Wyborny plan — zawołał nasz gospodarz żywo. — Mam także interes w Santa Cruz; jeżeli więc pan pozwolisz, pojedziemy razem, a po drodze będzie mi przyjemnie pokazać panu część wyspy.
Byłem uradowany z propozycji.
— Czyż mogłem trafić szczęśliwiej? — odpowiedziałem. — Zejdę więc do portu, by uporządkować papiery w kapitanii, i wyślę okręt.
— Wyśmienicie! A potem bądźcie panowie łaskawi znów wejść na górę do starego Wildpreta. Wypijemy jeszcze kieliszek teneryfy, dzieci moje zagrają nam marsza szwajcarskich strzelców, tymczasem zaś uprzedzę na górze w mieście, by przygotowano kolację w hotelu i ruszymy wieczorem do miasta, droga niedaleka.
Na tym też stanęło. Projekt był doskonały. Rzekłszy skromnemu domkowi do widzenia, powróciliśmy do portu.
Po drodze przypomniał nam żołądek, że pomimo pierwszej godziny po południu, nie mieliśmy dotąd nic w ustach od rana, oprócz teneryfy, która jeszcze zaostrzyła apetyt, weszliśmy więc do hiszpańskiej fondy, napotkanej przy wejściu do portu.
Wszystkie prawie prowincjonalne hotele (fondy), szczególniej na południu w koloniach, są mniej więcej jednakowe. Przeszedłszy bramę, wchodzisz na galerię ciągnącą się dokoła wewnętrznego zamkniętego podwórka, mającego zwykle w pośrodku grupę południowych roślin, aczkolwiek prawie zawsze silnie zaniedbanych. Z przedniej części galerii, przylegającej do schodów, prowadzą drzwi do salonu, zawierającego wielki dywan, sofę, kilka staroświeckich foteli, parę stolików pod lustrami, zegar z przeszłego wieku i obraz jakiego patrona albo patronki. Zupełnie taka sama była i „Fonda Espanola” w porcie Orotawy. Gdyśmy weszli na schody, ukazała się we drzwiach salonu hoża dziewczyna o śniadej cerze i z bujnymi rozpuszczonymi włosami.
— Tiene algo que comer, señorita?153 — zapytałem się, zdejmując kask, który ciężył mi na głowie.
— Si, siñor154.
I obiecała nam przygotować w przeciągu pół godziny śniadanie, a tymczasem przysłać karafkę teneryfy. Zgodziliśmy się czekać, pod warunkiem że karafkę przyniesie sama.
Hiszpanka zadość uczyniła prośbie i wkrótce siedzieliśmy przy stole w comedorze (pokoju jadalnym).
Kuchnia hiszpańska w koloniach jest nieco odmienna od europejskiej. Potrawy, których zwykle podają od siedmiu do ośmiu, ale każdej niewiele, przygotowane są na oliwie. Nie każdemu trafia to do gustu, lecz oliwa jest świeża. Hiszpanie do niej przyzwyczajeni, a obcy podróżnik, zwykle zmęczony, nie bywa wybredny, gdy ma apetyt. Na szczególną wzmiankę z kuchni hiszpańskiej zasługuje tortilla. Jest to omlet z jaj, batatów155, kartofli i cebuli, ulubiona ogólnie potrawa, rzeczywiście wyśmienita i przygotowywana z wielką umiejętnością. Ryby są prawie niezbędne przy każdym śniadaniu lub obiedzie, podają jednakże takowe, wbrew naszemu zwyczajowi, na końcu.
Od Rafaeli naszej — bo takie było imię usługującej nam gospodyni — dowiedziałem się, że niedawno bawił tu jakiś książę Karageorgiewicz, który na krótki czas przed odpłynięciem z Funchalu także wyjechał parowcem do Teneryfy, prawdopodobnie więc spotkamy się znowu w Santa Cruz.
Powróciwszy do przystani, zastaliśmy o umówionej godzinie pilota czekającego z łodzią. Odwiedziłem więc powtórnie portowego kapitana, wziąłem papiery i powierzywszy otrzymaną czaszkę kapitanowi Boutes, pożegnałem się z nim, polecając mu, aby popłynął z okrętem do Santa Cruz. Myśmy tymczasem wyruszyli na powrót na górę do ogrodu i wkrótce zarysował się nam domek p. Wildpreta, na którego progu przywitał nas sam serdecznie.
— A więc jedziemy! — zawołałem, wyciągając do niego rękę.
— Jak to, chcecie panowie zaraz dalej? — odparł p. Wildpret, wprowadzając nas do pokoju. — Mamy wiele jeszcze czasu. Uprzedziłem w mieście w hotelu del Teyde, że będziemy około siódmej. Do miasta zaledwie pół godziny drogi, a teraz dopiero czwarta, proszę więc, zróbcie mi panowie tę przyjemność i siądźcie. Zagramy, zaśpiewamy, jak gdybyśmy byli u mnie w Szwajcarii. Mój Boże! Co też się tam dzieje w naszych górach! Teraz nie często miewam gości z Europy, patrzę więc na panów jak na starych przyjaciół.
— Służymy panu z całą ochotą — odpowiedziałem — bo z pewnością nikt na całej wyspie nie jest nam szczerzej życzliwy i nie rozporządzi lepiej krótkimi chwilami, które na Teneryfie pozostać możemy.
Siedliśmy przy oknie, rozmawiając o wykopaliskach z przeszłości Guanczów — pragnąłem skorzystać z każdej rozmowy z p. Wildpretem dla dowiedzenia się jak najwięcej na miejscu o przedmiocie żywo mnie zajmującym.
Wkrótce jednakże rozmowa nasza przyjemnie przerwana została wejściem panny Luizy, córki pana Wildpreta.
— Oto moja córka, poczciwe dziecko — rzekł do mnie, wskazując wchodzącą.
Panienka, którąśmy powitali, przedstawiała urocze zjawisko. Wytworny pędzel mistrzów szkoły flamandzkiej156 nie byłby w stanie stworzyć bardziej czarującego obrazu. Czarne, hebanowe sploty otaczały białe lica, ożywione parą ślicznych szafirowych oczu, których długie, jedwabne rzęsy podniosły się powoli, witając licznych przybyszów z wyrazem zadziwienia.
— Jakąż piękną córką obdarzyły pana nieba! — nie mogłem się wstrzymać, by nie powiedzieć półgłosem do p. Wildpreta, spoglądając z zachwytem na gwiazdę Orotawy.
— Och, mój Boże — odparł, uśmiechając się ojciec — każdy młody pączek jest świeży, a skończyła niedawno szesnaście lat.
I przedstawił nas pannie Luizie, zmieszanej ostatnimi słowami ojca, wypowiedzianymi w tak licznym towarzystwie.
Wkrótce jednakże lody były przełamane i uroczy kwiatek pięknej doliny gwarzył swobodnie z przybyłymi. Za chwilę wszedł też i brat, którego poznaliśmy już rano w ogrodzie, i usłyszeliśmy obiecany marsz szwajcarskich strzelców, artystycznie odegrany na cztery ręce.
— Czy nieprawda, że nasz marsz piękny? — zwrócił się do mnie poczciwy Szwajcar.
— Podziwiałem go zawsze — odpowiedziałem — dziś zaś zachwyca mnie jeszcze więcej i każdy ton jego pozostawi echo w mej duszy, przy tym... taka piękna wykonawczyni!
Pan Wildpret się uśmiechnął.
— A czy pan mówisz po hiszpańsku? Bo córka moja, niestety, nie posiada żadnego z północnych języków. Czybym był kiedy przypuszczał, że się ożenię z Hiszpanką, ja Szwajcar? A jednak tak się stało, człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Żonę moją poznałem tu, dzieci wszystkie tu się urodziły, a dziewczyna mówi tylko po hiszpańsku.
— Mówię i ja jako tako — odparłem — lecz — dodałem, śmiejąc się — byłoby to nawet niepotrzebne. Patrz pan, jak żywą rozmowę prowadzą z panną Luizą towarzysze moi, choć nie znają języka.
Rzeczywiście naokoło p. Luizy panowała ożywiona, choć łamanym językiem prowadzona rozmowa; bystrość jednak, jaką posiada prawie każda kobieta, przychodziła jej w pomoc.
Nadszedł wieczór i ściemniało zupełnie, gdyśmy się pożegnali, by stanąć na górze w Orotava la Villa, gdzie mieliśmy poszukać koni, by następnego dnia rano wyruszyć w drogę. Do miasta było pół godziny. Podnosząc się ku niemu, ujrzeliśmy za sobą zatokę. „Łucji” nie było w porcie, kapitan Boutes wraz z okrętem puścił się już widocznie w drogę do Santa Cruz.
Wieczór był zachwycający. Księżyc rzucał swe blade światło na góry i pola, w których ukryty świerszczyk śpiewał wieczorną swą pieśń. Pico de Teyde pokrył się mgłą i parą. Eukaliptusy i platany, a gdzieniegdzie kształtny cyprys rzucały przed nami rzędy długich cieni, przerywanych bukietami agaw i euphorbii. Żwawo kroczyliśmy ku miastu w towarzystwie panów Wildpretów, ojca i syna.
— Czy nie zwiedzisz pan Piku? — przerwał pan Wildpret starszy milczenie, podczas którego podziwiałem zasypiający krajobraz.
— Pragnąłbym tego nadzwyczaj — rzekłem z westchnieniem — lecz wątpię, czy będziemy mieli dość czasu. Spieszę się do Santa Cruz, bo muszę płynąć dalej. Marzec bliski, z nim nadejdą tornada na południu, a wkrótce i pora deszczowa, która przeszkadzałaby planom naszym na kameruńskim brzegu.
— Wielka to szkoda — odparł towarzysz — bo widok, jaki się przedstawia z wierzchołka, jest rzeczywiście wspaniały. Teraz, gdy nie ma tyle pary w powietrzu jak w lecie, przedstawia się z niego, jakby ułożony na falach, cały zielony archipelag. Byłem osiem razy na górze, a pragnąłbym wdrapać się raz jeszcze przynajmniej, lecz starość nie radość! Czuję to i nie wiem, czy mnie jeszcze nogi tam poniosą.
Nie mogłem jednakże zadośćuczynić gorącemu pragnieniu wejścia na wysoki wierzchołek. Obowiązki pędziły dalej; trzeba więc było podziwiać go tylko z daleka, pozostawiając bliższe zapoznanie się do powrotu z Afryki, jeżeli takowy nastąpi.
Pik Teneryfy jest dziwnie piękny i pociągający. Dawne wybuchy utworzyły naokoło niego olbrzymi wał amfiteatralny, jakby naturalny cyrk, Las Canadas, z którego rozległej, starą lawą pokrytej areny wznosi się dumny szczyt.
Rozeszła się właśnie wieść, że krater przygotowuje się do wybuchu, którego nie było od przeszło stu lat. Zapowiedź ta ściągnęła na Teneryfę wielu ciekawych Anglików, nie ziściła się jednakże, choć rzeczywiście wiele osób mówiło mi w Santa Cruz, że widziano nad wierzchołkiem czerwoną łunę.
Od wielkiego kotła otaczającego pik, nieco rozwierającego się ku północy, dąży linia rozdziału wód wyspy: wysoki, ostry grzebień, ciągnący się stąd ku północno-wschodniemu przylądkowi Anaga i na zachód do przylądka Teno. Grzebień ten pochyla się łagodnie ku północnemu brzegowi, spada jednak prostopadle na całej swej linii z południowej strony, tworząc tam niezliczone mnóstwo skał, wąwozów i przepaści, rozrzuconych w dzikim nieporządku. Dlatego też głównie zamieszkany jest północno-wschodni półwysep i północne wybrzeże. Na półwyspie położone są: Laguna, stara stolica, i Santa Cruz, nowa. Miasta te łączy piękna szosa, prowadząca do Orotawy i okrążająca całą wyspę.
Cała formacja Teneryfy jest naturalnie wulkaniczna i składa się po większej części z wywietrzałej lawy i bazaltu. Pokłady te należą do znacznie odległych epok i w jakimkolwiek kierunku przeprowadzono by przecięcie wyspy, przedstawiłoby ono brunatną, gąbkowatą powierzchnię.
Lecz otóż przybyliśmy do miasta. Niestety już ciemno i ulice opuszczone, zmęczeni więc kierujemy się wprost do hotelu „Fonda de Teyde”, gdzie p. Wildpret już był uprzedził gospodynię o naszym przybyciu. Gdyśmy weszli, powitało nas wiele ciekawych oczu, przybyło bowiem kilku notablów157 miasta, jak się zdawało, by zobaczyć podróżników „tajemniczego okrętu”, który zauważyli w zatoce, a którego niewielkim rozmiarom, nieodpowiednim wcale do odbytej drogi, wydziwić się nie mogli.
Było tam kilku adwokatów z miasta, doktor, kilku urzędników i jakiś kupiec z Santa Cruz, który mi się przedstawił, lecz którego nazwiska nie pamiętam. Wszyscy ci panowie byli nadzwyczaj uprzedzający, nienasyceni co do szczegółów o odbytej trzydziestopięciodniowej żegludze i oddalili się dopiero, gdy p. Wildpret przyszedł nam powiedzieć, że obiad na stole. Ów zaś santakruzczyk przysłał nam jeszcze kilka butelek starej teneryfy oraz pudełko wyśmienitych kanaryjskich cygar, prosząc, byśmy przyjęli te przedmioty, pochodzące z jego własnych plantacji. Kazałem mu podziękować i poprosić, czyby nie zechciał zasiąść z nami do stołu, przy którym rozpoczęła się ożywiona rozmowa podsycana ognistą teneryfą. Pan X. jednakże przyszedł przeprosić, że nie może dotrzymywać nam towarzystwa, ponieważ wraca z podróży, jest nadzwyczaj zmęczony, a mimo to następnego dnia wcześnie wyjechać musi do Buenavisty, małego miasteczka leżącego w zachodniej części wyspy.
Obiad, jakim przyjęła nas gospodyni hotelu de Teyde, był wyśmienity, a jednak gdyśmy wstali od stołu, zatrzymała mnie na korytarzu właścicielka, przepraszając i tłumacząc się, iż nic lepszego podać nie mogła.
— Por Dios!158 — uspokoiłem troskliwą o nasze żołądki Hiszpankę. — Dwie godziny przecież siedzieliśmy przy stole, a patrz pani, jak weseli wstają moi towarzysze.
— O, ja wiem, ja wiem! — przerwała. — Los senores de Europa!159...
— Tia (ciociu) — odezwał się nagle głos kobiecy i równocześnie ukazała się na korytarzu młoda kobieta — nowa piękność Orotawy.
Była to siostrzenica gospodyni, panna Franciszka, znana ogólnie jako „piękna Paca”, w tak albowiem dziwny sposób skracano jej imię.
„Mamy szczęście’’ — pomyślałem i skłoniłem się pięknej Pace, która przyszła do ciotki z jakimś interesem. Byłem jej za to niezmiernie wdzięczny, gdyż wybawiła mnie z trudnej roli pocieszyciela zakłopotanej ciotki, która po otrzymanym od siostrzenicy raporcie zaczęła spiesznie podążać do kuchni, przepraszając jeszcze po drodze i pozostawiając nas samych.
Skorzystałem z mimo woli oddanej mi przysługi, by zawrzeć znajomość z piękną Hiszpanką.
— Jestem pani niezmiernie wdzięczny, senorita — zwróciłem się do niej po odejściu opiekunki.
— Za co? — zapytała zdziwiona.
— Nie mogłem przekonać ciotki pani, iż się myli, sądząc, że nie dogodziła nam w zupełności obiadem. Przybycie pani rozproszyło, jak się zdaje, urojone troski i dozwoliło mi powtórzyć podziękowanie pięknej jej siostrzenicy.
Paca uśmiechnęła się figlarnie.
— Zrobiłam to przez ciekawość, by zobaczyć panów.
— Tak? — odparłem zdziwiony. — Ale cóż tak ciekawego w naszych osobach?
— Przecież pan dowodzisz tym „kaikiem”160, który przypłynął z Europy?
— Tak jest, senorita, choć to nie kaik, lecz lugier. Ale cóż z tego?
— Jak to, cóż z tego? Mówią, żeście panowie przez kilka tygodni byli na oceanie na tej łupince i przetrwali na niej straszne burze.
— Rzeczywiście — odparłem. — I to wszystko?
— Nikt by nie chciał być z panem — rzekła, potrząsając głową — a oprócz tego...
— Cóż takiego?
— Oprócz tego mówią, że chcesz się pan puścić z brzegów w głąb, pomiędzy Murzynów.
— I to prawda, senora, płynę z naukową ekspedycją, z zamiarem zbadania części ekwatorialnej161 Afryki; okręt zaś jest taki mały, by mógł jak najgłębiej wpłynąć w głąb, po afrykańskich rzekach.
— I czy to długo trwać będzie? — zapytała Paca, wpatrując się we mnie coraz ciekawiej.
— Nie wiem jeszcze, może rok, może dwa, może jeszcze więcej. Zależy to od Murzynów i od odległości, w jakiej znajdują się przedmioty, których chcę szukać.
— Santa Maria!162 — zawołała dziewczyna z zadziwieniem. — I po co pan to robisz? A jak pana zabiją?
— W takim razie — odparłem — prędzej tylko nastąpi to, co każdego czeka w życiu: koniec.
Paca wezwała jeszcze kilku świętych na pomoc, nie mogąc nic pojąć z powodów, które pchały nas do Afryki. Zaczęła żywiej się dowiadywać o różne szczegóły, stawiając mi cały szereg zapytań, do których już w Warszawie i Paryżu byłem się przyzwyczaił.
Wkrótce nasze tête à tête163 przerwane zostało, gdyż towarzysze moi także nadeszli i rozpoczęła się ogólna rozmowa. Panna Francisca była zajęta pracą zupełnie nieznaną u nas, a mianowicie wypychaniem jajek, które grają ważną rolę w ostatnich dniach karnawału Hiszpanów. Wtedy każdy dom przedstawia fortecę, z której okien padają niekiedy wystrzały tych karnawałowych bomb, napełnionych mąką, trocinami i różnokolorowymi papierkami, i biada przechodniowi, którego podczas ostatków los lub przypadek przyprowadzi przed okna znajomych dam. Nie wyłącznie jednak dla znajomych przeznaczone są te pociski przyjaźni; rzadko kto, tubylec czy obcy, zdoła ich uniknąć. Zresztą będziemy wkrótce w Santa Cruz, i to na same ostatki.
Wieczór minął szybko. Kazawszy się następnego dnia wcześnie obudzić, zabieraliśmy się ku spoczynkowi. Droga jednakże prowadziła przez pokój, w którym siedzieli wzmiankowani już panowie z Orotawy; gościnni Hiszpanie czatowali widocznie na nasze życie. Spostrzegliśmy niespodziankę. Przed sypialnym pokojem, w którym miałem objąć kwaterę z L. Janikowskim, stał stolik pełen znanego już wina teneryfy. A że w tym samym pokoju znajdował się fortepian, więc jeszcze kilka godzin poświęciliśmy zabawie. Teneryfa była przecież ostatnią stacją łączącą nas z cywilizowanym światem; następne brzegi, które ujrzymy, ukażą nam już ów ląd, na którego przestrzeniach Bóg wie co nas czeka; używaliśmy więc czary164, póki była pełna.
Nazajutrz rano usłużny Juan, sługa hotelowy, z trudnością zbudził mnie ze snu twardego. Janikowski już nie spał: spojrzałem na zegarek i przerażony zacząłem się spiesznie gotować do drogi; było już po siódmej.
Zapytałem o resztę podróżników.
— Don German y dos caballeros eran al comedor165 — objaśnił Juan i rzeczywiście zastałem w jadalnej sali p. Wildpreta z częścią towarzyszów, prawie wszystkich jednakże silnie zmęczonych.
Wkrótce też nadeszli i pozostali. Wypiwszy filiżankę kanaryjskiej kawy, posłałem zobaczyć, czy konie gotowe, a tymczasem przeszliśmy się po mieście, by się z nim zapoznać, wczoraj albowiem, gdyśmy wchodzili, było już za późno.
Czyste miasteczko, liczące razem z portem 7–8 tysięcy mieszkańców, znajdowało się w stroju świątecznym, gdyż było to święto Nostra Senora Candelaria (Matki Boskiej Gromnicznej).
Dzięki świętu mieliśmy szczęście ujrzeć pełny bukiet dam orotawskich w kościele. Piękne Kreolki166 zawstydziły nas, bo wychodziły już ze mszy porannej, musiały więc wstać daleko wcześniej od nas.
Mimo woli stanąłem pomiędzy grupą drzew, podziwiając wieniec pięknych pielgrzymek dążących do domu. Słynąca z pięknych kobiet Orotawa chciała widocznie dowieść nam tu słuszności swej reputacji, którą zresztą mieliśmy sposobność sprawdzić już wczoraj. Urodzone w blasku kwiecistej przyrody, mieszkanki uroczej doliny, z wielkimi swymi czarnymi oczami, hebanowym włosem i delikatną cerą, wydają się wcieleniem tego piękna, którym szafowała Opatrzność na szczęśliwej tej ziemi. Zaiste, gdybym nie był Polakiem i nie znał „Syreniego grodu”, pragnąłbym przenieść Orotawę nad brzegi naszej Wisły.
Dumne mieszkanki powoli i poważnie oddalały się z kościelnego placu. Pospieszyliśmy także dalej, zatrzymując się jeszcze około murów okazałego budynku przylegającego do kościoła, niegdyś klasztoru, dziś koszar miejscowego garnizonu. W rozległym wewnętrznym czworoboku, otoczonym arkadami — jak zwykle na południu — przechadzał się hiszpański żołnierz, straż trzymający, który wyglądał dzielnie i marsowo167.
Ponieważ od miasta dolina pochyla się jako taras ku morzu, ukazywały się co chwila brzegi pod nami. Otaczające zatokę świeże zielone pagórki błyszczały w porannych promieniach słońca milionami brylantowych pereł rosy.
— Czy chcecie panowie zwiedzić prywatne ogrody miasta? — zapytał p. Wildpret. — Są tu niektóre rzadkiej piękności, tylko — dodał z westchnieniem — zaniedbane. Bogu dzięki, natura pomaga tu ludziom, a że z zamiłowania zaglądam czasem tu i ówdzie i gdzie mogę, dokładam trochę ręki, więc mam wszędzie wstęp wolny, chętnie mnie nawet witają, gdzie się tylko pokażę.
— Jeżeli czas pozwoli, to i owszem — odparłem, dziękując w duszy Opatrzności za tak dzielnego i doświadczonego towarzysza wycieczki po Teneryfie.
Bez niego nie byłbym mógł zwiedzić nawet trzeciej części tego, co widziałem na wyspie, a co razem wzięte ukazało mi to obszerne pole przyszłych studiów, które może po powrocie z Afryki poniosą mnie ku jej wybrzeżom na czas dłuższy. Rzeczywiście wskazał mi nowy mój przyjaciel niejedną pamiątkę przeszłości wyspy, niejeden okaz ważny dla jej fizjografii168. Przy jego pomocy poznałem zabytki ukryte jako własność prywatna i nieprzystępne dla ogółu, a mimo których niejeden badacz Wysp Kanaryjskich przeszedł, może nie wiedząc o nich nawet.
Za kilka chwil przewodnik nasz zapukał do bramy jednego z domów stojących na dość obszernym placu. Otworzyła się brama i po przejściu sieni, z której prowadziły piękne mahoniowe schody na piętro, weszliśmy do wewnętrznego czworoboku podobnego do starożytnego atrium169.
Ogród rozciągający się za nim rzeczywiście godny jest zwiedzenia. Jest on powszechnie znany na wyspie i wspominano go nieraz w Santa Cruz pod nazwą ogrodu Machado. Jest to ku morzu pochylona część doliny, pokryta cyprysami, eukaliptusami, palmami, olbrzymimi drzewami pomarańczowymi i kameliowymi. Pomiędzy pniami kołyszą się bujne zielone krzewy niskiej roślinności, a w ich cieniu wytryska ze szczeliny skalnej świeży, bystry strumyk, dążący przez sąsiednie plantacje na dół ku morzu.
Drzewa kameliowe były pokryte kwiatem. Piękne pąsowe, różowe i białe te kokardy, dobrze znane na północy, zakupywane u nas na wagę złota, bujały się tu w spokoju, nie pożądane, na ciemnych atłasowych konarach drzew, lub leżały przekwitłe po ścieżkach, rozpraszane wiatrem.
Pan Wildpret ułożył nam z najpiękniejszych kwiatów śliczne bukiety, które w Europie miałyby wielką wartość. Przeszedłszy przez długą aleję drzew pomarańczowych, obciążonych owocem tak, że literalnie zakrywał liście, opuściliśmy ogród Machado, by zwiedzić inne.
W jednym z blisko leżących spostrzegliśmy niezmiernej starości kasztan. Do jakiego stopnia rozwija rośliny siła południowej przyrody, nowym on jest dowodem. Czterysta lat wieku mający olbrzym rozrósł się do więcej niż 20 stóp obwodu. W pusty, spróchniały pień i gałęzie nowe drzewa wpiły swe korzenie i strzelają w górę, niby na ramionach starej swej matki. Tworzy to oryginalną, zastanawiającą całość. Ogród ten jednakże, który przez swe położenie, jak również i przez skarb tylko co opisany mógłby być cackiem, znajduje się, przeciwnie, w tak opłakanym stanie zaniedbania, że nie zatrzymując się w nim dłużej, idziemy dalej do markizy de Sanzal, do dawnego ogrodu Franchy, gdzie jest pamiątkowe miejsce sędziwego olbrzyma drakona, o którym wspominałem już, że spoglądał stąd przez 4200 lat na fale oceanu, czczony jak bóstwo przez starych Guanczów.
Miejsce, które zajmował najstarszy żyjący pomnik roślinnego świata, ocembrowane zostało przez zmarłego markiza de Sanzal niskim murkiem z kamieni, mającym 18 metrów wewnętrznego obwodu; w pośrodku zaś ręka p. Wildpreta zasadziła nowe smocze drzewko.
— Ileż wieków postoi tu ono? — westchnął troskliwy botanik, wpatrując się w młodą roślinę. — Pomiędzy Guanczami przetrwał stary czterdzieści dwa wieki. Czy postoi tyle nowe drzewko, patrząc na zdarzenia przyszłych czasów?
— Nie chciej pan przerywać zasłony Saîtu — odparłem. — Wiadomość przyszłości, pozbawiając nadziei, byłaby może nieszczęściem dla nas.
Przeszliśmy dalej po ogrodzie. O kilkanaście kroków od grobu starego drakona stała ogólne zdziwienie wzbudzająca palma. Zgrabny cienki jej pień wzrósł do 48 metrów wysokości, a na tej wysokiej łodydze bez liści spoczywała w chmury sięgająca korona, niby bukiet zielonych piór. Pan Wildpret wskazał nam odłamany róg dachu, w dość znacznej odległości stojącego domu.
— To ona odbiła raz podczas burzy — rzekł. — Często widziałem ją kołysaną przez orkany jak olbrzymi kłos. Z dziesięć razy myślałem, że już już ją strzaskają, lecz niewzruszona stoi do dziś dnia i rośnie dalej.
Podczas gdy przypatrywaliśmy się zgrabnej palmie, miejscowy ogrodnik po cichej rozmowie z p. Wildpretem oddalił się szybko, lecz wkrótce powrócił, niosąc w rękach kilka kawałków czerwonego drzewa, szczątków starego drakona. Troskliwy nasz przewodnik namówił był ogrodnika do wydania nam ostatnich po staruszku pamiątek. W Anglii dano by za nie znaczną sumkę, ogrodnik markizy jednak pożegnał nas z wdzięcznością, gdy otrzymał kilka peset (franków). Co do podarku zaś, uważał go jako naturalną przysługę oddaną szanownemu Szwajcarowi.
Słońce tymczasem podnosiło się ku południkowi, chłód poranny zaczął ustawać i czas było puścić się w drogę. Powróciliśmy więc do fondy, by zapłacić rachunek. Gdyśmy wchodzili, konie już czekały.
Byłem zdziwiony, jak umiarkowany podano nam rachunek — i jeżeli kiedykolwiek, czytelniku, losy zaprowadzą cię do Orotawy, mogę ci śmiało polecić Fondę del Teyde, gdyż trudno by gdziekolwiek znaleźć większe wygody za stosunkowo tak niską cenę. Wpisawszy nasze nazwiska w podaną nam hotelową księgę i pożegnawszy się z piękną Pacą, która ciągle jeszcze nie chciała wierzyć, że wyjeżdżamy rzeczywiście, by się zapuścić w głąb Afryki, pozostawiłem jej otrzymany bukiet kamelii i za chwilę już nas unosiła landara170, zaprzężona w trójkę dobrych koni, poza obręby Orotawy.